5/08/2026
Tamtego lata
Tamtego lata, Sara Stridsberg, il. Sara Lundberg, tł. Agnieszka Stróżyk-Dembińska, Zakamarki 2026.
Picturebook, w którym letnia beztroska łagodnie współgra ze strachem i niepewnością. Dwie Sary pokazują, że skrajne emocje potrafi dzielić zaledwie krok.
Maja ma kilka lat, kiedy jej tata nagle znika. Zanim dowiaduje się, co się z nim stało mija dłuższy czas. Okazuje się, że dom, w którym przez ten czas przebywał wygląda wprawdzie jak zwykły dom, ale jest szczelnie zamknięty na klucz. Opiekę nad tatą sprawują aniołowie, ale sam tata nie ma już skrzydeł.
Sara Stridsberg i Sara Lundberg podejmują się zadania niemal ponad siły. Jak opowiedzieć młodym czytelnikom o tym, że dorośli czasem chorują i wcale nie chcą wyzdrowieć? I że to nie jest niczyja wina? Historia małej Mai powstała na motywach głośnej powieści Sary Stridsberg "Beckomberga" (wydawnictwo Sonia Draga). Wspólny dla obu książek motyw zwykłego życia toczącego się w cieniu choroby psychicznej, postać ojca i córki, niefrasobliwa Sabina, którą na okładkowej ilustracji "Tamtego lata", z charakterystycznym sznurem pereł, tak pięknie uchwyciła Sara Lundberg, wreszcie złożoność świata i relacji, z jakimi spotyka się główna bohaterka – tu nie ma miejsca na sztuczność i udawanie.
Jednocześnie autorkom udaje się dokonać czegoś, co bardzo cenię – na tyle zmetaforyzować kluczowe problemy, że książkę da się czytać na różnych poziomach, nawet z najmłodszymi dziećmi. Tymczasem czytając ze starszymi, możemy porozmawiać o marzeniach i strachu, byciu razem i osobno, trosce o innych i niezapominaniu o sobie. O tym, że życie ma różne odcienie, które często po prostu się przenikają.
Sara Lundberg podgląda bohaterkę w chwilach zadumy i szalonej zabawy. Jak zwykle uważna, z reporterskim zacięciem buduje nastrój za pomocą dynamicznych zmian kadrów. Symbolicznie łączy obrazy subtelnym motywem sznura pereł.
3/25/2026
Nikt, tylko ja
Nikt, tylko ja, Sara Lundberg, tł. Anna Czernow, Wytwórnia 2025.
Kojąca atmosfera letniego popołudnia miesza się z nieokiełznaną grą dziecięcej wyobraźni. Swoboda i niezależność małego chłopca rezonuje z głęboką potrzebą bliskości. Sara Lundberg niemal bez słów o tym, co w życiu niesie nas do przodu.
W tej książce jest wszystko: wielka podróż i zabawa w piasku, potrzeba samodzielności i silne zakotwiczenie w poczuciu bezpieczeństwa, matczyna uważność i jej zagubienie w troskach codzienności, łagodność i groza, tęsknota i nadzieja. Sara Lundberg po raz kolejny udowadnia, że obraz wart jest tysiąc słów. Za pomocą kredek i akwareli wyczarowuje świat, w który zagłębiamy się po uszy: topimy w fantastycznych obrazach, to znów wypływamy na powierzchnię realnej rzeczywistości. Malarskość buduje nastrój, a uważność na emocje postaci gwarantuje, że książka trafia w samo centrum czytelniczej wrażliwości.
Autorka wysyła bohatera na wyprawę, pozwala mu przeżyć przygodę, a następnie bezpiecznie powrócić w łagodne ramiona matki. My jako czytelnicy tę podróż już znamy lub poznamy ją wkrótce. To podróż Maxa z "Tam, gdzie żyją dzikie stwory" czy Bastiana z "Niekończącej się historii". Z niej chłopiec przywozi nie tylko mnóstwo cennych doświadczeń, ale też maleńkie nasionko – symbol tego, czym ta przygoda zaowocuje w przyszłości.
Wspaniała lektura dla małych i dużych – tych, którzy szukają swojej sprawczości i tych, którzy na nią pozwalaj.
Inne książki Sary Lundberg:
- Ten ptak, co mieszka we mnie, leci, dokąd chce
- Spacer z kotem
- Ja i inni
- Zapominalski dzień
11/06/2025
Widowisko
10/09/2025
Wojna
Wojna, José Jorge Letria, il. André Letria, tł. Katarzyna Okrasko, Dwie Siostry 2021.
Od polskiej premiery "Wojny" minęły już cztery lata. Byliśmy wtedy u schyłku pandemii a tuż przed wybuchem pełnoskalowego konfliktu w Ukrainie. Gdzie jesteśmy teraz i jak picturebook Letriów wpisuje się w nowe czasy?
We wrześniu 2021 r. "Wojna" nie zrobiła na mnie wrażenia. Nie to, że mnie nie obeszła, raczej wydała mi się nieautentyczna, nie przystająca do współczesnych czasów. Na Instagramie Małej Czcionki napisałam tak:
Od kilku tygodni tonę w morzu obcych zachwytów nad „Wojną” portugalskiego duetu Letriów: ojciec – autor tekstu, syn – twórca ilustracji. To kolejny wojenny picturebook z wydawnictwa Dwie Siostry po „Widziałem pięknego dzięcioła”, który mnie do siebie nie przekonał. Być może to tak jest, że książki inicjacyjne wymagają trafienia w podobną wrażliwość u autora i czytelnika. U mnie ewidentnie coś nie zaskoczyło.
Kartkuję "Wojnę" po raz nie wiem który. Mentalnie jestem już po zbrodni w Buczy, po ludobójstwie w Strefie Gazy i po szeregu dobrych rad mojej 90-letniej babci, jak przygotować się na najgorsze. Wojna to nie jest nowy wynalazek. Wraca jak bumerang, mimo że prawie nikt jej nie chce. Tyle że czasem jest bliżej, czasem dalej.
Po raz pierwszy zauważam brak strony tytułowej. Po wyklejce książka rusza z kopyta bez zapowiedzi. To znamienne, że wojna przychodzi z zaskoczenia. Ale nadal drażni mnie brak narracji.
Najpierw zaskoczył mnie brak historii.
„Wojna nigdy nie umiała tworzyć opowieści” – autor szybko rozwiał moje wątpliwości.
Sprytne. Ale czy na pewno? Według mnie konflikty tworzą najlepsze opowieści. Intrygujące, trzymające w napięciu, niejednoznaczne, dające formować się na różne sposoby. Szczerze mówiąc, to według mnie ich jedyna zaleta. Letriowie celują w obrazy, symbole, skojarzenia, żonglują emocjami.
Czy to musi być wada? Jeśli picturebook obliczony jest na inny efekt, niekoniecznie. To suma moich oczekiwań sprawia, że nadal nie potrafię rozsiąść się w tej książce. Że początek i finał nie budują w mojej głowie spójnej całości. Za to z nie jestem już w stanie z równą pewnością co 4 lata temu stwierdzić, że suma skojarzeń w "Wojnie" ma wyłącznie walor historyczny. Mimo że konflikty faktycznie stają się bezosobowe a prowadzenie działań wojennych nie jest tożsame z wypowiedzeniem wojny, pierwsze pociski zabijające cywilów w Ukrainie uświadomiły wszystkim dobitnie, że tradycyjna wojna ma się dobrze.
To nie jest wojna, którą współczesne dzieciaki znają z przekazu w mediach, raczej z gier rpg i opowieści pradziadków. Dla tych, które doświadczenie wojny mają już na swoim koncie, książka będzie nieautentyczna, tym, które wojny nie znają, da mylny ogląd rzeczywistości.
A jednak jest. I tu zwracam honor autorom, i z perspektywy tych kilku lat biję się w piersi, bo picturebook Letriów, mimo że bez dronów, działań hybrydowych i cyberataków pozostaje uniwersalny, zrozumiały i autentyczny. Bo zawsze znajdzie się jakiś pan, jak ten na ilustracji poniżej, który efekt wojny chce zobaczyć na własne oczy.
do postu na Instagramie: tu!
6/30/2025
U z dwiema kropkami
U z dwiema kropkami, Kasia Minasowicz, Wydawnictwo Widnokrąg 2025.
"Na jagody" – moje pierwsze spotkanie z Kasią Minasowicz i zachwyt nad finezją, z jaką odświeżyła archaiczny już tekst. Dziś spotykam ją w jej autorskim picturebooku i wraca poczucia kontaktu z artystką o wyjątkowej wrażliwości.
"U mit zwei Punkten" albo "U z dwiema kropkami" – książka, która krętą drogę do swojego wydawcy znalazła po tym, jak powstała w ramach artystycznego stypendium miasta Wrocław, została zaprezentowana na targach w Bolonii, a honorowym patronatem objął ją Konsul Generalny Federacji Niemiec. Takie perełki często nie trafiają na swojego wydawcę . Ta miała szczęście. Zbyt ambitna, niezrozumiała, nie wiadomo dla kogo. Łatek, które przyczepia się książce artystycznej jest wiele. Polski rynek jest zbyt szczupły, za bardzo ubogi, żeby na poważnie zająć się literaturą niszową. Tym bardziej cieszmy się, gdy na półki księgarskie trafiają picturebooki takie jak ten.
Kasia Minasowicz podejmuje temat domu jako azylu, szczególnego miejsca, które wiąże się z przyzwyczajeniami, oswojoną przestrzenią, przedmiotami. Azylu, który ma jedną wadę – nie można go zabrać ze sobą. Ta konkretna historia oparta jest na doświadczeniach mieszkańców powojennego Wrocławia, ale szeroki kontekst poszukiwania nowego domu sięga właściwie do czasów współczesnych. Autorka wykorzystała różne symbole by nadać opowieści sens, który da się zrozumieć bez słów. Mak, klucz, filiżanka, drzwi kreślą historię, która nie boi się uproszczeń. Jak bowiem uchwycić te najprostsze uczucia, które wiążą się z domem niż poprzez najzwyklejsze rzeczy.
Szary papier stanowi bazę książki, a naszą przewodniczką jest anonimowa bohaterka wycięta z papieru. Siłą Kasi Minasowicz jest działanie w analogowej przestrzeni rysunków i wycinanek. W pracach stworzonych poza mechanizmami graficznych aplikacji czuć wyraźnie troskliwą rękę wrażliwej artystki. I to nie czczy komplement, ale fakt, który gwarantuje książce piękno i autentyczność.
Tekstu nie jest dużo, ale, jak na rasowy picturebook przystało, każde słowo zdaje się mieć znaczenie. Za to z ilustracji można odczytać, co się chce. Dla wyobraźni nie ma tu ograniczeń. Podobnie jak dla wieku odbiorców. Kupcie swoim dzieciom, kupcie babciom i dziadkom. Może zakochają się w historii jakich wiele. Nie tylko we Wrocławiu, ale na całym świecie.
Na jagody / Maria Konopnicka & Katarzyna Minasowicz --- tutaj!
4/01/2025
Teo
Teo, Kitty Crowther, tł. Paweł Łapiński, Wytwórnia 2025.
Książka, która ma sprowokować pytania. Szalona, zaskakująca i wielowymiarowa. Do odczytywania na różne sposoby.
Szukacie książki religijnej? To nie ten adres. Nie liczcie na to, że prawdy objawione jakiejkolwiek religii, jakiegokolwiek Kościoła znajdą tu przełożenie na rzeczywistość. I choć Kitty Crowther rysuje postać Boga i człowieka, to Bóg przedstawia się jako zwykły bóg, a człowiek to po prostu Mały Człowiek. Tradycyjna ontologia nie ma tu zastosowania. Bóg nie jest transcendentny, a człowiek niejednokrotnie prześciga go w pewnych umiejętnościach. Na przykład we wspinaniu się na drzewa. Za to nikt lepiej niż Bóg nie chodzi po wodzie!
W posłowiu do polskiego wydania autorka ujawniła, że pod relacją Bóg-człowiek kryje się również metafora rodzicielstwa, która przyszła jej do głowy, gdy na świecie pojawił się jej syn Teo. Gra słów tytułu i postaci podnosi poziom abstrakcji i jeszcze bardziej zapętla tę skomplikowaną zależność. Nic więc dziwnego, że relacja między bohaterami jest dość bliska a wzajemne podobieństwo to raczej kwestia pragnień i upodobań niż wyglądu czy sposobu życia. Różnorodność staje się paliwem i inspiracją, symetria zaczynem silnej więzi.
Mistrzyni Kreski – Kitty Crowther angażuje do zabawy neonowy marker i za jego pośrednictwem nadprzyrodzony świat Boga przenika świat realny. Rośliny, zwierzęta a wreszcie również Mały Człowiek świecą szczególną aurą. A w tym samym czasie Bóg schodzi do ich poziomu, bo może właśnie tam czeka na niego coś nowego i fascynującego.
2/19/2025
Motylki i mrówki
Motylki i mrówki, Pija Lindenbaum, tł. Katarzyna Skalska, Zakamarki 2025.
Czy to zwyczajne przedszkole, a może kolebka rewolucji? Pija Lindenbaum tym razem o podziałach społecznych i o tym, do czego może prowadzić brak możliwości wyboru.
Motylki i mrówki żyją razem w małej komunie. Skąd się tam wzięli? Nie wiadomo. Czy mają rodziców? Raczej nie. Każda grupa ma swój domek, ale przestrzeń wspólną dzielą ze sobą. Porządku pilnuje Kierowniczka. Ona decyduje i rozdziela zadania. Motylki malują na płótnie, mrówki obierają ziemniaki. Motylki grają w krokieta, mrówki piorą skarpetki. Motylki obserwują chmury, mrówki noszą kamienie. Czy to sprawiedliwe? "Tutaj ma być niesprawiedliwie" – odpowiada Kierowniczka.
Kraina na ilustracjach z pozoru wygląda sielankowo. Jest duży staw, boisko, mnóstwo piachu a nawet domek na drzewie. W nim mieszka Kierowniczka. Trochę jakby spełnienie dziecięcych pragnień trafiło w niepowołane ręce. To zresztą zastanawiające, jak tak wysoka Kierowniczka mieści się w takim niewielkim domku. Równie mało prawdopodobne wydaje się to, że tak potężna grupa dzieci karnie wykonuje polecenia jednej osoby.
Najbardziej namacalnym przejawem panującego reżimu jest oczywiście linia. "Za linią jest niebezpiecznie. Po drugiej stronie wszystko może się zdarzyć" – przekonuje Kierowniczka. Świat przed linią jest łatwiejszy, ale za linią wydaje się ciekawszy. Ostre granice aż proszą się o to, żeby je przekraczać. Nieuczciwy podział praw i obowiązków dzieli, ale też powoduje potrzebę buntu.
To nie jest miła książka do jakich przyzwyczaiła nas Pija Lindenbaum.Ta lektura generuje poczucie dyskomfortu. Jeśli chcemy przejrzeć się w niej jak w lustrze, możemy. Bez względu na wiek. Czasem jesteśmy jak mrówki, innym razem jak motylki, a może nawet bywamy Kierowniczką. Napięcie rośnie wraz z każdą kolejną stroną i podskórnie czujemy, że ten stan nie może trwać wiecznie. Wystarczy jeden kamyk, by ruszyć lawinę: "– Zamieńmy się".
11/30/2024
Tajemnica Świętego Mikołaja
Tajemnica Świętego Mikołaja, Mac Barnett, Jon Klassen, tł. Karolina Iwaszkiewicz, Dwie Siostry 2023.
Tę książkę znalazłam pod choinką w zeszłym roku, stąd na recenzję przyszło jej trochę poczekać. Nadrabiam zatem w pierwszej świątecznej polecajce.
Barnett i Klassen znani są doskonale jako autorzy takich bestsellerów jak "Sam i Dave kopią dół", serii o czapeczce (w Polsce wyszły dwa tomy z trzech), czy zekranizowanej przez Apple TV trylogii o kształtach. Niewątpliwie trudno o lepiej zgrany duet autorski. Ich książki charakteryzuje przemyślana i dobrze spuentowana fabuła, inteligentne poczucie humoru i wysmakowane ilustracje. Jona Klassena łatwo rozpoznać: przenikliwe spojrzenia jego bohaterów mówią więcej niż niejedno słowo. Obaj panowie mają zresztą dar do wychwytywania istotnych szczegółów i bawienia się nimi nie gorzej niż zwolennicy bressonowskiej koncepcji decydującego momentu.
"Tajemnica Świętego Mikołaja" to książka, która w dużej mierze składa się właśnie z takich momentów. Momentów – i to chyba buduje klimat tej historii – które przecież nigdy nie miały szansy się wydarzyć. Barnett i Klassen mnożą pomysły na to, w jaki sposób Święty Mikołaj może dostać się do domu. Sposoby z jakich korzysta, każdy czytelnik w zależności od wieku oceni własną miarą. Co ciekawe tajemnica Świętego Mikołaja pozostanie na zawsze tajemnicą. Autorzy nie podsuwają nam bowiem ostatecznej odpowiedzi na kluczowe pytanie.
W jednej z zagranicznych recenzji przeczytałam, że "Tajemnica Świętego Mikołaja" powstała najprawdopodobniej z pobudek finansowych. Istotnie, nie trudno zauważyć, że książka, mimo iż piękna wizualnie, nie daje tyle satysfakcji co inne dzieła autorów. Tekst, zarówno w oryginale jak i w polskim przekładzie, czyta się ciężko, a wspomniany brak puenty nie rekompensuje tej czytelniczej jazdy pod górkę. Marudzę w sposób świadomy, bo wiem skądinąd na co autorów stać i czego nam w tym picturebooku nie dali. Za odrywanie kuponów od popularności nie grozi jeszcze żaden sąd, więc Barnett i Klassen także zasługują na łagodne potraktowanie. Na pocieszenie jedna z fajniejszych ilustracji z książki: widzieliście kiedyś Mikołaja wykapującego się z kranu? :)
11/15/2024
Tyle się wydarzyło i tyle jeszcze nas czeka
Tyle się wydarzyło i tyle jeszcze nas czeka, Johanna Schaible, tł. Agata Teperek, Widnokrąg 2024.
Przemyślany w każdym szczególe, niezwykle subtelny i dający do myślenia picturebook ukazał się właśnie nakładem wydawnictwa Widnokrąg. Perełka, która nie powinna zginąć w zalewie przedświątecznych nowości.
Na początku zaskakuje formą, choć dopiero w połączeniu z treścią odkrywa cały swój czar. Standardowy format strony z każdym kolejnym przełożeniem kartki staje się coraz mniejszy, a po dotarciu do środka zaczyna z powrotem rosnąć. Kolory od ciemnych zmierzają do coraz bardziej kolorowych, aż powtórnie gasną w okolicach środka, by za chwilę znowu rozbłysnąć. Szwajcarska artystka, Johanna Schaible, wymyśliła tę książkę jako swoistą podróż przez życie: w wymiarze ogólnym – od narodzin świata do teraźniejszości, i osobistym – od świtu do zmierzchu życia. Format stron wykorzystała do podkreślenia szerokiej i wąskiej perspektywy, kolor do zaakcentowania etapów.
"Tyle się wydarzyło" to książka otwarta. Pierwsza połowa bazuje na zdaniach twierdzących, druga na skłaniających do namysłu pytaniach. Sprawdzi się zarówno u operujących na konkretach kilkulatków, jak i podejmujących głębszą refleksję nastolatków. Książka bez daty ważności. Barwne kolaże świetnie współgrają z surowym, szorstkim papierem. Lapidarne zdania pozostawiają przestrzeń do delektowania się obrazem. Dzięki uporządkowanej, przemyślanej strukturze można czytać i oglądać na okrągło, kończąc i wracając do początku.
11/08/2024
Góry
Góry, Regina Giménez, tł. Karolina Jaszecka, Druganoga & Tatrzański Park Narodowy 2024.
Regina Giménez powraca z nową odsłoną geografii w artystycznym anturażu. Tym razem koncentruje się wyłącznie na górach. Hipnotyczna magia trójkątów i potężna dawka wiedzy.
Koncept jest w zasadzie ten sam. Książka nie zaskoczy nas niczym nowym i to chyba dobrze. Giménez jest artystką skali. Lubi duży format i czyste przestrzenie. Jednocześnie w pisaniu jest konkretna i zorientowana na to, co w istocie chce przekazać. Ona nie objaśnia świata, tylko go systematyzuje. To nie jest książka, która wdraża w pojęcia, raczej, bazując na zdobytej wiedzy próbuje zaintrygować, zaskoczyć, zmusić do zastanowienia. Kiedy patrzę na "Góry" z boku, wydają mi się nawet nieco trudniejsze w odbiorze niż wprowadzające w temat "Geo-grafiki". Prawdopodobnie taki sam wniosek wysnuł wydawca, bo książka polecana jest dla czytelników 12+, a nie jak poprzednio 8+.
Autorka stara się wydobyć na światło dziennie głównie to, co w górach policzalne: wiek, wysokość, zajmowaną powierzchnię, dane klimatyczne, polityczne i wszelkie wzajemne odniesienia. Na bazie tych informacji tworzy geometryczne schematy, które z artystycznym wyczuciem upina na kartce niczym najpiękniejsze obrazy w galerii sztuki nowoczesnej. Wykonane ołówkiem szkice, jak z zeszytu do geometrii, pociągnięte kolorową farbą magicznie przeskakują w inny wymiar. Patrząc z daleka odnosi się wrażenie, że geografia jest tylko pretekstem do pobawienia się mapą hipsometryczną, przekrojem stratygraficznym, czy wykresem kołowym. Wszystko staje się sztuka, a sztuka wszystkim.
4/30/2024
Mulanosaurus Rex
Mulanosaurus Rex, Øyvind Torseter, tł. Justyna Czechowska, Format 2024.
Założę się, że tych, którzy zdążyli zapoznać się z pierwszą wydaną w Polsce autorską książką Øyvinda Torsetera pt. "Dziura" wiadomość o nowym tytule artysty z pewnością zaintrygowała. Wraca bohater o fizjonomii na skrzyżowaniu muminka i Bromby. Poznajcie "Mulanosaurusa Rexa".
Przełamujący schematy, dziwaczny, intrygujący – nie dość epitetów na określenie stylu wyłaniającego się z szalonych picturebooków Torsetera. Jakkolwiek by jednak nie próbować zamknąć go w schematach, Norweg wymyka się wszelkim uogólnieniom. Może dlatego nie sposób uwierzyć w etykietkę "książka dla dzieci". Torseter przygarnia najmłodszych, ale zaprasza też dorosłych – bawi się kontekstem intertekstualnym, ćwiczy spostrzegawczość, testuje poczucie humoru. W tym wszystkim mówi do czytelników przede wszystkim obrazami. Narracja wizualna wiedzie prym – krótkie, jednozdaniowe komentarze pojawiają się na marginesie i w rzadkich dialogowych dymkach. Jesteśmy w wyizolowanym świecie, w którym absurd prowadzi nas w prostej linii do pytania o sens, a przyziemność świata przedstawionego od nierzeczywistości dzieli zaledwie krok.
Torseter przeciwstawia sobie dwóch bohaterów – cynicznego Prezydenta i idealistę Mulego. Łączy ich ufna wiara w upolowanie ostatniego dinozaura, a dzieli niemal wszystko inne. Jako czytelnicy, z zapartym tchem śledzimy podróż towarzyszy, podskórnie czując jednak, że cel jest zgoła inny. Akcja wypełnia całą przestrzeń komiksu, ale to czytelnik uzupełnia luki, które Torseter z premedytacją pozostawia. Każdy szczegół kadru może mieć znaczenie. Każde odkryta aluzja dodaje historii nowego blasku.
Narysowane cienkim piórem rysunki zachwycają precyzją. Kolor, podobnie jak tekst, wydaje się być tylko dodatkiem. Torseter mości się wygodnie między dosłownością a magią świata, który nie stoi w miejscu lecz ciągle się zmienia – od nowoczesnego wnętrza mieszkania po prehistoryczny las. Ten swoisty rozkrok sytuacyjny pozwala z dystansu spojrzeć nie tylko na bohaterów, ale przez ich pryzmat, także też na siebie samych.
10/30/2023
Dong co ma świecący nos, i inne wierszyki Pana Leara
Dong, co ma świecący nos i inne wierszyki Pana Leara, Edward Lear, tł. Andrzej Nowicki, opr. graf. Bohdan Butenko, Dwie Siostry 2023.
"Książkę robi się jak sweter" – przekonywał Bohdan Butenko, a butenkowska strategia robienia książki otworzyła zupełnie nowy rozdział w projektowaniu graficznym. Traktowanie książki jako całości, świeże, nowatorskie, do dziś dnia, a od premiery "Donga" minęło już ponad 60 lat, stanowi dla twórców duże wyzwanie.
Teksty Edwarda Leara zebrane w tym małym kwadratowym zbiorku sięgają końca XIX wieku. Przekład Andrzeja Nowickiego, powstały niemal sto lat później, swobodnie bawi się learowską konwencją poezji absurdu. Tłumaczenie nie jest dosłowne, twórcze skojarzenia Nowickiego wędrują w nieco inne strony, aby ostateczni oddać nastrój, dowcip i przewrotność oryginalnego tekstu, nie zawsze literalnie treść. Wychowani na Monty Pythonie i Kabarecie Starszych Panów opowiadania o łódce z sitka, znikających paluszkach u nóg, czy spacerującym krześle doceniamy jako rodzaj zabawy. Dla współczesnych Learowi opowieść o Dongu miała atrybut kpiarskiej satyry na bajronicznych bohaterów, limeryki na wiktoriańskie przywary społeczne, a wymyślne imiona bohaterów, ni to ludzkich ni zwierzęcych, były mrugnięciem okiem w stronę wybujałych ambicji XIX-wiecznych przyrodników.
Kiedy learowskie teksty trafiły do XX-wiecznych czytelników, nie były już tak silnie nacechowane tymi skojarzeniami. Butenko podszedł do nich niestandardowo. Stworzył książkę, posługując się dwoma wyjątkowo wyrazistymi technikami: właściwym sobie naiwnym rysunkiem i techniką negatywu. Przełamał dystans, jaki stara anglosaska poezja mogłaby stworzyć między sobą a małym czytelnikiem. W naturalny dla siebie sposób zatarł granicę między obrazem a tekstem. Kpiarz Butenko spotkał kpiarza Leara, tworząc dzieło ponadczasowe, bez daty ważności.
Dziś nie musimy brać już "Donga" na serio, szukać ukrytych znaczeń, taplać się w społecznych stosunkach, rozkminiać neologizmów. Wystarczy przyjemność obcowania z małym dziełem sztuki – książką totalną stworzoną przez genialnego architekta. A Dong uśmiecha się wdzięcznie spod swojego doczepionego nosa, wyraźnie pocieszony, że jego wytrwałość nareszcie jest doceniona, mimo braku szczęśliwego zakończenia.
9/29/2023
Ten ptak, co mieszka we mnie, leci, dokąd chce
Ten ptak, co mieszka we mnie, leci, dokąd chce, Sara Lundberg, tł. Anna Czernow, Wytwórnia 2023.
Ta piękna, malarsko przedstawiona biografia dzieciństwa szwedzkiej artystki XX wieku, Berty Hansson, wbiła mnie w fotel. Podeszłam do niej nieufnie, przeczuwając, że ktoś tu będzie chciał zagrać na czytelniczych emocjach. I nie myliłam się.
Ta historia pozornie nie ma w sobie nic wyjątkowego. To, że opowiada o Bercie Hansson, jednej z najznamienitszych malarek ekspresjonizmu, nie ma większego znaczenia. Pod jej postacią kryje się właściwie każda dziewczynka, która kiedykolwiek próbowała wyrwać się na niepodległość: w Szwecji, w Polsce, w Wielkiej Brytanii, na całym świecie. Sara Lundberg sięgnęła po biografię Berty z uwagi na podobieństwo do losów swojej własnej babci, utalentowanej dziewczynki wychowanej na skandynawskiej wsi. Książka, która zrodziła się w jej głowie miała być namacalnym dowodem determinacji, świadkiem historii, ale też hołdem dla tych wszystkich, które z różnych względów musiały zrezygnować ze swoich ambicji.
Lundberg udało się coś wyjątkowego. Zaczarowała tę opowieść, korzystając z motywów artystycznych obecnych w twórczości Hansson. To dzięki temu, suche fakty, które zaczerpnęła z autobiografii artystki, nabrały szczególnej lekkości. Praca w gospodarstwie, ciężka choroba mamy, marzenia o dalszej nauce zostały symbolicznie przedstawione za pomocą pojawiającego się na kartach picturebooka glinianego ptaka, wyrywającego się do lotu. Motyw ptaka, tak charakterystyczny dla twórczości Berty, tak jej bliski przez wszystkie lata tworzenia, a pod koniec życia praktycznie jedyny po jaki sięgała, pozwolił Lundberg przekuć tę historię w subtelny, do głębi poruszający i uniwersalny przekaz.
Akwarele Sary Lundberg zdają się zaglądać Bercie Hansson przez ramię. Dorosły czytelnik, nawet ten jedynie pobieżnie znający jej twórczość, od razu dostrzeże, że obecność białych krów z czarnymi oczami i nakrapianymi bokami nie jest tu przypadkowa. Podobnie obrazy natury, czy nieco karykaturalnie wykrzywione portrety dzieci. Lundberg czerpie z Hansson z rozmysłem, ładnie wpisuje jej styl we własną malarską kreskę.
"Ten ptak, co mieszka we mnie, leci, dokąd chce" to piękny coffee table book, ale też picturebook do wspólnej lub samodzielnej lektury dla nastolatka. Dla wszystkich tych, co cenią poruszające historie, inspirujące obrazy, a co najważniejsze spójny dopracowany przekaz, który nie pozostawia obojętnym. Mimo że zwykle unikam czytelniczych wzruszeń z obawy przed nadmierną ckliwością i emfazą, tym razem nie poczułam się emocjonalnie zmanipulowana. Moja jedenastoletnia córka także przyjęła tę książkę z dużym zachwytem.