wtorek, 23 marca 2021
Mija czas żonkili
czwartek, 18 marca 2021
Tydzień bez internetu
Kolor włóczki to mocna czerwień, taka typu krew z aorty, ale aparat przekłamał(no właśnie, tu wtrącę, że po 10 latach pracy mój nikon padł...)
Wzór wychodził nawet ładnie, ale był zbyt cienki, lejący, a ja chciałam to przeznaczyć na poszewkę na poduchę. Zatem poszedł do sprucia.Potem wymyśliłam, że dodam jaśniejszą nitkę wełny, ale po zrobieniu kilku centymetrów, doszłam do wniosku, że absolutnie nie może byc różnicy w kolorach, bo wtedy sam wzór ginie w melanżu:
W końcu nabrałam podwójną nić czerwonej włóczki i zaczęłam robić. Oczywiście ponownie prułam, bo teraz źle dobrałam ilość oczek. Dopiero czwarte podejście jest w końcu dobre.
Mam nadzieję, że włóczki mi wystarczy, bo idzie tutaj całkiem sporo nici.
Tak więc moje ostatnie dni upłynęły w równej mierze na pruciu, co i na dzierganiu.
Podziało się za to w książkach.
Przeczytałam kolejne dwie książki mojego ulubionego podróżnika:
"Safari mrocznej gwiazdy" to pierwsza część podróży po Afryce. Przeczytałam je w odwrotnej kolejności, bo najpierw była na mojej półce książka "Ostatni pociąg do Zona verde". Nie ma to jednak żadnego znaczenia.
Kolejna, to podróż przez Amerykę Środkową i Południową.poniedziałek, 8 marca 2021
Z dnia na dzień
...o tej porze roku, ogród zmienia swe oblicze. Raz bardziej dramatycznie, raz mniej. Jednego dnia kwiaty są w pąkach, a następnego już rozkwitają.
W tym roku żonkile wydały mnóstwo pąków! Kiedy zaczynały wyrastać w styczniu, jeszcze tego nie było tak widać. Nawet w lutym, kiedy już były duże, jeszcze to się tak nie rzucało w oczy; dopiero kiedy pąki zaczęły się ujawniać, wyrastać ponad masę liści, dopiero zobaczyłam, ile ich jest.
Przez ostatnie dwa-trzy lata kwitły mniej obficie, stąd moje zaskoczenie i radość.
piątek, 5 marca 2021
Szydełko i druty
Działo się trochę na drutach i na szydełku.
Chyba z pięć lat temu zrobiłam chustę z resztek kremowej włóczki. Zaczęłam ją nawet nosić, to znaczy okrywać plecy, kiedy np. czytałam w fotelu, ale była za mała. Bardziej nadawała się na wersję pod szyję, jako apaszka. Tutaj z kolei za bardzo była kłująca - taki akurat rodzaj wełny.
Spruć się już nie dało, bo prałam ją ze dwa-trzy razy...
Odnalazłam zakończenie robótki, udało mi się je odsupłać :) i zaczęłam odtwarzać wzór, bo schematu już nie miałam.
I już na poduszce:
Ja wacików nie używam, ani takich, ani jednorazowych, ale dla dziewczyn jest to jakies rozwiązanie, bo codziennie do kosza trafiało mnóstwo odpadków. Teraz waciki lądują w siateczce i "lecą" do prania :)