Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Drops. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Drops. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 października 2016

Pangur Bán - kot Białofilc w formie swetra

Kolejny post, który śmiało mogę zacząć baśniowymi słowami "Dawno, dawno temu...". Serio. Gdzieś pod koniec zeszłego roku zabrałam się za dzierganie bardzo puchatego swetra. Spędziłam z nim kilka długich tygodni, które przerodziły się w końcu w chyba 2-3 miesiące. Kawał czasu. Mimo to z samego procesu pamiętam tylko okres świąteczny kiedy oglądałam bez przerwy wszystkie części "Hobbita". Coś pięknego. :)
A potem przyszedł czas na "Sekrety Morza", które przypomniały mi o przewspaniałym i cudownym filmie "Sekret Księgi z Kells". I z tymi wspomnieniami przerabiałam z miłością każde z puchatych oczek. Sweter rósł powoli, bo co chwilę musiałam koniecznie się w niego już wtulić i wygłaskać. Tak obłędnie miękkiej i puchatej włóczki nigdy nie miałam wcześniej w rękach. I po roku nadal jest moim miziastym numerem 1.
Puchacz czekał na zdjęcia prawie rok, bo kończyłam go chyba jakoś w lutym... tak się stało i już. Życie. Ale nic w przyrodzie nie ginie, więc mogę się pochwalić moim najbardziej przytulnym i ukochanym swetrem, który otrzymał piękne imię po jednym z bohaterów ostatniego ze wspomnianych filmów - Pangur Bán.
 
Sweter jest taki jakie lubię najmocniej - oversize z otwartymi przodami. W sumie mogę podciągnąć go pod wersję guzikową, ale te służą bardziej ozdobie i ewentualnej wersji bardziej wygodnej.
Guziki musiały być jak najbardziej neutralne i oczywiście drewniane. Muszę przyznać, że ogromnie trudno było mi znaleźć najzwyklejsze, bez udziwnień, bez dodatkowych kolorów i lakieru. Zakupiłam nawet specjalne, ręcznie robione z gałązek, ale włóczka zweryfikowała moje plany i niestety mimo małego rozmiaru same guziki były za ciężkie do tego swetra.
Ale za to mam przepiękną i dwustronną plisę, która jest chyba największą ozdobą całego wdzianka. Dużo tekstury na całkiem słusznej szerokości robi swoje. Do tego przepiękny i-cord na brzegu jest kolejnym niby malutkim elementem dodającym kolejnego efektu wow.
Wykończenie również musi być śliczne, ciekawe i proste, dlatego ściągacz zapobiegający zwijaniu został specjalnie zamknięty inaczej niż zwykle, a to moim zdaniem wygląda ślicznie. Rękawy wydziergałam dłuższe, aby naprawdę można było się w puchaczu schować i zniknąć.
 
 
Plisa będąca jednocześnie całkiem sporym kołnierzem została zrobiona tak, aby można było ją wywinąć. To daje swetrowi trochę innego charakteru i ciekawego efektu, bo przy zapiętych guzikach jednocześnie oglądamy obydwie jej strony - tak różne od siebie, a mimo to uzupełniające się wzajemnie.
 
Kolor jest pastelowy, delikatny i w sam raz. Wbrew temu iż "Pangur Bán" jest kotem Białofilcem w białym raczej nie jest mi do twarzy, więc wybór padł na ten opisywany jako "szaro-zielony".
 
Sama włóczka to tzw. cud, miód i orzeszki. Poważnie. To Drops Brushed Alpaca Silk dziergana razem z Drops Lace. Połączenie idealne. Puszkowa alpaka otula jak nic innego, a całkiem spory dodatek jedwabiu nadaje włóczce połysku i sprawia, że robótka jest bardziej luksusowa. Jakby tego było mało to wybrane przeze mnie kolory są identyczne i nawet nie idzie rozpoznać gdzie jest jedna i druga nitka. W dodatku z ręką na sercu wyznaję, że nie gryzie mnie nic a nic. Z powodzeniem mogę nosić sweter na gołe ciało (gdyby oczywiście był to pulower, hihi... ale po cichu powiem, że w samotności testowałam i obecną wersję...^^ ) i nie czuję nic innego niż ciepłej i miękkiej chmury. A wrażliwa na gryzienie jestem i to bardzo. Jedyny minus jaki mogłabym znaleźć to mała ilość kolorów, ale coś za coś.

Ja w moim Pangur Banie jestem zakochana i to chyba z wzajemnością, bo spędza on ze mną naprawdę dużo czasu. Śmiało mogę powiedzieć, że w nim mieszkam. Od dawna planuję spisać na niego wzór, ale ja swoje a życie swoje. Liczę, że jednak sobie trochę odpuści i da mi wreszcie siłę i czas, abym mogła to zrobić.

Was pozdrawiam cieplutko, puchato i namawiam do nadrobienia wspomnianych filmów, jeśli jeszcze nie mieliście przyjemności ich zobaczyć. :)

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Mięciuchna chmura

W zeszłym roku udało mi się być na dziewiarskim spotkaniu we Wrocławiu. Chyba miałam szczęście, bo jedna z będących tam dziewiarek (nawet moja imienniczka) tworzyła próbkę z czegoś niezmiernie puchatego. Ogromnie zaciekawiona odważyłam się zagadać i w dodatku ośmieliłam się zbadać powstającą dzianinę pod kątem gryzienia i miziastości - takie potocznie zwane "macanie". Ku mojemu zdziwieniu włóczka okazała się bajecznie mięciutka i absolutnie niegryząca! Ależ wielka i niepohamowana była to radość. A potem rosła tylko w siłę kiedy wyszło na jaw, że to nitka ze stajni Dropsa, jakże przyjazna dla portfela. 
 
Od tamtej pory nie mogłam zapomnieć o tej małej chmurce i zapragnęłam mieć ją koniecznie dla siebie. Nie ważne co będę z tego dziergać, ale no inaczej nie przeżyję. I tak sobie trwałam w tym małym postanowieniu, aż jakiś czas potem pojawiła się Alpaca party, która już całkowicie wyniosła mnie na orbitę. Wszak wszystkie alpakowe włóczki Dropsa, w tym bohaterkę tego posta (Brushed Alpaca Silk) można było kupić za 25% mniej. I jak miałam się oprzeć? 
Z uśmiechem szaleńca, jawiącym się chyba dosłownie od ucha do ucha kliknęłam swoje motki wrzucając też do koszyka dropsowego Lace. Padło na pastele w kolorze błękitno-seledynowym. Mocno zgaszone, rozbielone. Aczkolwiek producent opisuje je jako szaro-zielony. Ale jak dostałam je w swoje ręce to nie mogłam przestać ich dotykać i oglądać. Cudownie bajeczna miękkość i puchatość. Do tego jedwabny połysk, nadający nitce jeszcze tego czegoś. Obydwie wspomniane włóczki to połączenie alpaki z jedwabiem. Bajka!
Jak przyszedł pomysł i decyzja co do rozmiaru drutów to nabrałam szybko nowe oczka i tak sobie pomalutku dziergam. Po przeglądaniu sporej ilości projektów z danej włóczki obawiałam się, że robótka z samego puchu może wyglądać zbyt niechlujnie, jak jakaś szmacianka. Dla wzmocnienia całego udziergu tworzę więc z dwóch nitek razem, czyli łączę Brushed z Lace i wychodzi pięknie. Rządek tu, rządek tam. Jeszcze duuużo oczek przede mną, bo z szaleństwa tworzę na 4 mm drutach. Do tego uznałam, że mam ochotę na coś oversize, więc chyba podwoiłam tym sobie robotę. Nie wiem kiedy skończę i jak to będzie koniec końców wyglądało, ale już wiem, że uwielbiam to wdzianko.
A jeśli zda egzamin w użytkowaniu i praniu... to w kolejce najzwyklejszy z możliwych pulover oversize. Tym razem z pojedynczej nitki, na dużych drutach. Może w kolorze różowym? Sweter słodki jak wata cukrowa... ah.

A Wy lubicie takie puchate włóczki?
Może macie jakieś swoje ulubione chmurki w kłębku?

piątek, 20 listopada 2015

Owieczki od dziewiareczki

Mam kolejną czapkę. I to nie byle jaką. Idealną dla dziewiarki - w owieczki!
Wzór wpadł mi w oko jakiś czas temu, ale nie wiedzieć czemu nawet nie pomyślałam o jego wydzierganiu. Aż do czasu jak grzebiąc w swoim pudle natknęłam się na przepięknie zielony motek Lettlopi pozostały z mojego loppapeysa. Taką mszystą zieleń kocham i nie mogłam się oprzeć. Prawie nie mogłam już znaleźć wymówki, biorąc pod uwagę leżące obok resztkowe kłębuszki Peruviana i Limy po swetrach i bezpalczatkach. Tym bardziej, że w połączeniu niesamowicie im pięknie. No to brakowało mi tylko niebiańskiego koloru - a że głupio zamawiać jeden motek... to kupiłam cztery.

I tak po jakimś czasie powstała moja wersja "Baa - blee Hat".
Co najdziwniejsze! Lopi na głowie to nie to samo co lopi na swetrze. Zakładałam ją i na włosy i na gołe czoło i nic mnie nie drapie. Aż dziw bierze, no ale to prawda. Czapka stała się własnością siostry, która podziela moją opinię zarówno o pożerającym swetrze jak i o bardzo przyjemnej głowogrzejce.
To moje drugie w życiu wrabianie na drutach, więc nie jest może idealne, ale zrobię kiedyś takich jeszcze kilka i dopiero będzie pięknie.
Oczywiście wprowadziłam modyfikacje do wzoru, bo naczytałam się o tym, że czapka wychodzi o dużo za duża. Miałam też w pamięci ilość oczek, próbki i rozmiary drutów, na których pracowałam robiąc poprzednie czapki i nijak nie pokrywały się one z tym co w opisie do owieczek. Poczyniłam więc kilka obliczeń, zmieniłam druty na dużo mniejsze i leży jak ulał.

Robótka szła dużo wolniej niż przy dzierganiu z jednej włóczki, ale to kwestia wprawy.
Moja wersja jest z podwijanym brzegiem, dzięki czemu pasuje zarówno na Sis, jak i na mnie - bo ja w sumie prawie zawsze chodzę z cebulą, która musi mi się w czapce zmieścić. Wystarczy, że odwinę sobie dół i już mam skrzatkę idealną.

projekt: Baa - blee hat
wzór: "Baa - blee Hat" by Donna Smith
włóczka: Lettlopi, Drops Lima, Filcolana Peruvian
druty: 3.5 mm; 4 mm

Jakby mi było mało to z pewnością z 'resztek' udziergałabym drugą, tylko dla mnie.

A tymczasem powinnam się zmusić do kończenia celtyckiej chusty (taaak, jeszcze "tylko" połowa bordera), bo w kolejce pojawiło się zapotrzebowanie na celtycką czapkę do kompletu. Tak samo jak ogromne zapotrzebowanie na słońce, bo w tej nieustającej szarudze depresja czai się za każdym rogiem.

środa, 4 listopada 2015

Mikro chwalipięctwo i dziewiarska piosenka.

A ja mam! Wreszcie mam! :D swoją własną nawijarkę. Skaczę prosto pod sufit i jeszcze wyżej, jak się tylko da. Doczekałam się swojego 'pro' sprzętu dla dziewiarki. I koniec z potwornie plączącymi się nitkami, zwijanymi przez znaczną ilość czasu. Tym bardziej, że ostatnio pewnie ponad 80% włóczek z których robię przyjeżdza do mnie w postaci precelków. Co prawda sprawca tego prezentu [Brodacz] jest fanem rozplątywania wszelkich supełków i każdy przewinięty motek, to do tej pory była jego zasługa - biję w podzięce pokłony, czołem do samej ziemi. Tym bardziej, że po haśle "a że była darmowa dostawa w pewnym sklepie" wyjął zza pleców parasolkę. Motowidło znaczy się. 
Przyznam się, że kiedyś precle próbowałam zwijać sama... ale wytrzymałam jakieś pół motka i krew mnie nagła zalała w międzyczasie kilka razy. Obraziłam się i wzięłam na druty inny, przewinięty już kłębuszek. Dawniej miałam "przyjemność" (brrr!) bawić się tak z Malabrigo Lace i powiem jedno- nigdy przenigdy.
I teraz zamiast godzin transformacja precli w motki (za granicą nazywają to "cake", mamy jakiś ładny odpowiednik?) zajmuje góra kilka minut. Za nami 800 metrów pajęczyny Drops Lace. I napatrzeć się nie mogę na to cacuszko. 
Wiadomo, że gadżety nie są niezbędne, ale jednak istnieją takie, które ogromnie ułatwiają i przyspieszają pewne czynności. A po cóż marnować czas na nerwy i rozsupływanie nitek po stokroć jak można już dziergać.

Próbkę z wyżej pokazanych puszków już mam, ale nic poza nią. Pomysł w głowie dopiero powstaje, a przede mną jeszcze decyzja co do rozmiaru drutów. Także znowu stoję w miejscu...

...ale na pocieszenie włączam sobie chyba pierwszą i jedyną dziewiarską piosenkę, którą w życiu słyszałam i śmieję się do rozpuku. Polecam i Wam - "Baby You're a Knitter" oczywiście by... Stephen West. To typ którego się kocha, albo nienawidzi. Ja mimo wszystko jestem zdecydowanie po tej pierwszej stronie. ^^

ps. nadal pamiętam o losowaniu- postaram się wrzucić posta jeszcze w tym tygodniu.

A Wy korzystacie już ze zwijarki?
I napiszcie koniecznie co myślicie o nowym hicie.

środa, 24 grudnia 2014

Beloved

Tytuł podkradłam z opisu wzoru.
Wzoru, który dawno temu skradł moje serce. Tak mocno, że wiedziałam, że prędzej czy później muszę go wydziergać i nie ma przebacz. To znowu był taki projekt, który wyglądał dobrze tylko w kolorze jaki jest w oryginale. Zaczęła zbliżać się zima, pojawiła się nawet promocja na konkretną włóczkę, więc na cóż miałam czekać. 

Znalazłam osobę do obdarowania i przyszedł czas na walkę ze wzorem. O ile sam 'design' jest wprost cudowny i czarujący to wzór już mniej. Niestety. Ale ile się nagłowiłam, napytałam, naszukałam... aż w końcu nabrałam oczka z konkretnego rozmiaru i w zasadzie zrobiłam wszystko na czuja wklejając plecionki z charta. I wyszło dobrze, nawet bardzo dobrze. :)
Nieskromnie powiem, że jestem z siebie dumna bo wyszło dokładnie tak jak chciałam.


Tym sposobem chwalę się moim pierwszym męskim swetrem.
Tył też jest piękny. : ) I wysoki golf, który dobrze chroni kark.
 I ten szeroki ściągacz- niby nic, a jednak bardzo ciekawy efekt, 
który jest doskonałym tłem dla plecionki.
Uwielbiam ten moment kiedy rozchodzą się linie z ramienia
 i w tym samym czasie w frontu i pleców. ^^
 Guziki nie mogły być inne niż drewniane.
 projekt: Beloved
wzór: Armas
włóczka: Drops Andes- 8 motków
druty: 6mm

Ah te, warkocze, ah te paski... W zasadzie to podoba mi się w tym swetrze wszystko- od gładkiego pola oczek lewych, przez plecionki, aż do niby zwykłego kołnierza. Ale najbardziej chyba to,  że jest on taki wyjątkowy, inny niż reszta- to nie ten z tych arańskich, zszywanych i napchanych warkoczami, aż nie wiadomo gdzie patrzeć. To też nie ten zwykły i nowoczesny, 'supermęski' design, który niczym nie zwraca na siebie uwagi. A nawet to nie ten tradycyjny, zimowy, wrabiany kojarzony z narciarzami z lat 80. Po prostu taki, którego nie da się wsadzić do szufladki, no chyba, że do takiej z napisem 'wow'.

Oczywiście wprowadziłam też kilka swoich modyfikacji, chociażby jak inne oczka przy warkoczach w ściągaczowej części i dodałam też kilka rządków 1x1 na krawędziach. Golf można oczywiście rozpiąć, lub zrobić mniejszy, albo całkowicie z niego zrezygnować. Ale mi ta wersja w wysokim kołnierzem podobała się najbardziej i tak już zostało. ^^ W końcu to zimowy, wełniany sweter. :)

Zdjęcia pojawiły się z dużym opóźnieniem, ale tak to jest kiedy pogoda iście angielska, a do tego sweter bawił się w schnięcie chyba 4 dni...

I tym czerwono- świątecznym akcentem pozdrawiam i znikam pałaszować owoce mojej pracy pt. 'robótki ręczne kuchenne' i obdarować prezentem handmade [i to nie dziewiarskim!].

Do następnego! :)

niedziela, 9 listopada 2014

Mopostopy

Mopostopy (lub Mopy na Stopy)- taki wspaniały komentarz usłyszałam kiedy pewnego dnia pokazałam cóż zamierzam wydziergać. :) Miłość moja do tego projektu bynajmniej przez to nie zmalała, a nawet zaczęła rosnąć. I tak z każdym dniem. Aż znalazłam odpowiednią włóczkę, wenę i czas. To nic, że jestem fanem chodzenia na bosaka, najlepiej nawet bez skarpetek. Ale kiedy zima schładza wszystko po drodze, bamboszki w sam raz przydadzą się na zimne wieczory. W trakcie tworzenia pierwszego bucika moja fascynacja do tego wzoru rosła z każdą chwilą. Po każdej skończonej części nie mogłam się doczekać kiedy zabiorę się za kolejną. Nawet genialnie mi się zszywało, a wrabianie 204 frędzelków było super przyjemnością i czułam, że mogłabym tak bez końca. I w końcu to był chyba wreszcie projekt bez żadnego prucia! Bez ani jednego błędu! :) [no chyba, że coś przeoczyłam] Nie obrzydło mi nawet całkowicie ręczne filcowanie.

Po dwóch dniach schnięcia i kolejnych dwóch deszczowych, dziś znalazłam światło dzienne do pstrykania zdjęć. (przymknijcie proszę oko na cudowną 'ostrość' i zmieniony kolor... nijak ostatnio nic nie chce z tego wyjść, makro takie, owakie, światło takie owakie... chyba mam parkinsona... :/ )
Kto mnie zna, mniej lub bardziej, wie, że jestem miłośniczką sów. OvO Nie mogąc się zdecydować między szarym a beżowym sięgnęłam po taki sowi kolor. Coś między Puszczykiem a Uszatką.
 Buciki sowiej wróżki, zdobią teraz moje nóżki. XD


projekt: Owl Fairy
włóczka: Drops Eskimo- 4 motki
druty: KP 8mm

Wróżkowe butki pokochałam zanim zaczęłam je robić, a teraz noszę ję całymi dniami. ^^ Czasem przyłapuję się, że piskam i świruję z zachytu jak Stephanie na swoim filmiku: "mooonkoooosaaas....". :D Reszta wzorów od TOK [Tiny Owl Knits] też mnie oczarowała, kiedyś kupię książkę i zrobię z niej wszystko. To moja ulubiona projektantka.
Uwielbiam w moich bamboszkach wszystko! I jestem załamana, że nie mogę na zdjęciach pokazać jak pięknie się prezentują naprawdę. Ale uwierzcie na słowo, są bajkowe. Oczywiście dla fanów wróżek, elfów, trolli itp. magicznych kreaturek, albo dla miłośników frędzelków. Ja zaliczam się do jednych i drugich, więc moja radość i duma jest podwójna. Stąd zero skromności w dzisiejszym poście. ;)

A może próbuję się pocieszać po stracie zębowej ósemki? Chirurgiczne usuwanie zatrzymanego zęba z rozcinaniem i zszywaniem dziąsła to... koszmar, kiedy uczulenie mija po pół godzinie. Chodzenie z bólu po ścianach to mało. Oszczędzę opisu dodatkowych atrakcji.

Tymczasem pozdrawiam was słonecznie, siedząc w moich wróżkowych butkach i śmigam po loda- jedyny plus zaleceń po zębowych zabiegach. 

Macie swoje wełniane bamboszki? 
Czy stawiacie raczej na tradycyjne, sklepowe kapciuchy?

środa, 5 listopada 2014

Książkowa środa

Zaczynając od początku [haha] donoszę iż nadal dziergam. Blogowa cisza spowodowana jakąś niechęcią do aparatu i brakiem światła, czyli nadchodzącą zimą. Skoro pogoda robi się iście 'północna' winnam mieć już sporo mocno grzewczych dodatków. A tu ni widu ni słychu poza tamtymi trzema czapkami- ostatnia do sfocenia. Skandal! Zważając na moje super skrajne odczuwanie zimna chyba czeka mnie dzierganie z 'super extra chunky bulky' włóczki i to pewnie w dwie nitki naraz XD chyba zacznę poszukiwania czegoś totalnie wielkiego i grubego, więc nie zdziwię się jeśli wyjdzie mi coś rodem iście z wybiegu high fashion. To w kwestii dodatków, bo sweter się w głowie robi, a nawet dwa, ale im dłużej siedzę z tą wizją to tym bardziej wydaje mi się banalna, nudna itd. W robocie aktualnie swetrzysko na szóstkach, które rośnie sobie naprawdę powoli, bo wbrew pozorom im grubsze druty, tym ciężej mi się z nimi pracuje. Dodatkowo zważając na inne pilne sprawy na już, jak np. wykańczanie zapięcia poprzedniego udziergu, albo tworzenie domowych bamboszków.


Książkowo stoję w miejscu. Tak sobie dawkowałam "Jane Eyre" ze strachu przed zbyt szybkim skończeniem, że nie ruszyłam jej przez kilka dni. Ze skrajności w skrajność. A w kolejce czekają już kolejne dwie pozycje i ściga mnie pomału biblioteczny termin. Aj!

Chyba powinnam mniej spać, a jeszcze więcej dziergać, szczególnie, że zaczęły śnić mi się niewidzialne duchy albo wielkie muchomory.


W jakimś tam przyszłym czasie planuję oswoić się z aparatem, a w zasadzie 'zaadoptować' jakiegoś nowego. Szczególnie, że gwiazdka tuż tuż. ;) Póki co działam na siostrzanym sprzęcie, ale nijak dogadać się z nim nie mogę. W związku z tym byłabym wdzięczna za rady odnośnie czego szukać itp. Zależy mi przede wszystkim aby móc fajnie złapać ostrość- ręcznie (?), rozmazać tło, nie przekłamać [aż tak] kolorów i fajnie by było gdybym nie musiała robić wszystkiego jedynie na dworze lub prosto na parapecie. Próbowałam cudować z tym co mam, ale ni w rzyć ni w oko. Sukcesem jest ostre zdjęcie 1 na 10...
ah no i wiadomo, im taniej tym lepiej :p żaden pro ze mnie nie jest a fotograf tym bardziej, więc aparat będzie mi służył pewno jedynie na blogowe potrzeby.

Pomożecie? ;)

poniedziałek, 22 września 2014

Cosy Cloud

Zwykle mam o sobie zdanie iż jestem wyjątkowo małomówna. Czasem zdarza mi się jednak nagle uzewnętrzniać i jak zacznę to ciężko mi skończyć. Ale spoglądając na ostatnie posty mam wrażenie, że chyba zapomniałam o swojej 'wadzie'. Aż dziwię się ile tam napisałam. Z drugiej strony patrząc wszak pleplam głównie o dzierganiu, włóczkach i książkach, a o tym można godzinami. Starając się trochę zrównoważyć blogowe gadulstwo dzisiaj tekstowo będzie całkiem skromnie. Za to odrobinkę więcej zdjęć niż zwykle. ^^

Tyle się zwierzałam o moim beżowym swetrze. Mogłabym nazwać go robótką wszędobylską- dziergałam ją w fotelu, na łóżku, na tarasie, na narożniku przed tv [towarzysząc rodzince w wieczornym relaksie], na spotkaniu w MagicLoop, na Dziergsession, a nawet w... psim kojcu. Ile to razy nie prułam i zaczynałam od nowa. Nie ominęło to nawet rękawów, który to pierwszy też zaczynałam kilkakrotnie. To samo przerobiłam z plisą na guziki a nawet z zakończeniem ściągacza. Kilka tygodni walki i swetrzysko gotowe.

Mogę pokazać Wam Cosy Cloud.


Ze zbliżeniem na ażur, który urzekł mnie swoją prostotą. I ten rulonik. :)


I moje ulubione puchate ściągacze na wydłużonych rękawach.


Zoom na moją wersję listwy [zrobiłam sobie z warkoczykiem z przodu zamiast chować go smutnie na lewej stronie]. I to co do tego projektu idealne: najprostsze, naturalne, drewniane guziczki. 


projekt: Cosy Cloud
wzór: Camber
włóczka: Drops Lima - 9,5 motka
druty: KP na żyłce 4mm, 5mm

Nie byłabym sobą gdybym nie zmodyfikowała ani trochę wzoru. No chyba, że byłby to test lub chusta. Jak zaczęłam wspominać pozbyłam się zupełnie ażuru na plecach, bo jak to z mocno przewiewnym tyłem w jesienno- zimowe dni?  Do tego mocno wydłużyłam  i zwężyłam rękawy, które nie są też aż tak obszerne jak w oryginale. Ah, jeszcze dodałam pliskę na dekolcie, bo okazało się, że jednak jest odrobinę za szeroki.

Przyznam, że w efekcie jestem zadowolona, szczególnie po tym jak zobaczyłam jak ten twór prezentuje się na zdjęciu. W lustrze i robótce nie prezentował się aż tak dobrze. Noszę go z przyjemnością, mimo, że podgryza, ale uparłam się i mam zamiar się nim odczulić.

Na druty wrzuciłam już kolejny, bo chusta sprawia mi za dużo zamieszania. Ale nie odkładam jej do wora, o nie! 


Od jutra kalendarzowa jesień... macie już przygotowane wełniane swetry?
A może szykujecie już i zimowe udziergi?

niedziela, 7 września 2014

Jedyna szansa


Przygoda dziewiarska nadal toczy się u mnie w towarzystwie swetra. Tak... nadal tego beżowego. :p
Przyznaję się bez bicia, że trochę mi obrzydło i zrobiłam sobie od niego małą przerwę, no taką 2-3 dniową. Nie tykałam go nic a nic. Oczywiście dlatego, że przede mną rękawy... mam chyba do nich uraz, bo jeden miałam już prawie gotowy, ale rozum podpowiadał mi unicestwienie tej szerokiej rury. Tak też się stało i obecnie zbieram siły do walki z ostatnią [no może przed ostatnią] częścią swetra.
Motywacja do kończenia jest całkiem duża, bo będę mogła wreszcie zacząć coś nowego. Póki co paczka z kłębkami została mi zakonfiskowana [spokojnie- za moim przyzwoleniem ;)] i nie odzyskam jej jeśli nie skończę obecnej robótki. Ostatnio takie coś podziało, więc tym razem też dałam się w to wplątać. Moja 'silna' wola nie dawała rady i prędzej czy później sięgałam po czekające włóczki, aby chociaż zrobić próbkę, coś przeliczyć z dziesięc razy, później kawałek następnej próbki, którą prułam po kilku rzędach i tak w kółko...
W głowie kołaczą mi się myśli o kolorach nowej, przyszłej robótki i nijak nie mogę się zdecydować ostatecznie. Tak nie, bo się zlewa, tak nie, bo nie pasuje, inaczej też nie, bo zbyt pstrokato... Pomijając wybieranie motków, które zajęło mi 2 dni. Eh.


W kwestii czytelniczej też wypadało by coś napisać, no chociaż raz na tydzień. Akcja Maknety kiedyś bardzo mnie mobilizowała do czytania i informowania Was o tym równo co środę, ale obecnie nie wiem co się dzieje i często czuję totalną niemoc do pisania... i książek czasami niestety też.
Akurat kilka dni temu skończyłam kolejny kryminał mistrzyni tego gatunku i mogę co nieco skrobnąć. :)
"Godzina zero" A. Christie, o której pisałam w poprzednim odcinku akcji, to kolejna książka, którą mogę zaliczyć do udanych. Osobiście pozycje tej autorki czytam głównie dla samej fabuły i zabawy w odgadywanie winnych. Niemalże za każdym razem jestem zaskakiwana zakończeniem. Podejrzenia zmieniam co chwile, a okazuje się na końcu jeszcze inaczej niż mogłoby się komukolwiek wydawać. I to najbardziej mnie w tym wszystkim bawi. Na plus zaliczam jak najbardziej ten klimat minionej epoki i fabułę opisywaną tyle ile trzeba. Nie ma tutaj wtrąceń nikomu do niczego niepotrzebnych, ciągnących się jak spaghetti o tym czy o tamtym rozpychając książki do wielkich tomiszczy w 3/4 o niczym. Wszystko prosto, jasno, powiedziane tyle ile trzeba. A i tak wystarczy. :)

Aktualnie 'testuję' nowego autora, pewnie doskonale niektórym znanego. Moje upodobanie do kryminałów i thrillerów ciągle rośnie. Tym razem padło na coś bardziej nowoczesnego- "Jedyna szansa" H. Cobena to moje pierwsze spotkanie z tym panem. Chwyciłam na chybił trafił, pierwszą lepszą, kieszonkową wersję, która stała na bibliotecznej półce. Te przeczytane już blisko 200 stron na razie oceniam jako całkiem udane. Jedyne co mi się nie podoba, a szczerze mówiąc tego nie trawię... to to czego brak zachwalam np. u A. Christie. Czyli wtrącenia o byle czym, które moim zdaniem jedynie powiększają obiętość powieści, zupełnie nic nie wnosząc do historii. No i ten 'amełykansky' klimat, który gra mi na nerwach... ale to tylko moje jak najbardziej subiektywne odczucia. Sama znam fanów tego stylu, którzy zaczytują się w entej powieści bardzo podobnie piszącego np. S. Kinga, przez którego nijak nie mogłam 'dzięki temu' przebrnąć. 
Zobaczymy czy to będzie naprawdę "Zakończenie jakiego się nie spodziewacie".
Póki co jest to dla niego naprawdę jedyna szansa...


A Was co najmocniej denerwuje w książkach?

niedziela, 24 sierpnia 2014

Chcę dziergać szybciej...

Jesień chyba jest już bardzo blisko. Od kilku dni nie rozstaję się z chustą i łapkami. Nie wyjdę już bez kurtki i swetra. Coraz częściej przeszukuję aukcje w poszukiwaniu super kaloszy ^^ W domu będzie musiała zostać też moja ulubiona płócienna torba z obrazkiem kotka z kłębkiem. Czas idealny na dzierganie kominów, czapek, chust i grubszych swetrów.

Chyba pomysł z robieniem lekkiego sweterka odłożę na kolejny rok. Nie mogę się doczekać jak 'wymęczę' już mój najnowszy beżowy udzierg z Limy. Przyznam, że robi się go zaskakująco przyjemnie, ale coś robótka ciągnie mi się tygodniami, biorąc jeszcze pod uwagę ponad tydzień w plecy, kiedy musiałam znowu pruć. Szybciej pewnie robiłabym go gdyby był z Malabrigo :p ale podkusiło mnie testowanie tańszej włóczki. Co prawda uparłam się też, że musi być w jednym i to konkretnym kolorze. Oby za bardzo mnie nie żarło, bo... się zapłaczę.


Teraz czas rozkładam pomiędzy swoje nowe wdzianko a testowy projekt mitenek. Tutaj chwalę się sama sobie, że udało mi się prawie skończyć pierwszą łapkę, więc jestem 'już' w połowie. Mogę więc uznać, że chyba pokonałam druty patyczaki i już nie są takie straszne jak się wydawały. :) Jedyna wada to czas jaki ten projekt mi go pochłania, bo dłuży się okropnie. Wzór jest bardzo łatwy, ale za to wymaga ogromnej ilości skupienia i koncentracji, liczenia, pilnowania oczek, kierunków ich skręcania itd. itd. A do tego nieźle trzeba wytężyć wzrok. Efekt jednak jest tego wart.

Na froncie czytelniczym, po małej przerwie od tradycyjnych, papierowych powieści, znowu startuję, bo udało mi się zdążyć przed zamknięciem biblioteki. Yaaay! :) Z tej radości zaopatrzyłam się w 5 książek [limit na czytelnika] i teraz nic tylko zabrać się do czytania. Moja radość była ogromna, bo udało mi się upolować wyczekany od kilku miesięcy tytuł. Ale póki co ciii... tajemnica :p Tą przyjemność zostawiłam sobie na przyszłość, a teraz zaczęłam od kolejnego kryminału, królowej tego gatunku i mam nadzieję, że kolejny raz będę miała się czym zachwycać. Na tapecie więc na dziś "Godzina Zero" Agathy Christie.  

A teraz kwestia, która mnie od dłuższego czasu nurtuje. Jak szybciej dziergać? Tak, tak, wiem i przyznaję częściowo rację, że powinno się to robić dla przyjemności i ważny jest sam proces robienia. Ale... to takie demotywujące kiedy na liście tyyyle projektów do zrobienia, zapotrzebowanie na ciepłe rzeczy rośnie, włóczek tyle do wypróbowania, a jeden sweter ciągnie się tygodniami... miesiącami... 

Jestem zaskoczona kiedy wchodzę i podziwiam projekty innych dziewiarek i poglądam na ravie terminy pracy, a tam... 10 dni i sweter gotowy... na trójkach, z długim rękawem, ze wzorkami. Nie raz jestem przytkana z podziwu i biję czołem o podłogę w zachwycie, jednocześnie zbierając szczękę z podłogi. Ale za każdym razem kołacze mi się to pytanie: 'jaaak? jak to możliwe aby tak szybko dziergać?'.

Aktualnie nie mam już tyle czasu na tworzenie, bo jestem w domu koło 18, a do 'udania się na spoczynek' mam 6h, w których muszę upchnąć jedzenie, mycie, domowe sprawy, dzierganie, czytanie, życie towarzyskie itd. itd.

Próbuję się pocieszać, że szybkość przyjdzie razem z wprawą. Tylko kiedy... :p
Ja z doświadczenia wiem, że najlepiej zasuwam przy robieniu na około, najlepiej na szerszych okrążeniach, bo w łapkach nie idzie się rozpędzić. Jak zwykle metodą 'continental' o ile dobrze pamiętam. No i oczywiście na drutach z żyłką, bo innych już nie tykam.



Macie jakieś pomysły, rady na szybsze dzierganie?
Ile średnio dziennie przeznaczacie czasu na druty?

środa, 6 sierpnia 2014

Słuchowisko i jesienny sweter

Środowa akcja u Maknety o książkach i robótkach bardzo mi się podoba. Swego czasu dosyć porządnie wciągnęłam się w zdawanie relacji co tydzień co u mnie na froncie czytelniczym i dziewiarskim. Dzięki temu mam o kilka książek więcej na półce przeczytanych i to nawet w nie tak długim czasie. Jak się okazuje do czasu, bo pełnoetatowa praca swoje robi. Jestem człowiekiem, któremu ciężko czytać gdziekolwiek poza [cichym!] domem. Odpadają więc wszelkie przystanki, środki komunikacji miejskiej i inne zatłoczone i hałaśliwe miejsca. Piski, trzaski, wielkie, potworne machiny... do tego pełno dziur na drogach fundujących  [niestety częściej niż rzadziej] dzikie wstrząsy. O spokojnej jeździe można zapomnieć. Latanie po autobusach gwarantowane... do tego 'didżeje' bez słuchawek, wakacyjna młodzież z bogato zdobionym w gwiazdki słownikiem... idt. itd. itd. ...
Najczęściej sięgałam do książek już w łóżku, tuż przed snem i uważam nadal, że to moja najlepsza pora na takie rozrywki. Cisza, spokój i można się zabierać za opowieści.
Jestem z siebie dumna z przeczytanej książki, w sumie to nawet każdej. ^^ Tym bardziej, że zwykle zdarzało mi się odkładać niedokończone powieści, które mnie znudziły. Ostatnio pokonały mnie "Narzędzia piekła", ale "Koralina" nie miała ze mną szans. Fabuły chyba nie muszę opisywać. Zostaje mi jedynie polecić serdecznie. Ja przeczytałam jednym tchem, mimo, że wiedziałam co się stanie, bo akurat tym razem film obejrzałam jako pierwszy. Różnice oczywiście są i to zarówno mniejsze jak i te duże, zupełnie nie do przeoczenia. Co, gdzie i jak nie zdradzę, zachęcam do odkrywania samemu. :) Ja jestem oczarowana.
Przyznam się, że czasem potrzebuję takich małych, mniej wymagających lektur o zdecydowanie mniejszej obiętości. Dodają mi jakiejś energii i takiego mikro plusa, że mogę sobie odhaczyć kolejną pozycję na liście przeczytanych. Takie coś do podnoszenia morali czytelniczych. 
Podobnie jak w dzierganiu- czapka/ łapki dla odpoczynku od tworzenia swetra tygodniami, lub przerzucania 400 oczek w jednym rządku chusty. Łatwo, szybko i przyjemnie!

W obecnej chwili podgoniłam kolejną książkę: "Piątkowy Klub Robótek Ręcznych" Kate Jacobs. Trzymam kciuki za samą siebie czy dobrnę do końca. Co prawda 3/4 pochłonęłam całkiem szybko. Akcja w pewnych momentach lekko przyspiesza ale jest tak przewidywalna, że hej. Muszę jednak przyznać, że nie jestem fanką 'obyczajówek' zarówno w książkach jak i filmach. Dla mnie musi być coś nierealnego, fantastycznego. Najlepiej gdyby jeszcze było tajemniczo i detektywistycznie. Takie historie 'życiowe' ['zwykłe] są dla mnie za nudne i za mało pociągające. Do "Klubu Robótek" zaglądam w zasadzie dla opowieści o spotkaniach, robieniu na drutach i włóczkach, których wypatruję co stronę. Chyba dlatego dojechałam aż tak daleko. Mam nadzieję, że to będzie kolejna skończona książka, bo jakby nie patrzeć to już bliżej niż dalej.


Na zdjęciu widnieje mój plan na być może jeszcze dziś: słuchowisko. Jedyne wspomnienia mam bardzo mgliste, ale za to pozytywne. Kiedy siedziałam wieczorem w wiejskim domku Babci, zamknięta w pokoiku z kaflowym piecem i słychać było tylko świerszcze, psy, ptaki i radiowy teatr płynący z małego radio- budzika.

A robótkowo dziergam sobie powoli wełniany sweterek na jesień. :) Kilka rządków na dzień lub dwa to zawsze krok bliżej końca. To chyba będzie mój pierwszy cieplejszy sweter, czyt. z odpowiedniego materiału na chłodniejsze pory roku, a nie jak te sklepowe cardigany i pullovery z... akrylu czy bawełny. A ja się dziwiłam czemu nic mi nie dają noszone 3 naraz. Aby było ciekawiej i mniej przewidywalnie w odczuciach [dla mnie] to korzystam z mieszanki z alpaką. Póki co z motku było mięciutko. W robótce już mniej. Na rękach nie gryzie prawie wcale, za to nadrabia na szyi. Będę to poskramiać eucalanem.
 A teraz leni się bardziej niż mój kot! "Czy alpaka uspokaja się po kąpieli?" 



Mieliście kiedyś do czynienia z radiowym teatrem?
Jak wrażenia? Lubicie?

sobota, 2 sierpnia 2014

Wełna, borówki i praca...

Na wpół roztopiona i wyparowana donoszę, że pomału wracam do drutów. Wbrew panującej pogodzie i porze roku zabrałam się za wełnę z alpaką. No żyć nie umierać... włóczka w sam raz, haha. Odpoczywam od koszmarnych 3mm drutów, które póki co ze mną wygrały. Od razu wskoczyłam na drewniane 'piątki', ale to dlatego aby zgodziła mi się próbka do wzoru. Ten konkretny sweterek chodził za mną od dłuższego czasu i znalazłam mu idealny kolor i całkiem niezłą włóczkę. Potrzebuję teraz trochę takiej bezmózgowej robótki, dla podniesienia swoich dziewiarskich morali. Bo jestem załamana tym jak długo już nie udało mi się nic stworzyć, a zaczynałam najróżniejsze rzeczy, niezliczoną ilość razy. Nitka od Dream in Color też mi o dziwo nie sprzyja, póki co nie mogę się z nią dogadać, więc po dojechaniu kilku cm pod pachami w najnowszym swetrze odłożyłam na półkę do sprucia. Bez sensu byłoby męczyć się godzinami i robić coś co nie do końca wiem jak by wyglądało, a do tego niedługo już będzie dla mnie za zimno na kusy, cienki sweterek. Koniec końców myślę o przerobieniu jej na chustę. Obawiam się jedynie tej szorstkości, ale to już wyjdzie pewnie dosłownie po praniu. ^^


Z takich innych nie wełnianych opowieści to przyznam się, że powróciłam na chwilę do koralików. Dosłownie na chwilę, bo marzę by sobie zrobić pierwszego ukośnika. Prób było narazie 3, bo tyle nawlekania, potem kolejnego przenoszenia na drugą [cieńszą] nitkę... no i tako kolejny raz dzisiaj zrobiłam sobie mikro lekcję. I... odkładam na później. Chyba ktoś musi mi dosłownie pokazać co jest nie tak, bo już sama nie umiem tego rozgryźć.

Zgnieciona ręka już mi nie dokucza, chyba, że zmęczy się za mocno. Szyja o dziwo nadal pobolewa, a mija już całkiem sporo czasu. Te potwornie upalne dni ochładzam sobie mrożoną kawą, albo mlecznym koktajlem bananowo- czekoladowo- cynamonowym z lodami. :) Do tego wcinam cudowne borówki i cieszę się wolnymi popołudniami, planując kolejne robótki i podczytując czasem jakąś książkę. 
Ostatnio cieszyłam się, że do pracy idę na piechotę, raz wybrałam się nawet rowerem. I za wcześnie o tym mówiłam, bo teraz się trochę zmieniło, mimo, że to początek. Aktualnie dojeżdzam trochę dalej, więc spacerek odpada a rower się czasowo nie opłaca i dostarcza zbyt wielkiego stresu i wysiłku na tej trasie. Na miejscu jestem zupełnie sama, więc wszystko na mojej głowie, a jestem zielona jak szczypiorek na wiosnę... jakoś muszę dać radę... no cóż.

*ps. wybaczcie tak laicko pisany post, ale z tego wszystkiego ostatnio czuję jakbym miała umysł na poziomie morskiej galarety.

Miewacie aż tak długie przerwy w dzierganiu czy tworzeniu ogólnie?
Jak sobie z tym poradzić, kiedy zupełnie nic nie wychodzi czego się dotknie?

środa, 23 kwietnia 2014

Książki i udziergi

Nastała kolejna środa, czas więc na sprawozdanie z frontu czytelniczego. Głowy ostatnio mi brak i do książki i do drutów. Powoli czytam sobie wspomniany tydzień temu "Obłęd". Szczerze mówiąc liczyłam na 'coś więcej', ale jeszcze nic więcej nie oceniam, bo jestem dopiero w połowie. Z racji mało wciągającej tzw. akcji [tutaj żadnej nie ma : p] chyba poprzestanę na pierwszym tomie, przynajmniej na jakiś czas. Nie jest to lektura z gatunku lekkich, raczej wchodzi już w przytłaczające i smutne. Pokazuje schozofrenię, że się tak wyrażę 'na codzień'- zwykłe- niezwykłe dni chorego. Z tego punktu widzenia jest dosyć ciekawa, ale chyba już przyzwyczaiłam się do szpitalnych przygód z "Lotu nad kukułczym gniazdem" i napięcia z serii "Hannibala".


Z frontu dziewiarskiego:

ahoj! pokazuję- skończony jakiś czas temu mini sweterek "Hello Baby". Powstał na próbę w celu wystawienia go na 'zarobek' we współpracy z pewnym raczkującym projektem. Jeśli więc coś się wyklaruje, dam znać.
W zasadzie to dobra metoda na zużycie zalegających motków włóczki i testowania jak w ogóle idzie mi dzierganie swetrów. 
To mój pierwszy skończony sweter. uu jee, uu jee  :) 

oj, zagięło się od składania...

włóczka: DROPS Merino Extra Fine
druty: KP 3,75 mm


A z gatunków 'na ludki większe'- wczoraj skończyłam pierwszy rękaw tofikowego sweterka, mniej więcej kilka cm za łokcie.
Tutaj pojawia się temat rękawów, których robić nie lubię, bo nie można się rozpędzić. Próbowałam  dwa jednocześnie, ale doprowadza mnie do szału jak plączą mi się nitki. Podchodziłam do tego 2 razy i nawet fakt tworzenia z Malabrigo nie pomógł mi tak jak bym chciała. Skutkiem tego rękawy robię osobno, na drutach z żyłką.


A nawiązując do wczorajszego Dnia Ziemii chwalę się gościem w ogródku.



W kwestii sweterków i wdzianek: jak radzicie sobie z rękawami?
Lubicie je robić, czy raczej jak ja 'robię, bo muszę'?