Showing posts with label Wspomnienia. Show all posts
Showing posts with label Wspomnienia. Show all posts

Tuesday, August 25, 2026

Duchy w Melbourne

Ostatnie dwa wpisy wspominały o wielowymiarowości niemieckiego charakteru - dusza jak u Rosjan, forma jak u Francuzów... albo podejrzliwość jak u Rosjan, dokładność jak u Niemców.
W obu tych równaniach występują Rosjanie, zastanowiłem się - jak to jest z tą rosyjską duszą?

Okazja sprawdzenia trafiła się w roku 1991 - moja pierwsza wyprawa z Australii do Polski.
Żona podała mi listę zakupów - na liście - perfumy Chanel 5...


Warszawa - 1991 - całkowite oszołomienie - w Pałacu Kultury - sztuki Durrematta ustąpiły miejsca wielu przypadkowym sklepom, to nawet nie były sklepy, tylko jakieś sprzedawalnie.

Kupiłem włoskie półbuty, zapłaciłem ponad milion złooooootych.

Stadion Dziesięciolecia - tu oglądałem mecze lekkoatletyczne - Polska-RFN, Polska-USA... zastąpiły je setki handlarzy, sporo Rosjan i.... rosyjska DUSZA!
Proszę spytać Googla jak jest po rosyjsku - perfumy?
Duchy!!! духи - do tego te greckie litery - co za zapach!
Och Rosjanie - oni potrafili umieścić rosyjskiego ducha w buteleczce z francuską etykietą i sprzedać trzy razy taniej niż w sklepie z kosmetykami.

To wszystko przypomniało mi się w sobotę - zbliżają się urodziny jednej z wnuczek, żona mówi - kup jej perfumy Chanel 5.
Rosja daleko, pojechałem do centrum Melbourne...


Zaczynam w Royal Arcade - dziesiątki kawiarenek... i bezpośredni atak - zbliża się Dzień Ojca - powąchaj się...


Spokojnie, wnuczka przede wszystkim!

Na ulicy przelewa się tłum ludzi, moją uwagę przyciągają bezdomni... zupełnie obojętni na setki przechodniów. Godzina 10, większość jeszcze smacznie śpi.

Rosjan nadal nie widzę wstępuję więc do bardzo renomowanego domu handlowego Myer - KLIK.
Myer???
Czyta się majer. No to proszę nie mabajerować - sklep założył emigrant z Białorusi - KLIK - czyli jednak białorosyjska dusza.

Perfumy - proszę bardzo... całe piętro stoisk do wyboru...


Stoisko Chanel jest nieco na uboczu, kupuję bez targu, przecież to dla wnuczki!
Ekspedientka - Chinka.

Przyglądam się dokładniej - wszystkie ekspedientki we wszystkich stoiskach to Chinki!
A jak nazywają się perfumy po chińsku?
香水 - xiang-shui - brak skojarzeń.

Wychodzę na ulicę - jak to w środku metropolii - szerokie ulice i wąskie zaułki...


I ta koncentracja usług - Tatuaż i dwa kroki dalej - Usuwanie tatuażu - a między nimi - miejsce na kreatywność.

Trochę dalej... jakieś apokaliptyczne występy...


Dużo bardziej podoba mi się zespół trzech młodych Chińczyków w białych, kucharskich, strojach - błyskawicznie lepią pierogi...

I odwrotność - kolorowy świat zabawek dla dzieci...



Chińczyki trzymają się mocno... ale czy mają duszę?
Może wnuczka pokropi mnie swoją perfumą i przebudzę się z letargu.

Ten sam dzień - wieczór - jedziemy na występ baletowy naszego wnuka.
Późny wieczór, ciemno, daleka droga - na naszej trasie korki, próbuję innej trasy i... dróg pomieszanie. Znajduję miejsce na zatrzymanie samochodu, wzywam googlę na pomoc i pod jej kontrolą dojeżdżamy pod właściwy adres we właściwym czasie.

Balet - Giselle - KLIK.
Nasz wnuk tańczy rolę leśniczego Hilariona zakochanego w pięknej wiejskiej dziewczynie, która jest zauroczona przebranym księciem Albertem.
Ciąg dalszy łatwy do przewidzenia - nasz wnuk nie ma szans - cały drugi akt to tańce szalonych willid a może wiłów - wikipedia zapewnia, że to są słowiańskie zjawy - KLIK.
Wyznam, że balet niezbyt mi się spodobał.

P.S.
Poniedziałek... po śniadaniu włączam telefon a tam --- jeśli planujesz dzisiaj jakiś wyjazd, to najpierw spytaj ChatGPT o radę.

Friday, August 21, 2026

Wizyty w Niemczech

 Ostatni wpis był o wizycie T. Manna w Niemczech.
Pozazdrościłem i przypomniałem sobie, że też byłem w Niemczech
 - a co!

Rok 1969, luty, jechałem pociągiem do Londynu.
Stacja Berlin (Wschodni) - mój pociąg miał tu 2 godziny postoju.
Bardzo dobrze, można wtedy było nabyć za 300 zł kupon do wymiany na marki niemiecko-wschodnie więc może kupię jakiś prezent żonie, może coś zjem...

- Halt!
Do wagonu wchodzi umundurowany strażnik.
Tłumaczę mu moje zamiary a on tłumaczy swoje:
- Ja tu będę 2 godziny pilnował, żeby żaden z pasażerów nie wysiadł i nie kręcił się po stacji.
Zaglądam do innych przedziałów, większość pusta, ale jeden super pełny - jedna pasażerka ale wszystkie siedzenia i półki zawalone bagażami.
Okazuje się, że pasażerka emigruje do rodziny w Brazylii...
- Jadę pociągiem do Genui, to chyba Włochy a potem statkiem do Rio de Janeiro. Wiozę cały dorobek życia. Te największe paki to pierzyny.

Dwie godziny minęły, pociąg zajeżdża na peron, strażnik wychodzi, wchodzi konduktor.
Za chwilę słyszę płacz i krzyki z sąsiedniego przedziału...
Konduktor krzyczy i ściąga bagaże z półek.
- Co się dzieje?
- Ta kobieta jedzie niewłaściwym pociągiem! Ona ma wizę do Francji na przejście graniczne w Metzu a ten pociąg przekracza granicę w Strassburgu. Jej pociąg przyjedzie tu za 7 godzin, ona musi wysiąść w Berlinie Zachodnim i tam czekać!
- A nie może wysiąść i poczekać tutaj? Ja mogę jej dać kupon na wymianę marek, to sobie kupi coś do jedzenia.
- Nein! Nein! My już mamy dosyć tego polnische Wirtschaft!

Pociąg rusza, kobieta płacze, oboje wyciągamy jej bagaże i ustawiamy blisko drzwi wagonu.
Granica między Berlinem Wschodnim z Zachodnim - wartownicy w kombinezonach pełzają pod wagonami sprawdzając czy ktoś nie jedzie na gapę.
Pociąg rusza - z kilka minut zatrzymuje się - Berlin Zachodni.
Razem z kobietą wyciągamy jej bagaże na peron, pada deszcz..
- Schneller, schneller! - pogania nas konduktor.
Podjeżdża do nas wózek bagażowy...
- Czy możesz nam pomóc? Ta pani musi poczekać kilka godzin na pociąg...
- Tak, wiem, wiem. My tu mamy codziennie takich pasażerów z Polski. Tu mamy dyżury Armii Zbawienia, oni dadzą jej ciepły posiłek i dopilnują żeby wsiadła do właściwego pociągu.
- Danke schoen - odpowiadam - polnische Wirtschaft - myślę po cichu.

Pociąg rusza - granica między Zachodnim Berlinem a NRD - wartownicy w kombinezonach..
- Oni łączą rosyjską podejrzliwość z niemiecką dokładnością - słyszę komentarz po angielsku. To jakiś Amerykanin.
Przypominają mi się słowa z Doktora Faustusa - my Niemcy potrafimy połączyć rosyjską duszę i francuską formę...
Potem była jeszcze granica między NRD a NRF, wreszcie Frankfurt nad Menem.
Z Warszawy do Londynu przez Frankfurt nad Menem?
Ano tak wyszło - sporo lat wcześniej nawiązałem kontakt listowy z Niemką w NRF - Inge.
Lata mijały, Inge wyszła za mąż, ja się ożeniłem a korespondencja trwała. 
Przy okazji podróży do Anglii postanowiłem zrobić skok w bok.
Inge i Norbert czekali na mnie na peronie. W ich domu zastałem ich kilkumiesięczną córkę i matkę Inge, która patrzyła na mnie bardzo podejrzliwie.

Było już dość późno, Inge i Norbert byli po obiedzie, ale dla mnie przygotowali coś co powinno mnie zadowolić - bardzo gęsta kartoflanka i jakieś mięso z marchewką i masą ziemniaków.

Moja wiza tranzytowa nie pozwalała mi zostać w NRF dłużej niż 24 godziny - noc, spacer w centrum Frankfurtu,  rozmowy i jazda na dworzec - pociąg do Hoek van Holland.
W przedziale trafiam na grupę przyjaznych Hiszpanów, jadą do Holandii, do pracy.
Przekraczamy granicę belgijską i nagle trzask - pociąg gwałtownie hamuje, bagaże spadają z półek.
Przez korytarz biegną konduktorzy, zaglądają do przedziałów - ktoś pociągnął za hamulec awaryjny.
Wiem, wiem, przecież słyszałem ten krzyk - Małgosiu! Mój Boże, co ja zrobiłam?
Hiszpanie patrzą na mnie pytająco - po jakiemu ona krzyczała?.
- Nie wiem... może po rosyjsku?
Niestety moje kłamstwo ma krótkie nogi, za chwilę do przedziału wchodzi straż graniczna - pan chyba ma polski paszport, czy może pan nam pomóc bo w innym przedziale pana rodaczka jest w kłopocie.
Hiszpanie patrzą na mnie ze złością - oszust.

Pomagam - matka i córka, obie zapłakane - ja chciałam tylko wyłączyć światło - tłumaczy matka.
- Problem w tym - wtrąca się strażnik - że ta pani jedzie w złym kierunku, ona ma bilet do Włoch.
- Pani jedzie do Włoch? - pytam.
- Nie, ja jadę do Brazylii, do rodziny... jedziemy z córką już trzy dni - zaczyna płakać - w Berlinie musiałyśmy czekać kilka godzin bo jechałyśmy złym pociągiem. We Frankfurcie miałyśmy chyba 8 godzin postoju, no a teraz...
- Proszę jej powiedzieć, że musi wysiąść na następnej stacji, za 4 godziny będzie pociąg powrotny do Frankfurtu, no a tam... musi wsiąść do właściwego pociągu.

Powiedziałem.

A teraz sobie myślę - że też nikt nie zrobił filmu o polskich emigrantach do Brazylii błąkających się po niemieckich dworcach.

Monday, July 27, 2026

Czerwono mi

 


Wczoraj miałem urodziny... u rodziny - znaczy w kawiarni blisko domu naszego syna.
Ponieważ u nas zima to założyłem mój wysłużony narciarski strój.
To znaczy - na miejsce dojechałem w szaroburym ubraniu a przeistoczyłem się dopiero w kawiarnianej toalecie, w której przeczytałem bardzo istotną wskazówkę...



Panowie - stańcie bliżej (pisuaru). To... może być krótsze niż myślicie.

Koniec celebracji, czas kontynuować życie.

W telewizji aż dwa razy zasugerowali mi film o dobrowolnej eutanazji - VAD (voluntary assisted dying) - nawet dobry skrót - nie WAD-zić nikomu.
W Australii temat jest oficjalnie uregulowany - KLIK - jeden z warunków - medyczna prognoza, że pacjent nie pożyje dłużej niż 6 miesięcy - czyli wiele krzyku o nic.

Poniedziałek - od rana wszelkie media przypominają że o 2 będzie test ogólnoaustralijskiego alarm - wszystkie telefony zabuczą 10 sekund - KLIK.
Test podobno się udał.
Zastanowiłem się jakie niebezpieczeństwa mi grożą...

Zagrożenie chińskie?
No cóż Chińczycy trzymają się mocno -
Media właśnie podały informację, że w naszych supermarketach sprzedają przetwory z chińskich pomidorów a naklejka na opakowaniu podaje: AUS grown tomatoes (pomidory wyhodowane w Australii)...



Czyli - jak w tytule.

P.S. Jeszcze wspomnienie urodzinowe sprzed 13 lat...



Monday, June 8, 2026

Długi weekend

 Dzisiaj - poniedziałek - a w Australii dzień wolny - czyli podobnie jak w Polsce, ale po złej stronie niedzieli.

Drugi poniedziałek czerwca to u nas King's Birthday - KLIK.
Król daleko - a co blisko?
Przed laty Urodziny Królowej (bo wtedy panowała nam Królowa) to był oficjalny początek sezonu narciarskiego.
Teraz chyba też jest, ale media jakoś o tym nie wspomniały.
Więc ja wspomnę, że w górach jest śnieg i uruchomiono kilka wyciągów.

Niestety narty to dla mnie bardzo dawne wspomnienia więc ograniczę się do dnia dzisiejszego.
No więc... piękna pogoda.
Wyszedłem na spacer...
Oficjalnie od 1 czerwca mamy już zimę, ale drzewa jeszcze pamiętają jesień...

---


 
Na ulicach chyba mniej ludzi, mniej samochodów - co ci ludzie dzisiaj robią?
Ja wróciłem do wspomnień, a te przypomniały święto Bożego Ciała.

Wyjaśnienie - w Australii Boże Ciało świętowano w ostatnią niedzielę, katedra w Melbourne zorganizowała z tej okazji całkiem imponującą procesję - tu video z zeszłego roku - KLIK.
W poniedziałkowych wiadomościach pokazano papieża biorącego udział w procesji Bożego Ciała w Madrycie - też w niedzielę.

Sprawdziłem - KLIK - zaskoczenie - w czwartek świętuje tylko kilkanaście krajów, nie ma wśród nich takich ostoi chrześcijaństwa jak Hiszpania czy Włochy, Argentyna czy Brazylia.

Cofnąłem się do wspomnień...
Rok... chyba 1955...
Boże Ciało - czwartek - dzień wolny od pracy i od szkoły - procesja.
Byłem już w szkole średniej - szkoła zorganizowała atrakcyjną wycieczkę - kilkanaście kilometrów od miasta, lasek nad rzeczką, będą atrakcje i gorący posiłek.
Obecność obowiązkowa.
Gdy wspomniałem o tym Mamie, podniosła brwi do góry - przecież wiesz, że w czwartek idziemy na procesję!
- Ale... 
- Nie ma ale.

Poszliśmy na procesję, czułem się bardzo niewyraźnie, otuchy nabrałem dopiero na widok kolegi z mojej klasy.
Jego matka podeszła do mojej Mamy - uścisnęły się - gdyby pani potrzebowała to mój mąż może wystawić Leszkowi świadectwo lekarskie.
Podskoczyłem z radości.

- Dziękuję pani bardzo - odpowiedziała Mama - pani mąż niepotrzebnie się naraża, przecież ONI wiedzą, że jesteśmy na procesji.
Poczułem mróz w sercu - dlaczego???
- Co za nonsens - komentowała moja Mama - niby wyznajesz Boga a jednocześnie kłamiesz. ONI właśnie na to liczą, że się ich tak boimy, że wyprzemy się własnej wiary.
W szkole powiesz, że matka kazała ci iść na procesję.

Jakoś nie podniosło mnie to na duchu.

Następnego dnia, już na progu szkoły, czekał na mnie kolega ze starszej klasy - działacz ZMP - Związek Młodzieży Polskiej - KLIK.
- M..ski - dlaczego nie byłeś wczoraj na wycieczce?
- Bo 
matka kazała mi iść na procesję.
Ta odpowiedź mocno go chyba zaskoczyła bo zastanawiał się dość długo, wreszcie powiedział:
- To doradź swojej matce żeby przeniosła cię do szkoły zawodowej, bo nasze liceum przygotowuje na studia a MY już dopilnujemy żebyś na żadne studia się nie dostał.

To było celne trafienie.
W ciężkich momentach moja Mama przywoływała pamięć kariery zawodowej mojego Ojca i jego braci - nie martw się synku, za kilka lat zostaniesz inżynierem i wszystko będzie dobrze.
Co ja teraz Jej powiem?
Bałem się wrócić do domu, aż do zmierzchu błąkałem się po parku, wreszcie ciemność i chłód zapędziły mnie do domu.
Mama bez słowa przygotowała mi coś do zjedzenie, dopiero potem spytała jak było w szkole.
Powiedziałem.
Widziałem, że była wstrząśnięta.
Pomódlmy się synku, nie wyparliśmy się Boga w czasie próby, módlmy się, żeby nam to zapamiętał.
Uklękliśmy koło siebie - modlitwa nie poprawiła mi samopoczucia.

P.S. Rok później nadszedł Październik 1956, zmiana rządu, ZMP został rozwiązany, dwa lata później zacząłem studia.

Monday, February 16, 2026

Walentynkowe Szaleństwo

 Zaczęło się już w Tłusty Czwartek...
Pączki daliśmy dzieciom i wnukom, naszą najtłustszą potrawą był salceson.

Na marginesie wspomnę, że od dziesięciu dni dokucza nam zimno.
Rano mamy w domu 18C, kilka razy włączyliśmy ogrzewanie na czas porannej kąpieli.

Sobota - Walentynki - ograniczyłem się do kwiatów i życzeń i oczywiście wspomnień - relacjonowałem kiedyś na tym blogu mój walentynkowy wyczyn - samotne zwycięstwo w maratonie narciarskim American Vasa rozgrywanym w Minneapolis 14 lutego 1999 - KLIK.

Niedziela - czas akcji - w Melbourne Recital Centre, naszej ulubionej sali koncertowej, wystąpi Australian Brandenburg Orchestra, w programie - G. F. Haendel, J.S. Bach, A. Marcello, J.J.Quantz i... Szaleństwo.

Koncert o 5, z domu wyjeżdżamy prawie godzinę wcześniej, termometr obudził się po chłodnych nocach i dniach, pokazuje 36C.
Im bliżej miasta tym większy tłok na ulicach. Centrum miasta, okolice Ogrodu Botanicznego - majestatyczne drzewa, soczysta zieleń, cień i naturalny chłód.
I... ludzie, ludzie, tłumy ludzi... co się w tym mieście wyrabia?
Przecież sezon futbolu australijskiego jeszcze się nie zaczął, ważny turniej krykieta rozgrywany jest właśnie w Sydney, pozostają rozrywki kulturalne.
W pobliżu Melbourne Recital Centre koloryt ludzi zmienia się na siwy - prawie 500 osób dziarsko maszeruje na nasz koncert.
Pełna sala - jak miło...

I muzyka - bardzo silne wrażenie, kilka razy poczułem, że moje serce odrzuciło wspomaganie rozrusznika.

A Szaleństwo?
Mam oczywiście na myśli utwór La Folia (Szaleństwo) - tym razem autorstwa A. Vivaldiego - KLIK.

Tym razem?
A tak, już dawno zauważyłem, że do tego utworu przyznaje się kilku kompozytorów, teraz dowiedziałem się, że jest ich blisko 50 - szczegóły TUTAJ.
Poniżej linki do dwóch popularnych wersji --
A. Corelli - KLIK.  S. Rachmaninow - KLIK... ale Vivaldi jest najSzaleńszy!!!

Powrót do domu...
Temperatura 32C, jeszcze jasno, ludzi nie było. Udaje mi się zidentyfikować cele ich pobytu - w Ogrodzie Botanicznym odbywa się przedstawienie Wieczoru Trzech Króli - W. Szekspira,  a po drugiej stronie Ogrodu, w "misce koncertowej" (pojemność ponad 1,000 osób) jakiś koncert młodzieżowy.

W domu... zjadamy obiadek i... miotają mną sprzeczności - włączyć CD i posłuchać niektórych pozycji koncertowych jeszcze raz czy ochłodzić się na Zimowej Olimpiadzie?
Wybieram to drugie i nie żałuję -  leci transmisja "dual moguls" - muldy podwójne?
Mam kłopoty w znalezieniu ilustracji na Youtube więc wyjaśnię - dwójka zawodników/zawodniczek startuje jednocześnie do zjazdu na nartach po niesamowicie pofałdowanym stoku. Na trasie są dwa progi, na których muszą podskoczyć i fiknąć parę koziołków.
Szaleństwo... kilku zawodników wypadło z trasy, jednemu tak się pokręciło, że linię mety przejechał tyłem - zdobył srebrny medal.
Australijczycy są w tym dobrzy - dwa dni temu Australijka Jakara Anthony zdobyła złoty medal, wczoraj, brązowy medal zdobył Matt Graham.
Nasza tv pokazała jak kibicuje mu rodzina i znajomi w rodzinnej miejscowości Gosford (prawie 1,000 km bliżej do równika)  - większość z nich w życiu nie widziała prawdziwego śniegu :)

Miło było zobaczyć, że wszystkim medalistom towarzyszyły dzieci...

Monday, February 9, 2026

Cortina

 Zaczęła się Olimpiada Zimowa...

Od dzieciństwa lubiłem sporty zimowe.
To znaczy, nie tyle sporty ile zajęcia na śniegu - jazda na sankach, lepienie bałwana, rzucanie się pigułami, jazda na łyżwach, narciarstwo.
W tamtych czasach klimat temu sprzyjał - w latach szkolnych zawsze była śnieżna zima od połowy grudnia do końca lutego.

Około roku 1955 zainteresowałem się sportem i wkrótce doczekałem się zimowej olimpiady - 1956 - Cortina d'Ampezzo - KLIK.
Doczekałem się... nie było telewizji, słuchałem wiadomości sportowych w radio, czytałem w Przeglądzie Sportowym. W pełni mnie to zadowalało.

Strona praktyczna - w tym okresie byłem zafascynowany narciarstwem zjazdowym. Mieszkając w Kielcach miałem bardzo blisko na Psie Górki...


No nie - za moich czasów były wyższe!!!
Ważne, że praktycznie codziennie jeździłem na nartach.

50 lat minęło - w międzyczasie zmieniły mi się gusta - fascynacja narciarstwem pozostała, ale teraz było to narciarstwo biegowe.
Na marginesie wspomnę, że narciarstwo biegowe podobało mi się już w latach szkolnych, ale zniechęcała mnie do niego powszechna opinia, że to... takie ruskie narciarstwo.
Rzeczywiście zawodniczki ZSRR zdobywały większość medali (wśród mężczyzn Skandynawowie nie dawali sobie w kaszę dmuchać).

Los uśmiechnął się do mnie w praktyczny sposób - uczestniczyłem w maratonie narciarskim na olimpijskiej trasie w Sapporo - poniżej start - ja w czerwonych spodniach...



... w maratonie w Norwegii, który kończył się na olimpijskim stadionie w Lillehammer... do mety jeszcze daleko...


A Cortina?
W roku 2001 uczestniczyłem w maratonach narciarskich w Czechach, Austrii, Włoszech i Niemczech.
Jadąc z Włoch do Niemiec zatrzymałem się ze znajomymi w miejscowości Dobiacco...

Któregoś dnia pojechaliśmy autobusem na obrzeża Cortina d'Ampezzo i wracaliśmy 30 km na nartach jadąc trasą na nieużywanej linii kolejowej. Dodatkową atrakcją była jazda przez tunele.

Zaczęło robić się ciemno więc łatwo zauważyłem światełka nieopodal trasy i jakąś osobę, która je zapalała. Podjechałem.
Okazało się, że to cmentarz żołnierzy armii austriackiej, którzy polegli w tych okolicach podczas I Wojny Światowej.
Spojrzałem na tabliczki, jakieś dziwne nazwiska a imiona słowiańskie - Iwan, Bojan, Stanko. Domyśliłem się, że to Słoweńcy. Świeczki zapalała jakaś starsza pani, zbliżyłem się do niej.
- To groby pani znajomych? rodziny?
- Nie, to tacy zapomniani chłopcy... A widziałeś groby naszych chłopców w mieście?
-  Nie.
- To zajrzyj na cmentarz, tuż przy kościele. A ci tutaj tacy zapomniani - smutne. Przychodzę tu codziennie i zapalam im kilka świeczek.

Po powrocie do domu wstąpiłem na miejscowy cmentarz. To był dzień powszedni a jednak ta pani miała rację - nieprzeliczone ilości świateł.

Nie na darmo te okolice nazywają się Val di Fiemme - Dolina Płomieni.
Za życia i po śmierci.

Wednesday, October 1, 2025

Słowacja

 Ostatnio nic sie u mnie nie dzieje.
Młodsze wnuczęta wyjechały na szkolne ferie. Imprezy kulturalne też się jakoś rozeszły po kalendarzu.
Książki... w tym roku nie trafiła mi się żadna ciekawa książka.
O czym tu pisać?
Zawsze pozostają wspomnienia, ale potrzebny jest jakiś bodziec żeby je przywołać do życia.
Tym razem dostarczyła mi go Ardiola pytając blogerów czy mają jakieś wrażenia z pobytu w (a może na) Słowacji - KLIK.
Mam!  Bardzo dziękuję za inspirację.

W drugiej połowie lat 70-tych pracowałem w świetnym zespole, świetnym zarówno zawodowo jak i towarzysko. Częścią tej drugiej świetności były wspólne wyjazdy na narty.
Oczywiście Zakopane i potworne kolejki do wyciągów. Ktoś wspomniał, że na Słowacji jest dużo lepiej więc spróbowaliśmy.
Rewelacja.
Smokovec - na głównej ulicy było centrum zakwaterowania, tam można było sobie wybrać odpowiednią kwaterę i hajda na deski - Łomnica, Szczyrbskie Pleso - bajka!

20 lat później - rok 1998 - akurat odżyła moja pasja narciarska - tym razem narciarstwo biegowe. Wybrałem się na 3 maratony narciarskie do Europy, w tym maraton (50 km) Bela Stopa w Kremnicy na/w Słowacji.

Wysłałem zgłoszenie i poprosiłem organizatorów o załatwienie mi noclegów - brak odpowiedzi.
Luty 1998 - przejście graniczne na Łysej Polanie.
Po drodze przejechałem przez Zakopane - niesamowicie zatłoczone, zaniedbane.
Autobusem dojechałem do przejścia granicznego - gdzie jest przystanek autobusu do Smokowca?
- O tam, jakieś 200m stąd.
- Może macie tu państwo ich rozkład jazdy?
- Nie mamy, pewnie jest na przystanku.
Przekroczyłem granicę, pomaszerowałem do przystanku i dowiedziałem się, że autobus będzie... za 3 godziny.
Wróciłem więc na przejście graniczne żeby upolować wcześniejsze połączenie...
Nadjechało za kilkanaście minut - autobus z wycieczką szkolną.
Rzuciłem się w ich stronę...
- Stój! Stój! Przekracza pan granicę państwową! Straż!!!
Zatrzymałem się, głosowo przekroczyłem granicę i uzgodniłem, że mnie zabiorą.
Zabrali i jeszcze po drodze zwiedziliśmy piękne jaskinie - Jaskinia Bielska.
Wreszcie stacja autobusowa w Smokowcu - uczniowie popędzili do kiosków ze słodyczami i napojami, ja narzuciłem na siebie dwa plecaki, torba z nartami w dłoni i ruszyłem na baardzo strome i długie schody.

Rzeczywiście długie, opuściłem głowę i maszerowałem powoli.
- Pane Polak, czy pan ma kwatire w Smokowcu? - zachrypiało mi coś do ucha.
Podniosłem głowę - tuż przy mnie stała kobieta w czarnym ubraniu, poczułem zapach alkoholu.
O, nie - toż to jakaś czarownica, przypomniał mi się film Czerwona Oberża, w którym gospodarze mordowali swoich gości.
- Nie, bardzo dziękuję, ja mam noclegi załatwione przez centrum zakwaterowania. Dziękuję.
Spuściłem głowę i kontynuowałem wspinaczkę, ale głos zachrypiał na nowo...
- Pane Polak, centrum zakwaterowania już ne ma, a ja mam dla pana kwatire!
I dużo głośniej...
- Stefan! Stefan! Mam Polaka na kwatire!!!
Podniosłem głowę - na szczycie schodów stał rozkraczony mężczyzna z groźną miną.
Rozważyłem możliwe opcje - wycofać się na dworzec autobusowy i wrócić do Zakopanego?
Raz kozie śmierć - ruszyłem do przodu.
Na szczycie schodów czekał na mnie Stefan a za nim kelner z tacą, na której stały kieliszki z Becherovką.
- A kieliszek dla mnie? - zachrypiała pani w czarnym stroju.
Stefan kiwnął do kelnera z aprobatą, wypiliśmy.
- Musimy trochę poczekać bo czekam tu na Ukrainkę, która jest tu z synem na nartach.
Stefan złapał moje bagaże...
- A co te narty takie lekkie? - zapytał ze zdumieniem.
- Bo to biegówki - odpowiedziałem.
- Biegówki? W życiu nie spotkałem Polaka, który jeździ na biegówkach.
Stefan zaczął mi opowiadać o warunkach noclegu i atrakcjach w okolicy...
- Ta Ukrainka, na którą czekamy... piękna kobieta, ale nie trać na nią czasu... u nich moralność jeszcze stara, nie to co w Europie.
Rzeczywiście była piękna, ale posłuchałem rady, rozpakowałem się i poszedłem na obiad do jakiejś restauracji w pobliżu.
Po powrocie zacząłem szykować się do snu, ale puk-puk - Stefan, w ręku trzymał torbę, w której coś brzęczało.
Poprosiłem go do stołu, otworzył dwie butelki piwa Smadny Mnich...


- Lech, ty jeździsz na biegówkach?
- Tak, za dwa dni pojadę do Kremnicy na maraton Bela Stopa.
Stefan kiwnął z aprobatą głową, pociągnęliśmy z butelek.
- Lech, a ty znasz takie nazwisko -  Jernberg?
- Czy znam? Co za pytanie!  Sixten Jernberg - złoty medal olimpijski na 50 km w Cortinie i w Innsbrucku...
- Lech, Lech - przerwał mi Stefan - a czy ty wiesz, że ja się ścigałem z Jernbergiem w Innsbrucku? I o mało co nie wygrałem?
Zamurowało mnie....
Stefan otworzył kolejne butelki Smadnego Mnicha i zaczął swoją opowieść.
- Lech, rok 1964, ty wiesz jak to było.... zakwalifikowałem się do reprezentacji Czechosłowacji, wyjazd do kapitalistycznego kraju. Reprezentacji towarzyszyło kilku oficerów politycznych, którzy codziennie przypominali o grożących nam niebezpieczeństwach...
Kapitaliści... wyjątkowo podstępne bestie, uważajcie, z nikim nie rozmawiajcie, nie oddalajcie się od drużyny, nie przyjmujcie napojów, słodyczy itp. Oni mogą was otruć albo porwać a najpewniej jedno i drugie.
Dzień przed zawodami - wylosowałem numer o jeden niższy od Jernberga.
- Stefan - instruował mnie trener - to ogromna szansa, nie daj mu się przegonić... no, na to nie masz szans, ale jak cię nawet przegoni, to trzymaj się za nim i masz pewne miejsce w pierwszej szóstce, a może i medal.
Dzień wyścigu - piękna pogoda, doskonale posmarowane narty. Start!
Biegło mi się doskonale... zaliczałem kolejne pętle, 40 km a ja wciąż przed Jernbergiem....
I właśnie wtedy.... usłyszałem jakiś warkot nad głową, spojrzałem... prosto na mnie leciał helikopter!?
Przypomniały mi się te wszystkie historie o porwaniu i zamurowało mnie, nie mogłem ruszyć ręką ani nogą.... i właśnie wtedy minął mnie Sixten Jernberg, ten helikopter to telewizja, filmowali jego bieg.
Ruszyłem na trasę, ale ten szok i ta frustracja zabrały mi całą energię. Bieg ukończyłem poza pierwszą dziesiątką.
Stefan otworzył kolejne butelki i pociągaliśmy z nich pogrążeni w smutku.

Następny dzień - narciarski raj - wypożyczyłem narty zjazdowe i przypomniałem sobie trasy sprzed 20 lat. Były równie piękne.
Kupiłem 6 butelek Smadnego Mnicha i zaprosiłem Stefana na wieczorną pogawędkę.
Pochwaliłem Słowację za postępy polityczne i ekonomiczne. Stefan skrzywił się...
- Komuniści dalej tu rządzą.
- Jak to?
- A tak, ja chciałem wykupić spory dom i założyć tam hotel i już 2 lata nie mogę załatwić pozwolenia. Mój brat ma tu kilka wyciągów, ale ostatnio ma konkurenta, to za komuny był pierwszy sekretarz w Smokovcu, stare układy nadal działają i blokuje dalsze zakupy mojego brata.
Pokręciłem głową z niedowierzaniem - okropne, Stefan, wypijmy za sprawiedliwość - przecież to ty powinieneś prowadzić najlepszy hotel w Smokovcu a twój brat zarządzać wszystkimi wyciągami.
Pociągnęliśmy z butelek do dna.

Następnego dnia wsiadłem do pociągu do Kremnicy, jechało wielu narciarzy, spytałem ich o noclegi.
- Jak nie załatwiłeś sobie hotelu to cię umieszczą w szkole.
To mi się nie podobało. Cztery lata wcześniej odwiedziłem takie noclegowisko w Niemczech - polowe łóżka w sali gimnastycznej, kilka osób próbowało spać, niektórzy coś tam jedli, większość porównywała ostatnie zakupy.
O nie, tylko nie to!
Zdenerwowany dotarłem do biura zawodów.
- Dostaliście mój list?
- Dostaliśmy.
- Dlaczego nie odpisaliście? Co z moim noclegiem.
- Nie odpisaliśmy... przecież wiadomo,  że i tak musisz do nas przyjść, no to po co? Noclegi, tu jest starszy facet, który spędził wiele lat w Australii, on cię chętnie przenocuje, będziecie mieli wiele tematów do rozmowy... ewentualnie możesz nocować w szkole.
- W sali gimnastycznej z tłumem ludzi?
- Nie, w szkolnym internacie, teraz właśnie są ferie zimowe, możesz dostać osobny pokój.
Ulga... rozpakowałem się, pospacerowałem po Kremnicy, wdrapałem się na zamkową wieżę, wstąpiłem do restauracji na kolację.
Na głównych ulicach miasta były zainstalowane głośniki, które cały dzień przekazywały program słowackiego radia... chyba pozostałość komuny.

Wyścig narciarski - wyjątkowo bezbarwny,  marna pogoda, spore zamieszanie na starcie, trasa w lesie a więc brak przestrzeni i widoków.
Poniżej zdjęcie po wyścigu...



Wróciłem do "mojej" szkoły a tu drzwi zamknięte. Na szczęście na tablicy informacyjnej był telefon dyrektora - zadzwoniłem.
- O, to pan jeszcze nie zabrał swoich rzeczy... a dzisiaj już wracają uczniowie. Zaraz wyślę dozorcę żeby pana wpuścił, pana rzeczy zostały pewnie przeniesione do kotłowni.
Tak właśnie było. Miałem jeszcze trochę czasu do odjazdu autobusu więc zrzuciłem ubranie i poszedłem do łazienki wziąć prysznic.
Gdy wyszedłem zauważyłem spore zamieszanie - w hallu stało kilka osób - przestraszona uczennica i dwie panie, chyba nauczycielki. Rozmawiały z kimś przez telefon...
- Bardzo niejasna sytuacja... męskie ubrania rozrzucone po podłodze, właściciela nie ma, czy mamy wezwać policję?
Ujawniłem się i sprawa zakończyła się pomyślnie :)

P.S. 
Kilka lat później, gdy była już Wikipedia, sprawdziłem jak to było w tym Innsbrucku...
Jest! Stefan Harvan - 22 miejsce, 16 minut za Jernbergiem...
Strona nie podaje numerów startowych - KLIK.
Przypomniało mi się powiedzenia Marka Twaina - to nie jest takie ważne czy opowiadanie jest prawdziwe, ważne żeby było ciekawe.
- Sixten Jernberg - KLIK.
- Maraton Bela Stopa - KLIK.

Tuesday, August 5, 2025

Pożegnanie

W ostatnią środę dzień rozpoczął się zimno. 
Najpierw pojechałem zobaczyć jak to wygląda na pobliskim polu golfowym...


Biała zasłona...
Podniosła się już za pół godziny i mieliśmy piękny, słoneczny dzień.
Gdy wróciłem po zakupach do domu znalazłem powiadomienie o ceremonii pogrzebowej mojego kolegi z dobrych czasów narciarstwa biegowego i orienteeringu.

Poniedziałek...
Pogrzeb w dzielnicy na obrzeżach Melbourne, niby po tej samej stronie miasta, ale odległość - 34 km.
Włączyłem nawigację w Google-Maps, usłyszałem znajomy głos. Tak się złożyło, że poprzedniego dnia też korzystałem z usług tej pani. Wyznam, że trochę mnie rozczarowało, że nie wspomniała wczorajszej podróży :(

Długa jazda, zauważam drogowskaz - Lilydale Crematorium - 6 km - konkretna informacja.

U celu miłe zaskoczenie - ogromny teren, zielone wzgórza...


Podchodzę do budynku i słyszę szum potężnych maszyn/pomp/klimatyzacji/kremacji. 
To chyba dopiero rozgrzewka, z kominów nie leci żaden dym...


Wchodzę do środka i jestem w kręgu przyjaciół z dawnych lat...


Pani prowadząca ceremonię czyta życiorys Allana, jest w nim fragment, w którym miałem przyjemność uczestniczyć - Worldloppet - cykl maratonów narciarskich w wielu krajach, również w Australii.
Narciarz, który ukończy 10 maratonów z tej serii, otrzymuje medal i tytuł Worldloppet Master.

Na początku 1996 roku miałem już na koncie 5 wyścigów i pojechałem do Europy zaliczyć brakującą piątkę.
Allan i jego żona - Pat - mieli na koncie jeden - Kangaroo Hoppet - i pojechali do Europy na 9 tygodni zaliczyć wszystkie europejskie maratony.

Kilka miesięcy później zorganizowałem okolicznościowy obiad - oto medaliści...


Za naszymi plecami mapa Europy z zaznaczoną trasą podróży:
Austria - Włochy - Niemcy - Estonia - Francja - Finlandia - Szwecja - Szwajcaria - Norwegia.
Pogrubiłem swoją trasę - tylko 5 maratonów, ale wystarczy - 1 dzień to podróż - lotnisko, dojazd do hotelu. Potem aklimatyzacja, lekki trening, maraton -- i od nowa.
Już po 3 wyścigach, w Finlandii, przeżyłem poważny kryzys... ale przeżyłem :)
A Pat i Allan wykonali prawie dwa razy większy program.

Pat i Allan - wszyscy tak o nich mówili - nierozłączna para.
Tym razem miałem okazję poznać część ich życiorysu.
Allan urodził się w kiepskiej rodzinie, despotyczny ojciec, przemoc.  Allan w dość młodym wieku opuścił dom i pokazał, że można inaczej.
Skończył kursy nauczycielskie, zaczął pracować, wybudował dom. Ukończył studia, pracował na wielu uczelniach jako wykładowca rachunkowości i ekonomii. Założył rodzinę, wybudował kolejny dom...
Razem z Pat mają dwójkę dzieci - czytały wspomnienia o ojcu - syn nie był w stanie czytać swoich, wspomogła go żona.

W tle narciarstwo i przygoda.
Oprócz maratonów narciarskich - podróże, biegi, orienteering.
Przez kilkanaście lat spotykałem ich regularnie na śnieżnych trasach, na biegach w lesie i po parkach i ulicach Melbourne.
Dowiedziałem się, że podobnie jak ja, obeszli dookoła Mt Blanc, podróżowali po Wietnamie i dużo, dużo więcej.

Sala domu pogrzebowego była pełna, w większości znajome twarze i kolejna refleksja - starzy narciarze trzymają się dobrze i starzeją się w dobrym stylu.

P.S.
Zajrzałem do archiwum blogu, siedem lat temu opublikowałem wpis na temat orienteeringu ulicznego... i wtedy też było wspomnienie śmierci mojego kolegi - KLIK.
Kangaroo Hoppet - KLIK.
Worldloppet - KLIK.

A trasy narciarskie w Australii czekają na narciarzy - zima w pełnej krasie...

Thursday, July 31, 2025

Miłość, która zabiła

Umińska. Miłość, która zabiłaUmińska. Miłość, która zabiła by Marta Sztokfisz
My rating: 3 of 5 stars

Opowieść o tragedii i jej bohaterce.
W lipcu 1924 r, Stanisława Umińska, młoda aktorka zdobywająca ogromną popularność na warszawskich scenach teatralnych, zabija swojego ukochanego, który doświadczał ogromnych męczarni w paryskim szpitalu.
Proces odbył się w lutym 1925 roku, wyrok - niewinna.
Przez następne 52 lata Stanisława Umińska będzie się zmagać ze wspomnieniami i z poczuciem winy.
Większość tego czasu spędzi na opiece nad osobami na społecznym marginesie - prostytutki, osoby chore, niedorozwinięte dzieci.
Czy to pokuta, czy sposób na zapomnienie winy?
Nie wiem co skłoniło autorkę do podjęcia tego tematu.
Była to ryzykowna decyzja - z jednej strony - temat poważny i aktualny - wszak wciąż żywe są dyskusje na temat eutanazji. Z drugiej strony - ryzyko zachłyśnięcia się sensacyjną stroną wydarzenie, skandalem.
Według mnie autorka dobrze dała sobie radę - książka skłoniła mnie do prywatnych rozważań.
Bo też moja relacja z bohaterką książki ma również prywatny wymiar...


Stanisława Umińska - siostra mojej matki - dla mnie to była zawsze Ciocia Stasia.
Odwiedzała nas wielokrotnie a ja cztery razy spędziłem wakacje w prowadzonych przez Nią ośrodkach.
Niestety, czytając książkę z tej pozycji, jestem bardziej czuły na błędy, które często są po prostu niechlujstwem.
Mam przede wszystkim na myśli wielokrotne błędy w imionach i nazwiskach krewnych bohaterki - Maciej zmienia się w Michała, Władek w Włodzimierza, Kazimierz w Mieczysława.  Uzdrowiciel Clive Harris zmienił nazwisko na Charris. Ktoś działa w tajemniczej organizacji Charitas.
Brakowało mi również indeksu osób wspomnianych w książce - autorów cytowanych recenzji.

Jednak główny wymiar to opowieść o życiu Cioci Stasi i książka pomogła wrócić mi do wielu wspomnień - szczególnie tego ostatniego - pogrzebu.
Po mszy żałobnej dołączyłem do grona zakonnic, które wynosiły trumnę z kościoła.
Od razu poczułem się bardzo niewyraźnie, byłem wyższy od zakonnic i musiałem mocno się schylić, nie byłem pewien czy wytrzymam wystarczająco długo w tej pozycji.
Niepotrzebne obawy - niech pan da sobie spokój - powiedziała któraś z zakonnic - dla nas to chleb powszedni. Splotły razem ramiona i płynnie przeniosły trumnę na furmankę.
Zdałem sobie sprawę, że to one stanowiły Jej rodzinę przez większość Jej życia.

View all my reviews

Wednesday, July 9, 2025

Grzyby, które wstrząsnęły światem

 Przez większość czerwca, w wieczornym dzienniku naszej telewizji państwowej - ABC - mieliśmy stałą pozycję - sprawozdanie z procesu pani Erin Patterson oskarżonej o celowe otrucie trzech osób.

W poprzednim tygodniu była cisza - sądowe jury debatowało winna czy niewinna. Debatowali nawet w sobotę, niedzielę mieli wolną, ale przebywali w izolacji od świata zewnętrznego.
Przedwczoraj (poniedziałek) ogłoszono werdykt - WINNA!


Nie poruszałbym tego tematu gdyż niezbyt interesują mnie kroniki kryminalne, ale zmotywowała mnie informacja, że sprawa stała się znana na całym świecie.

Co prawda termin cały świat jest obecnie mocno nadużywany, ale jednak informację o tej sprawie podała już dawno temu Wyborcza - KLIK. A teraz, po ogłoszeniu werdyktu, zobaczyliśmy relację w Wiadomościach POLSAT, informację podały również CNN, Reuter,  BBC, Al Jazeera...
Nagłówki gazetowych informacji można zobaczyć TUTAJ.

O co chodzi?
Pod koniec lipca 2023 pani Patterson zaprosiła na obiad swoich teściów, lokalnego pastora i jego żonę.
Na obiad podała beef Wellington - wołowina zapiekana w cieście - dla smaku dodała trochę grzybów...

Ilustracja
Autorstwa Jerzy Opioła - Praca własna, CC BY-SA 4.0, Link

Muchomor zielony.
 Po obiedzie wszyscy goście wylądowali w szpitalu z objawami zatrucia, trzy osoby zmarły.
Gospodyni i jej dzieci pozostali zdrowi jak rydze.

Podczas śledztwa wykryto sporo krętactw podejrzanej i to zapewne wpłynęło na werdykt jury.
Nie będę jednak rozwijał tego tematu, wspomnę za to dwa inne, pokrewne aspekty...

Grzyby w Australii -
wspominałem o tym kilka razy na tym blogu. Najłatwiej nam spotkać kanie...



Zebrane 400 m od naszego domu.

Zaś w okolicy farmy naszej córki rosną rydze...



Generalnie Australijczycy są bardzo podejrzliwi w tym temacie. Kilka razy spotkałem się ostrzeżeniami przechodniów - czy ja wiem co ja robię?
Służby miejskie przeorały pobliski park, w którym rosły kanie, teraz najbliższe grzybne miejsce jest 4 km od naszego domu.

Drugi aspekt - jury czyli ława przysięgłych...
Internet podaje, że ławnicy są losowani z listy osób uprawnionych do głosowania czyli teoretycznie każdy pełnoletni obywatel Australii może zostać wylosowany.
Jak narazie, z naszej 11 osobowej rodzinnej grupy wylosowali tylko MNIE.

To było ponad 20 lat temu, pokazałem wezwanie w pracy (muszą dać bezpłatny urlop) i zgłosiłem się do gmachu sądu.
Po pierwsze wskazano mi dobrze zaopatrzony bufet, ceny umiarkowane, ale ja i tak przyniosłem sobie z domu kanapki.
Po drugie zasady gry...
Na wokandzie były 4 sprawy. Każda z nich potrzebowała ławników.
Wyjaśniono nam, że przed rozpoczęciem kolejnej sprawy zostaniemy wszyscy wezwani do osobnej sali, osoba prowadząca wyjaśni charakter sprawy i ilu ławników potrzeba.
Następnie wyciągnie z kapelusza nazwisko pierwszego kandydata/kandydatki.
Obrońca może teraz przepytać wybraną osobę żeby stwierdzić czy nie ma jakichś uprzedzeń w stosunku do oskarżonego/oskarżonej.
Kandydat zostaje zaakceptowany lub odrzucony... następny proszę.
Mnie trafiła się sprawa mężczyzny oskarżonego o handel narkotykami. Z nazwiska wydedukowałem, że ma jugosłowiańskie korzenie.
Potrzebowali chyba 4 ławników. Obrońca odrzucił jedną kandydatkę gdyż z rozmowy wyczuł, że czuje ona jakąś niechęć do oskarżonego. 
Mnie nie wybrali.
Musiałem odsiedzieć jeszcze kilka godzin i wypuścili mnie do domu.

Czasami, gdy proces trwa kilka dni, ławnicy mają zakaz kontaktu z ludźmi. W przypadku spraw budzących duże zainteresowanie mediów, może to oznaczać pobyt w jednoosobowym pokoju w hotelu bez dostępu do gazet, tv, internetu.
Domyślam się, że ławnicy w opisywanej tu sprawie mieli taką przyjemność przez tydzień.

P.S. Z bardzo dawnych czasów pamiętam film 12 gniewnych ludzi, H. Fonda w roli głównej - KLIK.
Po pierwszym obejrzeniu bardzo mi się podobał, po drugim... już nie tak bardzo.

Saturday, March 8, 2025

8 marca

 Dzisiaj Święto Kobiet - wszystkim czytelniczkom tego blogu dziękuję za obecność, życzę miłego dnia i wszelkiej pomyślności na długie lata.

Prawie co rok publikowałem w tym dniu okazjonalny wpis, tak będzie i teraz, temat - kobiety w moim życiu.

Przez pierwsze 10 lat mojego życia były w nim tylko kobiety.

Ojciec zmarł gdy miałem 2.5 roku.
Mieszkałem z matką, mieszkanie znajdowało się w domu opieki prowadzonym przez zakonnice - Sercanki. 
Uczęszczałem do szkoły św Jadwigi prowadzonej przez zakonnice - Nazaretanki.
Na wakacje wyjeżdżałam do ośrodków prowadzonych przez zakonnice - Samarytanki.

Czy ja w ogóle spotykałem mężczyzn?

Spotykałem - stryjowie, bracia ojca - przed wojną bardzo dobrze prosperowali, komunizm ostro ich przyciął, pozostały bardzo dobre maniery.
Dom w którym mieszkałem - mężczyzną był dozorca, matka ostrzegła mnie żebym trzymał się na dystans bo ma gruźlicę. Czasem spotykałem go na ulicy, mocno pijanego.
Szkoła - mężczyzna to oczywiście ksiądz, rytuały kościelne stwarzały dystans nie do przebycia.
Wakacje - mężczyźni to byli pracownicy rolni, a i jeszcze obsługa pociągu - maszynista, palacz, konduktor.

Prawie połowa moich kolegów szkolnych też nie miała ojców. 
W przypadku tych co mieli ojców to i tak cały kontakt ze szkołą załatwiały matki więc tylko je znałem.

Przełomem były dopiero wakacje gdy miałem 11 lat. 
Spędziłem je na prywatnym letnisku i tam doceniłem rolę mężczyzn - wędkarstwo, brydż, siatkówka.

Studia i praca - oczywiście dominowali mężczyźni...
Kobiety - studiowałem na wydziale Mechaniczno-Technologicznym, o ile pamiętam wśród 300 studentów I roku było tylko 8 kobiet.
Akademik - męski.
Wakacje - autostop, praktyki wakacyjne, służba wojskowa - mężczyźni.

60 lat minęło...
Osoby, z którymi najczęściej się spotykam to Służba Zdrowia - dominacja kobiet, zarówno wśród personelu jak i pacjentów.

Dzień dzisiejszy - w radio zapowiadali że będzie muzyka skomponowana przez kobiety, ale póki co to puścili koncert fortepianowy nr 22 Mozarta.

Sprzedawczynie na bazarze nie wiedziały o swoim święcie.

Kupiłem żonie kwiaty...
Dzisiaj upał więc siedzimy cicho w domu.
Muzyka - Elena Katz-Chernin  (Australijka z Kazachstanu)- Dzikie łabędzie - KLIK.

Sunday, December 8, 2024

Młodzi inwalidzi.

Kilka dni temu zwróciłem uwagę na alarmującą informację -

W Australii, w ciągu ostatniego 10-lecia, ilość przypadków przejścia na zasiłek inwalidzki z powodu zaburzeń psychicznych wzrosła wśród ludzi młodych (30-40 lat) - siedmiokrotnie (732%) - KLIK.

Cóż tu jeszcze mogę dodać?
Chyba tylko, że chyba nigdy w historii ludzkości nie zwracano tyle uwagi na poprawne stosunki w każdej możliwej sytuacji międzyludzkiej, w domu i w pracy, w sklepie i na ulicy, wyliczać można bez końca.

I co?
Wkrótce od tego wszyscy oszaleją :))

Powspominałem więc sobie trochę sytuacji z mojego długiego życia w warunkach przemocy, nietolerancji, bullyingu i pewnie jeszcze gorszych nadużyć.

Punkty przełomowe:
- szkoła - z cieplarnianego życia w domu zostałem nagle przeniesiony na kilka godzin dziennie w obce miejsce, otoczenie obcych rówieśników, nadzór przez obcych mi nauczycieli.
Sytuacje stresowe - jako pierwszoklasista byłem traktowany z lekceważeniem przez uczniów starszych klas. A więc - złośliwe komentarze, drobne fizyczne zaczepki jak podstawienie nogi, szturchnięcie, kopniak.
To były w każdym przypadku całkowicie nowe sytuacje... i co?
I jakoś nic - uważałem, że tak widocznie musi być i wiedziałem, że ja co roku będę w wyższej klasie. Nie wyobrażałem sobie, że wtedy to ja się odegram na młodszych kolegach, raczej miałem pewność, że wtedy będę traktowany z większym respektem, że taka jest naturalna kolej rzeczy.

Drugim istotnym przełomem były studia, mieszkanie w akademiku.
Codzienne towarzystwo matki zastąpione towarzystwem trzech kolegów w niewielkim pokoiku, posiłki w stołówce, kąpiel w łaźni.
Znowu podobna sytuacja i wnioski.

Jakimś przełomem był obóz wojskowy.
Podczas studiów mieliśmy jeden dzień w tygodniu przeznaczony na Studium Wojskowe. Teoretyczne przygotowanie do służby wojskowej, które zastępowało obowiązkową służbę wojskową, której podlegali wszyscy mężczyźni w czasach PRL.
Studium Wojskowe wyglądało raczej jak żart, ale dwa razy w okresie studiów mieliśmy miesięczny obóz wojskowy - "prawdziwe" wojsko.
Pierwszego dnia, po przyjeździe dostaliśmy zadanie przygotowanie sobie łóżek. W każdej sali było kilkanaście piętrowych łóżek, każdy szybko wybrał sobie miejsce do spania. Teraz trzeba było wypełnić sienniki słomą.
Biegiem do stodoły, pobrać siennik i wypełniać słomą.
Siennik ma być twardy i kanciasty instruowali nasi bezpośredni dowódcy. Napychaliśmy jak potrafiliśmy i biegliśmy z siennikami do sypialni. Zdyszani rzucaliśmy się na łóżko, ale już za minutę pojawiał się kapral - macał siennik - WSTAĆ! - rozkazywał i wyrzucał siennik przez okno. - Za miękki.
Biegiem do stodoły i od nowa. Tak minimum trzy razy.
Potem była dokładniejsza inspekcja sienników - okazało się, że w wielu była mokra słoma. A więc wypełnić na nowo, suchą.  Siennik wylatywał przez okno.
W stodole trudno było już znaleźć suchą słomę,  ale wydaje mi się, że w wyniku wielokrotnego opróżniania i wypełniania sienników oraz lotów z okna na rozgrzany słońcem bruk, słoma podeschła.
Być może zresztą nasi kaprale po prostu zaplanowali ile czasu nam trzeba wypełnić wypełnieniem i wykonali normę.
Potem był obiad, chwila przerwy i znowu długie godziny bezmyślnie wykonywanych czynności.
Kolacja, apel i od nowa.
Wreszcie zbliża się godzina 10 - cisza nocna.
Oczy nam się już same zamykały, toaleta wieczorna, zbiórka przy łóżkach - ostatnie instrukcje:
Komenda brzmi - drużyna - do łóżek - spać!
Na "drużyna" - siadacie na boku łóżka.
Na "do łóżek" - podnosicie nogi na łóżko i nakrywacie kocem.
Na "spać" - kładziecie tułów na łóżku, na plecach.
Teraz będzie komenda - w prawo zwrot! - przekręcacie się na prawy bok.
I jeszcze uzupełnienie - "prawa ręka na sercu, lewa ręka na sęku".
Teraz jeden z szeregowców zaśpiewa; Caaaaapsztyk.
I zapanuje 8 godzin ciszy nocnej
Chyba, że... za dwie minuty kapral otworzy głośno drzwi, zapali światło i wydrze się na cały głos - POBUDKA! Wstawać! Sprzątanie terenu!
Inne zajęcia toczyły się w podobnej atmosferze... i tak przez 2 tygodnie. 

Po 2 tygodniach była przysięga i od tej chwili byliśmy już pełnoprawnymi żołnierza i byliśmy traktowani według regulaminu.
Nasi kaprale okazali się całkiem sympatyczni, w chwilach szczerości wspominali, że osoby w regularnego poboru mają 6 miesięcy tresury przez przysięgą i że zdarzają się przypadki poważnych załamań psychicznych.

Kolejnym przełomem było rozpoczęcie pracy.
Jako pracownik umysłowy byłem od początku w uprzywilejowanej sytuacji. Pracowałem w dużej fabryce i słyszałem opowieści jak to początkujący pracownicy fizyczni bywają obiektem niewybrednych żartów, niektóre kończyły się poważnymi wypadkami.

A potem było jeszcze kilka przełomów.

A teraz... kilka kroków przed metą... stwierdzam, że miałem takie lekkie i przyjemne życie... i że naszym dzieciom i wnukom jest trudniej.

Saturday, November 16, 2024

20 lat temu

Ostatni raz zmieniłem pracę....

Pracę zmieniałem dość często - w Polsce głównym powodem zmiany była chęć pracy na nowszym komputerze, w Australii... bankructwo firmy, która mnie zatrudniała.
W ten sposób doprowadziłem do ruiny 6 dużych firm, ale ostatnia - duża firma ubezpieczeniowa, widocznie była dobrze ubezpieczona i to ona mnie wyrzuciła.

Muszę przyznać, że potraktowali mnie bardzo dobrze - dali sporą odprawę i opłacili dla mnie kurs starania się o pracę.
Staranie o pracę...
Szanse miałem marne - informatyk, 63 lata, od 5 lat nie nauczyłem się niczego nowego.
Na kursie zwróciłem uwagę na dwie sprawy
- resume - opis kariery zawodowej.  Uważaj, nikt nie będzie tego czytał więc nie wysilaj się. Twoje resume zostanie przeskanowane żeby znaleźć słowa kluczowe a najważniejsze z nich to implemented - czyli projekt został wdrożony.
- interview - popatrz z sympatią na zespół przesłuchujący i wybierz osobę,  którą mógłbyś polubić. Odpowiadając na pytania mów właśnie do niej, to doda ci pewności siebie i masz już jeden głos poparcia.

Spróbowałem i właśnie tak wyszło :)

Kolejna praca - potężna hinduska firma Infosys - KLIK.
Doprawdy, nie mam pojęcia dlaczego mnie przyjęli, widocznie na interview byłem tak przekonujący.

Przed zmianą pracy miałem jeszcze 2 tygodnie wolnego, koniec listopada, pojechałem na rajd rowerowy.
Nie byle jaki rajd - Great Victorian Bike Ride - 8 dni, 600 km. cudowna trasa - Great Ocean Road - KLIK.
I ponad 8,000 uczestników.
Zasady - organizator zapewnia wyżywianie, pola campingowe na nocleg, transport bagażu.
Moim towarzyszem był Tadeusz, niezwykle doświadczony rowerzysta - przejechał na rowerze przez Kubę, USA, Skandynawię, wzdłuż Dunaju i dużo, dużo dalej.

Start - autobusy dowiozły nas i nasze rowery do niewielkiej miejscowości. Pierwszy etap - 45 km.
Tak wyglądałem pierwszego dnia...


 Teraz znaleźć mój bagaż...

I rozbić namiot...

To oczywiście tylko fragment pola namiotowego.

Skorzystać z toalety i prysznica...


I jeść...




Kolejka?
Niektórzy narzekali, ja po latach doświadczeń w PRL nie widziałem powodu.
Relaks - jedzenie gwarantowane a póki co - miłe towarzystwo, można podzielić się wrażeniami z trasy.

Zresztą po obiedzie rowerzyści spieszyli do pobliskiej miejscowości a tam mieli już spory wybór kolejek...



Na terenie kampingu również pojawiały się grupy artystów...









Na terenie kampingu również pojawiali się artyści...


8,000 rajdowców i ponad 300 ochotników, to była operacja logistyczna godna jakiejś licznej armii. Żadna z miejscowości koło których nocowaliśmy nie miała ponad 400 mieszkańców, najmniejsza miała ich 80. A zatem organizator musiał dostarczyć i zainstalować generatory elektryczności, wodę i system kanalizacyjny.

Oczywiście mieliśmy szosę do całkowitej dyspozycji, liczne patrole policyjne, niekończący się łańcuch rowerzystów na szosie....





Najkrótszy odcinek dzienny to było 45 km pierwszego dnia. Najdłuższy 102 Km - płaski teren. Tylko jednego dnia mieliśmy brzydką pogodę, tego dnia mieliśmy też sporą wspinaczkę.
Przy tej okazji sprawdziłem jak szybko potrafię zjeżdżać z góry.
Ponad 65 km/h czułem się już bardzo niepewnie, miałem wrażenie, że rower stracił przyczepność do szosy. Jednak wiele osób było znacznie bardziej odważnych.

A potem dzień przerwy.
Odwiedziła mnie synowa z najnowszym dodatkiem do rodziny...


Codzienne widoki na trasie...






I tak dojechaliśmy do celu.
Żona Tadeusza przywiozła nas pod nasz dom...


Spojrzałem na to zdjęcie i zasmuciłem się - więc ten rajd tak mnie wyczerpał. Tadeusz wygląda przy mnie jak skowronek.

Za kilka dni zacząłem pracę w dużym banku, ale jakoś nie dawała mi satysfakcji i po dwóch latach zrezygnowałem.

Saturday, November 2, 2024

Listopadowa wizyta

 Najpierw jednak był ostatni dzień października.
Akurat tego dnia oddałem samochód do okresowego przeglądu i wracając do domu na piechotę napotkałem...


Potem wybrałem przejście przez cmentarz...


Tak to wygląda w Australii, każdy dzień taki sam.
Chociał znalazł się jeden wyjątek..


1 listopada...



Jak zwykle odwiedziliśmy cmentarz w Springvale, nie na darmo nosi nazwę Botanic Cemetery.
Tam groby wielu znajomych, w tym roku przybyły trzy.

I jeszcze jeden - Władysław Kossak - brat Juliusza Kossaka (artysty malarza).
Pisałem o nim szerzej około rok temu, wczoraj zajrzałem tam i zapaliłem skromny znicz.


Zaskakujące, że w spisie grobów nazwisko zmarłego podane jest jako Laasilas Kossak.
W zeszłorocznym wpisie wyjaśniałem, że gdy Władysław Kossak ubiegał się w Australii o obywatelstwo brytyjskie, zmieniono mu imię na Ladislaus - to według mnie ma sens.
Ale Laasilas?
Z Wikipedii wiem, że Władysław spędził ostatnie lata życia pod opieką córek z pierwszego małżeństwa. One na pewno wiedziały jak ich ojciec ma na imię, obie były wykształcone i biegle mówiły po polsku, nawet pisały poezje.
Po głowie chodzi mi teoria spiskowa, że córki nie wybaczyły ojcu, że porzucił rodzinę, ożenił się z nową wybranką i miał z nią czwórkę dzieci. 
Po śmierci drugiej żony wyjechał na zachód Australii szukać złota, nie znalazł.
Nie wiemy jakie były jego relacje z dziećmi z drugiego małżeństwa.
Wygląda na to, że córki zorganizowały pogrzeb w poczucia obowiązku, ale bez sentymentu.
One same zostały pochowane na innym cmentarzu.
Smutna historia - myślałem sobie zapalając świeczkę - niech wszyscy odpoczywają w spokoju.

Informacja w Wikipedii - KLIK.