Wydawca: Prószyński i S-ka
Data wydania: 5 maja 2026
Liczba stron: 304
Przekład: M. Moltzan-Małkowska
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Cena detaliczna: 54,90 zł
Tytuł recenzji: W stronę własnych potrzeb
W moim odczuciu autorki tak zwanych bestsellerów są albo naprawdę znakomitymi pisarkami, albo kimś na kształt literackich performerek, bo sprzedają się dzięki kontrowersyjnej tematyce lub książkom, które usiłują być kontrowersyjne. Obawiam się, że popularność Jennette McCurdy oparta jest na tym drugim. Jej najnowsza książka zaproponowana polskim czytelnikom opiera się na tak bolesnych truizmach, że chwilami trudno czytać ją dalej ‒ pomijając już to, że narracja mknie, dokąd chce i jak chce, a językowo jest to słabiutka literatura środka. Głównym tematem jest potworny banał, wywołujący jednak u wielu odbiorców wypieki na twarzy, bo fundamentem opowieści o dojrzewaniu do samej siebie i o ostatecznym wyborze siebie w kostiumie, w którym czuje się dobrze (w przeciwieństwie do kompulsywnie kupowanych w Internecie ciuchów) jest romans uczennicy z nauczycielem. Ach, jakże frapujące już na samym wstępie!
Nieważne, które pierwsze siada drugiemu na kolanach. To znaczy dobrze, że nie on jej, bo byłoby już poważnie ze strony obyczajowej oraz moralnej. Jedno i drugie zwyczajnie niesmaczne. Tak czy owak wieje nudą, a cały obraz tego romansu jest płytką opowieścią o tym, że zbliżają nas trudne sprawy, a bardzo często za nasze życie odpowiadają ciało i jego potrzeby, a nie umysł z swoimi oczekiwaniami. Zatem siedemnastolatka marzy między innymi o tym, żeby wziąć do ust penisa swojego nauczyciela kreatywnego pisania. Niepozornego mężczyzny, od którego biją smutek i poczucie niespełnienia, a to przyciąga główną bohaterkę doskonale pamiętającą słowa matki, że trudno ją kochać, i nieświadomą tego, co to znaczy kochać naprawdę. Ale Waldo nie tego chce się dowiedzieć na początku.
Na początku jest scena seksu oralnego i truizmy o tym, jak można banalizować zbliżenia seksualne i jak jednocześnie szuka się nowych podniet i fantazjuje na ich temat. Bohaterka jest rozczarowana pełnym testosteronu rówieśnikiem, który dość konkretnie zajmuje się potrzebami jej ciała, jednakże to ciało protestuje – a za nim umysł. Ironicznie określone jest to wszystko jako „pot, dupczenie i genitalia”. Ot tak, żeby było kontrowersyjnie już na samym początku powieści. A potem jest konsekwentne uwodzenie kogoś, kto fizycznie ma dużo mniej do zaoferowania, ale Waldo nie myśli o niczym innym jak o tym, by zbliżyć się – przede wszystkim fizycznie – do dużo starszego od niej mężczyzny, dla którego gotowa jest do takich intelektualnych poświęceń jak pisanie ciekawych prac na zajęcia.
Tymczasem jej belfer – któremu wreszcie udaje się opuścić spodnie, a nastolatka przeżywa wówczas życiowy triumf – nie jest świadomy tego, co kryje się w jego komentarzu do pisania dziewczyny. Określa go mianem „silnego głosu”. I Jennette McCurdy robi wszystko, by udowodnić wieloznaczność tego stwierdzenia, co momentami czyni jej powieść ciekawą. „Mogłabym być jego córką” to obyczajówka z chwilami niezłymi twistami opowiadająca historię przemiany, ale i jednoczesnego żegnania w sobie tego wszystkiego, co uciążliwe, męczące, niepozwalające na samorozwój. Waldo to bohaterka dynamiczna, w bardzo szybkim tempie uczy się tego, co jest prawdziwym życiem. Ta „z baraków”, wyrosła z biedy i deficytów, przede wszystkim matczynej miłości, bo przecież jak można być dobrą matką, jeśli już w wieku szesnastu lat wydaje się na świat córkę? To dopiero początek wplecionego w rzekomo intrygującą opowieść dydaktyzmu, którego w tej powieści jest tak wiele, że da się prawie wszystko przewidzieć, a w związku z tym boli głównie czas odkrywania tego, co jest oczywistością już od początku.
Nie chce mi się rozwodzić nad tym, jak McCurdy prowadzi główny wątek romansowy, bo tutaj koncentrujemy się przede wszystkim na spełnionych albo niespełnionych oczekiwaniach ciał obojga kochanków, którzy po omacku jedno na drugim szukają mapy swoich prawdziwych potrzeb. Zatem Waldo dość szybko staje się dużo lepsza w połykaniu spermy swojego nauczyciela niż w aktywnym uczestnictwie w zajęciach kreatywnego pisania, a starszy (bo jej kochanek jest w sile wieku i wcale nie jest stary!) mężczyzna decydujący się na to, by zaryzykować i zbliżyć się do uczennicy, zaczyna zachowywać się jak nieokrzesany nastolatek, choć do pewnego momentu trzyma gardę i racjonalizuje: to, co robią, jest nie w porządku, tak nie może być i należy to jak najszybciej skończyć. Znowu dydaktyzm? Będzie tego dużo więcej. A mogło być naprawdę nieźle.
Mogłaby to być pogłębiona psychologicznie opowieść o dziewczynie uwięzionej w sobie i z dużą determinacją poszukującej tego, co da jej choć namiastkę wolności. Alaskańską nastolatką, która nie chce być ponura i oczywista jak jej stan (brawa za opisanie najpiękniejszych amerykańskich zakątków z perspektywy ponurego Anchorage tak, że nawet mnie przeszła ochota na odwiedzenie Alaski, o czym marzyłem), targają bardzo silne emocje. Waldo jest krnąbrna, buntownicza na wszystkie oczywiste i też mniej oczywiste sposoby. W opozycji do matki, która w kompulsywności przypomina trochę córkę. Młoda kupuje ciuchy i kosmetyki, bo jej ciało potrzebuje komfortu i wzmocnienia, matka równie kompulsywnie goni za kolejnymi mężczyznami, którzy wreszcie będą tymi pozwalającymi znaleźć bezpieczną przystań. Wiadomo, że się nimi nie staną. I to nie jest – jak to niektórzy pięknie piszą – spojler.
W książce mamy przede wszystkim bałagan tematyczny, znaczeniowy i stylistyczny oraz irytujące krótkie rozdziały mające w oczywisty sposób dodać dynamiki tej powieści. Jennette McCurdy nie wykazuje się żadnym literackim potencjałem, bo marnuje dość ciekawy temat. Przede wszystkim emocji ukrytych pod złością. „Złość to mój chleb powszedni” – tak mówi o sobie główna bohaterka. Ciekawe jest odkrywanie, co tak naprawdę ją irytuje, co doprowadza do gorzkich autorefleksji, ale przede wszystkim – co pcha ją w ramiona mężczyzny, który w rzeczy samej komuś takiemu jak Waldo nie ma zbyt wiele do zaoferowania.
To też jedna z tych feminizujących opowieści, w których mężczyzna objaśnia, a kobieta lub dorastająca dziewczyna ma słuchać, wyciągać narzucone słuszne wnioski i zmieniać się na męskie podobieństwo. Waldo przez pewien czas staje się taką marionetką, która – nie ma co ukrywać – lubi seks i ceni sobie przyjemności własnego ciała, natomiast ciało jej kochanka szuka w zbliżeniach chyba czegoś zupełnie innego. I nie, nie porównujcie tej literackiej słabizny do „Lolity”, nie koncentrujcie uwagi na tym, jak autorka za wszelką cenę usiłuje przyciągnąć uwagę do detali. Jest w tej powieści kilka scen, które mogłyby prowadzić w ciekawą stronę, a także parę przemyśleń nadających się na fundament naprawdę przyzwoitej obyczajówki o wewnętrznym cierpieniu zespolonym z pożądaniem rozumianym tutaj jako symboliczny fragment tej wewnętrznej złości, wściekłości na siebie, swoje nieokreślone potrzeby, miejsce zamieszkania czy przyglądanie się, jak matka wciąż na nowo popełnia te same błędy.
Pozostaje także pytanie o miłość. Czy kochankowie potrafią pokochać w sobie to, co najcenniejsze, lub to, czego im brakuje? I czy w ogóle byłaby tu jakaś atrakcja czytelnicza, gdyby te dylematy rozgrywały się między kochankami w mniej więcej zbliżonym wieku? „Mogłabym być jego córką” przyciąga tytułem i okładką. Ale zasadniczo jest literacką wydmuszką. Z kilkoma – przyznaję! – naprawdę dobrze napisanymi rozdziałami.
---
Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ