Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bób. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bób. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 sierpnia 2016

Taka frittata!


Czy tylko mnie wydaje się, że lato tego roku biegnie jak szalone...?
Mam wrażenie, że zaledwie wczoraj ruszałam na urlop w toskańskie okoliczności przyrody, tymczasem nie wiedzieć kiedy minęły 3 tygodnie, jak na nowo musiałam przyzwyczajać się do tej zwykłej, najzwyklejszej codzienności i obowiązków. Półmetek wakacji mamy za sobą, a ja po prostu nie wiem w jaki sposób tak szybko przeminęło?
Gdyby tak zwalniacz czasu był do kupienia – byłabym pierwsza w kolejce. :) Wcisnęłabym dłuuugie „stop!” na czas kanikuły - tak bardzo długie, że w końcu nawet ja zatęskniłabym za jesienią (ale już nie za zimą ;-)).

wtorek, 14 czerwca 2016

A to klops(iki)! Z bobem i groszkiem.


Pierwszą partię tegorocznego bobu, jeszcze młodziutkiego i żywo zielonego, zjadłam sauté - bez dodatków. Był niemal surowy, bo tylko zblanszowany, króciuteńko, dosłownie z minutkę. Druga partia trafiła do cudownej, lekkiej, wiosennej zupy na bazie młodych warzyw. Była tak pyszna i pełna smaku, że nie mogłam się od niej oderwać i co rzadko mi się zdarza – pochłonęłam dwie pełne miseczki. :)
Trzecią porcję kupiłam na targu wraz ze strączkami zielonego groszku i tym razem warzywa zasiliły obiad mięsny.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Bób z boczkiem i smażonymi ziemniakami


Gdy kilka dni temu ostatni raz odwiedziłam swoje ulubione miejsce zakupów - bób nadal zajmował mocne miejsce na wszystkich warzywnych straganach. Oczywiście skusiłam się na porcję, jakżeby inaczej! kalkulując w myślach, że prawdopodobnie będzie to już jedna z ostatnich, a może i prawdziwie ostatnia szansa na zielone strączki w tym sezonie.
Przez kilka dni zaaferowana otaczającymi mnie okolicznościami przyrody i wszechobecnymi pierogami (które uwielbiam i których w tychże okolicznościach przyrody sama nie muszę kleić, żeby do syta się najeść :)) na chwilę zapomniałam o zieleninie.


piątek, 10 lipca 2015

Bób z charakterrrem :)


Każdego roku, gdy przychodzi pora na bób, nieodmiennie przypomina mi się moja babcia. Babcia F. była bowiem zaciętą Zjadaczką bobu. O tak! Zjadaczką przez duże Z. Bo babcia pałała miłością do bobu, przynajmniej tak mocno, jak ja wielbię truskawki. Średnio co drugi dzień siadała przy kuchennym stole nad ogromną miską bobu, obierała z łupinek i jadła, jadła, jadła... :) Jak daleko sięgam pamięcią wstecz, bób był zawsze ugotowany do miękkości graniczącej z rozgotowaniem. Czasem siadałam razem z babcią nad tą wielką michą i choć bób nigdy nie budził we mnie wstrętu, to wtedy trudno mi było zjeść więcej niż garść papkowatych, mączystych, rozpadających się nasion o nieokreślonej barwie... Już po kilku czułam się pełna.


niedziela, 5 lipca 2015

Zupa na lato. Ojej! Ciepła. :)


Tak, wiem, że gdy upał doskwiera, to przynajmniej pół Polski pochłania chłodniki. Bo podobno chłodzą. :) Sama należę do tej drugiej grupy, która za zimnymi zupami po prostu nie przepada. Nawet wtedy, gdy żar leje się z nieba. A już najbardziej nie przepadam za zimnymi zupami, których głównym składnikiem jest jogurt, kefir i maślanka.
Bo czy lato, czy zima, czy słońce, czy deszcz – dla mnie obiad powinien być ciepły. Trudno, tak mam i prawdopodobnie już chyba nie zmienię. ;-) Dlatego, gdy inni schładzają w lodówce chłodnik litewski, albo inne gazpacho – ja nad płomieniem kuchenki mieszam w garnku pełnym zielonych warzyw.


wtorek, 5 sierpnia 2014

Racuchy z ricotty. Z bobem i miętą.


Pierwszy tydzień urlopu przynosi dziką radość i sporą dawkę emocji. Wiadomo: nowe i długo oczekiwane! :)
Niecierpliwie wypatrujemy kolejnych wędrówek, atrakcji, odkrywania nowych miejsc i smaków. Chwile biegną tak szybko, że chciałoby się postawić znak STOP, aby zatrzymać pęd czasu.
Wolniej! wolniej!
Ani się obejrzymy, a wkrada się tydzień drugi, znów szybko wydzierając dzień za dniem. Od tego pierwszego różni się tylko tym, że niebezpiecznie wzrasta nasze poczucie nieuchronnego powrotu do domu.


środa, 9 lipca 2014

Cud – bób – na zdrowie!



Uff, uff, uff! Gorący okres u mnie. Gorąco za oknem i gorąco w pracy. Chłodzę się jak mogę – wodą, wentylatorem, wypadem za miasto, soczystymi owocami i letnimi sałatkami. Te ostatnie są prawdziwym wybawieniem, bo nie dość, że szybko i pysznie, to jeszcze zdrowo i sezonowo!
Dzisiaj nie będzie przepisu na blogu, ale to nie znaczy, że nic fajnego w kuchni nie wyczarowałam... :)
Lubicie bób? Ja bardzo! I to właśnie on jest bohaterem powyższego zdjęcia.
Na zaproszenie portalu Hello Zdrowie miałam przyjemność przygotować krótki materiał do rubryki Jedz Sezonowo - na temat tego letniego, zielonego warzywa.
Zajrzyjcie koniecznie (TUTAJ klik) – czeka tam propozycja na naprawdę fajną i naprawdę (!) zdrową sałatkę. :) 
Smacznego! 
 

sobota, 25 czerwca 2011

Jest lato! jest zabawa! I zielsko jest! :)

Biała koszula, ciemne spodnie. I ostatni dzień w szkole.
Świadectwo odebrane. Łzy wzruszenia uronione (nawet całkiem sporo). I bynajmniej nie przez świeżo upieczonego ucznia klasy trzeciej, ale jego nieznośnie płaczliwą matkę (a przy tym bardzo dumną z syna :)). :D


Spacer ulicami miasta w jedynym słusznym kierunku takiego dnia jak ten. Lody w legendarnym „Misiu”, który od lat co najmniej „-dziestu” rezyduje niezmiennie w tym samym, skromnym, lilipucim wręcz lokalu. I tak jak lat „-dzieści” temu, tak i teraz smaków do wyboru jest dosłownie garstka. Za to smakują dokładnie tak samo jak wtedy, gdy to ja byłam dzieckiem. Nie potrzeba niebieskich barwników, czy wymyślnych, egzotycznych dodatków. To prawdziwe lody. Uwielbiają je dzieci. Kochają je dorośli.
Każda okazja jest dobra, żeby zajrzeć do „Misia”. Tego dnia to niemal powinność... :)


Potem grill w ogródku z rodziną. Nadmiar szczęścia z wakacyjnej wolności.
Wiwat lato! Wiwat wakacje! :)


Ostatnio ktoś znajomy nieoczekiwanie zaserwował mi słowa: „te twoje zielska... :)”.
No cóż, moje zielska są po prostu moje ulubione. :)
Smakują lepiej, wyglądają lepiej, łatwiej i szybciej dają się przyrządzić, a do tego są bardziej fotogeniczne. Dla mnie same zalety. :D


Pozostając więc w temacie zielska i wakacji jednocześnie, proponuję bardzo lekką zupę, pełną letnich warzyw. To właściwie całkiem zwyczajna zupa, najzwyklejsza jarzynowa, choć bez kawałka mięsa. Różnica jest taka, że nie gotowałam jej tradycyjnie, aż do porządnej miękkości warzyw. Proces warzenia był stosunkowo krótki, a warzywa wrzucane były do bulionu tylko na kilka minut. Dzięki temu pozostały jędrne, chrupkie i bardzo pyszne. Zupełnie jak w moich warzywnych sałatach.
Ale uwaga! To nie jest zupa dla każdego. Nie posmakuje ona temu, kto lubuje się tylko w rozgotowanych jarzynkach... :)



A korzystając z okazji, chciałam zachęcić do lektury mojego pierwszego, drukowanego artykułu. Zaproszona do współpracy przez magazyn „Czas Wina” - popełniłam debiutancki tekst. Temat oczywiście mocno kulinarny. :) Kogo interesuje świat dobrych win – może skusi się na wersję drukowaną (dwumiesięcznik dostępny jest w Empikach). O „Wyznaniach lawendowej kosmitki” można też poczytać on-line (tutaj - klik).
Miłego (mam taką nadzieję) czytania! :)




Letnia zupa z chrupiącymi warzywami

ok. ½ szkl. drobnej białej fasolki (świeżej lub suszonej, w wersji leniwej ostatecznie gotowa z puszki)
nieduży por (tylko jasna część)
ok. 1 szkl. wyłuskanego świeżego bobu
ok. ¾ szkl. wyłuskanego zielonego groszku
garść zielone j fasolki (ok. 150g)
ok. 750 ml gorącego bulionu (dowolnie: warzywny lub mięsny)
1 duży młody ziemniak
ok. 2 łyżek oliwy lub oleju roślinnego
garść mieszanki świeżych ziół ( u mnie: tymianek + oregano + majeranek)
sól, pieprz do smaku

Jeśli używamy suszonej białej fasoli – dzień wcześniej zalać zimną wodą i pozostawić na noc do napęcznienia. Następnego dnia odcedzić, zalać świeżą wodą i ugotować fasolę do miękkości. Odcedzić.
Warzywa umyć i osuszyć. Zioła posiekać.
Ziemniaka pokroić w niedużą kostkę. Pora pokroić w piórka. Zieloną fasolkę pokroić na kawałki ok. 2-3 cm.
W garnku rozgrzać oliwę, wrzucić pokrojonego pora i lekko zeszklić. Dodać ziemniaka i razem podsmażać ok. 1-2 min. na niedużym ogniu. Wlać gorący bulion, dodać przygotowaną wcześniej białą fasolkę i – doprowadzić do wrzenia.* Gotować pod przykryciem, aż ziemniaki zmiękną (ok. 10 min.). Teraz kolejno wrzucać warzywa: bób i fasolkę – gotować już bez przykrycia ok. 5 min. (warzywa powinny być lekko twardawe), a na sam koniec wrzucić zielony groszek i zostawić zupę na ogniu jeszcze przez 1 minutę.**
W razie potrzeby doprawić solą i pieprzem do smaku.
Smacznego!

* Jeśli używamy fasolki z puszki – to przepłukaną i odcedzoną dodać dopiero na sam koniec gotowania wraz z groszkiem zielonym.


** To jest zupa z chrupiącymi, lekko twardawymi warzywami. Jeśli nie lubicie takich – należy samodzielnie dostosować czas gotowania.

sobota, 3 lipca 2010

Miętowe strączkowe, gdy lato cieszy. :)



Fajne rzeczy się dzieją. :) No fajne i już! :) Po pierwsze: jest lato! Lato! Lato! :) Ciepło i słońce, sandałki i spódniczki, czerwieniące się maki i motyle. Po drugie: looody! Duuużo lodów! Lody na każdą okazję i bez okazji też. :D Po trzecie: w pracy uwijamy się jak mrówki, plecy bolą, ale nic to! bo wygrany konkurs dodał skrzydeł, szampan się polał, a nam wszystkim wyrosły skrzydła i mamy chrapkę na kolejne nagrody. :D



Po czwarte: zbliża się urlop. :) Dużymi krokami. Siedmiomilowymi. I oczami wyobraźni już widzę się w pięknych okolicznościach przyrody... :D Mam zamiar... cieszyć się wspólnymi chwilami z rodziną i... nie rozstawać się z aparatem. :D



Po piąte: stragany się pięknie zielenią i czerwienią, i choćby nie wiem jak bardzo zmęczona z pracy wracam – nie potrafię sobie odmówić przyjemności, by w drodze powrotnej wstąpić na zakupy. Kilogram truskawek dziennie – to standard. Czereśnie też prawie codziennie lądują w torbie. Miejsce też znajduje się dla młodej marchewki, którą namiętnie chrupię, zwłaszcza w pracy. :) I fasolka szparagowa – moja miłość!
Czasem bób lub groszek się do mnie uśmiechnie, a ja do niego. :)

Echhh..., jak ja lubię lato!



Sałatka ze strączkowych z miętą
ok. 3 porcje

ok. 300g bobu
kilka garści strączków groszku cukrowego (miałam 300g)
1 puszka ciecierzycy – odcedzona z płynu
ok. 70-100g boczku wędzonego, cieniutko krojonego
1 czerwona cebula – pokrojona w piórka lub kosteczkę
kilka sztuk pomidorków koktajlowych
sól, pieprz do smaku
sok z ½ cytryny
duża garść poszatkowanych liści mięty
2-3 duże garście świeżej rukoli

Bób ugotować w osolonej wodzie (lub na parze) do indywidualnie lubianej miękkości. Odcedzić, lekko ostudzić i obrać ze skórki. Groszek wyłuskać ze strączków.
Na patelni podsmażyć cienko pokrojony boczek (jeśli jest mało tłusty – lekko spryskać patelnię oliwą). Dorzucić pokrojoną cebulę i dusić kilka minut, aż ta się zeszkli i zmięknie. W razie potrzeby, można podlać odrobiną wody i poczekać aż wyparuje.
Wrzucić na patelnię bób, ciecierzycę, groszek cukrowy, pokrojone na połówki pomidorki koktajlowe. Doprawić do smaku solą, pieprzem, sokiem z cytryny, oraz dodać poszatkowaną miętę. Całość wymieszać i od razu zdjąć z ognia.
Podawać na ciepło z rukolą i pieczywem.
Smacznego!

piątek, 3 lipca 2009

Letnia zupa ziemniaczana z porem, bobem i majerankiem



To był intensywny tydzień. Wyjazdy, rozjazdy, pakowania, rozpakowania, całusy na do widzenia... Potem kolejne podróże i całe dłuuugie godziny spędzone w aucie. Potem zmęczone powroty, z powieką ciężką i upragniony sen...
Lubię moment wyjazdu, bo czeka nowe, ciekawe, inne. Ale potem bardzo szybko wszystko zostaje przetasowane i właśnie powrót staje się najważniejszy. Do domu. Bo to jak w powiedzeniu, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej... Oswojone rzeczy, ulubione kąty, własna kuchnia, książki, poduszka, ciasto wcześniej przygotowane, domowe sprawy. I stęsknione dzieci.
Warto wyjeżdżać, by móc powrócić... :)

A dzisiaj zupa ziemniaczana w nowej odsłonie. Ot, taka zwykła niby zupa. :) Ale w letniej odsłonie, bo z młodych ziemniaków i dodatkiem młodego bobu. I młodego pora. I świeżych listków majeranku z własnej okiennej uprawy. :) Pyszna na powroty, oraz na każdy dzień. Spróbujcie, na pewno i Wam posmakuje. :)
Dla mięsożerców polecam z boczkiem, ale próbowałam też w wersji wegetariańskiej – smakuje równie świetnie. :)



Zupa ziemniaczana z porem, bobem i majerankiem
zainspirowana przepisem Roberta Sowy z książki “W poszukiwaniu smaku doskonałego” (z moimi zmianami)

ok. 500 g młodego bobu
4-5 średniej wielkości młodych ziemniaków
2 łyżki masła lub oliwy
2 młode pory (tylko jasne części)
2 ząbki czosnku
1 litr bulionu (np. takiego)
sól, pieprz, gałka muszkatołowa - do smaku
garść listków świeżego majeranku (lub 1-2 łyżeczki suszonego)
kilka plasterków boczku wędzonego (w wersji wegetariańskie po prostu pominąć)
100 g serka topionego (smak naturalny)

Bób krótko podgotować w osolonej wodzie (od zawrzenia wody wystarczy 5 min.). Gdy lekko ostygnie – obrać ze skórki, podzielić na dwie równe części.
Ziemniaki obrać, umyć, pokroić w kostkę. Pory umyć i pokroić w plasterki.
W garnku rozpuścić masło (oliwę) i zeszklić na niej pory. Dorzucić wyciśnięte ząbki czosnku, pokrojone ziemniaki, świeżo startą gałkę muszkatołową i chwilę przesmażyć. Zalać bulionem, dorzucić połowę bobu, listki świeżego majeranku (lub suszonego), doprawić do smaku solą i gotować do miękkości warzyw (ok. 20 min.).
Zmiksować zupę na krem. Dołożyć topiony serek, a następnie jeszcze chwilę gotować, aż do rozpuszczenia serka. Doprawić do smaku pieprzem (a w razie potrzeby także i solą).

Pozostałą część bobu podsmażyć na patelni wraz z boczkiem.
Podawać zupę z dodatkiem bobu i boczku na wierzchu.
Smacznego!