Zalataniec to wcale nie jest taniec z lataniem, to jest stan permanentnego doskakiwania do wciąż pojawiających się problemów. Cóś jak łatanie starej skorodowanej ruły, która co i raz pęka w inszym miejscu. Mła wczoraj była z Małgoś - Sąsiadką na szczepieniu załatwionym przez jej syna Januszka. Była bo inaczej Januszek zostałby ofiarą wkurzonej mamusi. Mła najsampierw myślała że Małgoś ma cóś do jakości szczepionki czy też boi się skutków ubocznych ale Małgoś zapewniła ją że w pewnym wieku to właściwie wsio ryba co człowiekowi wstrzykują. Mła nawet nie usiłowała polemizować z tym stanowiskiem bo Małgoś wczoraj traktowała laskę jako broń. Niezadowolnienie naszej Małgoś jak się okazało zostało spowodowane tym że synowie nie uprzedzili jej że starają się o szczepionkę dla niej ( nie uprzedzili bo wiedzieli co będzie - "A po co takie stare truchło jak ja szczepić, szkoda dawki, można kogoś innego zaszczepić" - stare Małgosine numery ).

Kiedy oświadczyli matuchnie niespodziankowo że wszystko załatwione i nie trza po deficytową szczepionkę kolejkować na mrozie to matuchna nie poczuła się wzruszona synowskim oddaniem tylko ubezwłasnowolniona, pozbawiona podmiotowości i w ogóle ciężko stara. No i była jazda ekstremalna czyli granda z fajerwerkami. Mła negocjowała między stronami sporu i ustalono że Januszek będzie tylko szoferem a za kontakt z medycznymi będzie odpowiadać mła ( konieczne bo Małgoś nie słyszy ). Po porannych przepychankach mła była spocona jak mysz, Januszek zestresowany, Małgoś wściekła i mówiąca brzydkie rzeczy ( nie klnąca tylko wymówki czyniąca ) oraz szturchająca nas laską. Jeszcze w samochodzie była cinżka obraza na wyrodne dzieci ale zaraz za progiem tymczasowego szpitala objawiła się na miejscu naszej Furii miła, urocza staruszka. Normalnie gołąbek pokoju i sama łagodność czule przemawiająca do żołnierzy per "Panie Wojskowy".

Taa... pełne zrozumienie dla lekarzy, inszych szczepionych, gwiazda opieki ambulatoryjnej i królowa przychodni POZtu. Ochy i achy ! ! ! Przeszło jej jak tylko wyszliśmy ze szpitala po zapodaniu dawki. Wówczas nam powiedziała co sądzi o doszczepianiu, co myśli o nas, rządzie, covidzie oraz jednej z naszych sąsiadek do której ma szczególne ale. Po przywiezieniu nas do domu Januszek natychmiastowo się ewakuował a mła coby uniknąć szturchania laską uciekła do własnego domu gotować obiad, którego oczywiście Małgoś zapowiedziała że nie tknie. Mła nie jest głupia, miała w tajności na taką okoliczność przygotowane zakazane ciasto i zapodała kawałek do południowej kawki coby wylać oliwę na wzburzone wody. Ciasto troszkę Małgoś udobruchało, stwierdziła co prawda że ma śpiączkę poszczepienną ( Małgoś zawsze drzemie po kawce z ciastem, kawa nie działa na nią zbyt stymulująco ) i zażądała wizyty Ciotki Elki po tym jak już sobie chrapnie, żeby nie odleciała we śnie.

Mła podreptała do Ciotki Elki coby zeszła i oko na świeżo zaszczepioną nieprzetestowaną należycie szczepionką Małgoś miała i pognała do swoich obowiązków hydraulicznych w sąsiedztwie. Wróciła padając niemal na twarz z powodu zjazdu ciśnienia i zastała Małgoś plotkującą w najlepsze z Ciotką Elką. Małgoś wyglądała cóś bardziej kwitnąco od Ciotki Elki ale jak tylko mła wlazła do domu to usłyszała natentychmiast że Małgoś czuje się strasznie i na pewno ma gorączkę ( zmierzyłam - klasyczne 36.6 ). Małgoś oświadczyła następnie że ręka chyba jej puchnie ( nic z tych rzeczy ) a potem że "Chyba jad się wylał z tej szczepionki bo mnie na wkłuciu swędzi" ( odpuściłam sobie zawiłości biotechnologii ). Nadundaną położyłam spać i wysłuchałam zamiast paciorka opinii Małgoś o mojej wrednej osobie ( stanowczo odmówiłam podania ciasta na kolację ).

Późnym wieczorem, kiedy wyprowadziłam już pieski a Małgoś poszła spać, zadzwonił ze szpitala Pan Dzidek z info że czeka go kolejna operacja. Nawet mu nie wspomniałam że będę musiała się chyba udać do veta z su, bo przed nim drugi zabieg na garach czyli pełnej narkozie w ciągu miesiąca ( u starego człowieka z nieciekawą kardio kartą ). Mła pozwoliła ponarzekać Panu Dzidkowi bo on musi mieć jakieś wentyl a ma do dyspozycji tylko Henia ( przyjaciela od zawsze ), który też jest schorowany, starszą osiemdziesięcioletnią siostrę ( żwawą ale obecnie po zawale i covidzie, który oczywiście podłapała w szpitalu ) i mła. Do mła może ponarzekać sobie najwięcej i strach jakoś z niego schodzi. Mła po wczorajszym dniu jest tak wyprana jakby ją kto na gotowanie włączył a potem odwirował na tysiąc obrotów. Sama już nie wiem co gorsze - roboty hydrauliczne czy sprawy około medyczne w domu.


Co do szczepionek wogle, mła paczy i podziwia. Dziś postanowiła po ludzku napić się rano kawy i przeczytać cóś w necie i właście na czepionkowy problem trafiła. Znów się mła zrobiło jak Katonu Starszemu z Kartaginą, znaczy znów mła się do Was na temat około covidowy wyleje. Strategia marketingowa koncernów okazała się być nie tylko strategią, w zaciszu gabinetów ukręcono lepsze gówienko. Politycy zamiast docisnąć sądowo ( ponoć nawet nie czeba bo koncerny są gotowe udostępnić patenty ), przejąć i produkować co poczeba usiłują wyżebrać dupochron, co jest głupie bo nie jest efektywne ale oni po prostu przebierają łapkami żeby wyprodukować z się jeszcze więcej nieefektywności ich zdaniem koniecznej do utrzymania się na stołkach. Normalnie oczy w słup. Jeszcze do pustych łbów nie dotarło że są takie działalności które państwo może a nawet powinno zarezerwować dla się i że czas zacząć coś własnego budować bo oprócz covidu są na świecie naprawdę groźne patogeny mogące sprawić ludziom problem. A tu czas mija a oni jeszcze nie wpadli na to że na koncernach polegać nie można bo one mają swój własne cele. Mła najbardziej ciekawią zakreślone akapity w umowie UE z Astra Zeneca, ma nieodparte wrażenie że umowa bez zakreśleń musi być znacznie ciekawsza. Jeżeli UE będzie dalej lazła na pasku koncernów to skończy się to dla niej źle, bo jak na razie abstrahując od zastrzeżeń do szczepionek i zdrowego sceptycyzmu sporej liczby obywateli wobec takiego a nie innego wprowadzania produktu medycznego, wielkich sukcesów w walce z zarazą nie widać.

Kwarantanny kończą się jedna za drugą a problem cóś nie znika ( co mła przewidziała jako Wróżka Edna w marcu ubiegłego roku ). Im dłużej nie znika tym większe ryzyko mutacji która będzie wymagała kolejnej szczepionki. I tak dalej. Szczęśliwie rośnie wszędzie odporność populacyjna a ludzie już właściwie masowo zauważają źródło problemu tam gdzie ono naprawdę się znajduje. Politycy, szczególnie ci od dawna zasiedzieli na stołkach, nie zauważają. W całkiem nowej sytuacji na wpół wykreowanego przez informatyzację społeczeństw zagrożenia wykonują tzw. wyuczone czynności. Hym... to prawda że politycy czasów pokoju siadają na tyłkach kiedy tylko pojawia się jakieś zagrożenie, należy się zacząć bać bo politycy czasów wojny nie zawsze są Churchilem a ciągoty ludzie będą mieli do takowych polityków. A tak na marginesie - mutacja grypy, tzw. hiszpanka w latach 1918 -
1919 zabiła od pięćdziesięciu do stu milionów osób na całym świecie,
szacuje się że zaraziło się wówczas około pół miliarda ludzi.
Populacja liczyła wówczas o koło dwóch miliardów osobników, nie
przekraczaliśmy magicznych dwóch miliardów.

Z powodu mutacji kolejnej grypy czyli grypy azjatyckiej w sezonie
grypowym 1957 - 1958 zmarły dwa miliony osób, populacja liczyła
wówczas około dwa miliardy, osiemset milionów. W sezonie grypowym
1968- 1969 zmarło na świecie milion osób na kolejną mutację, grypę
Hong - Kong, przy populacji liczącej około trzech miliardów siedmiuset
milionów. Obecnie populacja naszego gatunku liczy cóś kole siedem koma osiem miliardów, na dziś po ponad roku trwania "pandemii" potwierdzonych przypadków na świecie było ponad sto dwa miliony, zgonów dwa miliony dwieście jeden tysięcy. Tyle w temacie grozy pandemii. I teraz niemal po roku z "pandemią" niech mła ktoś przekona operując liczbami że to pełna groza a nie humbug. Niekumatym mła podpowie, stosunek zgonów do populacji trza sobie wyliczyć żeby dotarła do człowieka bezczelność dotychczasowych działań i ich bezsens ( wszak mimo zamknięć kompletnych nadal przyrasta że hej, zamiast spadać, taa... ).

Dzisiejsze zdjątka to fotki zrobione przy okazji porannego odśnieżania na Podwórku ( kręgosłup mła cóś do niej mówi ale ona słabo słyszy bo wzięła przeciwbólowy w dawce dla słonia ) oraz sukinkulenty ( w tym najnowszy pod tytułem Pachyphytum oviferum, to ten szary na drugiej sukinkulentowej fotce ). W muzyczniku Czesiu Niemen nastrojowy a wpis do czytania zawdzięczacie Małgoś - Sąsiadce. Małgoś poczuła że wczoraj jak to się mówi, przegięła, no i postanowiła dopieścić mła obiadem i ugotować kotowskim ich miącho. Mła miała całą godzinkę i pół na pisanie tego posta.