Pamięć gubi drogowskazy.
Skrywa za opadającą z każdym przeszłym dniem mgłą zapomnienia wszystko, co wcześniej
wydawało się istotne. Chowa w najgłębsze zakamarki wydarzenia, które stworzyły
Twoją osobę, jeśli były jakkolwiek traumatyczne. Usuwa w cień to, czego
potrzebujesz mniej niż dawniej. I tylko niekiedy, w rzadkich przebłyskach
świadomości, łapiesz się na tym, iż być może istniało coś więcej, co wcale nie
miało się w zapomnieniu znaleźć. Jak jednak odtworzyć to, co zostało w znacznej
części skasowane? Czy naprawdę istniało - a może to tylko jedna z mrzonek,
które raz wtóry sprawiły, że bezksiężycowa, najciemniejsza noc okazała się
bezsenna? Poduszka nie jest dłużej zimna z jednej ni z drugiej strony a koc
wydaje się ważyć tonę, przez co ciężej Ci oddychać. Jeszcze kilka niespokojnych
myśli temu byłaś pewna, że istnieje rzecz, jaką musisz sobie przypomnieć.
Teraz, zaraz, natychmiast, nim skrawki minionego znowu ulecą w niebyt, w którym
znalazły się z jeszcze nieznanej Ci przyczyny. Jutro będzie nowy dzień a Ty jak
zawsze udasz się do ukochanej kwiaciarni zająć tworzeniem strojnych bukietów i
urzekających urodą wieńców. Przycinając łodygi i usuwając kolce róż może tym
razem dojdziesz do wniosku, że ich zapach nie jest naprawdę piękny, bo tak
słodki, iż aż duszący. W powietrzu uniesie się coś jeszcze - woń zagrożenia, strachu
i wyczuwalnie zbliżającego się powrotu… przeszłości. Czegoś, co nie pamięta. A
może Ciebie, która zdecydowała się pamięć zatracić, gdyż tak było łatwiej,
wygodniej; albo pamiętanie oznaczałoby śmierć. Czy jednak lepiej miast żyć
wegetować, kiedy cała ta otoczka dookoła jest tylko li pustą wydmuszką,
wykreowaną dla bezpieczeństwa miałkiego istnienia? Spomiędzy uroczystych
kwiatów, bo dziś znienawidzone przez Ciebie, komercyjne i tandetne Walentynki,
wypada biała kartka. List przeznaczony nie dla Twoich oczu, jak sądzisz lub próbujesz
się łudzić i okłamywać. Było ich więcej. A każda wiadomość sprawiała, że nie
przypomniało Ci się nic, lecz trwało ciężej i straszniej. „Ona wie więcej niż
pamięta” - czernieje tym razem tusz. Kto jest nadawcą?
Będąc na miejscu Hrabiego
Draculi, uchyliłabym wieko swojej wygodnej trumny, następnie wychynęła z
grobowca i zawołała rozpaczliwie w głąb ludzkiego uniwersum: „A cóż zrobiło Wam
moje szlachetne plemię, że jego imieniem nazwaliście najgorszych spośród Was,
najbardziej odrażających zboczeńców, skrzyżowanych z sadystycznymi
wykolejeńcami, czerpiącymi uciechę z dręczenia i makabrycznego mordowania
swoich bliźnich, którzy niczym im nie zawinili? Czyż któryś z nas chłeptał krew
dla samej przyjemności, a nie z potrzeby przetrwania?” Może taka manifestacja
szczerego oburzenia skłoniłaby tych wszystkich, którzy na określenie seryjnych
zabójców używają terminu „wampiry” do zaprzestania tej oburzającej praktyki... 😉 Oczywiście etymologia nazwy jest
stosunkowo łatwa do wyjaśnienia. Jest stosowana do tych spośród zbrodniarzy,
którzy nie tylko dopuszczają się gwałtownego usuwania ludzi z tego świata, ale
dodatkowo pastwią się nad ich ciałami, zarówno za życia, jak i po śmierci.
Czyli do postaci nawet wśród zatwardziałych przestępców na swój sposób
„wyjątkowych”. Najważniejszą role odgrywa tu kojarząca się z „nieumarłymi”
symbolika krwiożerczości i kanibalizmu, często o seksualnym podtekście. Ci
bowiem według wierzeń piją krew ofiar, a czasem także pożerają ich zewnętrzną
powłokę. Bardzo często tak właśnie postępują niektórzy seryjni mordercy.
Wystarczy przywołać przykład tych, którzy działali na terenie Stanów
Zjednoczonych, jakie są ich istną Mekką. Największą „gwiazdą” jest niewątpliwie
Gary Leon Ridgway, który w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych
ubiegłego wieku w Seattle i jego okolicach zamordował 71 kobiet (do tylu się
przyznał), choć według policji było ich przynajmniej dwa razy więcej.
Dopuszczał się także drastycznych czynów wobec ich ciał, nie wyłączając
nekrofilii…
„Seryjni zabójcy seksualni odzwierciedlają szczególnie przerażający rodzaj przestępców, których motywację stanowią głównie perwersyjne potrzeby cielesne.”
„Niewierny” udowadnia, iż
Piotr Żymełka ma niekwestionowany talent. Dotychczas znany z wyśmienicie
napisanych kryminałów retro, tym razem przybywa z w pełni współczesną odsłoną
gatunku - na domiar dobrego udanie skrzyżowaną z thrillerem. (Z uwagi na charakter
tej propozycji literackiej, czuję się w obowiązku przestrzec wszystkich panów -
zaręczam, iż po tej lekturze dwukrotnie zastanowicie się, nim przyjdzie Wam do
głowy skusić się na tak zwany skok w bok - skądinąd słusznie. 😉) O biegłości Autora w halucynacjach
semantycznych świadczy również umiejętne, naprzemienne prowadzenie dwóch linii
narracyjnych - trzecioosobowej, przybliżanej czytelnikowi przez komisarza, jaki
na szczęście bynajmniej nie jest przedstawicielem typowych dla rodzimych powieści
spod ciemnej gwiazdy stróżów prawa oraz pierwszoosobowej, za jaką odpowiada
tytułowy bohater. Niepowielane, podane całkowicie odmienną warstwą językową,
dodają historii niesamowitej wręcz wielowymiarowości oraz ukazują wydarzenia w
dynamiczny sposób. To jedna z tych książek, których zwyczajnie nie sposób
odłożyć przed poznaniem zakończenia, choć dbająca o niewtórną jakość publikacji
Sonia Draga, moje ulubione wydawnictwo, zdążyło już do podobnie niedoścignionego
poziomu przyzwyczaić. Nadzorowane przez policjanta śledztwa nijak nie dominuje
fabuły, a jedynie staje się barwnym tłem teatralnej rozgrywki dla uciekającego
przed sprawiedliwością męża, jaki - męczony kryzysem wieku średniego - połasił
się na wdzięki pewnej pani, mimo rzekomo szczęśliwego pozostawiania od ponad
dekady w zaobrączkowanym stanie i… szybko tego pożałował. Ustaliwszy, iż pewne
części ciała bezpieczniej jednak trzymać na niewłasnym terenie w szczelnie
zapiętych spodniach, walczy z niewidocznym przeciwnikiem, który z sobie tylko
znanych przyczyn, postanowił go wrobić w niejedną zbrodnię… Czas ucieka, zabójczy
przestępca czeka - a gra zaczyna się toczyć o coraz wyższą stawkę. Wszystko to
w otoczeniu przekornie mrocznego humoru z postaciami, jakie mogły opuścić tylko
pełną finezjo-fantazji głowę. Brawo, panie Żymełka - to się robi tak.
RECENZJA PATRONACKA! 🔥
Trzecią powieść, jaką zdecydowałam się w bieżącym roku wziąć pod medialne skrzydła, niezaprzeczalnie można nazwać wyjątkową. Debiutancka książka Autorki tworzącej pod pseudonimem MAESTRIA to bowiem jedna z tych historii, które wyróżniają się pod każdym względem. „Selena. Córka dwóch światów” to zaledwie 233 strony treści… na jakie składają się dwa tomy narracji, przedzielone na domiar dobrego kartami, które charakteryzują najważniejszych bohaterów. Oprócz tego za mistyczną okładką czytelnik znajdzie wprowadzenie do krainy naczelnej postaci - w tym chociażby przedstawienie żyjących w niej ras, z uwagą na wszystkie cechy, jakie je wyróżniają. Unikatowości wielości pomysłów Pisarki dopełnia sama warstwa językowa. Wielokrotnie zakrawająca na poetycką, złożona jest z nader krótkich rozdziałów i ekspresyjnych zdań, które doskonale oddziałują na emocje odbiorcy. Jak sama Maestria informuje, jej literacki „pierwszy raz” to świetny wybór dla każdej osoby, która nie ma zbyt wiele czasu na czytanie lub też nie przepada za długimi i obszernymi tekstami. Jest to novum w realiach polskiej literatury, jakie moim zdaniem rozkocha w sobie każdego nastolatka, lubującego się w fantasy - jednak nie tylko. Urzeknie także tych, jacy z pewnych powodów czują się odrzuceni, wykluczeni i niepasujący do miejsca, w którym przyszło im egzystować, niezależnie od wieku. Właśnie z powodu kreacji tytułowej Seleny zdecydowałam się na objęcie tej opowieści patronatem medialnym. To postać wyklęta, swoisty odmieniec; ktoś, kto nie przystaje do żadnej grupy. Wychowywana wśród ludzi wody, sztuki i poezji, co prawda jest na wskroś wrażliwa, ale jednak nie przejawia cech typowych dla własnego gatunku. Dawno już przestała szukać jakiejkolwiek przystani, w której czułaby się dobrze. Zwyczajnie… jest niewidzialna. W szkole niczym wystrój wnętrza, wśród Akuarystów najczęściej obdarzana strachem z uwagi na bliżej niesprecyzowaną inność. Wszak każdy boi się tego, co mu nieznane… i zaczyna to nienawidzić.
Jak zniszczyć stosunki rodzinne w kilka minut i narobić sobie kłopotów na długie miesiące? Odpowiedź jest prozaiczna i w zasadzie oczywista: odziedziczyć majątek, a konkretnie dom. Zwłaszcza taki, który położony jest w malowniczej miejscowości nad pięknym jeziorem. Nawet przez głowę Ci nie przeszło, że tak właśnie może rozwinąć się sytuacja, choć prawdę mówiąc nigdy ze swoją matką i siostrą nie egzystowałaś w szczególnie zażyły sposób. Pierwsza jest zaborcza i krytykuje wszystko, co robisz. Druga, całkowicie od niej uzależniona, zatraciła osobowość i wściekle zazdrości Ci tego, co osiągnęłaś. W przeciwieństwie do nich, dzięki wyjątkowemu uporowi, prowadzisz stabilną egzystencję. Masz stałego partnera, z którym żyjesz od wielu lat, własne mieszkanie i firmę zajmującą handlem kosmetykami w Internecie. Niby niewiele, ale bardzo dużo wysiłku kosztowało Cię, aby do tego wszystkiego dojść. Z pozoru wygląda to różowo, jednak coraz częściej dostrzegasz, iż na Twój los padają długie cienie. Tymon to mężczyzna po przejściach, a raczej „z odzysku” - i to wielokrotnego. Posiada dwoje dzieci, każde z inną kobietą, a jego „przychówek” nieodmiennie wyprowadza Cię z równowagi roszczeniowością i cechami charakteru. Synalek Grzegorz, choć od siedmiu lat jest dorosły, cały czas zachowuje się jak dziecko i pod względem finansowym żeruje na ojcu bez umiaru, co rusz wyciągając od niego pieniądze na zachcianki. Dwunastoletnia córeczka Sara to istne „diable pacholęcie” - rozwydrzone ponad wszelką miarę i posiadające zdumiewającą umiejętność manipulowania rodzicielem. Nienawidzi Cię z całego serca, z czym zresztą wcale się nie kryje i za każdym razem stara się sprowokować tę wyśnioną awanturę, która trwale Was podzieli. Do tego co chwilę domaga się dodatkowych funduszy, choć ojciec płaci sute alimenty.
Choć ciężko w to uwierzyć,
w całym majestacie mroczności… wciąż przepadam za komediami romantycznymi - i
poszukuję tych, które są w stanie mnie rozbawić, o co doprawdy niełatwo. Wybredna
i zakochana we wszystkim, co złe, okrutne, smutne i depresyjne, dla odmiany
lubię niekiedy odnaleźć uśmiech w nietuzinkowych historiach, jakie mimowolnie podnoszą
kąciki ust ku górze. Z pomocą w tym nieprostym zadaniu po raz wtóry przybyło do
mnie Wydawnictwo Ale - swoisty ewenement, jako że nie ukazała się w nim jeszcze
ani jedna książka, która nie przypadłaby mi do gustu! Kyra Parsi i jej
najnowsza propozycja literacka zatytułowana ujmująco „Jak rozkochać gbura” to -
nie przesadzając - kapitalna opowieść. Nasączona ogromną dozą dobrego humoru, złożona
z wielu pomyłek o nieprzewidywalnych skutkach, lecz przede wszystkim o nader
wartościowym tle. Przedstawieni czytelnikowi przez Autorkę bohaterowie są
wielowymiarowi, przez co pozostają na wskroś prawdziwi. Zamiast papierowych
sylwetek czy pustych osobowości - osoby o ujmującej przeszłości, naznaczone
tragediami czy uparcie dążące do wyznaczonych celów. Nie sposób nie kibicować w
trakcie lektury niemalże wszystkim, co należy uznać za rzadkie zjawisko wśród
podobnych publikacji. Kanadyjska Pisarka to dla mnie duże odkrycie, jako że z
pozornie lekkich narracji tworzy wielowymiarowe historie, w jakich relacje
międzyludzkie czy kreacje rodzinne wciąż pozostają jednym z najważniejszych
elementów. Okrywa to woalem uroku ale i smutku - wszak kiedyś było to na
porządku dziennym, a w dzisiejszych czasach pustki i pustoty należy za to
pochwalić. Druga część serii „Grzeszni miliarderzy” (jakiej wszystkie tomy
można czytać oddzielnie) okazała się nawet lepsza niż pierwsza, przynajmniej w
mojej ocenie. Zabiorę Cię zatem do świata pewnego bardzo nieznośnego bogacza,
który nie wierzy w przeznaczenie, kobiety, jaka kocha miłość i zawodowo zajmuje
się kojarzeniem ludzi w pary, wróżki, cudownej służby oraz definitywnie kapryśnego
i jeszcze bardziej puszystego kota, jakiemu pewnego dnia zamarzy się mieszkać w
pałacu.
Wielu polskich aktorów
marzyło o podboju hollywoodzkiej fabryki snów. Paru było blisko osiągnięcia
tego celu, ale w pełni udało się to tylko jednej osobie - Joannie Pacule.
Zaoceaniczna kariera skromnej dziewczyny z Tomaszowa Lubelskiego ma charakter
stricte bajkowy a jej przebieg stanowi wypadkową niewyobrażalnego wprost
szczęścia, sumy niepozornych przypadków, budzącej zachwyt specyficznej,
słowiańskiej urody, niebywałej pracowitości oraz talentu, którego nawet
najbardziej niechętni nie są w stanie zanegować. W Polsce często darzona jest
niechęcią jako wyniosła i zarozumiała a także zbyt „zamerykanizowana”.
Niektórzy posuwali się nawet do podłych insynuacji, jakoby zrobiła karierę
„poprzez łóżko”, pomimo iż brak na to najmniejszego nawet dowodu. Co
symptomatyczne, nigdy nie brała udziału w żadnym ze skandali, tropionych z taką
lubością przez brukowce, paradoksalnie nie miała też „parcia na szkło”, poza
tym stricte ekranowym. Nie obnażała przed publicznością pikantnych szczegółów życia
osobistego, nie stała się też ani celebrytką, ani „gwiazdą”, a sam ten status
uważała za „coś okropnego”. Nie pozwoliła, aby mamidło blichtru i próżnej sławy
zepsuło jej charakter, co nader wydatnie udowadnia siłę jej magnetycznej
osobowości. Tej, która tak naprawdę stanowiła podwalinę sukcesu, jaki stał się
udziałem aktorki o polskim pochodzeniu i sercu. Drwiono, iż grała w filmach
klasy B, ale czy dla dziewczyny ze wschodniej Europy, której położenia wielu
jej amerykańskich przyjaciół nawet nie znało, bramy do kariery największego
formatu były do końca otwarte? Stugębna plotka wieszczy, że złamała ją u samego
progu, wdając się w romans z Hawkiem Winchelem Kochem Jr., mężczyzną żonatym i
„dzieciatym”, co na tyle rozzłościło „damy Hollywood”, że te poprzysięgły, iż
upojnego sukcesu nigdy nie osiągnie. Jak zwykle w takich wypadkach, ziarnko
prawdy wydaje się w tej nieprawdopodobnej historii aż nadto namacalne...
To pierwsza książka, jaką napisała moja ulubiona polska Autorka - Katarzyna Hewa, ale czwarta spod jej pióra, którą miałam okazję przeczytać - jako że Pisarka zdecydowała się wydać stworzoną przez siebie historię współczesną po trzech powieściach historycznych, co to dołączyły do zaszczytnego grona mych ulubieńców. „Małe wstrząsy” nie urzekają akcją toczącą się kilka wieków wstecz - osadzone w teraźniejszości, zabierają czytelnika na niewielką wioskę, pełną mieszkańców, jacy każdego dnia doświadczają niewielkich kolapsów, mających moc zachwiać całym znanym im dotychczas światem. Pierwsze jedynie wzruszają jego posady i powodują mikroskopijne pęknięcia. Następne poszerzają rysy i potęgują narastającą niestabilność rzeczywistości. Ostatnie staną się przyczyną upadku - runie wszystko, co dotychczas uważane było za pewne… Jako wierny fan Mistrzyni Słów, dostrzegam pewne podobieństwo między całością jej twórczości: silna bohaterka o talencie do popadania w tarapaty, niedoceniona przez absolutnie nikogo, traktująca odmowę jako wyzwanie i wrzucona w wir szaleństw we wrogim jej otoczeniu. Naprzeciwko niej wyniosły mężczyzna o gołębim sercu - najczęściej ukrywający dobre intencje pod płaszczem oschłości zimnego serca. Co uśmiecha najbardziej, Hewa nie skupia fabuły na relacji romantycznej, choć w istocie - tak jak i w moim mniemaniu ta - wszystkie opowieści są tak naprawdę o miłości. Możliwa sympatia pomiędzy naczelnymi postaciami jest tylko fragmentem narracji - i stanowi tło dla wielowymiarowości pozostałych sylwetek. Tym razem: na wskroś oryginalnie o pewnym narcyzie - rzadko spotykanym w rodzimej literaturze, jako że w osobie babci. I jeśli myślałby kto, iż chodzi o wiejską babuleńkę w kwiecistej chuście, to bardzo by się pomylił. Wyobraź sobie raczej szukającego wszędzie korzyści, potwora-przedsiębiorcę w eleganckiej spódnicy, stukającego laską, któremu obce są jakiekolwiek uczucia, za to znane i poważane kolokacje, konwenanse i korzyści. Tak oto do akcji wkraczają: Barbara i jej wnuczka Lara, zesłana z emigracji… do piekła.
Gdy wysyłano Cię na tę
niewielką wyspę, wrogowie zacierali ręce - licząc, że zupełnie na niej
zgnuśniejesz. A tymczasem piękna Catalina, mekka dla turystów, którzy tłumnie
przybywają na nią jachtami i statkami pasażerskimi, dała Ci drugie życie. I za
nic nie zamieniłbyś go na rozgardiasz Los Angeles, jakim do niedawna tak się
zachwycałeś. W ten sposób intrygi, które wypchnęły Cię z Wydziału Zabójstw
wielkiego miasta i przekształciły w prowincjonalnego gliniarza, niespodziewanie
obróciły się na Twoją korzyść. Nie masz tu zbyt wiele roboty, a najpoważniejszymi
sprawami, jakie się trafiają, są akty wandalizmu, drobne kradzieże oraz
nieustanne zakłócenia porządku publicznego, najczęściej przybierające postać
pijackich burd, wszczynanych przez podchmielonych wycieczkowiczów. Co ciekawe,
z lotu ptaka wyspa ma kształt znaku nieskończoności, co bierzesz za dobrą
wróżbę, przemawiającą za tym, iż nigdy jej nie opuścisz. Odnalazłeś tu spokój
ducha i równowagę psychiczną, nadwątloną wydarzeniami w byłej jednostce i co
najważniejsze - miłość. Tash jest młodsza o osiem lat i stanowi dla Ciebie ideał
urody. Energiczna, szczupła i zalotna, o kruczoczarnych włosach i takiej samej
barwy oczach, od razu zwróciła Twoją uwagę. Początkowo podchodziłeś do niej z
rezerwą, obawiając się, że różnica wieku jest zbyt wielka, byście znaleźli
wspólny język. Ale szybko się przekonałeś, że nadajecie na tej samej fali. Na
razie mieszkacie osobno, lecz Wasz związek nabrał już takich rumieńców, że z
pewnością wkrótce to się zmieni. Kobieta jest zastępcą kapitana portu, zatem
bardzo często kieruje ruchem jednostek pływających chcących zacumować w
imponującej marinie, która może pomieścić ich aż kilkaset. Z tego względu masz
z nią częsty kontakt służbowy, ale starcie się nie afiszować ze swoją relacją,
choć i tak wszyscy ją dostrzegają.