Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty
Idą zmiany

wtorek, stycznia 26, 2021

Idą zmiany


W pewnym momencie mojego życia, zaczęłam zupełnie inaczej postrzegać świat... świat , w którym nadmierny konsumpcjonizm, zaczął mi wręcz przeszkadzać i przytłaczać. Może dlatego, że teraz wszystkiego jest pełno, może dlatego, że każda pierdoła kosztuje grosze, a jeśli coś jest na wyciągnięcie ręki, to przestaje być marzeniem? A może dlatego, że półki w sklepach  uginają się od takiej  ilości towaru, że właściwie   większość rzeczy przestaje mi się  podobać. W ten właśnie sposób, zakończyłam zbieranie moich filiżanek w róże..za pierwsze płaciłam chore   pieniądze, marzyłam o zakupie.. ..  a teraz...widząc tysiące innych, na każdej   półce w sklepie, opatrzyły mi się i już nie marzę o kolejnej. Za to cały czas marzy mi się proste życie. Życie  dala od wielkich aglomeracji miejskich, marzy mi się ,że w końcu  będę robiła to co  lubię i żyła tak jak  lubię. Zaczęłam się więc zastanawiać nad tym bardzo intensywnie.

Co ja tak właściwie lubię?


I doszłam do prostych wniosków, że przede wszystkim bardzo lubię pisać ( więc może by tak napisać książkę, wrócić do pisania bloga) lubię ludzi i kontakt z nimi ( Myślę, że nawet odległość, ze względu na przyszłe miejsce zamieszkania tego nie zmieni). Przecież dzisiejsze czasy otwierają nam mnóstwo możliwości. Myślę bardzo intensywnie, właśnie nad tym,  żeby stworzyć takie miejsce, gdzie ludzie będą chcieli bywać. Bez wątpienia bardzo lubię kontakt z przyrodą ( stąd ucieczka dalej, wydaje się bardzo wskazana , lubię dekorowanie domu i tworzenie nowych rzeczy ( więc tak sobie myślę ,że może w końcu powinnam wziąć się do pracy i zacząć od podstaw budować tą moją wymarzoną Chatkę Puchatka ) , lubię zwierzęta ( i cały czas chcę mieć te kury, o których pisałam dawno, dawno temu ). 
Lubię mieć obok siebie kochaną osobę ( i tu pojawia się problem, który tak naprawdę wcale nie musi być problemem). A przede wszystkim lubię się śmiać, czuć wewnętrzny spokój, kochać, marzyć i żyć. Żyć pełnią życia, cieszyć się każdym dniem i znów móc się śmiać co rano  i czuć tą wszechobecną radość.
Potrzebuję w końcu uporządkować swoje życie. Już tak na zawsze. Znacie mnie dosyć dobrze, więc wiecie, że nie lubię zmian, że moje życie zawsze było usystematyzowane. A przez ostatnie lata czuję się bardzo zagubiona, czuję się tak, jakbym mocno zboczyła ze znanej sobie drogi. Przez ten okres, w miejsce poczucia bezpieczeństwa wkradł się chaos, zamiast wiary, zwątpienie i brak zaufania. Życie , które wydawało mi się miłe, przyjemne i proste, zrobiło się skomplikowane, zagmatwane i trudne. To nie jest moja bajka. W mojej nie ma miejsca na bezwzględność, brak empatii i bezcelowe ranienie ludzi. Nie ma miejsca na egoizm i kłamstwa. W mojej bajce, dominuje przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa, zaufanie, radość, pomoc innym i nieustanne dążenie do szczęścia. W mojej bajce ludzie kochają, a zwierzęta są szczęśliwe.

Więc te właśnie wszystkie rzeczy sprawiły, że już od dłuższego, powiedziałabym nawet, że od długiego czasu, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego żyję wbrew sobie, swoim przekonaniom i pragnieniom. Dlaczego tylko częściowo realizuję swój plan na życie i co zrobić, żeby to zmienić.
Myślałam, ale nie robiłam nic, żeby tą sytuację zmienić, co jak wiecie jest do mnie zupełnie niepodobne. Ja myślę i robię, nie czekam , nie analizuję. Więc dlaczego ?

Dzień Świstaka



Od paru lat, moje życie wygląda tak, jak w "Dniu Świstaka ". Może jest to zbyt dosłowne porównanie, ale z pewnością w dużej mierze, tak właśnie było, z tym, że powtarzalność była zdecydowania rzadsza i występująca na początku raz, a później już parę razy do roku.
Było cudownie i wspaniale. Później dostawałam z dnia na dzień obuchem w łeb, więc następował okres bólu, cierpienia i rozpaczy, aż przychodził czas na stagnację i czekanie, by w końcu marzenia mogły się znów zrealizować, a ja wracałam do punktu wyjścia. Takie życie wyczerpuje człowieka do granic wytrzymałości. Powoduje w psychice spore wyrwy, a ja ponieważ jestem bardzo emocjonalnie nastawiona do wszystkiego, przeżywam to w tragiczny sposób. Niestety empatia, którą podejrzewam mogłabym obdarzyć parę osób, nie pozwalała na inne działania. Wieczne wzloty, upadki, strach, bezsilność, ból, lęk, nieprzespane noce to był koszmar z którego skutkami, zmagam się do dnia dzisiejszego.
Po którymś właśnie takim uderzeniu w łeb, stwierdziłam, że żeby nie oszaleć, zacznę coś robić. Ból, rozpacz, można przełożyć na coś dobrego. Zobaczcie jak ludzie potrafią niesamowicie zmienić swój świat, po traumatycznych przeżyciach. Rzucił Cię facet? - jak już otrzepiesz piórka, chcesz poczuć się lepsza, dowartościowana...idziesz na siłownię, zaczynasz się odchudzać, wprowadzasz nową dietę..
Straciłaś pracę? - jeśli tylko się nie poddasz, zaczynasz się doszkalać szukasz, analizujesz, myślisz, zapisujesz się na kursy. Nawet przedwczesna śmierć, w wielu przypadkach powoduje, że ludzie zaczynają patrzeć na świat inaczej- otwierają fundację, zajmują się wolontariatem, zapisują do grup wsparcia... Chyba najgorsze co można zrobić w takiej sytuacji, to nie zrobić nic. Absolutnie nie namawiam do tego, żeby bagatelizować problemy, o czym pisałam w poprzednim poście, ale namawiam do tego, żeby nie tracić czasu, tak jak to było w moim przypadku. Nie czekać na finał, tylko w międzyczasie działać. Gdzie byłabym dzisiaj, gdybym podjęła się tego wcześniej ? Jak to mówili mądrzy ludzie " Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że wymaga czasu. Czas i tak upłynie ".
A człowiek jest tępy...no dobra...ja jestem tępa. Patrząc na to, co napisałam wyżej, rozpacz..  rodzi w ludziach silną potrzebę zmiany. Nie będę rozkminiać o co w tym chodzi, nie jestem psychologiem, ale fakt jest niezaprzeczalny, więc tak sobie pomyślałam za którymś razem gdy znów dostałam w łeb, że skoro już muszę cierpieć, to niech chociaż to na coś się przełoży sensownego i...zaczęłam pisać książkę. Oczywiście,  że pisanie owo porzuciłam w momencie kiedy tylko wkroczyłam w etap : jest pięknie i cudownie i oczywiście, że zrobiłam najgłupszą rzecz w życiu.

Czy się boję ?

O tak, boję się i to bardzo, bo pomimo mojej wrodzonej tępoty, jestem człowiekiem myślącym, a tylko głupiec nie odczuwa strachu. 
Boję się tysiąca rzeczy. Boję się,  że wyprowadzę się na zadupie i nie będę widywać ludzi. Ale po głębszym zastanowieniu, dochodzę to wniosku, że ostatnimi czasy, żyjące ludzkie istoty to ja widuję tylko w sklepie. No i w domu...a tam , dom  też będzie zupełnie pusty, więc boję się, czy mieszkając samej, po tylu latach życia jak w komunie, nie będę czuła się samotnia. Ale...ten porządek, ten spokój, ta czystość wyzierająca z każdego zakamarka, tak bardzo kusi :) I wszystkie półki w lodówce tylko moje i żadna śmierdząca padlina nie będzie się tam rozkładać, no i facet, który chyba jednak kiedyś będzie...tutaj jaki komfort psychiczny człowiek odczuje.
Według dzieci moich facet musi być, żeby moje zdrowie psychiczne ocalić, bo grozi mi podobno,  że zdziwaczeję  do reszty i będę smętnie snuć się po polach, gadając do każdej napotkanej roślinki. Więc w jakimś, bliżej nieokreślonym czasie, również mężczyznę owego, w planach życiowych uwzględniam.
A przecież są telefony, jest internet, no i prawda jest taka ,że mamy z założenia mieszkać wszyscy dość blisko siebie.
Poza tym, boję się, że na tym  zadupiu utknę po kres swych dni, bo nie będę mogła wyjechać ze względu na posiadane zwierzęta...a ja uwielbiam wyjeżdżać. Ale założenie jest takie, że przecież ja tam wsiową bizneswoman zostanę, więc będę mieć na pewno bardzo zaufanych pracowników, którzy nakarmią moje kurki, ewentualnie jeszcze tę krowę, co mam piękne wilgotne oczy,  a psy i koty , to dzieciom podrzucę. No bo pszczoły to chyba będą mogły bez mojej opieki zostać, choć do końca jakby tematu jeszcze nie rozkminiłam.
No i będę sama i będzie na około pusto i będzie bardzo ciemno.
Tu było podobnie jak się wprowadziłam, ale...był Misiek, a i ja nie miałam 50 lat tylko dwadzieścia parę. Nie boję się ciemności, nie boję się bycia i życia samotnie, ale...co będzie jak ktoś postanowi mnie ubić i okraść, no bo raczej na towar przeterminowany mocno, to żaden desperat już nie poleci.   Do tej pory , był jeden taki co to chciał u mnie w stróżówce mieszkać, ale zdanie zmienił. To trochę komplikuje sprawę, ale pewnie nawet tam,  też będzie jakaś firma ochroniarska.
A ponieważ te myśli tłuką mi się po głowie już od paru lat, więc po naprawdę bardzo dogłębnej analizie , zaczęłam działać. Długa droga przede mną, jako że okazało się, że Misiek położył na łopatki całą papierologię i muszę to wszystko teraz prostować, co wymaga czasu, pieniędzy i zaangażowania, ale małymi kroczkami przybliżam się do celu i myślę, że na wiosnę ruszę ze sprzedażą domu. 
I oby się udało wtedy jak najszybciej, bo prawda jest taka ,że u mnie są takie ceny, że domy stoją latami nim je ktoś kupi.  A ja muszę szybko, nie mogę już dłużej czekać na ... wszystko. Potrzebuję ruszyć z miejsca i raz na zawsze, definitywnie , nie oglądając się za siebie zmienić obecne życie.

Uprzedzając Wasze pytania:
Tak będzie mi szkoda, będzie mi cholernie szkoda i będę z pewnością wyła jak bóbr  ( a może mops ? , nie bardzo pamiętam kto tam wyje ). Ten dom to tysiące wspomnień, to włożone w każdą rzecz moje serce i rozwalony kręgosłup. Tysiące rzeczy zrobiłam tutaj sama, szlifowałam, murowałam, tynkowałam , układałam podłogi, szyłam zasłony i firanki, nauczyłam się obsługi betoniarki i dowiedziałam się jak nazywa się większość roślin. Wzdrygając się z  obrzydzenia przerzucałam na łopacie turkucie podjadki i rozczulałam nad każdą uratowaną myszką czy nornicą. Tu dorastały moje dzieci, tu latami dojrzewał ogród. Jakaś część mnie zostanie tu na zawsze...
Ale...dom jest duży, dzieci duże, ba...już nawet wnuczka całkiem spora. Zarówno ja , jak i oni potrzebujemy swojego miejsca na ziemi, żeby zacząć żyć. Dla mnie, kupno ziemi i postawienie domu, to również plan na życie i możliwości zarobkowe, które sobie wymyśliłam już x lat temu, a tak jak powiedziałam wcześniej, chciałabym w końcu w życiu robić to co lubię.  

Zdrowie psychiczne

A tu człowiek wiecznie musi się wkurzać, no bo niby jak się nie wkurzać, jak wszyscy się wypierają, a finalnie i tak ja muszę robić ? Taka zamrażarka na przykład. 

Popsuła się, a jak to zamrażarka wypełniona była po same brzegi żarciem .Teoretycznie każdy miał po parę szuflad, ale działo to tak długo, jak długo działała zamrażarka. Pech chciał, że popsuła się przed samym wyjazdem nad morze, więc niestety mnóstwo jedzenia się zmarnowało. Każdy swoje szuflady miał opróżnić. Magik domowy miał zobaczyć czy uda się ją reanimować, więc została przekręcona przodem do ściany...Po przyjeździe z nad morza coś  śmierdzi ( Miśka co to gadał, że mi coś wiecznie śmierdzi, nie ma już od dawna, w związku z tym smród był jak najbardziej realny i nikt wody z mózgu robić mi nie mógł ) Więc chodzę, węszę, szukam... aż szarpnęło mną w końcu przeczucie okrutne i już wiedziałam...przekręciłam zamrażarkę znów drzwiami do przodu, otworzyłam i....no i niech Wam wyobraźnia podpowie. Myślałam, że umrę z obrzydzenia. Paszczę rozdarłam na cały dom, więc przyleciała Madzia.

- Boziu, Mamuś co się stało ?
- Czyja to do cholery padlina tam gnije  ???!!! - wrzeszczę w napadzie dzikiej furii:
Magda popatrzyła i ze stoickim spokojem stwierdziła, że to niej, bo ona wszystko opróżniła przed wyjazdem.
- Nuuuurrrrkkkkaaaa!!!! 
Ponieważ zdenerwowana okrutnie byłam, więc nie do końca pamiętam co odpowiedziała, ale one ostatnio gadają do mnie jak do wariata...znaczy spokojnie...znaczy, żeby podkreślić, że matka jakby nie do końca zrównoważona psychicznie i trzeba się z nią delikatnie obchodzić ( a tak na marginesie, to szkoda ,że nie przytakują, bo wariatom to się przecież przytakuje )
- To nie moje mięso Mamo, my wyrzucaliśmy od razu.
No i się zaczęło: 
- Magda, nie wpieraj mi, chyba lepiej wiem, co robiłam.
- No co Ty gadasz, przecież my wyrzucaliśmy od razu.
- Musieliście zostawić.
- Nie, to na pewno nie nasze, tylko Wasze, więc sprzątnij.
- Chyba żartujesz, ja tego na pewno nie będę sprzątać, bo nie nasze.
- Nasze też nie. Ja nie sprzątnę , bo się brzydzę, zresztą nie będę po Was sprzątać.

Ponieważ jakby nie mogą dojść do konsensusu, więc na pomoc wzywają "posiłki", które to na uboczu, przy wszelkich chryjach rodzinnych, starają się trzymać.
Posiłki w postaci dwóch osiłków, bardzo niechętnie schodzą ,więc jedna przez drugą:
- Adriannnn....pamiętasz? Sam wyrzucałeś, ja ci podawałam.
- Piotrrrekkk, w miednicy wynosiłeś od razu do śmieci ? Pamiętasz? 
No i który chłop, nie ugnie się przed dzikością w oczach i nie przytaknie ?
Ale...tutaj oprócz ich furii jestem jeszcze ja, więc sytuacja jakby się komplikuje .Wróg i zbawca w jednej osobie, któremu podpaść raczej nie wypada i którego jakby nie patrzeć w jajo robią, ale z szacunkiem traktują.
Więc coś tam burczą niewyraźnie pod nosami, za co dostaje im się od rozwścieczonych bab.

U mnie złość, w momencie kiedy sięga zenitu i osiąga apogeum, objawia się spokojem i pogardą dla otaczającego mnie świata, więc syczę przez zęby:
- Więc kuźwa moje, tak ? Skoro nie wasze, to znaczy, że moje??? 
I tu nastąpiło cisza i coś na kształt konsternacji, więc od syczenia przechodzę znów do wrzasku:
- No to ja się pytam, jak to może być moje jak OD DWÓCH LAT NIE JEM MIĘSA ???!!!!
- No tak, to fakt   - na pewno nie Twoje- mówi Nurka ....i po krótkim zastanowieniu :
- Ale i nie moje. 
- Moje też nie - dodaje Magda.
Więc naprawdę ,chcąc pozostać przy zdrowych zmysłach, muszę uciekać. Zamrażarka , to przykład i coś co mogłam udowodnić, ale takie sytuacje zdarzają się notorycznie.
- To nie ja ,
- Ja też nie.
A ja zastanawiam się gdzie mogłam wynieść sztućce i talerze, które przecież zawsze odkładam na miejsce, bo skoro nie one, to znaczy, że ja ? I czy jakby powoli na Alzheimera zapadam ?
Kiedyś pojechałam kupić znów kubki, bo nie bardzo było w czym pić...myślałam ,że po pokojach może gdzieś mają, sprawdziłam, ale nie. Więc pomyślałam, że pewnie potłukli. Za parę dni, wchodzę do kuchni, a tam na blacie stoi ich z 15..nie mieściły się do szafki, bo kupiłam nowe. Nie pytajcie gdzie oni to przechowują, bo nie mam bladego pojęcia. 
Przeca najbardziej wytrzymały psychicznie człowiek, by tego nie wytrzymał. Oprócz moich dzieci, ich narzeczonych, zwierząt i mojej wnuczki, -mam dwóch tajemniczych lokatorów...To Ktoś i Nikt.
Ktoś zrobił i Nikt nie wie kto.
Więc jest nas tu zdecydowanie za dużo, za dużo jak dla mnie, bo niech sobie mówią co chcą, mam natręctwa sprzątania czy nie, nie znoszę bałaganu i na tym tle, zawsze będzie dochodzić do spięć, tym bardziej, że przez nich, to i ja mam mniejszą chęć na porządki. A jak nie sprzątam, to jestem zła ,że jest burdel, a jak sprzątam, to też jestem zła, że sprzątam za resztę :) A ja nie lubię być zła.



Tak więc choć kocham okrutnie miłością wielką , nadszedł ten czas, że muszę pomyśleć o sobie. A jak do mnie przyjadą, to proszę bardzo...wtedy to ja obiadek nawet ugotuję ,pozmywam, talerze posprzątam i dokładnie będę wiedziała, gdzie je schowałam. I wytrę je sobie w czyściutkie ściereczki, które w tym domu notorycznie nazywane są SZMATAMI. No szlag mnie trafia na miejscu jak słyszę podaj szmatę! Chociaż może i nie powinno mnie to dziwić , bo moja szmata do podłogi, wygląda zdecydowanie lepiej niż te ścierki! O...  do łazienki nie będę musiała chodzić jak na koloniach, z kosmetyczką, bo NIKT nie tknie moich kosmetyków :). 
A Babcią jaką będę Kochaną , jak nie będę paszczęką kłapać, że dziecko wiecznie przed telewizorem siedzi...a proszę bardzo, wtedy to po spacerku, nawet sama bajeczkę włączę. A tak to tylko zła jestem, bo rodziców wbijam w poczucie winy, a dziecko cierpi, bo karzą jeszcze nie daj Bóg wyłączyć...i przez kogo ? No jasne, że przez Babcię niedobrą.

I jakby tak, ten post niedokończony muszę wrzucić, bo musiałam przerwać pisanie i po drodze gdzieś wątek straciłam, więc żegnam się z Wami cieplutko i do usłyszenia wkrótce :)



Przepis na kawę z żołędzi

środa, października 28, 2020

Przepis na kawę z żołędzi

 



Kawa.. bez niej większość z nas nie wyobraża sobie życia. Ja osobiście należę do tej większości, a kawę z przyczyn zdrowotnych piję od dziecka. Wydaje mi się, że raczej na mnie nie działa, jako, że potrafię wypić spory kubek po 24 w nocy po czym za chwilę smacznie spać.

Uwielbiam smak i zapach kawy, przy czym nie jestem kawoszem smakoszem. Ze wstydem muszę przyznać, że piję kawę w najpodlejszym gatunku, sypaną, czarną, mocną i zalewaną bezpośrednio wodą z czajnika. W zależności od dnia i możliwości piję od 4 dziennie do 5, przy czym zaznaczyć muszę, że ilość wypijanych kubków bardzo mocno już zredukowałam.

Pomysł na robienie kawy z żołędzi zrodził się już jakiś czas temu. Uwielbiam być samowystarczalna, a w dzisiejszych, niepewnych czasach, nie wiadomo czego można się spodziewać. Myślę, że całkiem spora ilość osób, które to czyta, pamięta czasy , kiedy to kawa była towarem reglamentowanym, więc strzeżonego Pan Bóg strzeże... w razie czego, potrafię sobie taki substytut kawy zrobić. 

Gdybym miała urządzenie do obierania żołędzi, to kto wie czy nie zrezygnowałabym zupełnie z picia tradycyjnej kawy, bo jak dla mnie ta z żołędzi jest tego warta.


Właściwości kawy z żołędzi

Składa się w większości z węglowodanów, znajdziemy w niej dodatkowo tłuszcz, który jest pozbawiony cholesterolu, a także białko. Poza tym, kawa z  żołędzi to mnóstwo witamin z grupy B, w tym witaminę B6, B5, B2 i B1 , które mają ogromny wpływ na cały układ nerwowy. 
Żołędziówka to również bardzo bogate źródło minerałów , bo w 100g tej kawy znajduje się:

- 700 mg potasu- ( Niedobór objawia się najczęściej uczuciem ogólnego osłabienia, apatią, sennością, częstymi zaparciami, ale także zaburzeniami koncentracji. Dzienne zapotrzebowanie to ok. 4700 mg )

- 100 mg fosforu ( niedobór fosforu powoduje osteoporozę i wypadanie zębów, dorosły człowiek powinien przyjmować ok 800- 1200mg fosforu na dobę )

- 80 mg magnezu ( niedobór magnezu powoduje osłabienie, rozdrażnienie, bóle i zawroty głowy, depresję, drgania mięśniowe, łamliwość włosów i paznokci . Dzienna dawka magnezu dla dorosłego człowieka wynosi od 300mg dla kobiet do 420mg dla mężczyzn ). O magnezie napisałam dzisiaj w dużym skrócie, bo dla mnie to temat rzeka i myślę, że zasługuje na zupełnie oddzielny post, gdyż nie bez przyczyny nazywany jest pierwiastkiem życia , a jego niedobór wykazuje praktycznie każdy człowiek. Kawa naturalna wypłukuje nam magnez całkowicie natomiast żołędziówka, dostarcza go nam w całkiem pokaźnych ilościach.

- 50 mg wapnia ( niedobory wapnia to nie tylko łamliwość kości i zębów, ale również nadmierne zmęczenie, problemy z pamięcią, zaburzenia rytmu serca, bolesne skurcze mięśni i drętwienie kończyn. Zapotrzebowanie człowieka na wapń wynosi ok 800mg do 1500 mg w przypadku dzieci i kobiet w podeszłym wieku )

- 1 mg żelaza ( nidobór żelaza powoduje zadyszkę, zawroty głowy i szybsze bicie serca , dzienne zapotrzebowanie to ok. 8mg ) 

-  0,8 mg manganu ( niedobór mogą spowodować przyjmowane doustnie środki antykoncepcyjne, a objawami mogą być szmery w uszach i pogorszenie słuchu. Dzienne zapotrzebowanie od 2 do 5 mg )

0,7 miedzi ( dzienne zapotrzebowanie w zależności od źródła to 1do 3 mg, niedobór może powodować osłabienie układu odpornościowego, aczkolwiek bardzo rzadko występuje. Miedź łatwo jest dostarczyć do organizmu )

Dla kogo kawa z żołędzi

Są ludzie, którzy nie mogą pić kawy naturalnej, ze względu na problemy z nadciśnieniem  tętniczym i choroby wrzodowe, więc jeśli do nich należysz, koniecznie spróbuj żołędziówki.
Z powodzeniem mogą je stosować osoby cierpiące na wzdęcia i problemy z żołądkiem, gdyż według medycyny niekonwencjonalnej, kawa ma właściwosci przeciwbiegunkowe . Jest polecana wszystkim, z wysokim poziomem złego cholesterolu, normalna kawa może go podnieść nawet o 2%. 

Dodatkowo, kawa z żołędzi z racji tego, że w 100g znajdziemy aż 510 kcal, dostarcza nam bardzo duo energii, w związku z tym wspomaga proces odchudzania i zalecana jest w dietach redukcyjnych. A wypita na czczo, pobudza i daje uczucie sytości.


Przepis na kawę z żołędzi

Żołędzie zebrać najlepiej pod koniec października. Zbieramy żołędzie zdrowe , bez dziurek w łupinkach  bez czapeczek, bo w tych prawie zawsze są robaki. 

Dowolną ilość żołędzi ( u mnie z 2,5 kg obranych , wyszło troszkę więcej niż 1,5 kg kawy ) podgrzewamy partiami w piekarniku w temp. ok 70', tłuczemy młotkiem i obieramy ( z podgrzanych, dużo łatwiej odchodzi łupinka, a wcale to nie jest miła i przyjemna robota )

Po obraniu wszystkich, myjemy dokładnie żołędzie i moczymy w misce z ciepła wodą przez noc ( na 2 litry ciepłej wody dodajemy łyżkę popiołu dębowego lub sody)

Rano odlewamy wodę i ponownie płuczemy.

Powtarzamy procedurę z wodą lub sodą, tym razem gotując żołędzie do miękkości.

Mokre, rozdrabniamy blenderem i rozkładamy cienką warstwą na blachach do pieczenia.

Suszymy w temp. 70' co jakiś czas mieszając ok. 1,5 godziny.

Po wysuszeniu żołędzi w piekarniku mocno rozgrzewamy patelnię i na suchej, prażymy żołędzie , co jakiś czas potrząsając , tak aby się nie spaliły.

Ponownie mielimy blenderem albo młynkiem do kawy.

Dodajemy ulubione przyprawy. U mnie to :
- kardamon w ziarnach,
- cynamon mielony,
- goździki,
- imbir,
- suszone pomarańcze
i przez pewien czas, trzymam świeże gałązki rozmarynu.

Parzenie kawy z żołędzi

Ponoć można wsypać kawę do kubka i zalać wodą, ale tradycyjne żródła podają, żeby po zalaniu wrzątkiem  pogotować kawę troszkę w tygielku bądź kubeczku (ok. 4- 7 minut ) , po czym przykryć na 10 minut spodeczkiem i dopiero wtedy pić. Ja osobiście po zalaniu jeszcze gotuję.

Smak kawy z żołędzi

Zarówno smak, jak i wygląd łudząco przypomina kawę. Z tym, że jest bardziej orzechowy, a po dodaniu przypraw aromatyczny. Pachnie i smakuje piernikiem, ciepłem i zapachem świąt. Jak dla mnie idealna w okresie jesienno -zimowym, pyszna, gorąca i rozgrzewająca, Dodatkowo słodzę ją syropem z mniszka lekarskiego. Ponoć równie wyśmienicie smakuje z mlekiem.


I na koniec, jak zwykle pragnę nadmienić, iż nie jestem lekarzem i nie mam w tym kierunku żadnego wykształcenia, a całą wiedzę zaczerpnęłam z dawnych książek oraz internetu. 
Pozdrawiam Was cieplutko, a jeśli zdecydujecie się na zrobienie własnej, to koniecznie dajcie mi znać jakie wrażenia, bo jestem niezmiernie ciekawa.



`

 


Jak urządzić biuro za grosze

piątek, września 18, 2020

Jak urządzić biuro za grosze



Atelier z recyklingu

Część z Was mnie dobrze zna, w związku z tym wie jaki mam stosunek do bezsensownego wyrzucania i kupowania nowych rzeczy. A dla tych co nie wiedzą, bądź też dopiero mnie poznają, wyjaśniam , że nie znoszę tego całym sercem, znaczy się rzeczy nowe to czasami i owszem, lubię kupować, ale naprawdę ze względu na posiadaną ilość i coraz większą świadomość ochrony środowiska, staram się ograniczać do minimum. Natomiast jestem z tych osób , które doszukują się piękna w byle śmieciu i z lubością przygarniam to, czego inni nie chcą. Zdecydowanie wolę naprawiać i przerabiać, niż wyrzucać. Myślę,że któregoś dnia, stanie się w końcu to co nieuniknione i będzie taki post, z zatrważającymi cyferkami odnośnie zanieczyszczenia środowiska i dewastacji świata w którym żyjemy. Tak...z pewnością będzie, bo znam siebie, a jak tylko o tym pomyślę, to aż się we mnie gotuje ze złości. 
Ale wracając do tematu , to chciałam Wam pokazać dzisiaj moje domowe biuro, które z całą pewnością można nazwać "Atelier z recyklingu ". Myślę,że na palcach jednej ręki można tu policzyć rzeczy, które kupiłam. A jeśli już kupiłam, to z całą pewnością zostały wykorzystane w innej formie " enty " raz, jako,że dosyć szybko mi się wszystko nudzi i potrzebuję zmian. Zmian, które nie wymagają ode mnie znacznych inwestycji finansowych.


Atelier czyli jak urządzić biuro


Zmiany za grosze
Pomieszczeń mi nie brakuje, tak więc pomimo sporej ilości stonki, zamieszkującej mój dom, mogę sobie pozwolić, bez żadnych wyrzeczeń, na posiadanie własnego kąta. Chociaż Nurka uważa,że życie jest niesprawiedliwe, a kołyskę to podwiesi sobie kiedyś chyba pod sufitem. Ale póki co Nurka się nie rozmnożyła, więc jakby w zupełności jeden pokój jej wystarczy...oczywiście jest to moje , bardzo subiektywne zdanie, ale jak wiadomo domowym dyktatorem jestem, więc innego nie dopuszczam.
Pokój , w którym znajduje się Atelier, to była sypialnia Madzi, która z racji powiększenia rodziny , przeniosła się do innych, większych pokoi. Pokój z deczka zdewastowany, bo moje dziecko , czarownicą swojego czasu zostać chciało, wobec czego na podłodze wypaliła przez przypadek jakieś tajemne kręgi, a i stan parapetu, na którym oprócz ziółek płonęły kaktusy, również pozostawia wiele do życzenia...
Pokój oczywiście odmalowałam, sufit przemalowałam bardzo mocno rozcieńczoną farbą ( bo na Boga, po co płacić za specjalne farby, skoro oni pewnie do zwykłej dodają tylko wody. Patent na rozcieńczoną farbę "wynalazłam" malując kiedyś pokój Dominiki i wycierając umyty w wodzie pędzel o kawałek deski...tak super wyglądało, jak wyschło, że natychmiast pomalowałam u niej identycznie sufit, używając jedynie wody po czyszczeniu pędzla, tak aby prześwitywała struktura drewna. Boazeria, choć niemodna, pozostała w niezmienionej formie, jako, że  ja bardzo lubię drewno, a modą zupełnie się nie przejmuję. 
Pierwszy mebel, który stanął to regał... dzieci po matce obrotne, regał przytaszczyły z gabarytów. Gabaryty, to dla niewtajemniczonych takie cuś, gdzie ludzie wywalają pod płot , to co im niepotrzebne, a śmieciarka dwa razy do roku odbiera. Otóż ta śmieciarka to za dużo roboty nie ma, bo o ile parę lat temu , można było wybierać i przebierać, o tyle teraz zaczyna się samochodowy wyścig szczurów i naprawdę bardzo ciężko jest już coś upolować.

Komoda na której stoi globus ( Misiek mi przywiózł z rok temu, bo wie, że lubię stare rzeczy) , została w pokoju, moje dziecko nią wzgardziło wyprowadzając się, więc z chęcią przygarnęłam.  

Kanapę udało się uratować w drodze na śmietnik, bo Madzia większego łóżka potrzebuje. I super, bo na tej z powodzeniem mieszczę się ja plus trzy, a czasami i cztery psy, co będziecie mogli zobaczyć na filmiku, który mam nadzieję ,że odpali po opublikowaniu posta. Jeśli nie, to zawsze możecie obejrzeć na Instagramie , a dla tych co nie lubią IG, na Facebooku



Nawet ta cudnej urody lampka gabinetowa na biurku jest z gabarytów... nie rozumiem ludzi :)

I teraz najważniejsza zmiana, dzięki której post ten powstaje. No dobra, może dzięki Waszym pytaniom odnośnie  biurka z którego jestem  niesamowicie dumna.

Biurko

Biurko, to tak naprawdę ogromny stół, kawałek drugiego stołu, drzwi od szafy, 2 nóżki ze starej półki ( z pozostałych dwóch zrobiona jest patera, która stoi na stołku ) i stara, odmalowana szafka z Ikei na której opiera się półka-czyli bok szafy. 



Poniżej zdjęcie obrazujące próbki kolorów farby:

jakie farby wybra©


Z tych samych mebli biurowych , powstała wcześniej garderoba , a filmik możecie obejrzeć tutaj :  Garderoba z biurowych mebli. Mebli było całkiem sporo, jako że swojego czasu miałam dwa biura, które były wyposażone w identyczne meble i tu od razu pragnę zaznaczyć ,że meble biurowe nabyłam już używane, u mnie były co najmniej 15 lat, więc wiekowe też już są. 

Pytaliście jak malowałam, więc już pędzę wyjaśnić. 

Meble zostały delikatnie przeszlifowane, odtłuszczone rozpuszczalnikiem, a później pomalowane najtańszą białą farbą akrylową jaką znalazłam w markecie budowlanym ( miałam wcześniej farbę kredową, która miała być do mebli i totalnie się nie sprawdziła ) przy pomocy wałeczka z gąbki. Następnie drogą kupna zanabyłam szablon za 19 zł i malutką farbę ( 100 ml. ) niby specjalną do szablonów. Farba dobra, ale kolor okazał się nie taki jak chciałam, w związku z tym farbę zabarwiłam już tradycyjnie bardzo mocną kawą rozpuszczalną ( oczywiście rozpuszczoną w minimalnej ilości wody ). Stary, sprawdzony przeze mnie sposób, kiedy to klienci w ramach zemsty, przynosili mi tonami kawę rozpuszczalną, której nigdy w życiu nie piłam. Post o wcześniejszym wykorzystaniu kawy znajdziecie tutaj : POKÓJ KAWĄ MALOWANY 
Troszkę to upierdliwe, bo trzeba czekać aż jeden motyw wyschnie i dopiero malować kolejny , ale efekt jest boooskkki. Osobiście jestem zachwycona i naprawdę bardzo mi się podoba. A Wy ? Co sądzicie ?

Dodatki

W momencie, kiedy już wymyśliłam kolorystykę przyszedł czas na dodatki, tak aby wszystko do siebie pasowało i tworzyło spójną całość . 
I tym sposobem zrobiłam:

Pojemniczki na ołówki i długopisy:

z opakowań po serkach Almette. Wystarczy przykleić sznurek klejem na gorąco i gotowe . Pojemniczki mają ogólnie sporo zastosowań, bo w garażu mam pomalowane na biało i trzymam w nich przeróżne śrubki i gwoździki. 



Kosz na śmieci:

Stary zardzewiały kosz, dostał nowe ubranko, w postaci pogniecionego i zawoskowanego szarego papieru ( choć za Boga nie mogę zrozumieć, dlaczego on jest szary, skoro jest brązowy? To zupełnie tak jak z białym winem, które tak naprawdę jest żółte, a do tego robione z zielonych winogron...wszystko to jest bardzo logiczne...).  Parę okrążeń grubym sznurem i gotowe. Niby w Ikea kosztuje 12 zł tylko, na ale po co przepłacać, za coś co i tak piękne nie jest. No dobrze, może i jest , ale do nowoczesnych pomieszczeń, a nie do mnie.






Tablica / organizer na ścianę

Rzecz dla mnie niezbędna, jako że ja wszystko planuję i rozpisuję. Oczywiście nie zdążyły jeszcze na niej zawisnąć setki moich notatek, więc widać jak wygląda. Płótno malarskie przykryłam cienką gąbką, obiłam resztkami zasłon z pokoju Dominiki  i rozpięłam sznurek. Można zarówno w nią wbijać pinezki, jak i wtykać za sznureczki, tak więc jest bardzo wygodna i prezentuje się całkiem nieźle.

Obraz na ścianę

Obraz to może zbyt dużo powiedziane, bo wyjęłam jedynie plakat, a na tekturze, która została, odbiłam dokładnie ten sam szablon co na biurku, tylko że tym razem w białym kolorze. Wianuszek , który wisi na obrazie, ma już swoje lata, a pierwsze takie zrobiłam iks lat temu i pewnie niektórzy jeszcze pamiętają. Do dnia dzisiejszego, tworzę je sukcesywnie, w momencie kiedy zjemy wystarczającą ilość orzeszków i jest dość łupinek.



Patera

Patera przywędrowała z sypialni i zrobiłam już ją jakiś czas temu , ze starych tac, nóżek od półki ( tych samych co przy biurku ) i kawałka metalowego karnisza. Baaa...nawet nóżki ma z jakiś takich gałek od tej samej półki.

No i jest jeszcze obraz z łosiem, który namalowałam w momencie, kiedy rok temu zapragnęłam zostać przez chwilę artystą :)




Krzesła

Na krzesłach spała wcześniej Sonia ( kot mojej Mamy). Mama nie mogła ich  doprać, a że się przeprowadzała, więc w efekcie trafiły do mnie.  Do prania polecam piankę do prania tapicerki samochodowej. Madzia gdzieś wyczytała w necie i sprawdza się rewelacyjnie.





I to już z grubsza wszystko. Biurko jest naprawdę duże, ma półki pod blatem. Mieści wszystkie moje statywy, pudła , aparaty.. jest miejsce na dwie drukarki i tysiące innych pierdół.  Niestety nie zmieściły się tylko tła fotograficzne i dalej leżą na regale, no ale ostatecznie to jest przecież pokój do pracy :)

Pozdrawiam Was cieplutko i mam nadzieję, że do usłyszenia po krótszej przerwie niż ostatnio. 



Czy warto jeść mięso

niedziela, lutego 23, 2020

Czy warto jeść mięso


Dzień dobry Kochani. 

Jak widzicie, staram się jak mogę i choć nic nie będę już obiecywać, bo czasami z przyczyn niezależnych, po prostu nie daję rady bywać częściej, to jednak mam jakieś tam wewnętrzne postanowienia i mam nadzieję, że uda mi się ich dotrzymać.

O tym jak przestałam jeść mięso 

Od chyba półtora roku nie jadam mięsa...w ogóle, nic a nic. Może powinnam jeszcze dodać, że odstawiłam mięso ssaków, bo jadam ryby, choć też niezbyt często . Jak się okazało sporo z Was , też rozważa taką decyzję i zadajecie mi pytania. W związku z tym, postaram się odpowiedzieć na te najczęściej się powtarzające.

Zaczęło się od wędliny, no kurczę, kolokwialnie mówiąc: nie wchodziła mi, była paskudna i każda smakowała tak samo. Przez pewien czas kupowałam pasztetową, Kindziuka i krakowską- przynajmniej smakowało inaczej niż szynka. Jestem z tego pokolenia, które pamięta jeszcze smak pysznego chleba, baleronu i ogórka kiszonego, w związku z tym, chyba trudniej było mi zaakceptować dzisiejszy smak wędlin. Tak więc w pierwszej kolejności całkowicie wyeliminowałam wędliny. Czasami jeszcze robiłam swoje, piekłam boczek, schab, robiłam wędliny suszone a'la szynka parmeńska, ale coraz częściej zastępował je nabiał. Obiady już od dłuższego czasu w przeważającej mierze były bezmięsne. Mięso jadałam może raz w tygodniu, tak więc decyzja o całkowitym zaprzestaniu nie stanowiła dla mnie większego problemu. O względach czysto psychicznych, i o tym, że czułam się jak hipokryta, nie chcę tutaj  pisać, ale nie ukrywam, że od długiego czasu, stanowiło to dla mnie ogromny problem i spędzało sen z powiek, tak więc myślę, że organizm podążając za moim tokiem myślenia, zbuntował się i powiedział dosyć.
Nie przygotowywałam się do tego w żaden sposób, nie czytałam, nawet nie wiem jak nazywa się osoba , która nie je mięsa , a je ryby..strasznie to skomplikowana nazwa i jakoś nie zapamiętałam.
Pytacie czy nastąpiły jakieś widoczne zmiany? Nie miałam pojęcia czego się spodziewać, więc nie oczekiwałam żadnych zmian. Pojechaliśmy na Mazury pod namioty i tam doszłam do wniosku, że to koniec. To tam nastąpiło pożegnanie, w każdej knajpie jadłam tatara, którego kiedyś uwielbiałam, a po powrocie już nie tknęłam mięsa.

Zalety wyeliminowania mięsa z diety 

Migrena

Na początku nie działo się zupełnie nic, ale po pewnym czasie ze zdziwieniem stwierdziłam, że nie pamiętam kiedy już miałam migrenę. Nie wiem czy Wam o tym kiedyś pisałam, ale potworne migreny miałam od dziecka, potrafiłam nie ruszać się z łóżka, pół dnia spędzić z głową w klozecie, a każde mrugnięcie oczami powodowało przeszywający ból. Minęło...całkowicie. Nie wiem co to znaczy migrena od półtora roku i to jest chyba najcudowniejsza rzecz jaka mnie spotkała, a życie jest od razu piękniejsze. Zdarza się bardzo rzadko, że pobolewa ( bo boli to za duże słowo) mnie głowa, ale i to mija błyskawicznie.

Cellulit

Kolejnym ogromnym zaskoczeniem było zdecydowane cofnięcie się cellulitu na udach. 
Nie znoszę go całym sercem. Sam proces starzenia, nie jest dla mnie absolutnie, w żaden sposób przerażający. Mogę mieć zmarszczki, siwe włosy i wszystko co jest związane z wiekiem w który nieuchronnie wkraczam, ale cellulit jest be, cellulit to obrzydlistwo, które od zawsze wywoływało we mnie niesmak, a które nie chciało mnie ominąć i zaczęło paskudnie zagnieżdżać się na moich ( skądinąd niczego sobie jeszcze:) nogach. Nie było tragedii, ale zdecydowanie się już zaczynała. Zrezygnowałam całkowicie z szortów tudzież krótkich spódnic. A teraz jest zdecydowanie mniejszy i mam nadzieję, że któregoś dnia zniknie całkowicie ( pewnie jak będę tak pomarszczona, że nie da się go już zobaczyć) Jeśli chodzi o inne nawyki, w tym wypijanie hektolitrów kawy słodzonej dwie łyżeczki, to wszystko pozostało tak jak było, a jedyną zmianą jest niejedzenie mięsa, czyli znaczy, że musi, że od tego. 

 

Senność

Bardzo ważną kwestią jest jeszcze samopoczucie, które uległo zdecydowanej poprawie. Czuję się mniej zmęczona, mam zdecydowanie więcej energii i nie łapię regeneracyjnych drzemek w czasie reklam telewizyjnych, co było nieustającym powodem kpin w moim domu. Wcześniej miałam takie dni, że nie mogłam wręcz zapanować nad sennością, oczy zamykały mi się same, a w pracy snułam się jak cień. Dzisiaj to wszystko minęło. Od półtora roku, chyba nigdy nie usnęłam w ciągu dnia.

Zaskórniaki

Szczerze mówiąc nawet nie wiem jak to nazwać, tak samo jak nie wiem do dnia dzisiejszego co to było. Otóż na prawym policzku, dokładnie w tych samych 4 miejscach, raz na jakiś czas, pokazywały się takie krostki, nie krostki ...wybrzuszenia, sama nie wiem jak to nazwać. To coś siedziało pod skórą, było małą górką i nijak nie dało się nic z tym zrobić, nawet wycisnąć, wyglądało trochę jak bąbel po ugryzieniu komara. Cholerstwo nawiedzało mnie zdecydowanie częściej w miesiącach zimowych, po czym znikało na jakiś czas, by wyleźć dokładnie w tych samych miejscach i swędzieć. Ponieważ moja twarz wyglądała jakby czołg po niej przejechał, więc udałam się o dziwo , sama z siebie, do dermatologa. Pani dermatolog, powiedziała, że grzyb i żebym dziób "nizoralem" smarowała. Z deczka zdziwiona kupiłam ten szampon i nakładałam ( maści jeszcze wtedy nie było)...nic nie pomogło. Miałam to dziwne coś, w różnych odstępach czasu przez parę lat, aż do pamiętnego lata, kiedy ostatni raz mnie nawiedziło. Nie wiem co to było, nie wiem czy zniknęło dlatego, że nie jem mięsa ,czy jest to po prostu zbieg okoliczności, ale fakt pozostaje faktem, że odkąd nie jem mięsa, nie wróciło to już nigdy i oby tak zostało.

Wzdęcia

Ogólnie nie mogę narzekać na swoją wagę. Przy wzroście 168cm, ważę obecnie 58 kg, więc nie ma tragedii, ale...pomimo braku tłuszczu na brzuchu, czasami wyglądałam jakbym była w 5 miesiącu ciąży. Raz nawet przerażona Magda, w obawie że zostanę drugą najstarszą matką w Polsce, kupiła mi test ciążowy :). Dzisiaj nie czuję tego dziwnego uczucia rozpychania w brzuchu, ani nie wyglądam na ciężarną.

 Badania krwi

Ponieważ po odstawieniu mięsa nie spodziewałam się niczego dobrego i bardziej miało to dla mnie   znaczenie, jeśli chodzi o względy humanitarne, niż zdrowotne, więc po pół roku postanowiłam zrobić badania krwi, spodziewając się najgorszego i tutaj również przeżyłam miłe zaskoczenie, bo moje wyniki okazały się rewelacyjne, wręcz książkowe. A w momencie kiedy usłyszałam, że "w tym wieku" to bardzo dziwne, że nie mam żadnych odchyleń, to naprawdę się zdziwiłam. Co prawda nie wiem czy było to wynikiem niejedzenia mięsa, gdyż wcześniejsze badania robiłam chyba przed operacją. Być może brak spożycia mięsa , nie miał na to wpływu, w każdym bądź razie, wyniki są bardzo dobre.  


Wady niejedzenia mięsa

Szczerze mówiąc nie zauważyłam, żeby były jakiekolwiek. Spodziewałam się najgorszego, a tymczasem wyszły z tego same pozytywy. Jedyna rzecz, która jest trudna do zniesienia to smród. Moje dzieci dalej jedzą mięso i często gotują typowo mięsne obiady. W zależności od potrawy, ale czasem autentycznie mnie mdli. Smród, szczególnie gotowanego mięsa, jest trudny do wytrzymania. Kiedy postanowiłam zrezygnować z mięsa, myślałam ,że pewnie jedynym momentem, kiedy będzie mi trudno wytrzymać, będzie grill i ten wspaniały zapach. W najśmielszych snach , nie sądziłam, że kiedyś powiem...Jessuuuuu...jak cuchnie.

Podsumowanie

Założeniem tego posta, nie było absolutnie przekonywanie kogokolwiek do tego, żeby nie jeść mięsa. Szanuję ludzkie wybory i uważam, że do tego typu decyzji trzeba samemu dojrzeć i na nic się zda przekonywanie kogokolwiek. Nie zamierzam wkraczać w polemikę słowną i debatować, czy człowiek jest mięsożercą czy nie, czy mózg wykształcił się dlatego, że ludzie jedli mięso czy nie ( mam nadzieję jedynie, że mój nie zdąży do końca  zaniknąć, nim dokonam żywota), nie zamierzam opowiadać o degradacji środowiska i emisji gazów cieplarnianych..o tym wszystkim poczytacie na innych stronach w internecie. Odpowiedziałam i wydaje mi się, że bardzo obiektywnie, na najczęściej powtarzające się pytanie. Spodziewałam się pogorszenia stanu zdrowia, zaniku mięśni ( co w mojej sytuacji byłoby katastrofą), a tymczasem zostałam mile zaskoczona, zdecydowanie lepszym samopoczuciem. Obecnie jestem na etapie dopracowywania jadłospisu, tak aby dostarczać do organizmu, wszelkie niezbędne składniki.
Pozdrawiam Was cieplutko i mam nadzieję, że do usłyszenia wkrótce.


Mój dom

czwartek, maja 30, 2019

Mój dom

Dom, który się nie zmienia


dom na wsi, ogród rustykalny,country


Prosiliście  mnie już tyle razy, żebym pokazała zdjęcia wnętrz domu, że w końcu zmobilizowałam siły i porobiłam trochę fotek. Szczerze mówiąc, myślę,że dla większości z Was będzie to taki powrót do przeszłości... bo jeśli chodzi o wystrój, to tak jakby niewiele się zmieniło. Ano dlaczego ? Przecież minęło tyle lat. No cóż, myślę, że głównym powodem dla którego większość rzeczy wygląda  jak dawniej, jest fakt, że ja po prostu nie lubię zmian. Dawno, dawno temu miałam w głowie wizję mojego domu utkanego z marzeń, którą z konsekwencją, żeby nie powiedzieć, że wręcz z uporem maniaka, realizowałam. Każda rzecz, która została kupiona była ... tą jedyną, wymarzoną, często wyszperaną gdzieś w antykwariatach, wyszukaną na portalach internetowych, nic tutaj właściwie nie trafiło przypadkowo. Potrafiłam oszczędzać, tylko po to żeby kupić czajniczek do herbaty w wysokości nieomalże mojej jednomiesięcznej wypłaty, ale tak samo chętnie przygarniałam stoliczek z gabarytów. Po prostu każda rzecz w domu, musiała mieć w sobie to coś. A co ? No o tym wiedziałam właściwie tylko ja, więc moja rodzina i znajomi, powstrzymywali się od kupna jakichkolwiek rzeczy w ramach prezentów, no chyba że wiedzieli na co obecnie poluję. Dużo wody od tej pory upłynęło i teraz można kupić mnóstwo rzeczy za tzw. psie pieniądze, ale kiedyś sytuacja wyglądała inaczej. Żeby mieć coś ładnego,  choć to jest pojęcie względne, więc może powinnam raczej powiedzieć, żeby mieć coś wymarzonego, trzeba było w to włożyć albo mnóstwo pracy albo poszukiwań, że o gotówce nie wspomnę, bo relacje cenowe wyglądały kiedyś zgoła odmiennie. Swoje pierwsze filiżanki  w róże, kupowałam za niebotyczne pieniądze, dzisiaj piękną porcelanę można dostać za grosze. Wiedziałam czego chcę bardzo dokładnie, wiedziałam, że ma być prosto i elegancko zarazem, że ma być kamień, wiklina, ocynki i srebro, dużo kwiatów, zioła które będą się suszyć nad kuchennym blatem, że będzie ciepło, przytulnie, z przewagą białych mebli, tak żeby nie chciało się z domu wychodzić, tak żeby człowiek czuł się dobrze i bezpiecznie...taki wsiowy angielski dworek i taki dom stworzyłam. Oczywiście odpowiada to moim wyobrażeniom o cieple. Czasami ciężko było mi się zdecydować na kolorystykę, czy też jakiś motyw przewodni i to są właśnie te rzeczy, które sezonowo się u mnie zmieniają, w zależności od pory roku. I właściwie, chyba nic więcej. Co najśmieszniejsze, wcale zmian nie planuję, przynajmniej na razie. Dobrze się czuję patrząc na to wszystko, co przez lata udało mi się zgromadzić. Nie odczuwam specjalnej potrzeby kupna nowych rzeczy, no chyba, że jest to porcelana, albo....kwiatki...na nie straciłabym fortunę.

ikea, okiennica, salonpepco, ikea, jysk, salon, kuchnia,styl skandynawski, styl country


Nie lubię zmian


Nie lubię zmian, co nie znaczy, że mam problemy z wyjściem poza swoją strefę komfortu. Mój komfort, to właśnie mój dom, ludzie, zwierzęta i przedmioty, którymi się otaczam. Przywiązuję się bardzo do wszystkiego i wszystkich, a ponieważ wszystkie moje decyzje są przemyślane, w związku z czym tkwię w tym latami, czerpiąc taką samą radość jak na samym początku. Za każdym razem , kiedy staję przed domem, rozpiera mnie takie samo uczucie szczęścia jak na początku, za każdym razem kiedy otwieram drzwi do Chrabąszcza, myślę o nim z taką samą czułością, choć ze względu na jego lata, również z coraz większą obawą, za każdym razem kiedy patrzę na swoje dzieci rozlewa mi się ciepło po sercu i czuję dumę i myślę...o kurcze...to moje. No może to i egoistyczne, ale prawdziwe. Ładne dwie kobiety, tak bardzo do mnie podobne pod względem charakteru, a jednak tak bardzo różne, z całym mnóstwem wad i zalet. I tak sobie czasami myślę, słuchając o tych wspaniałych dzieciach, co to moi znajomi mają, że no fakt...czasami może te dzieci lepsze, może mniej mordate, może lepiej się uczyły, może nie są paskudnymi bałaganiarami, ale to co zdecydowanie wyróżnia moje dziewczyny, to fakt,że mają serca po właściwej stronie i na właściwym miejscu. No nie mogę tutaj tak ich chwalić, bo jeszcze przeczytają i dopiero będzie, a i tak już słucham...i co ty byś mamuś bez nas zrobiła... na co biegiem odpowiadam, że w końcu żyłabym w porządku a nie syfie...ale i tak każdy swoje wie.
Tak więc moi drodzy, mój dom nie uległ jakimś cudownym i drastycznym przemianom. No ale zacznijmy od początku.


Salon



W salonie zmiany są, a jakże...nawet większe, niż w pozostałej części domu.
Więc.....tadammmm.......znajdźcie dwie różnice, którymi różnią się te obrazki . I jak? Ktoś już widzi?
Otóż moi mili zmieniłam....kanapę. Hahaha...no tak, wiem, nie widzicie różnicy, a to tylko dlatego,że zmieniłam ją na dokładnie identyczną jak poprzednio, która była już mocno nadszarpnięta zębem Osła i czasu.. Długo szukałam, ale w końcu mi się udało i kupiłam, żeby nie powiedzieć odkupiłam taką samą. To tak a 'propos zmian, których nie lubię.



styl rustykalny, skandynawski, okiennica, poduszki,
kanapa, żyrandol ikea, lampa home you,okiennica, styl skandynawski


Dobrze to teraz będę już poważna. Nie lubię zmian, ale z drugiej strony nie lubię monotonii i po pewnym czasie, nawet najbardziej ładne wnętrza zaczynają mnie nudzić. Mój najprostszy sposób na zmianę otoczenia, tak aby wszystko wyglądało inaczej, to tkaniny i dodatki...W każdym pomieszczeniu odpowiednio dobrane, zdziałają cuda, a wnętrze po takiej metamorfozie wydaje się nabierać zupełnie nowego charakteru. Jestem sobą, nie ulegam chwilowym modom, staram się unikać rzeczy charakterystycznych dla danego trendu... pamiętacie post o domu i o tym, że miał wyglądać jak chleb, a nie jak tort, który bardzo mnie kusił? Nigdy nie sugerowałam się tym co jest obecnie modne, a co nie . Staram się inwestować w rzeczy ponadczasowe, takie które mogą się wpisać w każdy styl, za co między innymi kocham kolor biały. Meble mogą zmieniać ustawienia, wędrować po pokojach, zmieniać przeznaczenie...Nie wyrzucam, staram się naprawiać. Poniekąd jest to wynikiem mojej wielkiej wyobraźni oraz tego, że jakoś mi szkoda wyrzucić, no bo przecież po niewielkich zmianach jeszcze coś z tego można zrobić, jak również moich wielogodzinnych przemyśleń dotyczących zanieczyszczania świata i tego co z niego zostanie za x lat. Ale to już oczywiście temat na oddzielny post...długi post. Tak więc przy urządzaniu wnętrz bardzo dużą rolę u mnie odgrywa kolor. Obecnie jestem na etapie delikatnego odcienia niebieskiego, z dodatkami srebra, który to kolor miał  przywodzić na myśl styl hamptons, dokąd to nie trzeba było wyrzucić kolejnego dywanu z którym to rozprawił się Plaster. Teraz mam jakiś koc na podłodze, który miał być niby dywanem i do tego w odcieniach brązu. Jest szary, więc nijak mi nie pasuje, ale ma jedną zdecydowaną zaletę, ze wrzucam go do pralki co dwa, trzy dni, więc nawet śmierdzący Plaster mu nie straszny.
I to by chyba było na tyle jeśli chodzi o zmiany... zawisły ramki do obrazków, stolik z biura, wszedł na salony, doszedł kolejny, ten brązowy na wygiętych nóżkach, którym to ktoś wzgardził i wystawił za ogrodzenie...najpiękniejszy stolik pod słońcem. Plaster dalej okupuje dywan, dokładnie w tym samym miejscu, koty dalej leżą na kanapie....CONSTAS.

wyjaśnienia techniczne

Tradycyjnie chyba, już na samym końcu chciałam powiedzieć, że usunęłam już przeszło sto stron w komentarzach, ze spamem. Zaczęły powolutku pokazywać się Wasze komentarze, niestety nie mogę ich częściowo opublikować, jestem w trakcie rozkminiania o co kaman. Natomiast...UWAGA, UWAGA.... udało mi się odpisać na komentarze pod jednym postem, co prawda istnieje taka możliwość tylko z komórki, ale zawsze to coś. Mam nadzieję,że niedługo, uda mi się to jakoś ogarnąć kompleksowo, bo póki co, pisanie tutaj, to prawdziwa męczarnia. W każdym razie postępy czynię, nie wiem czy to mój mózg się rozruszał, czy może udało mi się poskromić bloggera, ale efekty są widoczne, chociażby w kwestii rozmieszczenia zdjęć i tekstu na stronie. Mam nadzieję,że jeszcze troszkę wytrzymacie, skoro tyle osób czekało na mnie sześć lat , to ta odrobina niedogodności Was nie zniechęci. W każdym razie chciałam wszystkim powiedzieć, że komentarze od Was widzę, czytam i bardzo za nie dziękuję. Sprawiają mi niezmiernie dużo radości, bo jak piszecie, to wiem ,że jeszcze tutaj niektórzy zaglądają. A ja obiecuję,że postaram się naprawić wszystko jak najszybciej. Do usłyszenia .

O podrózach słów kilka i o tym, dlaczego zwiedzając Petrę trzeba się zaopatrzyć w tony jedzenia i butelki z wodą.

środa, maja 15, 2019

O podrózach słów kilka i o tym, dlaczego zwiedzając Petrę trzeba się zaopatrzyć w tony jedzenia i butelki z wodą.


Jak wiecie kocham podróże, nie powiem, że jak większość ludzi, bo jednak moje podróże i sposób w jaki spędzam wolny czas, niejednemu mojemu znajomemu spędza sen z powiek i mówi… wiesz co, bardzo cię lubię, ale już nigdy więcej z tobą nie wyjadę, no chyba, że do spa. No nie da się ukryć, że nie mam umiaru w niczym. Nie jestem absolutnie typem wylegującym się nad basenem, popijąjącym drinki z palemką pod parasolem plażowym. Moje podróże to tysiące przemierzonych kilometrów, miliony zużytych plastrów na odciski, to wieczny zachwyt nad wszystkim i pragnienie zobaczenia wszystkiego …bo przecież już tu nigdy nie wrócę, a tyle rzeczy trzeba jeszcze zobaczyć..I tym sposobem wstaję bladym świtem,a wracam do hotelu późno w nocy, by od rana powtórzyć wszystko od początku. Mało kto jest w stanie wytrzymać intensywność moich wyjazdów, stąd też mam niemały problem z doborem towarzystwa do podróży. Pan K wydawał się to wszystko nieźle wytrzymywać, nie mam pojęcia czy to z miłości do podróży, czy do mnie … grunt,że dawał radę i nawet zaryzykuję stwierdzenie, że mu się podobało. Wyjeżdżam, jak tylko mam taką możliwość, jak tylko uda mi się wyrwać parę dni urlopu, jak odłożę parę groszy, albo i nie…bo przecież w domu też jeść trzeba. Podróże są niskobudżetowe i choć na nadmiar gotówki nie cierpię, to jednak w tym wszystkim nie o to chodzi. Pamiętam pierwsze wakacje ze znajomymi. To była istna męczarnia zarówno dla nich, jak i dla mnie. No sorry, nie widzę powodów, dla których mam wyjeżdżać tysiące kilometrów, tylko po to żeby cały dzień moczyć tyłek w basenie, całymi dniami chodzić na rauszu, albo następnego dnia zdychać na kacu. Samodzielne życie zaczęłam bardzo wcześnie, mając 18 lat mieszkałam już sama… gdybym miała się ochotę nastukać, to spokojnie mogłabym to robić w domu i nie musiałam w związku z tym przemierzać pół świata.




Tak więc jako istota młoda, poszłam na kompromis i letnie wakacje spędzaliśmy zawsze sami, w gronie rodzinnym, natomiast na ferie zimowe jeździliśmy ze znajomymi, no bo na narty to nawet po całonocnej bibie się chodziło i większych problemów nikt z tym nie miał.  Podróże zawsze planuję sama,zaczyna się od miejsc w okolicy , które chciałabym zobaczyć, poprzez ceny, zniżki, menu restauracji w których mam zamiar być, wejściówki, ceny taksówek, generalnie wszystkiego co wiąże się z wydaniem jakiejkolwiek gotówki. Nie lubię być zaskakiwana i nie lubię przekraczać zaplanowanego budżetu. Jeszcze nigdy w życiu nie wyjechałam z biurem podróży, nigdy nie wykupuję też posiłków, które ograniczają mnie czasowo. Jeśli są to dłuższe wyjazdy, wtedy z reguły zmieniam miejsce zamieszkania codziennie, jeśli krótkie,  jedno lub dwudniowe, to ograniczam się do zwiedzania konkretnego miejsca i jego okolic. Nie było tych podróży bardzo dużo, ale jednak trochę zobaczyłam. Ponieważ ten rok spędzam w domu, z Księciuniem u boku i nic nie wskazuje nawet na to, żeby udało mi się wyjechać choć na dwa dni na działkę, więc postaram się podzielić z Wami hahaha …wspomnieniami. A tak zupełnie poważnie, to niejednokrotnie ludzie pytają mnie jak co załatwić, kiedy jechać, co zobaczyć i jak ja to robię za takie pieniądze. Sama zresztą również wertuję internet w poszukiwaniu ciekawych miejsc, cen, czy tego co po prostu warto zobaczyć, więc myślę, że takie podpowiedzi mogą się przydać, nawet o ile nie zostaną wykorzystane w całości, to jednak warto wiedzieć, co ciekawego można zobaczyć, gdzie i jak. Jak chyba każdy, kto kocha podróże, mam swoją listę miejsc do których za wszelką cenę chcę dotrzeć.








































Pierwszą podróż, którą odbyliśmy oddzielnie tzn. bez znajomych, była podróż do Włoch. Znajomi wyjechali z bardzo znanym w tamtych czasach biurem podróży. Umówiliśmy się na wspólne spotkanie na Etnie. Czas wyjazdu to 2 tygodnie. Koszt my zapłaciliśmy za 4 osoby ( 2 dorosłych i 2 dzieci) 8.000 zł, oni za 2 osoby dorosłe 9.700 zł. To tak w bardzo dużym skrócie. My przejechaliśmy całe wybrzeże Włoch, łącznie z Sycylią, parokrotnie w celu zobaczenia czegoś łał wbijając się w głąb lądu, odwiedzając mnóstwo pięknych i ciekawych miejsc, będąc w parku na Safari, bawiąc się w parkach rozrywki, a po drodze zaliczając Wiedeń, Budapeszt, dwudniowy pobyt nad Balatonem, Ljubljanę na Słowenii, oraz dla miłośników Sagi Ludzi Lodu, Postojną Jamę, w której ukrył się Tengel Zły. A znajomi… wywieźli ich nad morze tyreńskie, do którego niestety nie mieli jak wejść, bo fale były ogromne, a wybrzeże bardzo skaliste, posiedzieć też tam nie mogli, bo obok jedynego miejsca gdzie dało się dojść do morza stał kontener, do którego rybacy wrzucali resztki wypatroszonych ryb, których hmmm … zapaszek, wraz z morską bryzą docierał nawet do hotelu. Wracając z Sycylii zatrzymaliśmy się w tym hotelu na jedną noc, mocno nadwyrężając nasz budżet. Wieczorem pojechaliśmy do pobliskiego miasteczka po zaopatrzenie. Po ulicy chodziły gangi i strach było patrzeć, co robią z samochodami, które stały obok, więc dla bezpieczeństwa Misiek został w aucie, a ja ze znajomym przemknęłam do sklepu. Wieczorem kąpaliśmy się w malutkim basenie i jedyny pozytyw tego wszystkiego, był taki,że moje dzieci po tygodniu życia bez telewizora obejrzały Pokemony….niestety po włosku. Tak … telewizja w hotelu była. Generalnie wyszło im dużo drożej, bo chcąc ruszyć się z tego zadupczyna, musieli wykupić dodatkowe wycieczki, niestety płatne i to wcale nie mało. Boziu … skroili ich nawet za wycieczkę na Etnę… chyba jedyne miejsce w całych Włoszech, które było darmowe… ba… był tam nawet jedyny, jaki udało nam się znaleźć w całych Włoszech, darmowy parking. Następnego dnia, bladym świtem pożegnaliśmy się bez żalu i wyruszyliśmy do Pompei. To tak w bardzo dużym skrócie, dlaczego podróżuję bez biur podróży. Oczywiście rozumiem ludzi, którzy wolą leżeć na plaży i czytać książkę, każdy ma swoje upodobania i spędza czas jak lubi. Ja…zdecydowanie wybieram wolność, nie wszystko chcę zobaczyć i nie wszystko mnie interesuje. Zdecydowanie bardziej cenię podróże pod względem widokowym. Krajobrazy i architektura jakoś bardziej do mnie przemawiają niż muzea i sztuka…, ja wiem ,że powinnam się tym zachwycać, ale jestem w tym temacie totalnym laikiem i szczerze mówiąc niektóre obrazy na Starówce w Warszawie, dużo bardziej mi się podobają, niż np. Mona Lisa, że o  Pablo Picasso nie wspomnę. No tylko nie krzyczcie na mnie, pamiętajcie, że każdy jest odrębną jednostką ludzką, ja może jakąś bardziej tępawą po prostu.  Ale nie zdzierżę jeśli coś chcę zobaczyć, a jakiś przewodnik każe mi iść dalej i pędzi ludzi jak stado owiec.



To,że moje podróże są niskobudżetowe, to nie znaczy, że nie bywam tam gdzie chcę. Potrafię kupić mnóstwo rzeczy taniej, aby zobaczyć czy też pójść do najlepszej restauracji albo wejść do upragnionego miejsca, za które muszę słono zapłacić. Tak naprawdę największe oszczędności mam na biletach lotniczych i hotelach. To nie znaczy,że nocuję w jakiś podłych warunkach, brudzie i syfie…no co to, to nie. Mało tego, moje miejscówki są zawsze w rewelacyjnych punktach, tylko często nie są pięciogwiazdkowymi hotelami, a malutkimi pensjonatami, bądź też szumnie zwanymi apartamentami. Jeśli jadę samochodem w grę wchodzą tylko i wyłącznie namioty, które kocham i uwielbiam. Jeśli mam możliwość wyboru zamknięcia mnie w czterech ścianach, a bycia cały dzień na dworze, do tego bardzo często z cudownym widokiem na wyciągnięcie ręki, to nie zastanawiam się ani minuty, w domu to mogę posiedzieć u siebie i też ładnie mam, no przynajmniej mnie się podoba.

A więc jak tanio podróżować po świecie? To nie my wybieramy miejsce, a miejsce wybiera nas. Jeśli mamy rozległe plany, to i tak z dużym prawdopodobieństwem znajduje się na naszej liście, więc nie ma różnicy czy pojedziemy tam teraz czy może za rok lub dwa … przecież i tak chcemy je zobaczyć, więc nie musimy jechać w konkretnym terminie. To samo niestety, co już dla większości może być pewnym utrudnieniem, stanowi termin. Szukamy…znajdujemy…jedziemy.. i tutaj ludzie pracujący w korporacjach, gdzie urlopy są planowane z dużym wyprzedzeniem, często są przegrani na starcie. Zdarzało mi się kupić bilety parę miesięcy do przodu, ale bywało i tak ,że trafiło się coś za tydzień lub dwa tygodnie. I jeśli nie możemy w tym czasie wziąć paru dni wolnego, tracimy okazję. Pozostaje wierzyć, że tą stratę, wynagradzają nam zarobki, więc nie musimy przejmować się cenami biletów, choć ja z założenia nie znoszę przepłacać, w momencie kiedy mam świadomość, że mogę coś kupić dużo taniej.










































I właśnie tym sposobem do Budapesztu w dwie strony pojechaliśmy wygodnie Polskim Busem za całe 39 zł.,ale już za lemoniadę podawaną wedle dawnej receptury w New York Cafe, uznawanej za jedną z najpiękniejszych i najwytworniejszych kawiarni na świecie, zapłaciłam dużo więcej niż cena podróży w obie strony. Do Pragi koszt był jeszcze niższy, zaś do Gdańska lecieliśmy samolotem, co prawda na jeden dzień, ale za to za 9 zł od osoby… szczerze mówiąc wsiobus do Warszawy w tą i z powrotem kosztował mnie więcej, a mam jedynie 6 km. Za Jordanię zapłaciłam 316 zł od osoby … czyli po 158 zł w jedną stronę… -taksówka z lotniska w Modlinie do Warszawy kosztuje podobnie, a i tak wyszło drogo, bo w momencie kiedy wisieliśmy na telefonie ustalając czy damy radę urlop w tym czasie wspólnie wziąć, ceny biletów wzrastały z minuty na minutę. I tutaj mówię o wszystkich opłatach , a nie tylko o cenie biletu… a wiadomo… dochodzi bagaż, jakieś pierwszeństwo wejścia na pokład, wykup miejsc, opłaty lotniskowe itd. Izrael wyszedł jeszcze taniej. Nie chcę Was teraz zanudzać cenami, może napiszę o tym już przy konkretnym poście, ale to fakt niezaprzeczalny, że świat można zwiedzać za tzw. psie pieniądze. Nie biorę nigdy bagażu rejestrowanego, nawet na dwa tygodnie bagaż podręczny musi mi wystarczyć i nie mam naprawdę żadnego problemu, żeby spakować ubrania na każdy dzień i na różne okazje.Wiadomo, że nie pójdę w dżinsach do eleganckiej restauracji czy też muzeum, dlatego zawsze mam ze sobą oprócz ubrań sportowych, również szpilki i sukienki. Wszystko jest tak naprawdę kwestią dobrej organizacji i umiejętności pakowania, a w tym jestem po prostu, bez przechwalania się, miszczuniu! Po powrocie i tak zawsze się okazuje,że paru ubrań nawet na siebie nie włożyłam i że spokojnie mogłabym zabrać jeszcze mniej. Z takich bardzo ogólnych rzeczy, warto może jeszcze dodać,że tam gdzie jest naprawdę ciepło jeżdżę w listopadzie i w grudniu, czyli w tzw. niskich sezonach, co daje zdecydowaną przewagę cenową, ale niesie ze sobą również niewielkie ryzyko brzydkiej pogody, choć tak naprawdę wiele zależy od miejsca. Jak dla mnie zwiedzanie przy 20 / 25* jest optymalne, wyższe temperatury nie zachęcają jakoś specjalnie do  dłuższego chodzenia. Oprócz cen i zdecydowanie lepszych do funkcjonowania temperatur, zimowe miesiące mają zdecydowanie tą zaletę, że jest o wiele mniej ludzi. Nie ma tłumów, więc można faktycznie coś zobaczyć, a na szlakach chodzi się podziwiając widoki, a nie cudze tyłki, tak jak to ostatnio miałam okazję oglądać, przy wejściu w lipcu na Gubałówkę. Jeśli chodzi o jazdę autokarami, samochodami, samolotami, statkami czy czym tam jeszcze się podróżuje, to jak widzicie na zdjęciach, jestem mało wymagająca. Usypiam zawsze, wszędzie i w każdej pozycji, w związku z tym staramy się podróżować po nocach, tak aby nie tracić nic z kolejnego dnia. Często bezpośrednio po podróży jechałam z lotniska czy też z dworca prosto do pracy.




Szczerze mówiąc chciałam w jednym poście napisać dużo więcej, a przynajmniej taki był zamysł, żeby o Petrze tu jeszcze napisać i o tym dlaczego trzeba taszczyć to wszystko ze sobą, no ale wstęp…jakoś się wydłużył, więc chyba napiszę rozwinięcie innym razem. Jak część osób pewnie już wie, posiadam również profil na IG. Za każdym razem kiedy dodaję zdjęcie, bardzo blokuje mnie… opis, który powinnam dodać. Czytam te swoje żałosne wypociny i litość mnie normalnie ogarnia, bo ja nie umiem tam napisać nic … miłego dnia Kochani, dobranoc Kochani, pada deszcz lub nie pada…i chyba powinnam się do tego ograniczyć, bo nawet jak pada deszcz, to ja od razu mam tysiące przemyśleń i od razu chciałabym dodać mnóstwo rzeczy na temat tego deszczu, że powinien padać, bądź też nie, że ogród, że zwierzęta ,że susza i globalne ocieplenie, że rośliny mi usychają, a jak usychają no to mamy problem, bo podlewać nie mogę i że w taką suszę to nawet ja bym zaczęła podlewać, czego nigdy nie robiłam, no ale teraz to bym zrobiła, żeby nie uschło, a nie mogę bo woda ze studni mi ucieka i dla nas ledwo starcza, no a jak jej brakuje, to z kolei w domu jest też problem..i tu pewnie zaczęłabym opisać o ciężkim życiu bez wody …a tam nie ma miejsca! Masakra jakaś, czytam opisy ludzi pod innymi zdjęciami i zastanawiam się jak oni to wszystko potrafią sprytnie ująć w paru zdaniach i że sens to ma i logika jakaś w tym jest…i wiecie co…czuję się jak imbecyl. Bo ja muszę z siebie wypluć tysiące słów, często sama zapominając o tym co chciałam na początku powiedzieć, bo przecież wątki poboczne są tak ważne, że w rezultacie zapominam o meritum sprawy… I cóż mogę powiedzieć więcej, oprócz tego,że się nie zmienię, że dużo gadam o wszystkim i na każdy temat. No może jeszcze zdradzę wam w tajemnicy,że im jestem starsza, tym zdecydowanie mniej mówię, więc można by powiedzieć,że dzisiejszy wstęp do postu, jest zdecydowanie krótszy, niż byłby kiedyś. Progres Kochani, miejmy nadzieję,że za parę lat będzie jeszcze lepiej.

Poza tym w dalszym ciągu mam potworny problem z blogiem. Pomijając ilość spamu, znikają mi Wasze komentarze, czasami jest tak,że widzę na komórce, wchodzę i nie ma już nic... oczywiście oprócz spamu. Mało tego, opublikowałam pod poprzednim postem parę komentarzy i ...zniknęły...już ich nie ma. Nie mogę sobie poradzić z dodawaniem zdjęć, wychodzi fatalnie, nierówno,nie mogę zmienić miejsca rozmieszczenia, a całą resztę postów na blogu po prostu delikatnie mówiąc mi rozwaliło, tak że wygląda to masakrycznie. Dzisiaj cały boczny pasek przerzuciło mi na sam dół...chyba się zestarzałam, bo naprawdę brakuje mi już cierpliwości. Dzieją się tutaj tak dziwne rzeczy,że zastanawiam się czy przypadkiem znowu ktoś mi się nie włamuje. Jeśli ktoś miał podobnie i jakoś sobie z tym poradził, bardzo proszę o kontakt...dzisiaj ze złości o mało już nie skasowałam wszystkiego.
Miałam zamiar publikować posty w miarę regularnie, ale to co się dzieje, ilość czasu jaki poświęciłam, żeby umieścić zdjęcia ...to mnie przerasta.
Pomimo wszystko życzę Wam cudownego dnia.


Copyright © Utkane z marzeń , Blogger