Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polska. Pokaż wszystkie posty
Cały czas jestem …

piątek, listopada 16, 2018

Cały czas jestem …

           Witajcie kochani ponownie.. jestem znowu. Trochę mi to zajęło czasu, ale tym razem powiem,że poniekąd jest to Wasza wina;). Czytałam Wasze komentarze… setki komentarzy… i powiem szczerze, że nie byłam w stanie opanować wzruszenia. Pomimo mojej pozornej wylewności i otwartości, jestem osobą skrzętnie skrywającą swoje uczucia, osobą która właściwie nigdy nie pokazuje na zewnątrz, co tak naprawdę czuje. Życie od najwcześniejszych lat, dało mi ostrą lekcję. Nauczyło mnie,żeby nigdy nie mówić co się czuje, nie pokazywać co boli, żeby pod maską obojętności skrywać to co najważniejsze, bo tylko wtedy ktoś nie będzie wiedział jak mnie skrzywdzić. Łzy zamieniłam na śmiech już dawno temu, to co bolało, obracałam w żart. Musiałam być jednocześnie i ojcem i matką. To ja byłam zawsze ta zła, to ja wymagałam, to ja kazałam się uczyć i sprzątać. Ktoś przecież musiał. Moje dzieci , jak narozrabiały albo dostały dwóję , to mówiły ojcu ,żeby powiedział mamie, bo …no właśnie …, bo matka wymagała. Pamiętam jak Nurka była mała i chciała,żeby na noc została u niej koleżanka… ja oczywiście nie miałam nic przeciwko temu, więc powiedziały jej mamie i ona oczywiście się zgodziła. Pamiętam również zdziwienie na twarzy mojego dziecka, w momencie kiedy się dowiedziała,że muszą się taty koleżanki jeszcze spytać. Pamiętam wyraz bezgranicznego zdumienia, kiedy powiedziała… ale po co chcesz taty pytać? Przecież mama pozwoliła, a to mama rządzi…  Pamiętam również jak uświadomiłam sobie, że w oczach moich dzieci, to ja jestem ta zła i jak to bardzo bolało. Ale dzieciom nie można wytłumaczyć, że w życiu potrzebne są nakazy i zakazy, że gdyby nie one to marnie by skończyły, że ktoś musi wymagać, aby ktoś inny mógł umywać od tego ręce. Tak więc musiałam wymagać, żeby za jakiś czas przytulić , musiałam być zła, żeby później stwierdziły, że jestem najlepszą matką na świecie. Obie te role są bardzo trudne do pogodzenia i czasami sama czułam się jak hipokryta. Serce mówiło tak, ale rozum kategorycznie zabraniał. A cały ten wcześniejszy wywód, służył jedynie temu,żeby pokazać ,że kiedyś to ja i owszem, ze wszystkim sobie dawałam radę, że byłam twarda, hmmm, żeby nie powiedzieć,że wręcz niezniszczalna, a dzisiaj…no właśnie…
IMG_9931-01
IMG_9844-01

Ostatni okres w moim życiu pokazał, że jestem wręcz mistrzem i wypracowałam do perfekcji ukrywanie emocji, gdyż ludzie, którzy znają mnie najlepiej, przenigdy nie przypuszczaliby, że jest we mnie tak wiele ludzkich uczuć, tak wiele skrzętnie skrywanych emocji, tak wiele bólu. Widząc mój stan, czasami podobny do katatonii, nie mogli wyjść ze zdumienia… no bo jak to tak ? Przecież jest taka zimna, opanowana, jeśli kogokolwiek kocha to tylko zwierzęta. Tak kochani, cynizm to moje drugie imię, a Królową Lodu nazywana byłam notorycznie. Czytając komentarze, pisząc z Wami na messengerze, odpowiadając na maile, nie byłam w stanie opanować łez. Myślałam, że mój powrót przyjdzie niezauważalnie, po cichutku i że powolutku to się jakoś może rozkręci, bądź też umrze śmiercią naturalną, no bo przecież ponoć nie można dwa razy zapalić tej samej zapałki. Tak więc w momencie kiedy siadałam przed laptopem,żeby napisać post, rozklejałam się ponownie i nie byłam już w stanie sklecić nic sensownego. Ostatnio koleżanka się mnie spytała, czy jeśli tyle ludzi tak za mną tęskni, to czy mnie to coś daje? Czy czerpię z tego też siłę, energię? Kiedyś było mi bardzo, bardzo głupio jak pisaliście o mnie te wszystkie cudowności. Pamiętam pierwsze komentarze gdy doszukiwałam się w tym ironii, kolejne... były dla mnie totalnym zaskoczeniem. Czułam że absolutnie sobie na nie, nie zasługuję, no bo przecież ja zupełnie nic nie robiłam... po prostu taka byłam. Nie wymagało to ode mnie najmniejszego wysiłku. Nad czym tu się tak roztkliwiać, skoro każda kobieta funkcjonuje tak samo? Baaa … tysiące moich blogowych koleżanek robi naprawdę przeróżne cudowności i mój super wypasiony zajączek, czy narzuta która rodziła się w bólach, albo obrus który nijak nie chciał mieć prostych szwów pomimo moich starań, to przy ich wyczynach po prostu nic nie znaczyło, wiec było mi jeszcze bardziej niezręcznie. Dziewczyny pięknie szyją, haftują i cholera wszystko im proste wychodzi, piękne i dopracowane. A ja przecież nie robiłam takich pięknych rzeczy, nie pisałam o niczym szczególnym, ot codzienne zwyczajne życie, mało tego.. jak czytałam ile czasu wymaga przygotowanie takiego postu, to było mi niezmiernie głupio.. ja te swoje elaboraty wypluwałam jednym tchem i zajmowało mi to naprawdę niewiele czasu. Zdjęcia? Aż wstyd przyznać, ale robię dokładnie tak samo...pstryk, pstryk , pstryk...i gotowe. I wierzcie mi naprawdę czułam się bardzo niekomfortowo czytając te wszystkie achy i ochy...aż do dnia kiedy moje życie zmieniło się o 180 stopni. W momencie kiedy leżałam w sypialni i patrzyłam na ręcznik, który zsunął się z krzesła, a ja od trzech tygodni nie byłam go w stanie podnieść, kiedy siedziałam na kanapie, wpatrzona tępo w jeden punkt, obserwując z niesmakiem jak mój dom zamienia się w chlew, jak każdy nowy dzień miał być nowym początkiem i jak każdego wieczoru obiecywałam sobie...jutro...dzisiaj jeszcze nie dam rady i tak było tygodniami, jak w końcu zebrałam siły żeby pomalować salon i trwało to cały tydzień... Wtedy zrozumiałam ,że faktycznie kiedyś działam z prędkością światła, że dokonywałam po prostu rzeczy niemożliwych i bardzo zatęskniłam za dawną sobą.  Dzisiaj, nie mam pojęcia jak ja to wszystko robiłam, jak byłam w stanie ogarnąć pracę zarobkową, rodzinę, porządek, gotowanie, przetwory w domu i jak jeszcze miałam zawsze wolny czas,żeby spotkać się ze znajomymi. Nie mam pojęcia skąd było we mnie tyle siły, energii życiowej, a przede wszystkim chęci. I wtedy przestały mnie, aż tak dziwić Wasze komentarze.Wtedy byłam w stanie zrozumieć,że może nie dla wszystkich to co robiłam , było tak oczywiste jak dla mnie. Wszystko w życiu bardzo dogłębnie analizuję, więc po pytaniu koleżanki, doszłam do wniosku, że tak, że bardzo były mi potrzebne te komentarze. Szczególnie pod ostatnim postem, że w życiu nie sądziłam, iż otrzymam tyle wsparcia, dobroci , tyle pozytywnej energii, że dzięki temu stanęłam w jakimś sensie znowu na nogi, że zaczęłam powoli ogarniać chlew w domu, no bo przecież chcecie nowe zdjęcia, że wróciłam tutaj....i poczułam się tak, jakbym wróciła do starych znajomych, a nie obcych ludzi. Po przeczytaniu komentarzy, wróciła mi wiara w ludzi, wiara w drugiego człowieka, w bezinteresowność i dobroć. Więc jeszcze raz bardzo dziękuję, że jesteście, że pomimo tego,że ja zawiodłam, Wy nie zawiedliście. To wspaniałe uczucie... uczucie bycia potrzebnym.
IMG_9689-01IMG_9665-01

W momencie kiedy moje życie się zmieniło.... bardzo długo to analizowałam, wbrew temu co się działo i na przekór wszystkiemu, gdzieś jeszcze we mnie tliła się iskierka dawnej mnie... malutki, wątły promyczek, który usiłuje mnie naprowadzić na właściwe, tak bardzo przecież mi dobrze znane tory. Dzisiaj nie lubię siebie, między Bogiem, a prawdą myślę, że niewiele z Was by mnie obecnie polubiło. Stałam się jakaś taka... miękka, rozmyta, mało wyrazista..przepełniona po brzegi pesymizmem i czarnymi myślami. Ale ten okres mam już powolutku za sobą, walczę, staram się, choć często z bardzo mizernym skutkiem. Z założenia nigdy się nie poddaję, więc ostatnio, pomimo mojego stanu ostrego hmmm...debilizmu, też jednak starałam się utrzymać jakoś na powierzchni, a praca jaką włożyłam w to,żeby powrócić znowu do świata żywych była wręcz heroiczna, więc jednak nie było ze mną tak źle. I staram się dalej jak mogę, choć wszechświat usiłuje mi rzucić kolejne kłody pod nogi. Długo nie pisałam, ale potrzebowałam trochę odpoczynku od siebie, od czarnych myśli, od domu....ciszy, spokoju, wytchnienia. Potrzebowałam czasu na ułożenie sobie wszystkiego w głowie, na ułożenie kolejnego planu na życie. Pomijając fakt, że to poniekąd Wasza wina, że nie pisałam, to wyjechałam i troszkę mnie nie było. Widziałam piękne łąki, pola,morze, jeziora... i wrócił spokój i wytyczyłam nowe plany i generalnie wszystko powinno się zacząć układać.
IMG_9934-01IMG_9943-01
Generalnie powinno, ale doszła......MENOPAUZA. O matko jedyna, cóż to za twór okropny i podły i dlaczego kobiety tak muszą cierpieć przez całe życie ?!!! Śmiech, za chwilę płacz… Boziu… toć to nie ja !!! Ja nie polaczę!!! Zimno, za chwilę gorąco….zrywam z siebie wszystko, tylko po to,żeby za sekundę telepać się z zimna i szczękając zębami z powrotem wkładać na siebie to wszystko, co właśnie wylądowało na ziemi!!! Dzieci swe własne kocham bardzo, ale teraz co i rusz, mam ochotę je ubić z pełnym okrucieństwem ,najchętniej zostałabym dzieciobójcą!!! Roztkliwiam się nad najmniejszą pierdołą, tylko po to ,żeby pięć minut później dojść do wniosku, że to nie ma żadnego znaczenia. Gadam jak nakręcona, a po pewnym czasie każdy odgłos powoduje,że czuję się jak strzępek nerwów !!!
IMG_9649-01IMG_9952-01
Jestem NIESTABILNA EMOCJONALNIE !!! To jakiś koszmar !!! Może to nie była depresja ,a okres okołomenopauzalny spowodował te okropne samopoczucie !!! Po mentalnym zbadaniu własnego organizmu oraz wystawieniu diagnozy, życie wydało mi się od razu piękniejsze, no bo przeca na deprechę, to latami się cierpi, a menopauzę, to ja szybciutko pokonam terapią hormonalną i z czapy będzie, a ja znowu będę się śmiała jak dawniej! Następnego dnia z samego rana byłam już u lekarza i robiłam badania. Z wynikami, pełna nadziei na lepsze jutro wkroczyłam do gabinetu. A muszę Wam powiedzieć, że od jakiegoś czasu, to lekarze mnie wręcz pokochali,jacyś mili są, sympatyczni, skierowania nawet na badania laboratoryjne sami z siebie, bez żadnego proszenia mi dają… tak więc po miłym przywitaniu, wręczyłam lekarzowi wyniki , jednocześnie oznajmiając ,że pomóc mi trzeba, bo menopauzę przechodzę, w wieku odpowiednim, jak przystało na statystyczną polkę, więc o pomyłce nie może być mowy! Pan doktor wyniki przejrzał i za głowę się złapał..mrucząc przy tym…niesamowite, no nie wierzę po prostu,że Pani sama dała radę tu przyjść. No ,że oni nie wierzą w to co widzą, to do tego jak wiecie jestem przyzwyczajona, ale nie da się ukryć,że psychicznie i fizycznie to ja aktualnie katusze przeżywam okrutne.
- Ma Pani bardzo złe wyniki, to niesamowite, że Pani daje radę w ogóle funkcjonować. 
- A gdzie tam daję! Właśnie nie daję i dlatego przyszłam. Ta menopauza mnie wykończy, da Pan doktor wiarę, że ja głupia myślałam,   że mam depresję!
- Jest Pani gorąco ?
- I to jak!  W nocy mało nie umrę. W sypialni zimno, kaloryferów nie odpalam, a śpię…błąd…ja prawie nie śpię…na kołdrze, a i tak zalewają mnie siódme poty. Wszystko wyczytałam! W menopauzie tak jest! I te zmiany nastrojów! Istna jazda po bandzie! Wie Pan,aż mi wstyd, ja zawsze byłam bardzo hmmmm… no taka wyważona, a teraz siebie nie poznaję, koszmar!
- Musi mieć pani okropne bóle mięśniowe… patrzy na mnie zdziwiony, zupełnie jakby kosmitę widział, a nie kobietę w kwiecie wieku, co to menopauzę przechodzi.
- No mam, ale do tego to jestem przyzwyczajona, to wszystko przez brak tarczycy i bardzo niskie TSH … odpowiadam natychmiast, no bo przecież objawy to ja dobrze znam.
- Arytmię Pani ma…
- Pan Doktor to wróżka, czy jak? Mam od 10 lat, to też podobno od tarczycy…
- Widzę,że wszystkie objawy Pani sobie bardzo dobrze wyjaśniła.
- Dokładnie! Wszystko pasuje! Menopauza jak nic! Objawy książkowe!
- Kobieto !!!
- Boski Diable … - dokończyłam natychmiast, mając oczywiście na myśli zbiór wierszy Norwida,Mickiewicza i innych poetów, który to u mnie od lat na półce w bibliotece stoi.
Pan Doktor spojrzał na mnie spode łba – Diable…z pewnością.
O boskości nic nie wspomniał, więc obstawiam,że chyba się jej we mnie nijak nie doszukał. W sumie ciężko go nawet w obecnej chwili za to winić, więc przeszłam nad tym do porządku dziennego, dumna z postawionej przez siebie diagnozy, dokąd to Pan Doktor z błędu mnie nie wyprowadził.

IMG_9635-01IMG_9904-01Okazało się,że to fatalne wyniki TSH i że wszystkie objawy są najprawdopodobniej od tego i że już bardzo złe wyniki miałam w zeszłym roku (no szkoda,że nikt mi nie powiedział, wtedy może nie czułabym się tyle czasu jak ćwierćinteligent). A niewykluczone, że weszłam również w okres przekwitania, co niestety tylko może potęgować te wszystkie objawy, no i niewykluczone,że depresja też jest, co dobiło mnie jeszcze bardziej. Ale po przeanalizowaniu doszłam do genialnych wniosków, że po zmniejszeniu dawki lekarstw mój stan i tak ulegnie znacznej poprawie , a zawsze istnieje iskierka nadziei, że menopauza u mnie będzie przebiegać bezobjawowo i że tak naprawdę, jeśli te wszystkie objawy są od tarczycy, to jeśli znikną, to z całą resztą z pewnością już sobie poradzę.
Od tygodnia przyjmuję zdecydowanie niższą dawkę leków niż dotychczas, ale na ewentualną poprawę i tak trzeba czekać ok. 6 tygodni, mam jednak nadzieję,że z dnia na dzień będę się czuła lepiej. Cały czas układam plany, próbuję wszystko uporządkować, bo bałagan, którego tak bardzo nie cierpię mam wszędzie, poczynając od życia własnego, poprzez dom, pracę, komputer, blog, sprawy urzędowe, wizyty lekarskie itd. Zdjęć domu przez ten czas właściwie nie robiłam, więc ponieważ wspomniałam o wyjeździe, dodałam jeszcze trochę fotek z podróży, która dała mi trochę wytchnienia i oderwania od szarej rzeczywistości. Poza tym moje zdjęcia można znaleźć jeszcze na instagramie, gdzie Was serdecznie zapraszam. Dodałam z boku, na pasku ikonki do dwóch kont, gdzie jest troszkę zdjęć z ostatniego roku, wystarczy tylko kliknąć i już jesteście w moim świecie. Blog powoli też przechodzi metamorfozę, żeby nie wyglądał jak sprzed ćwierćwiecza. Upływ czasu zrobił swoje i ciężko mi jest się odnaleźć w internetowych nowinkach. Ale jak widzicie próbuję i mam nadzieję,że każdemu wszystko dobrze się wyświetla. Trochę się poprzedni szablon rozjechał, ale powolutku postaram się wszystko poprawić.
Mam nadzieję,że nie zanudziłam Was tym przydługim jak zwykle wywodem. Mam również nadzieję,że jest w tym wszystkim jakiś sens i da się odszyfrować co autor miał na myśli, bo nie ukrywam,że ten post pisałam na raty, przez parę tygodni...to był za smutny...i nie opublikowałam, to znowu jak weszłam kolejny raz, okazało się,że miałam dobry humor i wszystko prawie zmieniłam, żebyście tych smętów czytać nie musieli, następnym razem jak podjęłam wyzwanie pisania, humor trochę siadł , więc musiałam znowu to jakoś zmodyfikować...i tak niekończącą się ilość razy. Dzisiaj doszłam do wniosku,że jeśli tego nie zrobię, to znowu nic z bloga nie wyjdzie...więc publikuję. Trudno...co ma być to będzie. 
Trzymajcie za mnie kciuki. Mam nadzieję, że do usłyszenia niebawem.
Powroty są trudne

środa, sierpnia 01, 2018

Powroty są trudne

Witajcie po długiej, bardzo długiej przerwie. Ile to lat już minęło? Pięć, a może więcej..Tak, na świecie była już Tośka, więc pewnie coś około sześciu.... w sumie wystarczyłoby sprawdzić, ale tajne dane posiadam w laptopie, którego nie chce mi się w tej chwili odpalać. Piszę sobie na kartce, ot tak, tradycyjnie, jak kiedyś. Co sprawiło,że po Nią sięgnęłam? Chwila? Impuls? Poczucie pustki? Z pewnością któraś z tych rzeczy, a może nawet wszystkie jednocześnie. Pamiętacie jak to ze mną i z blogiem było na początku? Tępy człek ze mnie był, nie wyznający się absolutnie na internecie. Myślałam, że piszę dla siebie, dla potomnych, że dokąd nie podam komuś adresu, to nikt się nie dowie. Teraz było podobnie. Piszę do siebie, a jednak do Was. Czy zdecyduję się to opublikować? Przepisać? Jeszcze nie wiem, a przynajmniej nie wiedziałam do tej pory. Teraz już wiem,że nie zostałam niezauważona. Wczoraj zmieniłam pierwszy raz od siedmiu lat chyba, zdjęcie profilowe na FB. Ilość komentarzy, polubień ,e maili, wiadomości na messengerze jakie dostałam wręcz mnie poraziła. Chciałam Wam za to bardzo podziękować. Za miłe słowa, za radość, za uśmiech na Waszych twarzach, za wsparcie,które teraz jest mi niezwykle potrzebne, zarówno z przyczyn osobistych, jak i tych blogowych,za to że jesteście, że czekaliście, a przede wszystkim za to,że choć minęło tyle lat, to mówicie,że o mnie nie da się zapomnieć, że jestem jedyna w swoim rodzaju. Dziękuję za to że przyjęliście mnie z powrotem. Dziękuję za rozmowy godzinami na messengerze, z ludźmi których nigdy nie widziałam, a których znam tak dobrze, z ludźmi, którzy znają mnie i moje życie. Powroty są zawsze trudne, wyzwalają strach, niepewność, poczucie winy...ale ktoś mądry kiedyś powiedział, że rezygnować z marzeń ze strachu przed porażką, to tak, jakby popełnić samobójstwo ze strachu przed śmiercią, a chwila , w której chcemy zrezygnować, zazwyczaj jest tym momentem, przed którym ma się wydarzyć cud.
Więc jestem, obiecałam, nie mam zamiaru zrezygnować. Czy będę tak płodna jak kiedyś- nie wiem. Nie wiem czy potrafię jeszcze pisać, minęło już tyle lat, że czasami czuję się jak analfabeta. Czy starczy mi czasu? Czy będę miała o czym pisać ? Staram się o tym nie myśleć, kiedyś było tak samo, a jednak jakoś dawałam radę. Ludzie, którzy pytali się mnie kiedyś o czym jest mój blog, byli bardzo zdziwieni, jak mówiłam,że nie wiem, że jest... o niczym. Bo jakby się tak nad tym zastanowić, to o czym on właściwie jest? O mnie, domu, moim życiu, zwierzętach, gotowaniu,przemyśleniach, dzieciach, jakiś pierdoletach, które robiłam...moje zainteresowania były tak rozległe, że ciężko było mi sprecyzować. A słowa? Wypływały z moich ust z prędkością karabinu maszynowego. Tak mówię i tak piszę. Ludzie, którzy mnie nie znają, często gubią wątek, bo potrafię błyskawicznie przechodzić z tematu na temat, czasami nawet nie wypowiadając niektórych zdań, a jedynie myśląc. Wy byliście już do tego przyzwyczajeni, ale czas robi swoje, człowiek zapomina i niekiedy ciężko mu się odnaleźć. No nic, spróbujemy.
Moje życie zawsze było jak otwarta księga, co bynajmniej nie wynikało z chęci dzielenia się ze wszystkimi, wszystkim, a jedynie z mojej totalnej nieumiejętności kłamania. Czasami udawało mi się pewne rzeczy po prostu przemilczeć. Czasami, bo niestety z mojej twarzy można wyczytać wszystko- radość, miłość, żal, smutek, obrzydzenie. Nie umiem skrywać emocji, nie umiem udawać i kłamać, a w dzisiejszych czasach, wierzcie mi- to jest potworna ułomność i wada, przez którą niejednokrotnie cierpiałam. Choć mam takie myśli, pogrzebane gdzieś na samym dnie serca o których nie wie nikt. Takie myśli, że boję się ,że jak je wypowiem na głos, to się spełnią , bądź będzie właśnie na odwrót.Hmmm...tradycyjnie gadam i gadam, a właściwie piszę i piszę i sama już straciłam wątek. Z pewnością interesuje Was dlaczego przestałam pisać. No więc ( tak, tak, wiem..nie zaczyna się zdania od więc), a w ogóle co to za słowo |"więc", że niby od czego? Od więcej? W sumie nieistotne. Po prostu nie wiedziałam o czym. Widzieliście we mnie kobietę pełną radości i chęci do życia, wesołą, zaradną, silną, dawałam Wam nadzieję, wiarę na lepsze jutro, siłę napędową...żeby nie było, że ja tak sama o sobie, to wszystko Wasze słowa ( tutaj się śmieję, ale brak mi dwukropka na klawiaturze, więc nie mam jak wstawić emotikonka- musicie sobie wyobrazić ) I w pewnym momencie moje życie uległo drastycznym zmianom. Chcąc ratować to, czego i tak nie udało się naprawić, przestałam prowadzić firmę, dwa lata życia z karty kredytowej zrobiły swoje, popadłam w bardzo modną spiralę długów, a moje małżeństwo i tak rozpadło się po 23 latach, zaś dorastające dziecko dostarczało tak wielu wrażeń ,że zaczęło mnie to wszystko przerastać. Później , ktoś włamał się na mojego bloga i minęło sporo czasu nim udało się go odzyskać ponownie. Jednym słowem mój bezpieczny świat utkany z marzeń runął i się zawalił.I tak to się wszystko posypało...
W międzyczasie było raz lepiej raz gorzej. Przez 4 lata kochałam i byłam bardzo kochana. Dzisiaj jestem dokładnie w tym samym miejscu..znowu bez pracy,potwornie zraniona...liżę rany. Czasami zastanawiam się ile razy w życiu będę musiała zaczynać jeszcze wszystko od nowa, ale ponoć nie ma co narzekać,że się jest na samym dnie, skoro zmierzamy na szczyt. Tylko, że ja mam wrażenie,że nie jestem na dnie, a gdzieś głęboko pod mułem. Chwilowo jestem bardzo rozczarowana, czuję się oszukana i skrzywdzona, ale niestety jedyną złość jaką jestem w stanie odczuwać, to złość na samą siebie, za nastrój w jakim jestem,za zmarnowany miesiąc życia w którym nie potrafiłam się z niczego cieszyć. Ale twardo walczę, wytyczam nowe plany, dużo myślę i piszę, starając się przywrócić moje życie na właściwe tory, zamartwianie się nic nie zmieni, a życie ucieka w zastraszającym tempie, zaś każda sekunda przybliża nas do śmierci, szkoda więc czasu i trzeba żyć.Jednak ni cholery nie potrafię ogarnąć moim małym, kubusiowym rozumkiem sytuacji w której się obecnie znajduję. Wspomnienia nie pozwalają zrozumieć i zaakceptować tego co się stało. Czasami wolałabym ich nie mieć, ale to właśnie wspomnienia identyfikują nas jako indywidualne jednostki ludzkie, bez nich bylibyśmy jedynie pustą skorupą. Ostatnio czytałam, że co piąta osoba na świecie ma osobowość socjopaty i cholera mnie bierze ,że to nie mogę być akurat ja. Chwilami myślę,że dobrze by było nie wiedzieć co to empatia, obarczać innych za swoje zachowania i przewinienia, manipulować ludźmi dla osiągnięcia własnych korzyści, nie liczyć się z uczuciami innych i nie mieć przy tym poczucia winy- idealny człowiek na dzisiejsze czasy. A ja z socjopaty mam jedynie przyjemną powierzchowność, urok osobisty i inteligencję...no dobra, to żarcik taki był. Mam silny charakter, jestem twarda i choć czasami można mnie bardzo skrzywdzić, to i tak nie da się mnie złamać. W związku z tym twardo cieszę się, że słońce jak co dzień wstaje raniutko, że pomimo upałów jeszcze dycham, że mam jeszcze mnóstwo rzeczy tych materialnych i niematerialnych, których nie straciłam, że mogę czuć i mieć w sobie ludzkie uczucia, że Ryśka , największy koci śpioch w rodzinie, wstaje mimo wszystko razem ze mną o czwartej rano i pijemy sobie na tarasie poranną, a może nocną jeszcze kawę, że później niebo daje wspaniały spektakl kolorów, poczynając od różu przez złocienie po granat, aż zrobi się zupełnie widno i że pomimo wszystko i na przekór wszystkim i tak bardzo kocham to życie.
A poza tym co u mnie? Otóż Osioł zszedł sobie po cichutku w nocy, parę lat temu, w wieku lat 17. Schizy miewał przeokrótne, ale aż do końca cieszył się dobrym zdrowiem, choć Misiek mówił,że on zdechł parę lat temu,tylko o tym zapomniał, bo tak śmierdzi,że na pewno już się rozkłada. Obecnie jego schizy przeszły na Plastra, lat 16. W mózgu mu się przestawia. Od dwóch lat komunikuje się chyba ze swoimi przodkami wydając przy tym głośne i upiorne szczeknięcia, przez pół nocy. Murka odeszła w zeszłym roku, miała wadę genetyczną i nikt nie był w stanie jej pomóc. Ale ludzko/bydlęcy stan ni cholery się nie zmniejsza. Królik, żółw, Rysia , Mafja przez J czują się świetnie, aczkolwiek Mafja, wredna kocia suka, nie jest w stanie zaakceptować nowej kotki Chili, która trafiła do nas po tym, jak z powrotem ludzie oddali ją do adopcji , bo brzydka była ( no w każdym razie tak brzmiała oficjalna wersja, która została mi przedstawiona). Brzydka może taka nie jest, choć z mózgiem też ma niestety coś nie halo, bo myśli,że jest kotem i znaczy cały dom, obsikując przy tym ściany w iście kocim stylu. Ponad to, jakby w spadku została mi suka brzydka i znerwicowana, która to prezentem była. Ma teraz cztery lata, a wygląda starzej od Plastra, suka jest ludojadem, ale o tym napiszę już chyba kiedy indziej. Schizy ma również, bo to suka po przejściach. Choć po dwóch latach zamieszkiwania z nami i tak jest znaczny postęp. Daje się czasami pogłaskać, a jak dobrze, po dziesięciominutowych przepychankach, przyprze się ją do muru, to i szelki można założyć. Baaaa.... nawet już lubi spacery i nie zjada smyczy. Ponoć prezentów się nie oddaje, ale najwyraźniej niektórzy do tej zasady się nie stosują, bo została mi jeszcze kotka ogromna, Brendy, która jest młodsza od Chili, za to dwa razy większa i...o dziwo, nie boi się Mafji. Jeśli chodzi o remanent ludzki to Madzia mieszka cały czas ze mną, do Madzi Tośkę lat 6 należy oczywiście dopisać, no i tego od Madzi, też należy uwzględnić, bo pomieszkuje tu co weekend, no i właściwie co drugi tydzień. Ponad to jest oczywiście Nurka i Jej narzeczony. Już na stałe. Na stałe zamieszkał oczywiście, a nie na stałe z Nią będzie, bo z tym, to nigdy nie wiadomo jak się ułoży. Jakoś tak pomieszkiwał, pomieszkiwał, aż w końcu zamieszkał na dobre. No i oczywiście jestem ja. Łącznie na stanie posiadamy trzynaście ludzko psich pysków do wykarmienia i jeden na dochodne. I tak własnie w dużym, a nawet bardzo dużym skrócie wygląda obecnie moje życie. Obiecałam, napisałam... i tak jak obiecałam, zostanę. Przynajmniej na razie, dokąd mam całe mnóstwo czasu. Do szczegółów może przejdę w kolejnych postach. Jeśli chodzi o zdjęcia...to takie hmmm...poglądowe .Ostatecznie przerwa 6 letnia chyba robi swoje i niestety już nie jestem , tak jak wcześniej Wam pisałam kobietą po 30 z bardzo dużym hakiem, ale kobietą po 40 również z bardzo dużym hakiem. Prośbę mam wielką do ludzi, którzy tu wejdą.. w czym teraz piszecie posty? Tzn. w jakim programie? Mój , na którym pisałam nie działa pod Windows 10, a pisanie w bloggerze, zaś szczególnie dodawanie zdjęć, okazało się bardzo problematyczne. Później postaram się rozpracować może jakieś nowe szablony, ale póki co chyba nie mam do tego głowy. I choć minęło tyle lat, mój nowy komputer również szwankuje, a właściwie nie ma znaków specjalnych, tam gdzie być powinny. Czasami ma wrażenie ,że czas stanął w miejscu. Oooo... widzę,że znowu zaczynam gadać. No nic...uciekam już w takim razie.I bez hejtu mnie tu bardzo proszę, bo chwilowo jestem mało uodporniona na zadawane ciosy (uśmiech) Jeszcze raz bardzo, bardzo, bardzo Wam dziękuję i posyłam buziaki w wirtualną przestrzeń.
Copyright © Utkane z marzeń , Blogger