Majówka pykła nie wiadomo kiedy, a pewnie i dlatego, że praktycznie cały czas byłam w biegu.
Czwartek- najpierw praca i niestety zastępstwa, które opóźniły mój powrót do domu. W domu był tata i mama, jak wspominałam wcześniej tata zaczął budować siodlarnię. Po dojeździe do domu musiałam przejąć od mamy smażenie kotletów bo spieszyła się do domu, musiała zawieźć gdzieś babcię. A więc w locie te kotlety przejęłam, tak jak stałam prosto z pracy, a gdy skończyłam zawołałam Szczeżujskiego i tatę na obiad.
Nie zdążyliśmy zjeść obiadu, gdy na podwórko wjechał "Gnojek" ciągnikiem. Niech Gnojek będzie pseudonimem artystycznym gościa, który odbiera od nas obornik... No więc wjechał. Podstawił się pod stajnię i czeka. Dojedliśmy najszybciej jak się dało. Szczeżujski poszedł pomóc Gnojkowi, tata zawinął się dalej w czeluściach siodlarni, a ja szybko przebrałam się w międzyczasie nastawiając wodę na kawę dla pracujących. Rzecz jasna dla siebie też zrobiłam kawę i poszłam pomóc przy oborniku. Namachałam się trochę, aż mnie znów nieszczęsne łokcie rozbolały i poszłam do stodoły po słomę i siano, żeby naszykować już wszystko. Później w locie niemal sklep, wyprawa na przegląd nowym złomkiem... No bo kupiliśmy starego chrupka peugeota z hakiem co by nim móc wywozić obornik. Taki roboczy samochód. Dostał ode mnie ksywkę żuczek gnojarz- wszak jest granatowy jak żuczek gnojarz i do gnoju jest przeznaczony. Szybko zrobiło się późno, później zawiozłam jeszcze Szczeżujskiego do domu rodzinnego co by się przekimał tam bo rano chciał jechać na ryby, a mi się nie uśmiechało podwozić go o 5 rano gdziekolwiek.
Piątek to też latanie od rana. Pojechaliśmy sobie w teren z D i S. Pogalopowaliśmy za wszystkie czasy. Bardzo fajny i relaksujący teren. Po powrocie ogarnianie, sprzątanie, i tak do wieczora. Na szczęście miałam pomocników. Wieczorem jeszcze pojechaliśmy na łąki i porobiliśmy tak super zdjęcia, że nie mogę się na nie napatrzeć. Pasja, przyjaźń i piękny zachód słońca..
Sobota również przepracowana. Cały czas doglądałam czy tata nic nie potrzebuje bo cały czas pracował przy tej siodlarni nieszczęsnej. No i wieczorem podwiozłam go do Nowego Dworu, żeby mama nie musiała trzaskać po niego tylu kilometrów.
Tylko w niedzielę udało się chwilę polenić. Koło 16 pojechaliśmy jeszcze do D i S, którzy odsypiali wesele. Ściągnęliśmy ich z łóżek i pojechaliśmy coś zjeść.
Oczywiście zaczęłam pisać to już dawno, a obecnie mamy już połowę maja.
Pogoda nie rozpieszcza ostatnio. Majówka była przepiękna, a więc teraz od jakiegoś czasu jest zimnica i deszcz. W niedzielę był jeszcze tak przyjemny dzień, że wybraliśmy się na giełdę, a później wzięliśmy Molly i pojechaliśmy na rybki nad jeziorko. Psica wyhasała się za wszystkie czasy.
W zasadzie od kliku dni jest pochmurno i przelotnie pada deszcz, a zapoczątkowała to wszystko burza- pierwsza u nas w tym sezonie. I to taka konkretna była ta burza- grzmoty, porywisty wiatr i oberwanie chmury, które momentalnie tworzyło strumyki. Byłam akurat w stajni kiedy burza nadeszła. Widziałam, że się zbliża, ale nie sądziłam, że będzie taka silna. Musiałam zamknąć się w stajni bo ściana deszczu próbowała się wedrzeć do środka. Konie oczywiście niczym nie wzruszone zajadały sobie sianko na dworze. Jak im za mocno zacinało wiatrem to stanęły do niego tyłkami, a grzmotami się wcale nie przejmowały. Otworzyłam bramę i próbowałam je wołać, żeby się schroniły w stajni, ale nie skorzystały. Za to Molka.. ją zostawiłam w domu bo ona już wiedziała, że idzie burza zanim ja to wiedziałam. Trzęsła się jak galaretka i nie mogła znaleźć sobie miejsca.
Deszcze były nam bardzo potrzebne bo od razu wszystko wystrzeliło tak soczystą zielenią jakiej brakowało mi bardzo. Oczywiście drzewa miały już wcześniej liście, a trawa sobie powoli rosła, ale to wszystko miało takie jakby... wyblakłe kolory. Teraz zieleń wkoło jest tak bardzo nasycona, że nie mogę się napatrzeć :) Dodatkowo te kwitnące drzewa owocowe... Szkoda tylko, że temperatura przeraża.. Dziś o 7,30 dla przykładu było tylko 5 stopni i nawet jeśli coś wzrosło to niewiele. Oczywiście na niebie są grube warstwy chmur i co chwilę pokropuje deszczem.
Jutro ma przyjechać M na weekend. Miałam takie zacne plany. Ognisko w piątkowy wieczór, wspólny wyjazd w teren przed ogniskiem i jeszcze w sobotę... A prognozy zmieniają się co chwilę i to na gorsze.. Cieplej ma być dopiero w przyszłym tygodniu. Sobota chociaż nam się trochę wyklarowała i jest szansa, że nie będzie padać.
W tym roku nasz ogród warzywny będzie zorganizowany w zupełnie innym miejscu. Nawieźliśmy tam pięknego czarnoziemu. Jeszcze nie miałam kiedy wysiać nasionek, a flance czekają w doniczkach bo boję się, że je może trochę przymrozić, ale wygląda na to, że od przyszłego tygodnia pogoda ma być stabilniejsza. Kupiłam ostatnio paliki w sklepie rolniczym i wczoraj zrobiłam ogrodzenie wokół ogródeczka, żeby konie mi tam nie wlazły przypadkiem.
Wzięłam się też za czyszczenie myjki. Konie miały tam dostęp i chodząc tamtędy w tę i z powrotem naniosły pełno piachu. Straszny syf się mi tam zrobił, więc rozpoczęłam akcję odgruzowanie. Będzie mi potrzebna jak tylko pogoda się poprawi bo trzeba będzie te moje nicponie wykąpać z kurzu i piachu.
Póki trawka na pastwisku sobie spokojnie rośnie ja wyprowadzam konie na spacerki :) Trawa na wjeździe tak urosła, że żal nie skorzystać czyli żal nie nakarmić nią koni. Na pastwisko muszą jeszcze chwilę zaczekać. Myślę, że w sobotę wieczorem wypuszczę je na pastwisko na pół godzinki, żeby troszkę popodgryzały tą trawę, a później jeszcze ze dwa tygodnie na wzmocnienie trawki.
Ostatnio "świętowałam" też pierwszy upadek odkąd mam własną stajnię. Myślałam, że tyle już z koniskami przeżyłam, że mi się nie przydarzy, ale życie zweryfikowało jak zawsze ;) Otóż mój ulubiony sąsiad (to nie sarkazm, na prawdę w porządku gość) postanowił włączyć siewnik w ciągniku akurat w momencie, gdy z S przejeżdżałyśmy obok niego... No cóż... konie z natury płochliwe, ciągnika się nie boją, ale taki nagły dźwięk i sypnięcie ziarnem spowodowało ewakuację. Ja już siedziałam rozluźniona i zrelaksowana bo to prawie pod domem było...aż mi koń spod tyłka uciekł 😅Skończyło się na różnobarwnych siniakach na całym udzie. Życzcie mi jak najmniej takich przygód... No ale to świadczy o tym, że nigdy nie można być w 100% pewnym czy wróci się na koniu czy na pieszo.. a kask lepiej zawsze mieć na głowie.
Rudy ostatnio wprawił mnie w niemałą konsternację. Wchodzę rano do stajni, a ten jegomość stoi w kącie swojego boksu z wielkimi jak żaba oczami. Wsypałam wszystkim jedzonko, a ten zamiast jeść to głośno fuka. Nie wiem czy wiecie jak konie fukają.. Taki głośny i nagły wydech powietrza przez chrapy. Bardzo głośny. Dosadna oznaka niepokoju lub strachu. No i patrzę na niego i zastanawiam się o co chodzi. Wołam, zachęcam, pokazuję żarcie, a ten nic. Fuka dalej, trzęsie się, a za chwilę dodatkowo rozpoczął widowisko. Zaczął stawać dęba na tylnych nogach i to tak wysoko, że te przednie przekładał górą do Aprilki. Ludzie kochani zawału dostałam. Od razu milion myśli, że zaraz mi się tu wywali bo równowagę straci, albo nogę gdzieś zaklinuje i będzie bieda... Na szczęście reszta już podojadała więc szybko otworzyłam boksy i wypuściłam wszystkie na zewnątrz. Rudy latał jeszcze chwilę w tę i z powrotem, ale po chwili zaczął się uspokajać. Cały dzień zastanawiałam się o co chodziło. Nigdy się tak nie zachowywał... BA! Nie widziałam NIGDY, żeby JAKIKOLWIEK koń się tak zachowywał. Taka panika? Myślę sobie... Borze szumiący może jakiś duży pies, wilk, lis podszedł pod samą stajnię? On ma akurat możliwość wystawiania głowy na zewnątrz to mógł zobaczyć jakiegoś niepokojącego zwierza... No, ale o się nie boi psów, kotów i innych stworzeń. Przejrzałam kamery i nic. Nic nie przyszło, nic nie przeszło, nie przeleciało, ani nie przepełzło... Zaprzątało mi to głowę pół dnia... To była właśnie niedziela więc pojechaliśmy na wspomnianą wcześniej giełdę, później nad jezioro, a na koniec ze Szczeżujskim wzięliśmy po koniu na uwiąz żeby pójść z nimi na trawkę. Ja wzięłam Rudego.. No i wtedy się zaczęło...Poprzeciągał mnie po podwórku od góry do dołu i odwrotnie.. Bo nie chciał za nic w świecie przejść obok...... Uwaga..... Obok bocianiego gniazda. Takiej białej huśtawki w boho stylu, z frędzelkami i tak dalej. Szczeżujski zawiesił mi taką właśnie piękną huśtawkę. Rudemu się nie spodobała bynajmniej. No panika taka, że klękajcie narody. Strach ma wielkie oczy, a takich wyłupiastych jak miał Rudy to jeszcze nie widzieliście 🐸😆 Zaszłam z nim na dół podjazdem do tej trawki pysznej, a on cały czas nastroszony próbował dojrzeć między drzewami czy ona nadal tam wisi w oddali. I wtedy połączyłam kropki... No tak! Stojąc w stajni i wyglądając przez okienko widział to nieszczęsne bocianie gniazdo. Nowa rzecz wisząca na drzewie, do tego lekko powiewająca na wietrze mogła go przestraszyć. Co prawda nigdy nie posądzałabym go o takie tchórzostwo wszak widział różne straszne rzeczy w końskim mniemaniu i nigdy nie siał aż takiej paniki.. Myślałam, że nic nie może mnie już zaskoczyć, ale prawda jest taka, że będą mnie te gnojki zaskakiwać do końca życia 😅 Zdjęłam huśtawkę... Rudy wieczorem nie chciał wejść do stajni, ale gdy już wszedł i wyjżał przez okienko to trochę zluzował. Wyglądał jeszcze co jakiś czas by sprawdzić, że demon nie powrócił, aż w końu całkiem wyluzował. I co ja mam teraz zrobić? Na czym mam przesiadywać pod drzewkiem?