czwartek, 14 maja 2026

Strach ma wielkie oczy

 Majówka pykła nie wiadomo kiedy, a pewnie i dlatego, że praktycznie cały czas byłam w biegu.

Czwartek- najpierw praca i niestety zastępstwa, które opóźniły mój powrót do domu. W domu był tata i mama, jak wspominałam wcześniej tata zaczął budować siodlarnię. Po dojeździe do domu musiałam przejąć od mamy smażenie kotletów bo spieszyła się do domu, musiała zawieźć gdzieś babcię. A więc w locie te kotlety przejęłam, tak jak stałam prosto z pracy, a gdy skończyłam zawołałam Szczeżujskiego i tatę na obiad. 
Nie zdążyliśmy zjeść obiadu, gdy na podwórko wjechał "Gnojek" ciągnikiem. Niech Gnojek będzie pseudonimem artystycznym gościa, który odbiera od nas obornik... No więc wjechał. Podstawił się pod stajnię i czeka. Dojedliśmy najszybciej jak się dało. Szczeżujski poszedł pomóc Gnojkowi, tata zawinął się dalej w czeluściach siodlarni, a ja szybko przebrałam się w międzyczasie nastawiając wodę na kawę dla pracujących. Rzecz jasna dla siebie też zrobiłam kawę i poszłam pomóc przy oborniku. Namachałam się trochę, aż mnie znów nieszczęsne łokcie rozbolały i poszłam do stodoły po słomę i siano, żeby naszykować już wszystko. Później w locie niemal sklep, wyprawa na przegląd nowym złomkiem... No bo kupiliśmy starego chrupka peugeota z hakiem co by nim móc wywozić obornik. Taki roboczy samochód. Dostał ode mnie ksywkę żuczek gnojarz- wszak jest granatowy jak żuczek gnojarz i do gnoju jest przeznaczony. Szybko zrobiło się późno, później zawiozłam jeszcze Szczeżujskiego do domu rodzinnego co by się przekimał tam bo rano chciał jechać na ryby, a mi się nie uśmiechało podwozić go o 5 rano gdziekolwiek. 

Piątek to też latanie od rana. Pojechaliśmy sobie w teren z D i S. Pogalopowaliśmy za wszystkie czasy. Bardzo fajny i relaksujący teren. Po powrocie ogarnianie, sprzątanie, i tak do wieczora. Na szczęście miałam pomocników. Wieczorem jeszcze pojechaliśmy na łąki i porobiliśmy tak super zdjęcia, że nie mogę się na nie napatrzeć. Pasja, przyjaźń i piękny zachód słońca..




 Sobota również przepracowana. Cały czas doglądałam czy tata nic nie potrzebuje bo cały czas pracował przy tej siodlarni nieszczęsnej. No i wieczorem podwiozłam go do Nowego Dworu, żeby mama nie musiała trzaskać po niego tylu kilometrów.

Tylko w niedzielę udało się chwilę polenić. Koło 16 pojechaliśmy jeszcze do D i S, którzy odsypiali wesele. Ściągnęliśmy ich z łóżek i pojechaliśmy coś zjeść.

Oczywiście zaczęłam pisać to już dawno, a obecnie mamy już połowę maja. 

Pogoda nie rozpieszcza ostatnio. Majówka była przepiękna, a więc teraz od jakiegoś czasu jest zimnica i deszcz. W niedzielę był jeszcze tak przyjemny dzień, że wybraliśmy się na giełdę, a później wzięliśmy Molly i pojechaliśmy na rybki nad jeziorko. Psica wyhasała się za wszystkie czasy.



 W zasadzie od kliku dni jest pochmurno i przelotnie pada deszcz, a zapoczątkowała to wszystko burza- pierwsza u nas w tym sezonie. I to taka konkretna była ta burza- grzmoty, porywisty wiatr i oberwanie chmury, które momentalnie tworzyło strumyki. Byłam akurat w stajni kiedy burza nadeszła. Widziałam, że się zbliża, ale nie sądziłam, że będzie taka silna. Musiałam zamknąć się w stajni bo ściana deszczu próbowała się wedrzeć do środka. Konie oczywiście niczym nie wzruszone zajadały sobie sianko na dworze. Jak im za mocno zacinało wiatrem to stanęły do niego tyłkami, a grzmotami się wcale nie przejmowały. Otworzyłam bramę i próbowałam je wołać, żeby się schroniły w stajni, ale nie skorzystały. Za to Molka.. ją zostawiłam w domu bo ona już wiedziała, że idzie burza zanim ja to wiedziałam. Trzęsła się jak galaretka i nie mogła znaleźć sobie miejsca.

Deszcze były nam bardzo potrzebne bo od razu wszystko wystrzeliło tak soczystą zielenią jakiej brakowało mi bardzo. Oczywiście drzewa miały już wcześniej liście, a trawa sobie powoli rosła, ale to wszystko miało takie jakby... wyblakłe kolory. Teraz zieleń wkoło jest tak bardzo nasycona, że nie mogę się napatrzeć :) Dodatkowo te kwitnące drzewa owocowe... Szkoda tylko, że temperatura przeraża.. Dziś o 7,30 dla przykładu było tylko 5 stopni i nawet jeśli coś wzrosło to niewiele. Oczywiście na niebie są grube warstwy chmur i co chwilę pokropuje deszczem.

Jutro ma przyjechać M na weekend. Miałam takie zacne plany. Ognisko w piątkowy wieczór, wspólny wyjazd w teren przed ogniskiem i jeszcze w sobotę... A prognozy zmieniają się co chwilę i to na gorsze.. Cieplej ma być dopiero w przyszłym tygodniu. Sobota chociaż nam się trochę wyklarowała i jest szansa, że nie będzie padać.

W tym roku nasz ogród warzywny będzie zorganizowany w zupełnie innym miejscu. Nawieźliśmy tam pięknego czarnoziemu. Jeszcze nie miałam kiedy wysiać nasionek, a flance czekają w doniczkach bo boję się, że je może trochę przymrozić, ale wygląda na to, że od przyszłego tygodnia pogoda ma być stabilniejsza. Kupiłam ostatnio paliki w sklepie rolniczym i wczoraj zrobiłam ogrodzenie wokół ogródeczka, żeby konie mi tam nie wlazły przypadkiem.



Wzięłam się też za czyszczenie myjki. Konie miały tam dostęp i chodząc tamtędy w tę i z powrotem naniosły pełno piachu. Straszny syf się mi tam zrobił, więc rozpoczęłam akcję odgruzowanie. Będzie mi potrzebna jak tylko pogoda się poprawi bo trzeba będzie te moje nicponie wykąpać z kurzu i piachu.



Póki trawka na pastwisku sobie spokojnie rośnie ja wyprowadzam konie na spacerki :) Trawa  na wjeździe tak urosła, że żal nie skorzystać czyli żal nie nakarmić nią koni. Na pastwisko muszą jeszcze chwilę zaczekać. Myślę, że w sobotę wieczorem wypuszczę je na pastwisko na pół godzinki, żeby troszkę popodgryzały tą trawę, a później jeszcze ze dwa tygodnie na wzmocnienie trawki.



Ostatnio "świętowałam" też pierwszy upadek odkąd mam własną stajnię. Myślałam, że tyle już z koniskami przeżyłam, że mi się nie przydarzy, ale życie zweryfikowało jak zawsze ;) Otóż mój ulubiony sąsiad (to nie sarkazm, na prawdę w porządku gość) postanowił włączyć siewnik w ciągniku akurat w momencie, gdy z S przejeżdżałyśmy obok niego... No cóż... konie z natury płochliwe, ciągnika się nie boją, ale taki nagły dźwięk i sypnięcie ziarnem spowodowało ewakuację. Ja już siedziałam rozluźniona i zrelaksowana bo to prawie pod domem było...aż mi koń spod tyłka uciekł 😅Skończyło się na różnobarwnych siniakach na całym udzie. Życzcie mi jak najmniej takich przygód... No ale to świadczy o tym, że nigdy nie można być w 100% pewnym czy wróci się na koniu czy na pieszo.. a kask lepiej zawsze mieć na głowie.


Rudy ostatnio wprawił mnie w niemałą konsternację. Wchodzę rano do stajni, a ten jegomość stoi w kącie swojego boksu z wielkimi jak żaba oczami. Wsypałam wszystkim jedzonko, a ten zamiast jeść to głośno fuka. Nie wiem czy wiecie jak konie fukają.. Taki głośny i nagły wydech powietrza przez chrapy. Bardzo głośny. Dosadna oznaka niepokoju lub strachu. No i patrzę na niego i zastanawiam się o co chodzi. Wołam, zachęcam, pokazuję żarcie, a ten nic. Fuka dalej, trzęsie się, a za chwilę dodatkowo rozpoczął widowisko. Zaczął stawać dęba na tylnych nogach i to tak wysoko, że te przednie przekładał górą do Aprilki. Ludzie kochani zawału dostałam. Od razu milion myśli, że zaraz mi się tu wywali bo równowagę straci, albo nogę gdzieś zaklinuje i będzie bieda... Na szczęście reszta już podojadała więc szybko otworzyłam boksy i wypuściłam wszystkie na zewnątrz. Rudy latał jeszcze chwilę w tę i z powrotem, ale po chwili zaczął się uspokajać. Cały dzień zastanawiałam się o co chodziło. Nigdy się tak nie zachowywał... BA! Nie widziałam NIGDY, żeby JAKIKOLWIEK koń się tak zachowywał. Taka panika? Myślę sobie... Borze szumiący może jakiś duży pies, wilk, lis podszedł pod samą stajnię? On ma akurat możliwość wystawiania głowy na zewnątrz to mógł zobaczyć jakiegoś niepokojącego zwierza... No, ale o się nie boi psów, kotów i innych stworzeń. Przejrzałam kamery i nic. Nic nie przyszło, nic nie przeszło, nie przeleciało, ani nie przepełzło... Zaprzątało mi to głowę pół dnia... To była właśnie niedziela więc pojechaliśmy na wspomnianą wcześniej giełdę, później nad jezioro, a na koniec ze Szczeżujskim wzięliśmy po koniu na uwiąz żeby pójść z nimi na trawkę. Ja wzięłam Rudego.. No i wtedy się zaczęło...Poprzeciągał mnie po podwórku od góry do dołu i odwrotnie.. Bo nie chciał za nic w świecie przejść obok...... Uwaga..... Obok bocianiego gniazda. Takiej białej huśtawki w boho stylu, z frędzelkami i tak dalej. Szczeżujski zawiesił mi taką właśnie piękną huśtawkę. Rudemu się nie spodobała bynajmniej. No panika taka, że klękajcie narody. Strach ma wielkie oczy, a takich wyłupiastych jak miał Rudy to jeszcze nie widzieliście 🐸😆  Zaszłam z nim na dół podjazdem do tej trawki pysznej, a on cały czas nastroszony próbował dojrzeć między drzewami czy ona nadal tam wisi w oddali. I wtedy połączyłam kropki... No tak! Stojąc w stajni i wyglądając przez okienko widział to nieszczęsne bocianie gniazdo. Nowa rzecz wisząca na drzewie, do tego lekko powiewająca na wietrze mogła go przestraszyć. Co prawda nigdy nie posądzałabym go o takie tchórzostwo wszak widział różne straszne rzeczy w końskim mniemaniu i nigdy nie siał aż takiej paniki.. Myślałam, że nic nie może mnie już zaskoczyć, ale prawda jest taka, że będą mnie te gnojki zaskakiwać do końca życia 😅 Zdjęłam huśtawkę... Rudy wieczorem nie chciał wejść do stajni, ale gdy już wszedł i wyjżał przez okienko to trochę zluzował. Wyglądał jeszcze co jakiś czas by sprawdzić, że demon nie powrócił, aż w końu całkiem wyluzował. I co ja mam teraz zrobić? Na czym mam przesiadywać pod drzewkiem? 



Takie to strasznie urocze miejsce pod jabłonką... strrrasznie....



Aaaaaa no i na koniec- Moje mordki o zachodzie słońca. Tym razem stworzyłam to wideo, żeby pokazać jak najwięcej :) Enjoy!






poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Targi ogrodnicze

Dzień dobry w poniedziałek 😊Nikt nie lubi poniedziałków.. Ja nie jestem wyjątkiem. A więc na wstępie kwintesencja zwrotu "Dzień dobry" na poprawę humoru:


 W poprzedni weekend  przy Pomorskim  Ośrodku Doradztwa Rolniczego odbyły się targi rolnicze... A z prawowitej nazwy raczej ogrodnicze, ale tak czy inaczej zawsze są tam i sprzęty rolnicze i zwierzęta. Zazwyczaj rybki, króliki czy drób. Na typowo rolniczych, które odbywają się w czerwcu już obecne są inne zwierzęta jak bydło, owce, konie. Hodowcy prezentują z dumą swoje zwierzaki, a sędziowie oceniają. 

Na ogrodniczych czyli takich jak te jest zdecydowanie więcej roślin. Wiadomo, wszak to czas wysadzania do ziemi kwiatów, drzewek i innych roślinek. Tak więc można tam się zaopatrzyć w jakieś mniej i bardziej pospolite chaszcze, które tam się nam akurat spodobają. Oprócz tego tak jak wspomniałam hodowcy przywożą te raczej drobne zwierzątka więc można sobie dokupić takiego królika, gołębia czy kurkę. No i tak oto zaopatrzona w wielkie pudło wyścielone siankiem udałam się na rzeczone targi z zamiarem przywiezienia dwóch nowych lokatorów- kaczek biegusek. Niestety większość kaczek była jeszcze kaczętami, a to zdecydowanie odpada. Mam koty więc żyłabym w permanentnym stresie, że nie dopilnuję, nie dopatrzę, przeoczę coś drobnego i kaczusie zginą w kocich paszczach. Co to to nie...  Było też kilka dorosłych osobników, ale przeważały kaczory, a kaczki same szarobure były. Postanowiłam więc poczekać i kupić gdzie indziej.




Owe targi to nie tylko zwierzęta i rośliny, ale także sprzęty rolnicze i ogrodnicze, strefa gastronomiczna, bazarek swojskich wyrobów, stoiska rękodzielników no i ogólnie różności od ubrań po jakieś pierdółki, które często nawet nie wiadomo do czego służą. Są też stragany ze sprzętem jeździeckim. W tym roku kupiłam Molce taki oto prezencik. Drewniany podest na miseczki, pięknie zdobiony.



Lubię być obecna na targach i ogrodniczych i rolniczych. Nigdy nie wracam do domu z pustymi rękami. Przywożę, albo swojski ser, albo jakąś roślinkę do wkopania. W tym roku co prawda roślinki poszły na dalszy plan, ale swojski ser przywiozłam. 

Hacjenda dla biegusek jest już skończona... W zasadzie mogą się wprowadzać bo miseczki już stoją, a zagrodę samodzielnie łatałam drutem, dociętymi kawałkami siatki i przygniatałam kamieniami. Na wybiegu wykopałam dziurę i wkopałam taki oto basen w kształcie muszelki. Brakuje już tylko lokatorów. 


Na lokatorkę kózkę będę musiała poczekać przynajmniej do połowy czerwca.. a jej również przygotowałam już hacjendę bo spodziewałam się, że zwita szybciej. Wszystko wybiałkowane, wiaderka kupione, wystarczy tylko pościelić słomą i gotowe...Ale co tam.... czekałam na nią tyle czasu... poczekam i więcej. Skoro ubzdurałam sobie, że to ma być ta konkretna koza bo moja supermoc tak mi podpowiada... to będę czekać i już.



Dzisiaj ma przyjechać tata i zabieramy się za robienie siodlarni. Trzeba będzie określić co i jak robimy, czym robimy i ile to będzie kosztować, a potem zabrać się do roboty. Czeka mnie więc zapewne dość intensywny tydzień... Już się boję jak to przeżyję...

Ostatnio mieliśmy z D więcej czasu na wyjazd w teren więc stwierdziłam, że spróbujemy objechać jezioro. Na mapach nie widać tam żadnych dróg więc nie było pewne czy w ogóle da się tam jakoś przejechać, ale siedziałam i zastanawiałam się i pomyślałam, że przecież jakieś dróżki muszą tam być. Na mapach jest spory obszar lasu i zero dróg. Wręcz niemożliwe. Może dróg nie ma, ale ścieżki są na pewno. I tak znów pojechaliśmy w ciemno przed siebie. Okazało się, że owszem- ścieżki są. Może trochę wąskie, a teren dość "górzysty" ale widoki są nieziemskie. Jadąc sobie tak konno dookoła jeziora widać tylko las i wodę. Nic więcej. W dodatku owe ścieżki i jezioro są rzadko uczęszczane przez ludzi bo nie da się tam dojechać samochodem. Ludzie wolą podjechać pod samą plażę i siedzieć nad jeziorem przy drodze niż przejść się i cieszyć ciszą, spokojem i widokiem zapierającym dech w piersiach. Mi to pasuje. Przynajmniej można śmiało poszaleć po brzegu z końmi 😊



Pogoda ostatnio zachowuje się przedziwnie. Wieje tak, że mało łba nie urwie. W sumie to urwało... a raczej ukręciło łebki bratkom bo nie wpadłam na to by je schować. Wszechobecna susza, wieczność bez deszczu. Przyroda nieśmiało przechodzi w tryb wiosenny, ale widać, że brakuje tego deszczu. Wystarczyłby jeden deszczowy dzień i od razu wystrzeliłoby to wszystko. Trawa na pastwisku rośnie powolutku, chyba będzie trzeba ją podlewać żeby zaczęła odbijać szybciej. No i oczywiście to zimno. Raz jest gorąco, a raz zimno tak przenikliwe zawieje, że człowiek nie wie w co się ubrać. Nocami przymrozki. Może nie jest to niczym niezwykłym, ale -5 to już solidny mróz, a nie przymrozek.
Za to sezon na najpiękniejsze zachody słońca uważam za otwarty. Za to kocham to moje zaciszne miejsce za stajnią bo tam można się delektować tymi widokami w nieskończoność...







A jakby ktoś chciał obejrzeć filmik z widokami znad jeziora i naszym pluskaniem z końmi w rytmach muzyki z piratów z Karaibów to bardzo proszę: 
https://www.instagram.com/reel/DXR-gdUDHef/?utm_source=ig_web_copy_link&igsh=MzRlODBiNWFlZA==

PS: Niebawem postaram się powrzucać filmiki na youtybe. Wtedy będzie łatwiej je tu publikować :)









środa, 8 kwietnia 2026

Wesołych PoŚwiąt

Wyciągnęłam moje biedne pelargonie i poucinałam im za długie i wyschnięte pędy. Obskubałam też wyschnięte listki i tak oto zostało mi kilka doniczek sterczących patyków ;) No, ale nie ma tego złego, nowe listki już zaczynają odbijać. Nie wiem czy wszystkie pelargonie tak mają, ale moje wytrzymują zimę bez kropelki wody. Teraz już stoją sobie na balkonie i łapią promienie słońca. Na noc oczywiście je chowam choć z natury jestem zapominalska i już raz mi się zdarzyło o nich zapomnieć. Dobrze, że akurat tej nocy nie było przymrozku.


Od zawsze dużo lepiej radziłam sobie z opieką nad zwierzętami niż nad roślinami. No dobra... muszę przyznać, że nie przykładam się jakoś zbytnio do opieki nad tymi roślinami. Poobrywam listki, przytnę tu i tam, ale często zapominam podlać, schować czy zaopiekować się nimi w inny sposób. Dlatego właśnie tak bardzo lubię te pelargonie bo wytrzymały ze mną już tyle czasu. 

Lubię też cebulki dymki. Te to są dopiero bezobsługowe. Niedawno wsadziłam kilka w doniczki, a szczypiorek rośnie jak szalony. Na święta był akurat do jajek i sałatki.

Zadbałam też o jabłonkę i gruszę. Rozrobiłam w końcu wapno i pomalowałam pnie. Z rozpędu chciałam od razu wybiałkować ściany w stajni, ale po przemyśleniu zrezygnowałam. Najpierw trzeba tam gruntownie wszystko wysprzątać, wtedy dopiero wymalować ściany i podłogę również. 




No, ale za malarską weną idąc wzięłam się w końcu za malowanie za stajnią. Płotek przy myjce konkretnie (ten mój blaszak już rozebrany). Poszło na razie pół puszki farby, a to dopiero jedna furtka. Drewno pochłania farbę niestety. Łatwiej będzie z metalem, wtedy puszka wystarczy na o wiele więcej.. W każdym razie nie mogę się doczekać efektu końcowego. Jedna furteczka już wygląda o wiele estetyczniej, a co dopiero cały płotek.




Czeka mnie jeszcze malowanie całości tych barierek. Sporo pracy i farby przede mną, ale warto bo wygląda to o wiele lepiej.
Koniska bezustannie obserwowały proces malowania, a więc miałam doping.
 



Marzy mi się jeszcze takie ogrodzenie dalej- między polem sąsiada, a placem do jady, ale nie sądzę by był czas na zrobienie go. Ja czas znajdę, ale sama płotu niestety nie postawię. Może inaczej.... postawiłabym, ale zapewne jego stabilność pozostawiałaby wiele do życzenia bo wkopywanie słupków by mnie delikatnie przerosło. Mamy tam tak twardą, gliniastą ziemię, że nawet szpadla tam nie wbiję. W dodatku jest też sporo kamieni.
Ostatnio w sklepie rolniczym zastanawiałam się nad tym czy kupić sobie wiertło do ziemi do słupowania właśnie.. ale tak postałam chwilę, podumałam i pomyślałam, że jak tam co metr jest jakiś kamień pod ziemią to raczej urządzenie mi się nie przyda... A teraz zastanawiam się znowu czy może jednak nie kupić.. Ma ktoś owe urządzenie u siebie? A jeśli ma to czy testował na twardej, gliniastej ziemi? Już pomijając ewentualne kamienie ciekawi mnie czy to w ogóle poradzi sobie z twardą ziemią czy raczej szkoda wywalać na to pieniędzy.


Płotek przy chlewikach też woła o pomstę do nieba. Tam to w ogóle jest śmietnik, a nie płot bo składa się dosłownie ze wszystkiego.. Trochę tam siatki stalowej, trochę tej leśnej... trochę desek i trochę czarnej siatki plastikowej.. Wygląda okropnie, ale niewiele mogę z tym zrobić, chyba że kupię nową siatkę. W każdym razie coś pokombinuję. Może uda mi się choć trochę poprawić wygląd tego ogrodzenia. Niedługo będzie tam spacerować kózka. 

Pod laskiem na wzgórzu szykujemy miejsce na ogródek. Wcześniej był na "kozim" wybiegu, ale z wiadomych przyczyn w tym roku musi zostać przeniesiony. Czekam, aż urośnie piękna trawka no i czekam na nową lokatorkę.

Ostatnio walnęłam gafę bo niedopatrzyłam czy zamknęłam wszystkie boksy porządnie i rano jak przyszłam nakarmić konie i otworzyłam stajnię przywitała mnie Niunia na samym środku. Najedzona za pięcioro i zadowolona z siebie. Boks otworzyła, wyszła sobie na korytarz i wyżarła wszystkim innych ich poranne porcje. Do tego zeżarła cały karton marchewek. Na tym mogłaby skończyć, ale nie... dokopała się też do smaczków, które miałam schowane w skrzyneczce. Wszystkie wyjadła... Nie zostało już nic do jedzenia... ale myślicie, że to ją powstrzymało? Nieeee, nie ma tak łatwo.. Niunieczka nudząc się wywaliła wszystko do góry kołami. Wszystkie skrzynki, wieszaki, szafki i .... śmietnik. Cała jego zawartość walała się po stajni. Wszystko co królewna wywaliła na środek zostało przez nią rozdeptane.... Czy byłam na nią zła? Nieeeee.... Ja byłam wściekła. No, ale co począć? Mogłam się złościć, ale na samą siebie bo powinnam sprawdzić zamknięcie trzy razy. Ona wkurzyła tym, że zrobiła aż takie spustoszenie. Zeżreć wszystko- rozumiem, też lubię jeść, ale taki armageddon? Ehhhh.... Dodatkowo musiałam tego dnia zapewnić jej dużą dawkę ruchu i pilnować czy nie zaszkodzi jej to łakomstwo.. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze.




 Z okazji PoŚwiąt wklejam wam rzeczoną Królową Zniszczenia i Chaosu w iście Wielkanocnym klimacie. Taka niepozorna co? ;)

PS: Obrazek oczywiście wygenerowany przez AI. Tylko Aprilka jest tam prawdziwa.






No i a propos świąt to minęły jak z bicza strzelił i niewiele różniły się od innych dni. Spędziłam je w zasadzie głównie samotnie. Pogoda nie dopisała, wiało niemiłosiernie.. Wieczorkiem w niedzielę podjechał w odwiedziny D bo był u taty na święta. Akurat wieczorem na chwilę straszliwy wiatr ustał więc wyciągnęłam go na świąteczny trening. Na teren było za późno, ale po placu pojeździliśmy... i byłam nie lada zdziwiona. Ktoś bowiem zaczarował nam konie. Skakaliśmy przeszkody, przejeżdżaliśmy przez drągi i nie było żadnej zrzutki! Rudy nigdy nie szanował drągów. Skakał byle jak, rozwalał przeszkodę na czynniki pierwsze, a w niedzielę? Ani jednej zrzutki, ani nawet puknięcia! Ktoś mi podmienił konia. 
Oczywiście technika skoku pozostawia wiele do życzenia, ale na to nie patrzę. Zaczął się starać- a to najważniejsze. Oby tak dalej mój Rudzielcu!





piątek, 20 marca 2026

Wiosna pod znakiem wkrętarki, pędzla i doniczek

 W ostatnim poście wspomniałam o kózce, którą w zeszłym roku zobaczyłam w internecie, a która to mnie oczarowała.. Za sprawą mojej zwierzakowej intuicji postanowiłam poczekać do wiosny, aż pani, która wycofała się ze sprzedaży znów będzie chciała ją sprzedać. No i wyobraźcie sobie, że znalazłam ostatnio numer do Pani i napisałam. No i wygląda na to, że muszę ogarnąć i dopicować jej domek bo za miesiąc kózka będzie częścią naszej ferajny ;)  Jeśli nic się nie zmieni oczywiście.

A wokoło robota wre. Skoro wiosna to i wiosenne porządki i naprawy szkód po zimie. 

Lada moment trzeba zmienić koniom wybieg, żeby na pastwisku mogła wyrosnąć trawa. Poszłam więc po narzędzia i zrobiłam bramę z pasów transportowych i linki z prądem. Mam nadzieję, że będzie to skuteczne ogrodzenie bo ja już nie mam pomysłu jak to inaczej zrobić. 




Musiałam uporządkować doniczki. Wywaliłam starą ziemię, umyłam je dokładnie, wsypałam świeżej ziemi i powsadzałam cebulki dymki by niebawem cieszyć się smakiem szczypiorku na kanapkach.

Do pojedynczych, mini doniczusi powysiewałam poziomki, w kolejce czekają cukinie. Moje pelargonie czekają, aż będę miała chwilę by pousuwać stare, zeschłe liście. Muszę to zrobić jak najszybciej, ale coś mnie bierze i nie wiem czy dziś przypadkiem po powrocie z pracy nie wskoczę pod kołdrę żeby się nieco zregenerować. 



Pomalować płot i poręcze przy myjce na biało, pomalować wapnem pienie drzew, wygrabić cały podjazd.. o robocie przy koniach nie wspomnę nawet. Jest tego mnóstwo, ale jak tylko trochę się podleczę to ruszę pełną parą do pracy. Ktoś to musi zrobić.


Ostatnio wracając do domu z pracy spotkałam takich gości pasących się przy samej drodze. Zatrzymałam się, zrobiłam kilka zdjęć. Nie bały się mnie wcale.




W weekend oczywiście poterenowaliśmy. Tym razem postawiłam na szukanie nowej trasy. Czyli pojechaliśmy w nieznane. Oczywiście wcześniej sprawdziłam mniej więcej którędy jechać i jak wrócić, ale ostatecznie trasę poznaje się dopiero jadąc nią ;) W końcu trafiła się trasa z dużą ilością miejsca do galopowania. Przepiękne lasy i leśne dróżki. Coś pięknego. Chyba będziemy tam częściej jeździć. Chciałabym poznać jeszcze więcej tras, ale musimy sobie na to poświęcić cały dzień. Nowa trasa zajęła nam 3 godziny. Może, gdyby nie cyrkowanie Rudego i Neptua to zrobilibyśmy ją w dwie godziny, ale oni jak zwykle musieli się wzajemnie nakręcać. Trzy godziny w siodle to nie aż tak dużo, ale tyłek trochę bolał i kręgosłup- młoda już nie jestem, więc postanowiłam zainwestować w nowy sprzęt ułatwiający życie. Zamówiłam specjalny poddupnik żelowy zakładany na siodło- jego zadaniem jest amortyzowanie wstrząsów i ochrona kręgosłupa by nie przyjmował tego na siebie. 







Może się wydawać niektórym, że jazda konna to tylko siedzenie na koniu. No niestety tak to nie wygląda. Najpierw trzeba tego konia nakłonić do poruszania się naprzód. Działają mięśnie nóg i miednicy. Jeśli konie nie chcą iść bo kolor śmietnika sąsiada im się nie podoba to trzeba te mięśnie zaangażować jeszcze bardziej. Jechać kłusem i galopem to też angażowanie mięśni by poprawnie siedzieć w siodle. Do tego dochodzą właśnie wstrząsy które obciążają kręgosłup, kolana i kostki. Czasami po takim trzygodzinnym terenie czuję się jakby rozjechał mnie walec.... Ale i tak jestem mega szczęśliwa i wyluzowana. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze ryzyko poważnych wypadków bo jeździectwo to sport wysokiego ryzyka. Pod nami jest zwierzę.. całe życie uczę się przewidywać zachowanie koni i rzeczywiście będąc z nimi i ucząc się ich języka można wiele sytuacji przewidzieć, ale nigdy nie można być na 100% pewnym czy po milonie takich samych reakcji na bodziec ta milon pierwsza będzie identyczna. Koń to nie maszyna tylko żywa istota, która odczuwa ból, strach, pobudzenie i ma w sobie ogromną siłę, z której na szczęście nie zdaje sobie sprawy. W jeździectwie zdarzają się wypadki śmiertelne. Zdarza się, że koń po prostu się poślizgnie i niefortunnie upadnie przygniatając jeźdźca. Można zatem powiedzieć, że igramy ze śmiercią. 

Na szczęście wynaleziono wiele udogodnień i sprzętów zmniejszających negatywny wpływ na ciało jeźdźców. Różnego rodzaju kaski, które chronią naszą głowę podczas upadku, strzemiona, które odciążają kolana i kostki czy właśnie takie nakładki żelowe, które amortyzują kręgosłup. Są też różnego rodzaju kamizelki, które mają za zadanie chronić korpus przy upadku... to co ostatnio jest hitem wśród koniarzy to kamizelki wybuchowe.. Nie są sztywne i twarde jak te stare kamizelki tylko elastyczne. Sznurek, który wystaje z kamizelki podpina się do siodła. W momencie, gdy jeździec spada z konia sznurek zostaje wyciągnięty, a kamizelka w ułamku sekundy napełnia się gazem- coś jak samopompujące się pontony ratunkowe. Kamizelka napełnia się gazem tak szybko, że w momencie upadku lądujemy już na miękkiej poduszce powietrznej, a nie na twardej ziemi. Niesamowite jest to, jak z biegiem lat sprzęt jeździecki jest udoskonalany. Z dzieciństwa pamiętam jeszcze toczki zamiast kasków, które nie miały nawet, żadnej wyściółki w środku,  i których nie zapinało się wcale, tylko zakładało się nie raz już rozciągniętą gumkę na brodę. O kamizelkach nikt nie słyszał, nawet tych twardych i niewygodnych. Strzemiona- tylko ciężkie stalowe- które wszystkie wstrząsy przekazywały w kostki i kolana. O bezpieczeństwie koni też mało mówiono. Dentysta? Jaki dentysta? Odrobaczanie, odpiaszczanie? A po co? ;)  Oj dużo zaszło zmian w jeździectwie. Na szczęście na plus dla koni i dla jeźdźców.

Edit: Odebrałam nakładkę na siodło, ale okazała się za mała :( Muszę poszukać innej, bardziej uniwersalnej... 

Edit2: Odesłałam nakładkę, ale na razie nie kupuję innej bo wpadłam na pewien pomysł ;) Zobaczymy czy mój wynalazek się sprawdzi...


piątek, 13 marca 2026

Zwierzakowa intuicja

 W ostatnim poście wspomniałam, że mam jakąś taką niewyjaśnioną zdolność, która polega na tym, że wszystkie zwierzęta, które wybiorę są świetnymi zwierzętami. I nie jest to bynajmniej spowodowane tym, że są moje więc je kocham. Wiadomo, że swoje własne zwierzęta się kocha bez względu na wszystko i widzi jako najpiękniejsze i najwspanialsze. Tak jak dzieci. No, ale nie w tym rzecz. Ja sama początkowo nie zwróciłam na to uwagi. Szczeżujski kiedyś powiedział, że ja to potrafię fajne zwierzaki wybrać. I jak się nad tym zastanowić to jest prawda... Ale zacznijmy od początku.

1) Molly

Zaczęło się tak, że w roku 2015 nadszedł w końcu ten moment, że postanowiłam przygarnąć psa. Zawsze chciałam mieć psa, myślałam o tym niejednokrotnie, ale starałam się myśleć odpowiedzialnie i na chłodno. Przyszedł czas, kiedy to stwierdziłam, że jestem w stanie odpowiednio zaopiekować się psem. Nie chciałam kupować psa, wolałam przygarnąć. Moim marzeniem było wziąć szczeniaczka i wychować go po swojemu. Odwiedziłam okoliczne schronisko, ale szczeniąt nie mieli. Wtedy pomyślałam, że może to znak, żeby wziąć psa dorosłego? Przeszłam się po schronisku, ale dwa pieski o które zapytałam nie były do adopcji...No cóż. Może to jeszcze nie czas?
Ale nie... ze mną nie jest tak łatwo. Ja jak się na coś uprę to jestem w gorącej wodzie kąpana.. Ten psiak tak mi w głowie siedział.. Zaczęły się przeglądania ogłoszeń w internecie. Oglądałam różne szczenięta, ale to albo zarezerwowane, albo za daleko. No cóż. Postanowiłam, że codziennie będę zaglądać na olx, żeby nie przegapić okazji. Pewnego dnia zadzwonił do mnie znajomy, że zna takiego rolnika, który ma za dużo psów i chce je rozdać bo suka się oszczeniła, ale to już ponad pół roku temu. A tak właściwie to i może z 8. No ok, czyli nie takie szczenięta... Bardziej dorosłe niż malutkie. Niechętnie, ale kierowana ciekawością pojechałam z rzeczonym znajomym do tego rolnika. Na podwórzu jak w zoo. Kojec za kojcem, buda za budą. Można było zwiedzać i oglądać. Naliczyłam 11 psów. Jedna suczka wpadła mi w oko. Kremowo-biała, była prześliczna... ale....No właśnie. Co mną kierowało? Nie wiem. Podobała mi się bardzo, ale z jakichś powodów się wahałam. Miałam już wychodzić i wcisnąć bajkę, że się zastanowię, ale owy pan rolnik krzyknął, że jeszcze jeden tam na końcu jest. Przewróciłam oczami ze zniecierpliwienia, że i tak to nie to co szukam i wkurzona faktem, że mamy XXI wiek, a ludzie jeszcze o sterylizacji nie słyszeli. Westchnęłam i poszłam... I tam na końcu siedziała ona. Smutna, skulona, łaciata. Widziałam wcześniej kilka innych, które podobały mi się bardziej, ale podeszłam. Podeszłam, a ona nieśmiało wspięła się i oparła łapkami o moje kolana. I spojrzała.... Wszystkich tych psów było mi szkoda, niektóre z nich do tego podobały mi się bardzo... ale ona miała coś w swoim spojrzeniu. Coś takiego, że parę sekund po tym jak spojrzała mi w oczy odwróciłam się do pana rolnika i powiedziałam, żeby dał mi chwilę bo muszę pojechać po smycz, obrożę i inne potrzebne rzeczy.

Czasami mam wrażenie, że to ona wybrała mnie. Ona tym spojrzeniem potrafiła przekazać mi, że jesteśmy dla siebie stworzone.

Od samego początku była psem idealnym. No może nieco bojaźliwym, ale oprócz tego bezproblemowym. Była tak zapatrzona we mnie, że nie miałam z nią nigdy żadnych problemów. Trzymała się blisko mnie, nigdy nie uciekła choć była puszczana luzem. Dogadywała się z innymi psami...I bez wahania mogę stwierdzić, że kocha mnie bardziej niż samą siebie. A ja...też ją kocham bardziej niż samą siebie. Nie wybrałam jej na podstawie wieku, koloru, piękna czy charakteru, którego nie znałam. Wybrałam ją poprzez spojrzenie. Zupełnie przypadkiem.. I to był najlepszy wybór w moim życiu. To moja najwierniejsza przyjaciółka, która jest ze mną na dobre i na złe.

Najwspanialsza <3


2) Frytka

Dokładnej daty nie pamiętam, ale było to jakieś 4 lata temu. Mieszkaliśmy wtedy u teściowej. Ja zawsze chciałam mieć dużo zwierząt, ale z uwagi na to, że nie byliśmy na swoim to musiałam się ograniczyć tylko do Molki. Pewnego dnia jednak Szczeżujski oznajmił mi, że nikt nie ma nic przeciwko kotu i możemy jednego wziąć. Po kota pojechaliśmy do znajomego ośrodka wypoczynkowego. Niestety kiedyś przypałętał się tam kot, którego dokarmiali i tak z jednego zrobiło im się stadko. Szukali więc domów dla tych kotów. Do wyboru do koloru- małe, duże, kotki, kocurki... Spodobał mi się najmniejszy, troszkę dziki kotek, ale to nie był ten kotek... Dlaczego spośród tylu kotów wybrałam Frytkę? A no nie wiem... wszak w jej oczach nie widziałam nic nadzwyczajnego... może dlatego, że jak do niej mówiłam to ona mi odpowiadała? Miałkała do mnie w odpowiedzi. W każdym bądź razie dostrzegłam coś w niej. Nie wybrałam tego, który podobał mi się wizualnie tylko tą, która gadała ze mną w swoim języku. Do dziś Frytka to nasz drugi pies, nie kot. Chodzi z nami na ryby, do lasku, na pola.. Dwoje ludzi, pies i kot.  Frytka obecnie jest wysterylizowaną kotką, ale w momencie, gdy zamieszkaliśmy na naszej "farmie" nie była jeszcze wysterylizowana. Skoro już mamy odpowiednie warunki na to, to postanowiliśmy, że dwa koty będą lepiej pilnować gospodarstwa przed myszami.. Mogliśmy przygarnąć jakiegoś kota tak jak Frytkę, ale chcieliśmy mieć dzieciaka od niej. I tak oto w naszym życiu pojawiła się Kostka, która jest najpocieszniejszym kotem świata :) Teraz już obie kotki są wysterylizowane i dzielnie łapią myszy w stodole. Dzięki temu, że na noc przebywają w domu, nie mamy też ani jednej myszki w domu. Nie potrzebuję łapek, trutek i innych wynalazków, one mi wystarczą :) Zanim ktoś napisze, że koty wychodzące są narażone na niebezpieczeństwo- my mieszkamy na tak zwanej "kolonii". Daleko od ruchliwej szosy. Dookoła same pola. W sąsiedztwie dwa psy, które kumplują się z nimi ;) Tak więc to one są ewentualnym zagrożeniem dla ptaszków chociażby nad czym ubolewam... ale na szczęście rzadko się na nie czają.

Frytka z małą Kostką :)


3) Aprilia

Moja mała blondyneczka. Jak wprowadziliśmy się na naszą farmę od razu szukałam jakiegoś konia do kupienia, wszak poprzedni właściciel obiecał mi Wanessę, a koń jest zwierzęciem stadnym i nie może przebywać sam. W ogłoszeniach znalazłam tą naszą blondyneczkę. To nie był wybór po zdjęciu. Tu decyzję o kupnie podjęłam dopiero, gdy pojechałam ją zobaczyć. Mały dzieciaczek nieprzyzwyczajony do ludzi to był. Miała swoją jedną kumpelkę i tylko z nią przebywała, ludzie tylko wypuszczali ją na zewnątrz i karmili. Początkowo była strachliwa, wystraszyła się gdy Szczeżujski poklepał ją po szyi. Teoretycznie coś co nie powinno mi się spodobać... Ale zobaczyłam, że mimo swojego strachu jest całkiem ciekawska. Wiedziałam, że przy odpowiednim podejściu będzie fajnym koniskiem. Decyzja podjęta, młoda przyjechała do nas i niestety rozpoczęło się żmudne leczenie nogi, którą sobie uszkodziła przy załadunku i które trwało trzy miesiące. Trzy miesiące codziennego oblewania nogi wodą i posypywania... Rana się zagoiła, my wylaliśmy hektolitry wody i wydaliśmy kupę pieniędzy na weterynarza, ale młoda przy codziennych zabiegach stała się coraz spokojniejsza i coraz bardziej pro ludzka.  Okazało się, że wystarczyło poświęcić jej uwagę i stała się super grzeczną kobyłką, która niczego się nie boi.

Nazywam ją "Niunieczką" i tak chyba zostanie już zawsze :)


4) Dergano

Niektórzy z was znają dobrze tą historię bo działa się rok temu. Miałam dwa swoje koniki. Aprilię i Wanessę. Aprilka jeszcze była za młoda na to, żeby przyuczać ją do siodła, a z Wanessą próbowałam już kupę czasu. Pół roku codziennej pracy z nią. Pracowałyśmy nad zaufaniem, chodzenie na lonży, na spokojnie i bez pośpiechu. Niestety miała ona już 18 lat czyli była koniem starszym, nigdy nie uczonym siodła... mocno elektryczna i strachliwa.. Niektórych rzeczy nie da się wypracować tak szybko... efekty mojej pracy były widoczne, ale nadal nie nadawała się pod siodło, mało tego... była niebezpieczna. Nawet jeśli kiedykolwiek udałby się ją ujeździć to i tak byłby to koń niebezpieczny, na którym wolałabym nie narażać swojego zdrowia i życia..
Za sprawą Szczeżujskiego postanowiłam ją sprzedać. Sama też o tym myślałam, ale nie miałam siły.. Przez pół roku męczenia w kółko tych samych ćwiczeń przywiązałam się do niej. Nie obchodziło mnie już to czy będzie chodzić pod siodłem czy nie, ale Szczeżujski słusznie sprowadził mnie na ziemię. Postanowiłam więc sprzedać Wanessę komuś kto ma hodowlę ze względu na dobry paszport.. a sama kupić konia dla siebie, na którym w końcu będę mogła jeździć. Z Rudym to było tak, że jak go zobaczyłam w ogłoszeniu to nie obchodziła mnie odległość jaką muszę pokonać, żeby go tu przywieźć. Jedynym ograniczeniem były pieniądze.. Zazwyczaj jak się nie ma pieniędzy to się nie kupuje... No ja też tak robię bo co począć.. Ale nie tym razem. Poruszyłam niebo i ziemię żeby uzbierać wymaganą kwotę. Wyciągnęłam oszczędności z PPK, zrobiłam zrzutkę, pożyczyłam od siostry z obietnicą, że oddam jak dostanę trzynastkę. I udało się. Wynajęłam koniowóz i wraz z D i jeszcze jednym kolegą wyruszyliśmy w trasę. Z pomorza jechaliśmy na śląsk. Wyjechaliśmy o północy z soboty na niedzielę, żeby być na miejscu w niedzielę rano.. Nie spałam od soboty 7 rano do niedzieli 22. W niedzielę rano odebraliśmy konia, dopełniliśmy formalności... I bez zastanowienia wzięłam tego zapadniętego, chudego szkapka. Na zdjęciach nie było widać by był chudy lub zapadnięty.. On miał coś w wyrazie pyszczka takiego co mnie przekonywało. Przyjechał ze mną do nowego domu i obecnie czuje się świetnie. Jest grubaskiem, ma kupione dopasowane, drogie siodło by nie obijało mu pleców. Zbadał go weterynarz, miał zrobiony masaż. Jest kochany. Tak jak podpowiadała mi intuicja. Miś misiasty, przytulak, mądraliński. Nie mogłam wybrać lepiej. Niewiele osób by go kupiło właśnie ze względu na ten kręgosłup. Sama biłam się z myślami. Trzeźwo myślący kupujący  nie kupiłby tego konia. A ja zdając sobie sprawę z tego, że może nie być do końca zdrowy kupiłam go... I nie żałuję :)

Spełnienie moich marzeń



Na chwilę obecną nie mamy więcej zwierząt. Reszta koni ma swoich właścicieli, ja jestem tylko opiekunem. Kostka nie została wybrana tylko jest fajnym dzieciakiem fajnej Frytki. Wanessę dostałam, nie wybrałam i niestety dostałam chyba najdzikszego konia jakiego mogli mi podarować...

Planuję niebawem kupić kozę, owieczkę i kaczki. Może też kurki... Zawsze marzyłam o zwierzakach na farmie..

Taka ciekawostka- kozę planowałam kupić już jesienią. Wśród ogłoszeń jedno szczególnie zwróciło moją uwagę.. Spojrzenie... znów to spojrzenie. W tych oczkach było coś co mnie urzekło... Pani chciała sprzedać kozę ponieważ inne ją ciągle bodły, ale ostatecznie wycofała się ze sprzedaży bo chciała jeszcze mieć koźlęta od tej kózki. I powiedziała, że może w okolicy kwietnia na wiosnę ją sprzeda...

I zgadnijcie co? .....Tak..... czekam na nią pół roku bo znowu mam to przekonanie, że to jest TO zwierzę ;) 




Tak dla równowagi dodam, że to nie działa w przypadku ludzi... Z reguły wybieram źle...


wtorek, 3 marca 2026

Solidna dawka szczęścia

 Doczekałam się. Nareszcie się doczekałam...  Temperatury mamy takie, że śnieg topnieje w oka mgnieniu. Na polach co prawda jest go jeszcze sporo, ale zmienił się w taką śnieżną kaszkę, która jest łatwa do przebycia. 

Dzwonię w piętek do D i mówię: Stary, nie interesuje mnie co robisz w sobotę, odwołuj randki i wpadaj mi tu bo jedziemy w teren!

 D postąpił  jak na prawdziwego przyjaciela przystało.. Odwołał randki, bo dla nas koniarzy nie randkowanie jest ważne tylko ta pasja! No i przyjechał.

I tak oto w sobotę wraz z D, ogarnęliśmy konie i wybraliśmy się w ten długo wyczekiwany teren. My w siodłach nie siedzieliśmy ponad 2 miesiące więc siedzenia nasze szanowne tyłkami zwane odzwyczaiły się od tej czynności na tyle, że w chwili obecnej (3 dni po) odczuwam zakwasy od stóp do głów.



No więc najpierw mieliśmy zacny plan wzięcia rumaków na lonżę i przepędzenia ich co by nie chciały nas pozabijać jak wsiądziemy na nie po takiej przerwie, ale ostatecznie zabrakło nam czasu i jak to zawsze ja oznajmiłam....A kij tam! Jedziemy na żywioł. No to pojechaliśmy na żywioł. Czułam się niczym Wonder Woman, nieustraszona i gotowa na wszystko. A nasze konie wcale nie zamierzały nas mordować, poszły z nami w ten teren jak potulne kotki. I powietrze uszło z mego balonika w kształcie super nieustraszonej bohaterki 😅
Nie licząc początkowych cofanek to tren poszedł nam całkiem fajnie. Rudy i Neptun mają to do siebie, że zgapiają od siebie wszystko jak papugi. Jeden się wystraszy to drugi też. Jeden się cofa zamiast iść do przodu? Drugi to samo. Jak nie chcą iść to oba na raz, a jak już idą to też jeden przez drugiego. Koszmar z nimi czasem. No ale to nic innego tylko nasze pobłażanie. Po coś jednak te baciki istnieją i trzeba takiego popędzacza zabrać ze sobą bo niedługo nam konie zaczną robić co chcą.

Gdzieniegdzie na drogach był jeszcze lód, zwłaszcza na drogach prowadzących przez zagajniki tam gdzie słońce ma ciężko się przebić. Jechaliśmy powolutku niczym saperzy siedzący na bombie, ale na szczęcie był to tylko kawałeczek i na szczęście nie było aż tak ślisko. Konie poradziły sobie bez problemu. Cały nasz wyjazd był głównie stępem, bez szaleństw, ale w drodze powrotnej jeszcze postanowiłam, że sobie zagalopujemy. I tak polecieliśmy sobie polami w drogę powrotną i powiem wam.... nie wie nikt jakie kto uczucie.. Wie tylko ten, który pędził galopem po polu z rozwianymi włosami... Mieszanka adrenaliny i poczucia wolności, tak wygląda właśnie szczęście, pasja...



Nie żeby było zbyt kolorowo bo jednak na koniec konie postanowiły nam uatrakcyjnić nieco ten galop i zaczęły zwinnie wywijać baranki i urządziły nam małe rodeo. Ale, że Wonder Woman już dawno została odesłana to adrenalina podskoczyła nam nieco 😜 Na szczęście mimo długiej przerwy nie daliśmy się i zostaliśmy na górze, nikt nie sprawdzał jakości podłoża przy pomocy twarzy 😅

Po powrocie porobiliśmy koniom kopytka, włączyliśmy nawet livea w słynnych mediach społecznościowych, tak że znajomi mogli z nami siedzieć w stajni i czyścić konie ;) Wirtualnie.

Dużo radochy dał mi ten dzień, oczywiście zapomniałam o wszystkich smutkach i liczyło się dla mnie tylko to co robię w danym momencie. Szczęście było na pierwszym miejscu. Jeszcze ekscytacja, adrenalina i po prostu wolność. Poprawiło mi to znacznie humor. Co prawda smuteczki znów zaczynają się przebijać, ale słoneczne dni pomagają i wzmacniają ten murek szczęścia, który stworzyły konie i ten wyjazd w teren. Przede wszystkim mam więcej siły by z tym walczyć. Tereny czynią cuda!



Aktualnie moje zmartwienia są pochowane i jedynym co mnie uwiera jest to, że chodzę jak kowboj bo zakwasy w przywodzicielach tak pieką, że nie pozwalają na normalne chodzenie 😅 Ale wystarczy się rozruszać i wsiąść znowu na konia. Im częściej się jeździ tym szybciej owe niedogodności znikają i przestają występować następnym razem.

I teraz... być dobrej myśli i na razie nie myśleć o problemach.. To będzie przepis na odrobinę oddechu.


PS: 23 lutego minął dokładnie rok odkąd Rudy jest ze mną 💓 Ten rok był wspaniały dzięki niemu. Jest wspaniałym przyjacielem. Ja mu daję wszystko co najlepsze, zadbałam o niego po tym jak przyjechał do mnie chudy i zapadnięty, a on mi codziennie rano daje rżenie i przytulasy pyszczkiem. Tak jak pisałam rok temu- już po zdjęciach się zakochałam i jak zwykle okazało się, że się nie myliłam. Mam tego czuja jeśli chodzi o zwierzęta i nie wiem czym to jest spowodowane. Zawsze te zwierzaki, które ja wybieram z jakiegoś powodu są  bezproblemowe i kochane. Cieszę się, że nasza wspólna historia się zaczęła i tak sobie trwa. Cieszę się, że poruszyłam niebo i ziemię żeby uzbierać kwotę na kupno tego konia. Może to niepoważne, ale to było dla mnie kwestią życia i śmierci. Coś niewytłumaczalnego pchało mnie żeby kupić koniecznie tego konia...

Po przyjeździe miałam wątpliwości. Był chudy, jego grzbiet był wygięty lordozą. Obawiałam się, że może być chory. Tak czy siak zaryzykowałam... Odkarmiłam, popracowałam nad mięśniami grzbietu, dobrałam odpowiedni sprzęt, zbadałam... i jest dla mnie wspaniałym przyjacielem..

Zdjęcie zrobione dokładnie rok temu:


Oby czekało nas jeszcze wiele wspólnie spędzonych lat 💖


środa, 25 lutego 2026

Przerwa w terapii

No bo z tą jazdą konną to jest tak... 

Gdy tylko wsiadam na konia to moje smutki redukują się o jakieś 50 procent. 

Gdy jadę przed siebie w zasadzie nie wiedząc do końca gdzie jadę patrząc na cudowne krajobrazy i łapiąc promienie słońca na policzkach to smutków już nie ma wcale. Wtedy jest tylko uśmiech i głos w głowie mówiący "jakoś to będzie". Może to nawet koński głos?

Nie ważne jak duże są moje smutki i problemy, zawsze znikają, przynajmniej na chwilę. Niektóre problemy nie rozwiążą się same, wiadomo, ale jakoś tak po konnej terapii wydają się mniejsze i łatwiejsze do rozwiązania.

No, a teraz niestety nici z terapii bo w dalszym ciągu jesteśmy zasypani, choć jest światełko w tunelu. Temperatura jest ostatnio dodatnia, a więc wszystko zaczyna powoli topnieć, aczkolwiek zanim stopnieje całkiem to minie trochę czasu. Zalega tu nam na prawdę dużo śniegu.

Tak czy inaczej roztopy- oprócz tego, że ujawniają niesamowity syf i tą zgniliznę, która tyle czasu skrywała się pod śniegiem- pomagają trochę w tym codziennym funkcjonowaniu. Woda na pastwisku już nie zamarza, nie trzeba jej dolewać co chwilę. Odtajały też rury, więc mam wodę w stajni. No, ale żeby nie było zbyt kolorowo to wraz z topnieniem lodu w rurach wychodzą takie kwiatki jak pęknięcia czy nieszczelność zaworów. Więc tak... Jak nie urok to sraczka. 

Te zimowe wieczory często umilam sobie spędzając czas w stajni z końmi po prostu je czyszcząc i przebywając w ich towarzystwie. To też ma właściwości terapeutyczne. I tak oto Rudy ma ładnie przyciętą grzywę i ogon, wyczesane też niczego sobie. Kupiłam mu też nowy kantar bo stary rozwalił. No, a niunia Aprilka ma zaplecione warkoczyki, żeby jej piękna, długa grzywa nie uległa przypadkiem zniszczeniu. Rudy też ćwiczy sztuczkę- podawanie nogi za smaczka. Tak z nudów chociaż czegoś się nauczy. 



Wiosna na horyzoncie oznacza, że wkrótce trzeba będzie zacząć remont siodlarni i przygotowanie kurnika, kacznika i boksu dla kózki. Te wszystkie zwierzątka już od dawna miały być na farmie, ale ciągle to odkładałam bo nie było kiedy zająć się przygotowaniem pomieszczeń, a chcę mieć pewność, że żaden lis mi nie wymorduje tych duszyczek. Tak swoją drogą to w końcu skubańca udało się ujawnić. Wiedziałam, że jest w okolicy bo słychać było jak pokrzykuje w okolicy naszego zagajnika. A dziś w nocy nagrał się na kamerę. Przyszedł na podwórko. Tak przynajmniej zakładam, że to jest lis. Nagranie jest bardzo słabe, ale zdecydowanie nie jest to pies. Widać to po sposobie chodzenia, budowie ciała.. No tylko tak troszkę duży mi się wydaje jak na lisa, ale to zapewne tylko takie wrażenie.






Parę dni temu wróciły żurawie. A właściwie żuraw bo widuję i słyszę tylko jednego. Niestety zdjęcie mega słabe bo zbliżone na maxa, ale z takiej odległości nie było opcji zrobić normalnego zdjęcia. Jego klangor niezmiennie koi moją duszę i mam nadzieję, że inne niebawem do niego dołączą by wieczorami urządzać koncerty za stajnią.






Czekam z utęsknieniem, aż będę mogła pojechać w końcu w teren i odstresować się. Nagromadziło mi się już tych smutków i smuteczków. Mam jeden taki konkretny, na niego terapia konna pomoże, ale na chwilę. Ten jeden duży smutek przeszkadza mi bardzo, gniecie mnie od środka i nie pozwala cieszyć się z małych rzeczy. Ten jeden smutek siedzi cały czas we mnie i nie mogę się go pozbyć. Utrudnia mi wszystko, utrudnia codzienność. Skłania do zadawania pytań typu: Po co to wszystko? Szepcze do ucha: Nie ma sensu... Ale walczę z tym smutkiem choć już czuję się bardzo, bardzo zmęczona... dlatego potrzebuję tej mojej terapii, bardziej niż zwykle.

środa, 28 stycznia 2026

Zimowe Kaszuby

Śnieg na Kaszubach utrzymuje się od "poświętach" aż do teraz. Mało tego. Porobiły nam się niemałe zaspy. Szczerze mówiąc dawno nie było takiej ilości śniegu. A takich widoków nie miałam całe wieki....







Niedawno padał marznący deszcz i śnieg jest teraz lukrowany.. No wiecie, taki twardy 😖 Mieszkamy na wzgórzu, a więc w razie powodzi jesteśmy uratowani.. no ale w zimie to nie jest niestety atutem. Jak tu podjechać pod górkę na zmarzniętym śniegu? A no nie da się 😋 Dojechałam do połowy wzniesienia, później koła zaczęły mielić. Nacisnęłam hamulec, a samochód jedzie dalej... A raczej sunie... z powrotem w dół 😝Całe szczęście udało mi się wymanewrować tak, żeby wjechać w zaspę, która mnie zatrzymała. Do wyboru miałam jeszcze płot.




Niestety wyjazdy w teren nie są możliwe bo na naszą polną trasę nawiało tyle śniegu, że sięgał mi do pasa. Oczywiście tak się dzieje tylko miejscami. Tu akurat jest polna droga, która z każdej strony ma skarpę i z tych właśnie skarp zwiewa śnieg tworząc w środku czyli na drodze wielką zaspę aż po pas. Niestety konie odmówiły władowania się w śnieg aż po brzuchy, a i słusznie bo zapewne byśmy nie przebrnęli. Tak więc póki jesteśmy zasypani to niestety zostaje nam pogalopować po własnym pastwisku.




Konie wraz ze śniegiem dostały małpich rozumków i bez brykania się nie obejdzie. Szaleją aż miło, chociaż nie przepadam gdy robią to podczas jazdy. Można wtedy wyrżnąć niezłą glebę.  No, ale jak same się ganiają po pastwisku ogląda się chętnie i z uśmiechem na twarzy.



Dziadzio Narwalek nie jest już zainteresowany takimi szalonymi zabawami. Czasami jeszcze darzy mu się pogalopować za innymi końmi, ale zdecydowanie woli okupować paśnik. Rusza się bardzo mało co mnie nie dziwi, wszak ma już 26 lat i starość daje mu się we znaki. Zwłaszcza chore serducho. No, ale zima jest dla niego łaskawsza bo zdecydowanie gorzej czuje się latem, gdy jest gorąco. Tak jak i ludzie chorujący na serce. Upały odbierają mu całą energię jaką tylko udaje mu się w sobie zebrać. Co lato robi się coraz bardziej słaby. Oby jak najdłużej czuł się dobrze.




Zima może jest łaskawsza dla Narwala, ale nie dla wszystkich zwierząt. Codziennie jadąc do pracy spotykam na polu sąsiada sarenki. Podchodzą coraz bliżej i wcale się nie boją. Śnieg zakrył korzonki, a na polu sąsiad ma coś zasiane. Nie pytałam co to, ale sarenkom smakuje. I tak sobie codziennie przychodzą. A dzisiaj rano.... Na polu stało całe stado. Nie zdążyłam wszystkich policzyć, ale było tam conajmniej 10 sztuk. 




Mnie za to odwiedzają ptaszki ptaszeńki. Koleżanki sikoreczki, kumpel kowalik i sójka oraz sroka. Sroka trochę niemile widziana bo je za dziesięciu i straszy mniejszych kuzynów. W każdym razie rozwieszany tłuszczyk znika w oka mgnieniu.





Molka nie do końca lubi zimę, ale kotki z grubym futrem chętnie wychodzą rano na dwór i spędzają na zewnątrz cały dzień polując na myszy w stodole, albo wylegując się w słomie. Molka wychodzi z domu tylko ze mną. Nie dlatego, że tak musi, ona jest po prostu moim cieniem. Od kiedy ją przygarnęłam chodzi za mną krok w krok, aż po dziś dzień. Z kuchni na górę, z góry na dół... cały czas drepcze za mną.. Ja idę na dwór to ona idzie też. Nie lubi zimna, ale dzielnie czeka na sianku, aż skończę robić swoje.




 I dreptu dreptu. Beze mnie idzie jedynie się załatwić, albo pospacerować i powęszyć po polu. Czasami idzie odwiedzić sąsiada i za chwilkę wraca. Zwyczajnie musi zrobić poranny obchód 😅 Już nie raz pisałam, że zawsze i wszędzie towarzyszy mi Molka i kocice. Kocice szły trochę dalej, a więc odciski tylko mój i Molki.




No, a po obchodzie od razu hyc pod kocyk 😏


Niestety zima jest upierdliwa na gospodarstwie. Odśnieżania jest co nie miara, wszystko zamarza... zwłaszcza woda dla koni. Nie ułatwia mi to życia. Teraz muszę doginać codziennie z wiadrami. Ba! Codziennie? Kilka razy dziennie po kilka tur. Nie wleję koniom wody w wannę bo zamarznie. Wlewam po troszku do dużego pojemnika i co chwilę chodzę dolewać. I tak w kółko. Moje łokcie... nie będę się wypowiadać na ich temat. 

Niemniej jednak taka zima na prawdę cieszy oko no i jest łaskawa dla końskich nóg. Wszechobecna zgnilizna i błoto to siedlisko bakterii, które wywołują u koni grudę. To takie strupy na nogach, które nie leczone powodują ból i kulawiznę. Dodatkowo od stania na mokrym często zdarza się gnicie strzałek kopytowych zwłaszcza u naszego emeryta... także pod tym kątem zima jest łaskawa. To tylko ja mam pod górkę, ale zacisnę zęby i dam radę.. Jakoś muszę dać. Ostatnio w wielu kwestiach muszę sobie jakoś radzić.





Aaaaa!  Zapomniałabym!
Jest jeszcze jeden plus takiej zimy..... Kuligi!!! Nocne z pochodniami, ogniskiem i grzanym winem. To jest to ;)