Wiosna znowu gra z nami w ciuciubabkę - raz zachęca nas ciepłem i słońcem do zrzucenia zimowych ciuchów i rozkoszowania się widokiem pierwszych kwiatów, a zaraz potem przywołuje nas do porządku ostrym chłodem i potokami lodowatego deszczu, dając do zrozumienia, że jeszcze trzeba na prawdziwą wiosenkę poczekać. No to cóż pozostaje - czekamy, chowając się w domach i wspominając letnie klimaty i wakacje.
A ja wracam do Van Gogha. W Jego muzeum wiszą te słynne Słoneczniki. W czasach PRL-u reprodukcje tego obrazu wisiały w większości mieszkań, w towarzystwie meblościanki Kowalskiego i ławy jamniczka. W moim rodzinnym domu były dość ciężkie, solidne, przedwojenne meble i zupełnie inne obrazy, w tym okrągły obraz w stylu starych mistrzów z martwą naturą z obowiązkowym kielichem o ozdobnej nóżce.
Uwielbiałam go, choć jako dziecko nie miałam pojęcia o istnieniu siedemnastowiecznych, holenderskich mistrzów. Była w nim jakaś tajemnica i to mnie pociągało. Akurat gdy zdawałam egzaminy na politechnikę, kułam nocami i dniami, moja rodzina wyprowadzała się z domu mojego szczęśliwego dzieciństwa do bloków. Dosłownie rano jechałam na egzamin z domu, a po jego zdaniu już wracałam do nowego mieszkania. Od razu zauważyłam brak ulubionej martwej natury. Jestem na ogół spokojną osobą ale wtedy nerwy mi puściły. Gromy posypały się na rodzinę , która tłumaczyła się, że obraz pękł podczas zdejmowania ze ściany i nowa właścicielka prosiła, by go jej zostawić. No i zostawili. A mnie został płacz i zgrzytanie zębów.
O Słonecznikach Van Gogha juz wiedziałam i wydawało mi się, że to musi być płonący żółcią łan tych kwiatów. Jakież było moje rozczarowania, gdy u znajomych zobaczyłam obraz - tylko bukiet tych cudownych kwiatów w wazonie. Do tej pory jakoś za nim nie przepadam.
Wolę Jego irysy, cesarskie korony i inne kwiaty. Ale to moje subiektywne zdanie.
Amsterdam zachwycił mnie swoją swobodną, radosną atmosferą, tłumami młodzieży z całego świata. Nie są to już hippisi, którzy kiedyś okupowali plac Dam i eksperymentowali z wszelkiego rodzaju używkami, aczkolwiek nadal powszechnie dostępne są niektóre z nich. Nawet miałam ochotę spróbować któregoś z nich ale odstręczył mnie niezbyt przyjemny ich zapach. Nigdy nie paliłam papierosów i myśl, że miałabym wciągnąć do płuc coś tak paskudnego, otrzeżwiła mnie szybciutko. Ja, wychowana co najwyżej na Winku Patykiem Pisanym ( to były niewinne czasy - królowało ono na prywatkach w liceum, a na studiach rarytasem był Riesling) nie miałam pojęcia, że to tak nieapetyczne świństwo. Nie ma to, jak żyć pod kamieniem :-).
Ale Amsterdam to przecież miasto kanałów i rowerów. W naszym hotelu stały sobie dwa pradawne, drewniane rowery. Nie próbowałam na ich jeżdzić ale zdjęcie z nimi mam, a jakże.
Dziś tylko tyle. O wizycie w Rijskmuzeum napiszę następnym razem.
Czekając na termiczną wiosnę, pozdrawiam Was serdecznie !
Taki kielich widniał na naszym obrazie martwej natury z owocami.