Pokazywanie postów oznaczonych etykietą magia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą magia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 grudnia 2013

David Mitchell: "Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta"

Autor: Po drugiej stronie... dnia grudnia 15, 2013 8 komentarze





Autor: David Mitchell
Tytuł: "Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta"
Wydawnictwo: Mag
Stron: 624





Autor „Atlasu chmur” powrócił – z dziełem równie wyrafinowanym, zarówno objętościowo (624 str.), jak i tematycznie. Akcja książki rozgrywa się na przełomie XVIII/XIX wieku. Przedstawia zarówno losy wyspy Dejima, odciętej od świata, jak i zróżnicowane warstwy społeczne jej mieszkańców: rdzennych Japończyków i przybyłych tam kupców, handlowców, urzędników, tłumaczy. Prezentuje rozwój medycyny, nauki, polityki. Zgłębia działanie sieci handlowych, kontaktów między Holandia i Japonią, dzięki którym wyspa żyje, konfrontuje Wschód i Zachód. Dotyka tez problematyki sakralnej w dość kontrowersyjny sposób – dostajemy się razem z porwaną akuszerką Aibagawą za mury tajemniczego klasztoru, gdzie dokonuje się okrutnych praktyk. Kolejne z ważnych tematów to niewolnictwo, władza, nieśmiertelność, rola kobiet. Wszystkie te historie spaja osoba tytułowego bohatera – Jacoba, przybywającego do Japonii by zapracować na rękę ukochanej kobiety. Holenderski urzędnik zostaje wplątany w świat pełen intryg, zawiści, zbrodni i obłudy. Ale doświadczenia ukształtują Jacoba i doprowadzą go na wyżyny, by zaraz potem znów cisnąć go w dół. Jacob to postać kryształowa: człowiek dobroduszny i uczciwy – wciągnięty w wir układów, podstępów i oszustw próbuje zachować swoje wartości, co nie zawsze przysparza mu przyjaciół. Czy uda mu się pozostać sobą, czy też Dejima zepsuje jego serce? Jednak oceniając całą powieść, Jacoba nie można tak do końca uznać za bohatera głównego. Mamy tu wiele innych, wyraźnych, charyzmatycznych postaci. Czasem na kilka długich rozdziałów akcja przenosi się w nowe miejsca, a uczestnikami wydarzeń zostają zupełnie inne osoby. 

Książka porusza tyle zagadnień, wątków i tematów, przez jej karty przewija się tylu bohaterów, że trudno w paru słowach zarysować jej fabułę, opowiedzieć o walorach. Trzeba jednak przyznać, że ta panoramiczna powieść zadziwia, zaskakuje, porusza, wywołuje przygnębienie, radość, wprawia w zadumę. Jestem pod wrażeniem ogromu pracy, jaki włożył autor, by przedstawić właśnie to miejsce i ten czas historyczny w tak autentyczny, drobiazgowy sposób. Jestem olśniona jego wyobraźnią i kreatywnością. Doceniam jego wrażliwość, wiedzę i kunszt literacki. W tej książce każdy znajdzie coś dla siebie – jedni będą z zapartym tchem śledzić perypetie sercowe głównego bohatera, innych zafascynuje motyw handlowy, jeszcze inni ze skupieniem wczytają się w strony poświęcone zwyczajom, mentalności i hierarchii japońskiej. Jest tu także coś dla fanów opowieści z dreszczykiem, wielbicieli spisków i czarnych charakterów. Mamy także wątki nadprzyrodzone, magiczne. Jest i wielka polityka, i religia i nauka. Wszystkiego po trochu, co nie znaczy, że ta powieść to chaotyczny miszmasz. Wbrew pozorom konstrukcja jest bardzo logiczna, przemyślana i wyważona. Autor umiejętnie steruje emocjami czytelnika, buduje napięcie, podsuwa nam nowe tematy w ciekawy sposób, podtrzymuje nasze zainteresowanie, nie przynudza. Nie dziwię się, że książka zbiera tak dobre recenzje.

Polecam, zachęcam :)

niedziela, 8 września 2013

Haruki Murakami: "1Q84", t. 1

Autor: Po drugiej stronie... dnia września 08, 2013 7 komentarze



Autor: Haruki Murakam
Tytuł: "1Q84", t.1
Wydawnictwo: Muza
Stron: 480


Za lubimyczytac.pl, bo nie ma sensu się powtarzać, a ujęto tu istotę:

„...tytuł nawiązuje do "1984" George'a Orwella; po japońsku wyraz "dziewięć" wymawia się jak angielskie Q, a q nawiązuje do słowa "question" - pytanie".

I ostrzegam, że mogłam się dać w tej recenzji ponieść na tyle, że zdradziłam trochę za dużo ze swoich domysłów, więc nieznający jeszcze tej trylogii proszę niech czytają baardzo pobieżnie :)

Aomame to niespełniona życiowo instruktorka sztuk walki, darząca uczuciem wspomnienie chłopca poznanego w dzieciństwie. Po pracy morderczyni na zlecenie, w której krzywdy innych kobiet wyzwalają chęć zemsty. Tengo wykłada matematykę, a w wolnym czasie pracuje jako redaktor, stara się też napisać własną powieść. Jak szybko się domyślimy – tych dwóch bohaterów, których losy poznajemy naprzemiennie, już kiedyś się spotkało. Choć ich ścieżki dawno się rozłączyły (i to w osobliwy sposób), można odnieść wrażenie, że wszystko zmierza ku temu, by połączyć je znowu. Tylko, że gdy w grę wchodzi realizm magiczny, rzeczy najprostsze okazują się najbardziej skomplikowane.

środa, 24 lipca 2013

Haruki Murakami: "Kafka nad morzem"

Autor: Po drugiej stronie... dnia lipca 24, 2013 9 komentarze


Autor: Haruki Murakami
Tytuł: "Kafka nad morzem"
Wydawnictwo: Muza
Stron: 624


„Uświadamiam sobie, że łączy mnie z nią przynajmniej jedno: oboje jesteśmy zakochani w kimś, kogo już nie ma na tym świecie.”

Murakami kolejny raz i znów mi się podoba. Myślę, że w „Kafce nad morzem” przede wszystkim trzeba docenić nietuzinkowych bohaterów. Każdy z nich to unikalny przypadek. Po pierwsze – tytułowy Kafka Tamura. Piętnastoletni chłopak, niezwykle bystry i zaradny życiowo. Kafka ucieka z domu, próbując uniknąć przerażającej przepowiedni ojca (niczym Edyp w tragedii antycznej). Chroni się na wyspie Shikoku i trafia do tajemniczej biblioteki, która wkrótce stanie się jego domem zastępczym. Poznaje tam Oshimę (kreacja mistrzowska, nie spotkałam jeszcze w literaturze takiej osobliwości), pracownika biblioteki i panią Saeki, dyrektorkę. Z obojgiem połączy go więcej, niż mógłby przypuszczać. Kiedy ojciec Kafki zostaje zamordowany, uwalnia się jakaś energia, i zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Śladem Kafki wyrusza pan Nakata, ujmujący staruszek-analfabeta, który potrafi rozmawiać z kotami i jego przypadkowo poznany towarzysz – młody kierowca, Hoshino. Mają do wykonania ważną misję, która znacząco wpłynie na życie młodego chłopca.

„Dawno temu świat nie składał się z mężczyzn i kobiet, a z męskich mężczyzn, kobiecych kobiet i kobieto-mężczyzn. To znaczy, że każdy miał w sobie elementy dwóch płci. Wszyscy byli zadowoleni i żyli sobie beztrosko. Lecz Zeus przeciął wszystkich nożem na pół. Dokładnie na połowę. W rezultacie na świecie zostali tylko mężczyźni i kobiety i teraz wszyscy żyją, błądząc tu i tam w poszukiwaniu swojej drugiej połowy.”

Jak to u Murakamiego, w codzienność wkradają się siły nadprzyrodzone, zjawiska nie do wyjaśnienia. „Kafka nad morzem” to powieść o poszukiwaniu własnej tożsamości, odkrywaniu prawdy, dorastaniu, poznawaniu świata. Każdy z bohaterów odbywa swoją drogę, dosłownie (przemieszczając się z miasta do miasta), jak i w przenośni. Każdy z nich dostrzeże w sobie zmiany, dokona transformacji. Poza tym „Kafka nad morzem” doskonale łączy w sobie różne literackie motywy i toposy, traktuje też o filozofii, sztuce, muzyce. Sercem powieści jest biblioteka – symbolizująca wiedzę, gromadzoną od pokoleń. Biblioteka będąca jednocześnie przechowalnią wspomnień, ludzkim wnętrzem, duszą.

„Zabiorę cię teraz do biblioteki. A ty staniesz się jej częścią.”

Czytając odnosi się wrażenie, że wyobraźnia autora nie ma granic. Zjawiskowość postaci, które stawia na naszej drodze, perypetii, jakich doświadczają, mnogość wątków... Świat stworzony przez Murakamiego wzrusza, rozśmiesza, czasem przeraża, czy wywołuje nawet wstręt. Autor nie boi się pisać o ludzkiej seksualności w sposób bezpośredni i prowokacyjny. Nie boi się wtłaczać w swoich bohaterów bestialskich zachowań. Nie brak tu też naprawdę mocnych scen pod względem humorystycznym. Pan Nakata i Hoshino stanową widowiskowy duet. Dialogi, jakie mają między nimi miejsce, są rewelacyjne. Znacie to uczucie, kiedy śmiejecie się na głos nad książką, a ludzie wokół dziwnie reagują, nie wiedząc co jest grane? Z „Kafką nad morzem” o to łatwo. Czasem zaśmiewałam się do łez. Innym znów razem ubolewałam, że niektóre sytuacje muszą rozegrać się tak, a nie inaczej.


„Szukam odpowiednich słów. Potrzebuję chłopca zwanego Kawką, lecz nigdzie go nie ma. Sam szukam słów. Zajmuje mi to dużo czasu.”

Murakamiego czyta się też dla zdań. Takich, które zapadają głęboko w sercu. Starałam się umieścić w recenzji kilka z nich.

„- O ile mi wiadomo, po raz pierwszy pojęcie labiryntu stworzyli mieszkańcy starożytnej Mezopotamii. Wyciągali zwierzęce, a czasami prawdopodobnie ludzkie, jelita i wróżyli z nich. Bardzo podziwiali te skomplikowane kształty. Dlatego podstawą kształtu labiryntu było jelito. To znaczy, że zasada labiryntu znajduje się wewnątrz ciebie. I odpowiada labiryntowości będącej na zewnątrz ciebie.
- Metafora.
- Tak. Podwójna metafora. To, co jest na zewnątrz ciebie, jest odbiciem tego, co masz w sobie, a to, co masz w sobie, odzwierciedleniem tego, co na zewnątrz. Dlatego bardzo często wejście w labirynt na zewnątrz oznacza wkroczenie w labirynt, który masz w sobie. To bardzo niebezpieczne.”


Będzie mi brakować rezolutnego Kafki, jego zwięzłych wypowiedzi, ulubionych grzanek i wrażliwości. Myślę, że po przeczytaniu książki Wy też zapragnęlibyście go poznać.

„Coś, co było zamarznięte w twoim sercu, wydaje dźwięk.”

wtorek, 30 października 2012

Tea Obreht: "Żona tygrysa"

Autor: Po drugiej stronie... dnia października 30, 2012 7 komentarze



Autor: Tea Obreh
Tytuł: "Żona tygrysa"
Wydawnictwo: Drzewo Babel
Stron: 336



O czym jest ta książka? Tea Obreht snuje kilka historii, które sprzęgają się w jedną, spojone postacią dziadka narratorki – młodej lekarki, Natalii. Gdy dziewczyna, razem ze swoją przyjaciółką, wyrusza w drogę do małego miasteczka, by nieść pomoc chorującym dzieciom, nie podejrzewa, jak wiele czeka ją u krańca tej podróży. Wkrótce dowiaduje się o śmierci swojego ukochanego dziadka. Odbywa równoległą podróż: we wspomnieniach, w skrawkach historii, w opowieściach, które niegdyś zasłyszała z jego ust. Razem z bohaterką zagłębiamy się w magiczny świat rodem z baśni, tętniący przygodą, niezwykłością, tak żywotny. A przy tym proza ta jest bardzo nostalgiczna, delikatna, oniryczna. Zatracamy się w niej bez pamięci.

Książka młodziutkiej pisarki intrygowała mnie, odkąd usłyszałam jej tytuł. Kim jest żona tygrysa i co właściwie oznacza ten przydomek? Jak tłumaczyć intensywną fascynację dziadka tygrysami? Zwierzętami z pogranicza świata piękna i okrucieństwa? Wróćmy pamięcią do lat młodości, do „Księgi dżungli” Kiplinga – książki będącej nierozłącznym atrybutem mężczyzny. Co dzieje się z duszami po śmierci, kto odpowiada z zapewnienie im spokoju? Poznajmy nieśmiertelnika… T. Obreht maluje nam świat pełen barw, ciepły, ale i drapieżny, zabobonny, jakby wyjęty z legend. O jej książce pisze się, że ci, którzy w dzieciństwie czytali bajki, będą zachwyceni. I rzeczywiście coś w tym jest. Czytanie jest jak powrót do korzeni, sentymentalna podróż wstecz. I jeszcze ten język… Doszlifowany, plastyczny, urzekający. Uwielbiam czytać taką prozę. Wprost czuje się lekkość pióra autorki, a przy tym owoce jej pracy są dorodne, dojrzałe, soczyste.

Trochę brakowało mi pociągnięcia historii dalej, jednak takie zakończenia mają swój smak. Ciężko było się rozstać z klimatem powieści, z nutką magii, a przede wszystkim z opowieściami, które są rdzeniem tej książki. Bardzo mile spędzony czas i moc wrażeń. Z czystym sumieniem polecam i mam nadzieję, że dacie się porwać tej opowieści.

Ocena: 5,5/6

poniedziałek, 3 września 2012

Gayle Forman: "Jeśli zostanę"

Autor: Po drugiej stronie... dnia września 03, 2012 18 komentarze


Autor: Gayle Forman
Tytuł: "Jeśli zostanę"
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Stron: 248



"Adam to inna historia. Pamiętać znaczyłoby tracić go wciąż na nowo, więc nie jestem pewna, czy mogłabym to znieść."


Akcja książki obejmuje dwadzieścia cztery godziny, dla których punktem wyjścia jest tragiczny wypadek samochodowy. Mia traci w nim najbliższych, a sama trwa w stanie dziwnego zawieszenia – gdzieś pomiędzy światem żywych a umarłych. Najbliższe godziny zdecydują o tym, czy nastoletnia dziewczyna zapragnie dołączyć do zmarłej rodziny, czy odzyska przytomność. Jednak Mia wie, że powrót do rzeczywistości wiązałby się z nieopisanym bólem po stracie bliskich, których tak kochała. Rozstrzygając dylemat, Mia oddaje się wspomnieniom: wraca do najszczęśliwszych chwil swojego życia.

Trochę inaczej wyobrażałam sobie tę książkę, gdy przeczytałam kilka bardzo pozytywnych recenzji. Jednak gdy ostatecznie wpadła w moje ręce już dwie sprawy zaskoczyły mnie i to na niekorzyść: niewielka objętość i dosyć duża czcionka. Poczułam, że mam w rękach typową książkę młodzieżową, na którą jestem już za „stara” o co najmniej dziesięć lat. Ale gdy się powiedziało „a”, trzeba umieć powiedzieć „b”. Stwierdziłam, że co mi szkodzi, i zaczęłam czytać. Jak na lekką młodzieżówkę przystało, nieskomplikowany język i prosta budowa sprawiły, że książkę połyka się w okamgnieniu.

Powieść traktuje o niezwykle trudnym wyborze, przed którym nie chciałoby stanąć żadne z nas. Ale Mia znalazła się w takiej sytuacji i ma coraz mniej czasu, by podjąć decyzję. Jej najbliżsi – dziadkowie, ciotki i wujkowie, a przede wszystkim najlepsza przyjaciółka i chłopak, zrobią wszystko, by wyrwać ją ze śpiączki. Ale to do Mii będzie należało ostatnie słowo. To na jej ruch wszyscy czekają…

Książka na pewno przypadnie do gustu młodzieży, szczególnie tej młodszej. Dla starszych wydaje się już zbyt tendencyjna i naiwna. Nietrudno przewidzieć kolejne sceny, nietrudno przeniknąć umysły bohaterów i rozgryźć ich kolejny krok - postępują dokładnie tak, jak przeczuwamy. Brak elementów zaskoczenia. Przywoływane w każdym rozdziale wspomnienia, mające funkcję retardacyjną, w którymś momencie przynoszą odwrotny skutek. Zamiast budować napięcie, przygotowując nas na finał, mnie osobiście zaczęły uprzykrzać lekturę i zniechęcać. Były zbyt wyidealizowane, banalne. No ale tego właśnie trzeba się spodziewać po książkach tego typu. Dlatego choć czyta się lekko, a książka mimo całej tej przerysowanej otoczki jednak wzrusza, to w ostatecznym rozrachunku dzień od zakończenia lektury, historia Mii nie pozostawiła we mnie nic. Szybko o niej zapomnę. Opowieść z potencjałem, który można by o niebo lepiej wykorzystać.

Mimo wszystko plus za takie, a nie inne, zakończenie.


Ocena: 3/6

środa, 8 sierpnia 2012

Brunonia Barry: "Wróżby z koronek"

Autor: Po drugiej stronie... dnia sierpnia 08, 2012 17 komentarze

Na początek wciąż zapraszam do notki poniżej, gdzie oferuję kilka książek do wymiany, a teraz już spieszę z najnowszą recenzją.



Autor:
Brunonia Barry
Tytuł: "Wróżby z koronek"
Wydawnictwo: Albatros
Stron: 432


Łagodny wzór koronek na powiece dziewczyny z okładki sprawił, że wzięłam tę książkę do ręki. Porównanie „równie szokująca jak Szósty zmysł” przekonało mnie, że powinnam się zastanowić nad tym tytułem. Przewertowanie książki i rzut na promocyjną cenę poskutkowały zakupem „Wróżb z koronek” B. Barry.

„Nazywam się Towner Whitney. Nie, to nie całkiem prawda. Właściwie mam na imię Sophya. Nigdy mi nie wierzcie. Kłamię przez cały czas. Jestem szalona… Ostatnie zdanie to prawda.”

Towner, zawiadomiona przez brata o zaginięciu swojej ciotecznej babki Evy, wraca do rodzinnego miasta – Salem. To miejsce, które opuściła kilkanaście lat wcześniej, przywołuje wspomnienia. Nie zawsze słodkie i niewinne. Kobieta, która pragnie przede wszystkim zerwać z przeszłością, będzie zmuszona stawić jej czoła. Wróżby od których starała się uwolnić, znów zdominują jej życie. Kobiety z rodu Whitneyów posiadły magiczną zdolność przepowiadania przyszłości z koronek. Towner jako nastolatka odrzuciła ten dar. Po samobójczej śmierci siostry bliźniaczki, o którą po części się obwinia, poprzysięgła, że nigdy już nie spojrzy w koronki. Ale czy można uciec przed przeznaczeniem? Każdy dar ma swoją cenę…

Powieść przeleżała trochę na mojej półce, gdyż po początkowej fali entuzjazmu szybko przyszło zniechęcenie – książka zdobywała raczej niskie noty w recenzjach, które napotkałam. Wreszcie nadszedł czas, by dać jej szansę. Początki były trudne – język powieści momentami wydawał mi się zbyt pospolity, prosty. Pojawiały się też odstraszające kwiatki (typu: „poinformowałam szpital, że zamierzam iść na studia, jak pierwotnie zamierzałam”). Jednak później z każdą kolejną stroną postać zagubionej Towner stawała mi się coraz bliższa. Bohaterka bardzo leniwie odsłania przed czytelnikiem kolejne sceny ze swojej przeszłości, sama odkrywając je na nowo – po leczeniu w szpitalu psychiatrycznym jej pamięć krótkotrwała uległa uszkodzeniu. Czasem nie jesteśmy pewni, czy wydarzenia, o których opowiada, miały miejsce w rzeczywistości, czy może jej się przyśniły? A może je sobie wmówiła? Bardzo szybko można zauważyć, że w tym schemacie jest jakaś luka, że coś tu ze sobą nie przystaje, gdzieś pomiędzy niedomówieniami czai się druga prawda. To książka z tych, które tak lubię – wymaga czytania między wierszami, skupienia uwagi i wyciągnięcia wniosków, nie zawsze zgodnych z tymi, jakie przedstawia bohaterka.

Książkę czyta się szybko – o ile damy jej się ponieść, przekonamy się do jej niecodziennej natury. Rozdziały są bardzo krótkie. Każdy z nich poprzedza porada z „Podręcznika wróżenia z koronek”. Akcja często cofa się wstecz, do dzieciństwa bohaterki, jednak brak tu wyraźnego ukonkretnienia czasu („tamtego lata”, „pamiętam jak”). W pewnym momencie poznajemy świat z zapisków, jakie Towner prowadziła w szpitalu. Czasem narracja z pierwszoosobowej przeskakuje w trzecioosobową – dzięki temu zwiększa się i nasz kąt widzenia.

Chociaż miałam swoje przeczucia i przypuszczenia co do interpretacji pewnych fragmentów, zakończenie książki i tak mnie poruszyło. Cieszę się, że sięgnęłam po tę pozycję i że nie zniechęciłam się różnymi opiniami. Uważam, że naprawdę warto przeczytać „Wróżby z koronek”. Nie chcę zdradzać, jakie książki mi przypomniała, żeby nie odkryć za bardzo sekretu, który w sobie skrywa, powiem jednak, że dla lubiących niejasności i odszukiwanie drugiego dnia w każdym słowie będzie to powieść idealna. Wolę niedomówienia niż niepotrzebny patos i banał. Ta książka działa właśnie w taki sposób. Oczywiście, o ile zostanie zrozumiana przez czytelnika.

Ocena: 4,5/5

środa, 1 sierpnia 2012

J. K. Rowling: "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć"

Autor: Po drugiej stronie... dnia sierpnia 01, 2012 10 komentarze

Autor: J. K. Rowling & Newt Skamander
Tytuł: "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć"
Wydawnictwo: Media Rodzina
Stron: 72



Recenzję miałam napisać jeszcze przed urlopem, ale oczywiście nie zdążyłam ;) Będzie krótka, jak sama książeczka, o której mam zamiar napisać. A chodzi o poradnik „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” Newta Skamandera, który mugolom przybliża… J.K. Rowling ( w tłumaczeniu niezastąpionego A. Polkowskiego). Potterowcy zapewne już wiedzą o czym mówię :)

Niewielkich rozmiarów i o skromnej objętości książeczka, która bardziej przypomina notesik (ma 72 str., z czego 48 stanowi właściwy bestiariusz), w Hogwarcie służy młodym adeptom sztuki czarodziejskiej za podręcznik do Opieki nad Magicznymi Stworzeniami. Książkę można spotkać w domu każdej szanującej się czarodziejskiej rodziny, jako obowiązkową pozycję w domowej biblioteczce. Nasze wydanie jest stylizowane właśnie na taki szkolny podręcznik (choć z racji swojej objętości w szkole by się nie sprawdził), z dopiskami samego Harry’ego i Rona. Spis poprzedzony jest przedmową samego Albusa Dumbledora oraz szerokim wstępem autora, który tłumaczy czym są fantastyczne zwierzęta, jak wygląda ich klasyfikacja, a także w jaki sposób udaje się ukrywać ich obecność przed mugolami. Dalej mamy już właściwy bestiariusz, ułożony alfabetycznie, opisujący siedemdziesiąt pięć gatunków.

Niektóre z opisywanych przez Skamandera (vel. Rowling) gatunki zwierząt są nam doskonale znane z serii o Harrym Potterze czy z mitologii - mamy tu m.in. bazyliszka, centaury, druzgotki, hipogryfy czy jednorożce - ale pojawiają się też zupełne anomalie, jak np. skrzyżowanie małpy z żabą (żabert). Niektóre z gatunków ilustrowane są szkicami autorstwa Rowling i to bardzo ułatwia wyobrażenie sobie tych wymyślonych zwierząt. Jednak takich rysunków jest stanowczo zbyt mało. Opisy również są krótkie, bardzo zwięzłe. Podają tylko kilka najcharakterystyczniejszych cech. Wiadomo, że stworzenie podobnego fikcyjnego spisu jest pracochłonne i wymaga nie lada wyobraźni, więc nie należy się tu spodziewać wielkich rewelacji – zwłaszcza że jest to tylko niewielki dodatek do serii o Harrym, ciekawostka wydawnicza.

Co znamienne, wystarczy odczytać kilka wersów przedmowy, by zanurzyć się znów w tak dobrze znanym czarodziejskim świecie wykreowanym przez Rowling. Jej charakterystyczny styl, wyobraźnia i poczucie humoru, często bardzo dosadne, są niepodrabialne. I choć ta maleńka książeczka trafi raczej tylko do tych, którzy umiłowali świat Harry’ego Pottera, dla reszty pozostając niezrozumiała i niepotrzebna, przyjemnie jest mieć w swojej biblioteczce magiczny „podręcznik”.

Ja kupiłam książkę za grosze w pakiecie z „Quidditchem przez wieki”, o którym też niebawem skrobnę parę słów. Możecie ją nabyć również w księgarni na ulicy Pokątnej za 9 sykli i 7 knutów :)


Ocena: 5/6

sobota, 9 czerwca 2012

Robert McCammon: "Magiczne lata"

Autor: Po drugiej stronie... dnia czerwca 09, 2012 12 komentarze


Autor: Robert McCammon
Tytuł: "Magiczne lata"
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Stron: 652





"Nie pozwól, by choć jedne dzień umknął ci bez wspomnień i zbieraj je jak cenne skarby. Bo to są skarby. Wspomnienia to cudowne drzwi, Cory. One uczą, pomagają i strzegą. Kiedy na coś patrzysz, nie ograniczaj się tylko do patrzenia. Zobacz to. Naprawdę zobacz. A jeśli to zapiszesz, ktoś inny będzie miał szansę to zobaczyć."


Do „Magicznych lat” R. McCammona podchodziłam ostrożnie, ponieważ rzadko czytam kryminały, a opis wydawcy zapowiadał przede wszystkim ten gatunek, z zaznaczeniem, że jest to powieść, która wymyka się klasyfikacji: mieszanka horroru, fantasy, powieści obyczajowej, sensacyjnej, grozy, ale także sentymentalna podróż do krainy dzieciństwa. I choć bestialskie morderstwo, wokół którego osadzona jest oś narracji, raczej mnie odstraszało, niż zachęcało, zdecydowałam się dać szansę tej książce. Muszę przyznać, że było warto. Naprawdę było warto.

Pewnego ranka dwunastoletni Cory i jego ojciec są świadkami przerażającego wypadku: widzą rozpędzony samochód, który sunie wprost w czeluści miejscowego jeziora. Ojciec chłopaka bez chwili namysłu skacze ku tonącemu pojazdowi, by ratować pasażera. Jednak zmasakrowane zwłoki, przykute kajdankami do kierownicy, jakie dostrzega za idącą pod wodę szoferką, nie pozwolą mu spokojnie zasnąć przez następne miesiące. Czy w urokliwym Zephyr ukrywa się morderca? Śledztwo szeryfa nic nie wykazuje, ba, nazwisko ofiary pozostaje nieznane. Cory prowadzi swoje własne dochodzenie, łącząc znikome dowody, dla dorosłych niezauważane.

Magiczne lata” mimo powyższej zapowiedzi, nie są jednak powieścią kryminalną. Wątek ów stanowi może dwadzieścia procent całości. Zdecydowana większość fabuły dotyczy czegoś innego: ulotnego, a jakże cennego okresu dorastania. Młody Cory, pozostający jeszcze jedną nogą w marzycielskim świecie dziecka, widzi to, co dorosłym już umyka, czuje to, co dla nich jest już niedostępne. Świat dziecka nie jest racjonalny, nie da się go zamknąć ciasnymi ramami prawdopodobieństwa. Jest bogaty, żywiołowy, pełen magii i tajemnicy. Tutaj możliwe jest wszystko: wzbijanie się do chmur na skrzydłach wyobraźni, zmierzenie się oko w oko ze Starym Mojżeszem, tutejszym rzecznym potworem, czy wiara w nadnaturalną moc czarnoskórej Damy. Rzeczywistość Cory’ego to świat, do którego każdy z nas tęskni: czas, którego upływu jednak nie da się powstrzymać. Wyparty przez dorosłość…

Książka McCammona może stanowić atrakcję zarówno dla dzieci, młodzieży, jak i dla dorosłych, i przez każdą z tych grup wiekowych zostać odebrana diametralnie inaczej. Powinna stać się lekturą szkolną, bo choć opisuje amerykańską małomiasteczkową idyllę, jej treść można odnieść i do naszej obyczajowości. Kto z nas nie dawał się ponieść w dzieciństwie fantazji? Nie zapuszczał się w lasy, by szukać tam stworzeń nie z tego świata? Nie snuł fantastycznych opowieści, w które sam chciał wierzyć? Podobne lektury ważne są w czasach współczesnych, gdy dorastanie zdominowane jest przez gry komputerowe i telewizję. Może klimat książki rozpaliłby pragnienia dzisiejszych dzieci, rozbudził ich wyobraźnię, pozwolił wykrzesać z najcenniejszych lat wszystko, co się da. Dla nas, starszych, powieść poza wątkiem przygodowym, niesie też nutkę nostalgii. Na pewno przywoła wiele wspomnień, obudzi drzemiące w nas dziecko. Czasem nie chcemy dopuszczać już go do głosu, McCammon obnaża jednak prawdę, że w duchu każdy z nas pozostał dwunastoletnim marzycielem.

„Magiczne lata” powinno się czytać powoli i z uwagą, rozsmakowywać się w lekturze. Poza tym, że McCammon pisze naprawdę wyszukanym, plastycznym językiem, budując przed czytelnikiem sugestywne obrazy, potrafi jeszcze podsycać ciekawość. Przygody Cory’ego, jego spostrzeżenia, sposób postrzegania świata – wszystko to uwodzi czytelnika, porywa od pierwszej strony. Nie nudziłam się przy tej lekturze ani przez minutę. Choć porusza tyle różnych wątków, wkracza na tak rozległe tereny, to jednak na końcu wszystkie one cudownie splatają się ze sobą. Klamrę kompozycyjną tworzą zaś refleksje dorosłego już Cory'ego, mężczyzny, pisarza, autora? Można tu odnaleźć elementy biograficzne, do czego McCammon przyznaje się we wstępie.

W ciągu ostatniego roku, gdy powróciłam do intensywniejszego czytania, niewiele trafiło się książek, które wywołałyby we mnie podobne emocje. „Magiczne lata” zapisują się w mojej kolekcji do wąskiego grona tych lektur, które poza rozrywką, wniosły też dużo wartości. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam okładkę, skojarzyła mi się automatycznie ze znanym kadrem z filmu „E.T.”, gdy grupa dzieci wzbija się w powietrze na swoich rowerach, wiedzionych mocą kosmicznego stworzenia. Skojarzenie to było trafne, gdyż ta powieść ma podobny, baśniowy klimat. Polecam, bo moim zdaniem każdy powinien ją przeczytać.

Ostatnio coraz więcej tytułów określa się bestsellerami. Niestety w zdecydowanej większości prestiż ów nie wiąże się z rzeczywistą wartością książki, lecz z solidną, perswazyjną kampanią reklamową. O "Magicznych latach" mogę natomiast z czystym sumieniem powiedzieć, że zasługują, by znaleźć się w tym gronie. To książka inna, ważna, po prostu piękna.

Ocena: 6/6

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Papierowy księżyc


poniedziałek, 19 marca 2012

Ronlyn Domingue: "W zbawiennej próżni"

Autor: Po drugiej stronie... dnia marca 19, 2012 11 komentarze

Autor: Ronlyn Domingue
Tytuł: "W zbawiennej próżni"
Wydawnictwo: Albatros
Stron: 352



"On nadal cię ma, chociaż nie żyje."



Do przeczytania „Zbawiennej próżni” R. Domingue przekonało mnie jedno – porównanie klimatu tej książki do „Nostalgii anioła” A. Sebold. I choć zwykle traktuję podobne zestawienia z przymrużeniem oka, bo bywają na wyrost, tu jednak dałam się przekupić. „Nostalgia…” jest jedną z moich ulubionych pozycji (ktoś czytał?) i cieszyłam się na myśl, że znów będę mogła zanurzyć się w podobny, nostalgiczny świat. Tym razem udało się, jestem jak najbardziej usatysfakcjonowana.

Razi nie żyje od kilkudziesięciu lat. Jej duch jednak pozostaje na Ziemi – tkwi pomiędzy, pozwalając na obserwowanie życia innych ludzi, uniemożliwiając jednak uczestniczenia w nim w sposób namacalny. Kobieta nie może przebywać w pobliżu swojego grobu, opuściła też rodzinę, przyjaciół i ukochanego – przebywanie w ich pobliżu działa bowiem destrukcyjnie zarówno na ducha, jak i na ludzi, ale nie znaczy to, że zapomniała. Każdy dzień, każdą minutę poświęca na rozpamiętywanie swojej przeszłości, na opłakiwanie życia, które zostało jej odebrane w młodości, w najlepszym momencie. Wciąż zastanawia się co stało się z jej ukochanym i ta obsesja wyniszcza ją. Nieoczekiwanie pewna biblioteczka pełna wspomnień splata losy Razi z młodą parą – Amy i Scottem. Duch dziewczyny uzależnia się od ich towarzystwa, odnajdując w ich historii echa własnej. Towarzyszy im, odkrywając sekrety nie tylko z ich życia, ale również ze swojego…

„W zbawiennej próżni” jest książką specyficzną, którą albo odłoży się ze zniechęceniem po kilku stornach, albo będzie się czytać z wielkim zaangażowaniem. Należę do tych, którzy tę książkę po prostu czują.

Dwie przeplatające się ze sobą historie – ta sprzed lat, której bohaterką jest Razi i ta dziejąca się tu i teraz, w której śledzimy udręki młodej żony, Amy, mają wiele cech wspólnych. Jedna prowokuje drugą, pewne wydarzenia wywołują wspomnienia o innych. Na końcu okaże się, że ta więź zacieśni się jeszcze bardziej. Sposób, w jaki wszystko nagle się tłumaczy i uzupełnia jest bardzo ciekawie pomyślany. Ale wszystkie puzzle układanki dopasują się dopiero na końcu. Wcześniej mamy tylko poszlaki, domniemania, intuicyjne powiązania.

Książka R. Domingue to opowieść o dramacie. O życiu, które zostaje zakończone w najmniej spodziewanym momencie i wszystkich tych szansach, których nie zdołało się wykorzystać. Ale przede wszystkim książka pokazuje jak trudno jest tym, którzy pozostają. Jak bardzo boli śmierć osoby, którą się kochało. I ile można stracić pogrążając się w niekończącej się żałobie. Jak śmierć jednostki wpływa na losy innych. Jest to też opowieść o poszukiwaniu siebie, odnajdywaniu sensu w życiu, odbudowywaniu z popiołów. Czasem daje nadzieję, innym razem ją pogrąża. I wreszcie – historia miłości silniejszej niż śmierć. Tak pięknej, że wyciska z oczu łzy. I niejednej…

To powieść przede wszystkim prawdziwa, zaciskająca gardło. Książka, która aż krzyczy do czytelnika. Niełatwa i niewesoła, ale dla sympatyków nostalgicznych opowieści z pewnością lektura niezapomniana.

Ocena: 5/6

sobota, 4 lutego 2012

Ali Shaw: "Dziewczyna o szklanych stopach"

Autor: Po drugiej stronie... dnia lutego 04, 2012 23 komentarze



Autor:
Ali Shaw
Tytuł: "Dziewczyna o szklanych stopach"
Wydawnictwo: Amber
Stron: 296


"Jak to było, kiedy miało się kości i mięśnie, pięty i podeszwy? Nie pamiętała. Teraz chodzenie przypominało lewitację, zawsze dwa centymetry nad ziemią."


Są książki, które chce się przeczytać odkąd tylko zobaczy się ich tytuł. Tak było w moim przypadku z „Dziewczyną o szklanych stopach”, odszukaną szczęśliwym trafem na promocyjnym stoisku. Nie tylko tytuł tej książki jest magiczny – również okładka ma w sobie jakiś nieodgadniony, ezoteryczny urok. Czas więc zajrzeć do środka :)

Midas Crook stroni od ludzi – to zamknięty w sobie, obarczony trudną przeszłością aspołeczny chłopak, ukrywający się za obiektywem nieodłącznego aparatu. Midas ze światem zewnętrznym komunikuje się poprzez zdjęcia. Nie potrafi rozmawiać z ludźmi, a sama myśl o czyimś dotyku jeży mu włosy na głowie. Tym ciekawsza staje się obserwacja jego zachowania, gdy w pobliżu pojawia się niezwykła dziewczyna – Ida. Losy tej dwójki splatają się pewnego zimowego wieczoru, a wkrótce migawka aparatu Midasa uwieczni coś zatrważającego – stopy dziewczyny bowiem zmieniły się w szkło, a nienaturalna przemiana w lód najwyraźniej wciąż postępuje....

Powieść debiutującego Ali Shawa zachwyca z kilku względów. Jest to po pierwsze niekonwencjonalna historia miłosna, w którą warto się zagłębić. Chłopak bojący się własnych uczuć i dziewczyna krucha jak szło – czy coś dobrego może wyjść z takiego połączenia? Czy owa dwójka ma szanse na szczęście? Następnie na wyróżnienie zasługuje nastrojowy, osobliwy klimat opowieści. Daleki archipelag, skąpany w śniegu, gdzie pośród drzew ukrywa się dziwne stworzenie, zamieniające żywe organizmy w szkło. Nie brak tu fantazyjnych postaci, takich jak malutkie byczki ze skrzydłami ciem czy albinosy. Chłodny, czarno-biały klimat podkreśla zimową aurę. Na uwagę zasługują też inne postacie, obdarzone głębokim rysem psychologicznym. Bo opowieść Ali Shawa to nie tylko historia miłosna, ale coś więcej. Autor prezentuje nam ludzi, a raczej ludzkie wraki, nieszczęśliwe i zagubione, nie mogące ułożyć sobie życia. Pokazuje jak łatwo przekreślić swoje życie, zaprzepaścić życiowe szanse i jak podobne nietrafione decyzje rzutują na dalsze życie. To ludzka kruchość jest główną bohaterką tej powieści – uosobiona najczytelniej w postaci Idy, cierpiącej wskutek okrutnej przypadłości, ale nie tylko. Bo ból, rozstania, przegrane miłości i śmierć są nieobce kartom tej powieści. Czy wobec tego można mówić o jakiejkolwiek nadziei? Czy bohaterowie są z góry straceni? Zobaczcie… Wreszcie – język powieści – subtelny, oniryczny, nastrojowy. Ta powieść jest jak mgiełka – balansuje gdzieś na granicy jawy i snu, prawdy i fikcji.

"Midasie. Pamiętasz? Kiedy byłeś u mnie w domku Carla, słyszeliśmy, jak pohukuje sowa. Zapytałeś, czy chcę pochodzić po lesie. Żeby jej poszukać. A ja stwierdziłam, że nie, bo boję się przewrócić. Hm... powiedziałam tak, ponieważ mało cię znałam. Nie wiedziałam, czy będę z tobą bezpieczna. Teraz wiem, że się o mnie troszczysz. Wyjdźmy, popatrzmy na te światła."


Nie jest to historia, która spodoba się wszystkim. Akcja biegnie tu wolno, wiele kwestii pozostaje niewyjaśnionych, a zakończenie nie każdemu może przypaść do gustu. Jednak ja jestem oczarowana światem stworzonym przez tego brytyjskiego pisarza i jak najbardziej zadowolona z lektury. Książka o nauce kochania, o bolesnych cieniach przeszłości, metaforyczna i ekscentryczna. Dodatkowo - pisarza porównuje się do Haruki Murakamiego, choć ja raczej jestem ostrożna w przypadku podobnych zestawień i nie lubię takiej promocji. Co prawda nie miałam jeszcze okazji zapoznać się z książkami tego popularnego japońskiego twórcy, ale na moim biurku już czeka w kolejce jedna z jego książek, więc mam nadzieję odnaleźć tam podobną magię. Tymczasem polecam „Dziewczynę o szklanych stopach” wszystkim, którzy mają już ciarki na samą myśl o dziewczynie niebezpiecznie zamieniającej się w szkło…

Ocena: 5/6

wtorek, 31 stycznia 2012

Audrey Niffenegger: "Zaklęci w czasie"

Autor: Po drugiej stronie... dnia stycznia 31, 2012 21 komentarze



Autor: Audrey Niffenegger
Tytuł: "Zaklęci w czasie"
Wydawnictwo: Nowa Proza
Stron: 640



"Ulotna, niemal przezroczysta chwila. Nic nie rozumiałem, aż wszystko stało się jasne. Patrzę, jak do tego doszło. Chcę być nami oboma naraz, poczuć raz jeszcze, jak po raz pierwszy przyszłość miesza się z teraźniejszością. Ja zdążyłem się jednak już do tego przyzwyczaić, jest mi z tym dobrze, więc pozostaję z boku, przypominając sobie, jak cudownie było mieć dziewięć lat i jak nagle dowiedziałem się, że mój przyjaciel, przewodnik, brat tak naprawdę jest mną. Mną, tylko mną. I wynikająca z tego samotność."


Parę tygodni temu na którymś z blogów natrafiłam na recenzję książki „Żona podróżnika w czasie”. Ta notka otwarła w mojej głowie wspomnienia: migawki scen z filmu lub zwiastunu, który musiałam w całości lub fragmentach oglądać parę lat temu, nakręconego na podstawie owej książki. Ponieważ tematyka jest tu niebanalna, od razu było jasne, że powieść muszę przeczytać. Do mnie książka trafiła pod innym tytułem – „Zaklęci w czasie” – jednak chodzi cały czas o tę samą pozycję.

Clare i Henry spotkali się po raz pierwszy, gdy ona miała sześć, a on trzydzieści sześć lat. Wiele lat później odnaleźli się w Chicago – ona, dwudziestoletnia studentka sztuk pięknych i on, dwudziestoośmioletni bibliotekarz. Trzy lata później zostali małżeństwem. Niemożliwe? Nic bardziej mylnego, bowiem Henry cierpi na intrygującą, niezdiagnozowaną wcześniej chorobę – przenosi się w czasie. Jego rozregulowany zegar biologiczny rzuca go w przeszłość bądź przyszłość w sposób niekontrolowany – Henry nigdy nie wie kiedy i gdzie się przeniesie, po prostu nagle znika, zostawiając po sobie kupkę ubrań. W nowym miejscu pojawia się kompletnie nagi, zdezorientowany i potwornie głodny. Miłość tej dwójki zostaje więc wystawiona na najcięższą z prób – uczucie odmierzane kolejnymi spotkaniami, niepewność jutra. Henry jest niewolnikiem swojego ciała i nikt nie potrafi go wyleczyć, a Clare nie może mu pomóc – może tylko biernie obserwować swojego męża i czekać, aż znów do niej wróci.

Książka Audrey Niffenegger jest niesamowita i na długo zapada w pamięć. Muszę chyba dopisać ją do listy moich ulubionych powieści, gdyż wywarła na mnie piorunujące wrażenie. Co prawda mam trochę zastrzeżeń co do stylu, ale przymykam już na niego oko. To historia trudnej miłości, rodzącej się w niewytłumaczalnych okolicznościach. Henry i Clare zdają się być sobie pisani – gdy dziewczynka dorasta Henry wielokrotnie ląduje na Łące, zbliżając się do niej i powoli odkrywając przed nią sekrety ich przeznaczenia. Nastoletnia Clare jest coraz bardziej pewna uczuć żywionych do przybysza z przyszłości. Z utęsknieniem wyczekuje dat kolejnych spotkań, jakie podyktował jej kiedyś Henry. Jednocześnie boi się zbliżającej się dwuletniej przerwy, jaka czeka ich przed właściwym spotkaniem w teraźniejszości. Bo nie tylko miłość, ale właśnie czekanie i wiążąca się z tym niepewność i tęsknota są wiodącym tematem tej książki. Ile jesteśmy w stanie wytrwać, by być z drugą osobą? Ile poświęcić? Jak długo czekać? Małżeństwo z Henrym dla Clare wiąże się bowiem nie tylko ze spełnieniem najskrytszych marzeń, ale i z nigdy nieustającym lękiem o kolejny dzień. I wreszcie sytuacja Henry’ego – jak to jest być człowiekiem, który może spotykać swoje inne wersje? Wyskakującym od czasu do czasu do przeszłości? Powracającym do pewnych chwil z przeszłości? Zlęknionym, zdesperowanym, zmuszonym do kradzieży ubrań czy jedzenia, do przemocy?

Autorka oddaje głos zarówno Clare jak i Henry’emu, przez co możemy obserwować rozterki tej pary z każdej perspektywy. Narracja jest płynna, a przeskoki czasowe nie utrudniają lektury – dzięki umieszczaniu daty i wskazówek o aktualnym wieku bohaterów. Książka jest magiczna, naprawdę warta uwagi. Bardzo mi się podobała i serdecznie polecam wszystkim lubiącym takie klimaty. Historii miłosnych literatura napisała już wiele, ale ta wymyka się wszelkim schematom. No i muszę odświeżyć sobie film :)

Ocena: 5/6

czwartek, 22 grudnia 2011

John Connolly: "Wrota"

Autor: Po drugiej stronie... dnia grudnia 22, 2011 25 komentarze



Autor:
John Connolly
Tytuł: "Wrota"
Wydawnictwo: Niebieska studnia
Stron: 302




„Ale w podobny sposób, w jaki nabierały konkretnych kształtów planety, i wieloryby, i papużki, i wy sami, w najmroczniejszym z mrocznych miejsc formowało się także Zło. Stało się to w okresie, kiedy powierzchnia Ziemi zaczęła stygnąć, kiedy płyty tektoniczne zaczęły się przemieszczać, a na naszej planecie pojawiło się w końcu życie. Wówczas Zło znalazło sobie cel dla wyładowania swojej wściekłości.”



Po znakomitej „Księdze rzeczy utraconych” Johna Connolly’ego postanowiłam sięgnąć po kolejną książkę tego autora – „Wrota”. Początkowo wydawało mi się, że w drugiej powieści odnajdę wiele podobieństw do poprzedniej, ostatecznie autor po raz kolejny w roli głównego bohatera obsadza małego chłopca, wplątując go w całą serię nadprzyrodzonych zjawisk, jednak zbieżności na tym się kończą. „Wrota” to książka całkiem inna, pełna humoru i ciekawostek naukowych, daleka od wywołującej koszmary „Księgi”.

Jedenastoletni Samuel podgląda seans spirytystyczny sąsiadów, podczas którego dochodzi do niekontrolowanych zdarzeń. Chłopak jest świadkiem uchylenia się drzwi do innego wymiaru – w czeluściach portalu kolejno znikają wszyscy uczestnicy rytuału, sprowadzając tym samym na Ziemię zło. Wkrótce okazuje się, że niestabilne wciąż przejście szykowane jest dla całej hordy demonów, z Jego Złowrogością na czele. Mieszkańcy Piekła bowiem chcą sobie podporządkować naszą planetę. Samuel usiłuje zapobiec tragedii, jednak nikt nie chce słuchać małego chłopca obdarzonego –zdaniem dorosłych – zbyt bujną wyobraźnią.

Connolly dokonał niemożliwego – grając z konwencją przeobraził – wydawało by się - makabryczną powieść o zalęganiu się zła w świecie w znakomitą komedię. Ta książka naprawdę bawi, głównie dzięki lotnemu językowi pisarza i jego zgrabnym porównaniom. W odróżnieniu od „Księgi…” makabry jest tu naprawdę mało, choć nie brak obrazowych opisów różnorakich demonów i ich oddziaływań. Jednak Connolly wyczarował świat, w którym obok złowieszczych, siejących zniszczenie zjaw istnieją też potwory tchórzliwe, zaliczające swój nieudolny „pierwszy raz” w straszeniu. Wyjaskrawienie takich skrajności wywołuje uśmiech na twarzach czytelników i sprawia, że faktyczne Zło przestaje być takie straszne. Takim budzącym sympatię duchem-pechowcem jest na przykład Głumb, Dopust Pięciu Bóstw. Skazany na banicję nieoczekiwanie trafia do świata ludzi i odkrywa niezwykłe uroki szybkiej jazdy samochodowej. Ta poczciwa, budząca raczej humor, nie lęk, postać wprowadza w świat wykreowany przez Connolla jeszcze więcej żartu, odgrywając przy tym znacząca rolę w finale.

Za co jeszcze należą się pisarzowi laury – za stworzenie błyskotliwego narratora, który daje popis w przypisach. Tak, bo przypisy są tutaj integralną częścią opowieści, stanowią oryginalny dodatek. Pełne dowcipu, ironii i trafnych spostrzeżeń, a zarazem pouczające notatki są świetnym komentarzem do całości. Connolly wplata w tekst wiele nowinek technicznych, wiedzy z takich dziedzin jak matematyka, fizyka i astronomia, a robi to w taki sposób, że najtrudniejsze terminy okazują się być bardzo proste „w obsłudze”.

Książka przeznaczona jest tym razem także dla młodszych czytelników, którzy mogą utożsamiać się z Samuelem i jego przyjaciółmi. Dostosowany do mentalności dziecka narrator przypadnie do gustu także starszym czytelnikom – ci wyłapią dodatkowe smaczki jego narracji. Lektura tej książki ma służyć przede wszystkim rozrywce, wszak to kawałek naprawdę świetnej zabawy, która przy okazji pełni również funkcję dydaktyczną. Ogromnie polecam wszystkim, którzy szukają czegoś na poprawę humoru czy po prostu mają ochotę zrelaksować się przy książce.

Ocena: 5/6


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Niebieska studnia


poniedziałek, 19 grudnia 2011

Richard Paul Evans: "Obiecja mi"

Autor: Po drugiej stronie... dnia grudnia 19, 2011 17 komentarze


Autor:
Richard Paul Evans
Tytuł: "Obiecaj mi"
Wydawnictwo: Znak
Stron: 296




„W zamkniętych na klucz i ukrytych w szafie szkatułkach przechowuję dwa naszyjniki. Są podarunkami od dwóch mężczyzn. Oba naszyjniki są piękne i oba są cenne, nie noszę jednak żadnego z nich – jednego z powodu złamanej obietnicy, drugiego z powodu obietnicy dotrzymanej. Chcę, abyście czytając moją opowieść, pamiętali o jednej rzeczy. Że pomimo całego bólu – przeszłego, obecnego oraz tego, który jeszcze nadejdzie – postąpiłabym dokładnie tak samo. Oraz o tym, że czasu, który spędziłam z tym mężczyzną, nie oddałabym za nic – z wyjątkiem tego, za co, ostatecznie, go oddałam.”

Oj, chciałam przeczytać książkę R.P. Evansa odkąd tylko ujrzałam jej elektryzującą okładkę – a moje pragnienie podsycały tylko kolejne recenzje i konkursy związane z tym tytułem. Miałam szczęście – do mojej biblioteki przyszła akurat dostawa nowości i od razu wypatrzyłam wśród nich „Obiecaj mi”. Tak oto weszła w moje posiadanie.

Główną bohaterką powieści, a zarazem narratorką, jest Beth. Poznajemy ją w bardzo trudnym dla niej czasie: kobieta dowiaduje się, że jej mąż ją zdradzał, jej córka zaczyna chorować i nikt nie potrafi skojarzyć jej symptomów z właściwą chorobą, co więcej – mąż Beth wkrótce też podupada na zdrowiu – wykryto u niego raka w ostatnim stadium. Jej życie wali się w gruzy – dochodzą do tego jeszcze niezapłacone rachunki i inne finansowe zaległości. Praca w pralni nie przynosi dostatecznych dochodów. Gdy wydaje się, że nic dobrego już nie może jej spotkać, w życiu Beth pojawia się Matthew – przystojny i szarmancki mężczyzna, który zdaje się mieć receptę na każdy jej problem. Skrywa on jednak pewien sekret…

Największym plusem powieści Evansa jest to, że pochłania się ją bardzo szybko, a lektura stanowi dobrą rozrywkę. Gorzej w warstwie tekstowej – choć pomysł jest oryginalny i momentami zaskakujący, nie do końca przekonał mnie, a czasem wręcz trącił banałem. Czego nie lubię – gdy w książkę, odbieraną na pierwszy rzut oka jako obyczajówkę, wkradają się elementy fantastyczne. Takie pomieszanie z poplątaniem, które wyrasta nagle i wydaje się absurdalne. Jednak jeśli ktoś lubi takie połączenia, książka może przypaść mu do gustu. Szkoda tylko, że czytelnik szybciej niż główna bohaterka potrafi się zorientować w sytuacji i sam dociec co skrywa Matthew. Bardzo nie lubię sytuacji, w których tokiem myślenia wyprzedzam bohaterów – odnosi się wtedy wrażenie, że coś z ich możliwościami poznawczymi jest nie tak. I jeśli jestem już przy negatywach – zakończenie także mnie nie urzekło, a więc zdenerwowało. Trudno mi tu o nim pisać, by nie zdradzić za dużo, jednak ostateczne rozwiązanie jest jak dla mnie po prostu pomyłką.

Jednak żeby nie zniechęcać Was tak bardzo, oczywiście muszę także pochwalić dzieło pana Evansa. Przyznam, że bardzo podobał mi się jego styl, sposób obrazowania i wiarygodne oddanie uczuć głównej bohaterki, jej rozterek, lęku, żalu, a także spełnienia. To powieść o miłości skomplikowanej, o budowaniu zaufania i składaniu obietnic, z których powinno się wywiązać. Dodatkowo krótkie notatki z pamiętnika Beth przy każdym z rozdziałów nadają książce poetyckiego nastroju.

Wiem, że książka „Obiecaj mi” ma wielu zwolenników, ale ja zaliczyłabym ją raczej do lektur średnich, które co prawda można przeczytać, jednak nie wyróżniają się jakoś szczególnie spośród innych.

Ocena: 4/6

niedziela, 11 grudnia 2011

J.K. Rowling: "Baśnie Barda Beedle'a"

Autor: Po drugiej stronie... dnia grudnia 11, 2011 28 komentarze



Autor: J.K. Rowling
Tytuł: "Baśnie Barda Beedle'a"
Wydawnictwo: Media Rodzina
Stron: 112


„Baśnie Barda Beedle’a to zbiór opowieści dla młodych czarodziejów i czarownic. Rodzice czytają im je na dobranoc od wielu stuleci, więc trudno się dziwić, że baśnie o skaczącym garnku czy o Fontannie Szczęśliwego Losu są uczniom Hogwartu znane równie dobrze jak dzieciom mugoli bajki o Kopciuszku czy o Śpiącej Królewnie.”

J.K. Rowling zrobiła parę lat temu świetny prezent wszystkim fanom „Harry’ego Pottera”, a ja dostałam ową książeczkę w swoje łapki właśnie teraz. Mowa tu oczywiście o „Baśniach Barda Beedle’a”, z którym to tytułem mieliśmy do czynienia w ostatnim tomie serii. Owa książeczka to zbiór baśni, jakie małym czarodziejom opowiadają ich rodzice. Harry, Ron i Hermiona zetknęli się z jedną z nich – „Opowieścią o trzech braciach” – bliżej przy okazji poszukiwania Insygniów Śmierci.

Bard Beedle żył w XV wieku, ale o nim samym wiemy niewiele – jak we wstępie pisze Rowling. Czarodziej darzył mugoli sympatią, czego odzwierciedlenie odnajdujemy w jego utworach. Jego bohaterowie to przeciętni ludzie, odznaczający się jednak pomysłowością i szlachetnością. Pomysł z opublikowaniem baśni, o których mamy wzmianki w tomach o „Harrym” był strzałem w dziesiątkę, a postać stworzona przez Rowling wydaje nam się dzięki temu autentyczna.

Niewielkiej objętości książeczka zawiera wspomnianą wcześniej baśń, a także cztery inne. Całość uzupełniona jest o odnalezione pośmiertnie komentarze Albusa Dumbledora, interpretujące każdą z opowieści. Niektóre z tych komentarzy zanudzają faktografią, inne – jak w przypadku ostatniej baśni – są bardzo interesujące. Oprócz tego mamy tu wstęp napisany przez autorkę, która wyjaśnia powody wydania książki i jej historię. I to nie jedyna gratka – Rowling dodatkowo ilustrowała cały zbiór, i choć jej rysunki to tylko czarno-białe szkice, świetnie komponują się z utworami. A żeby było wiarygodniej – książka opatrzona jest notką, że przekładu z run na język angielski dokonała Hermiona Granger, a na język polski całość przełożył znakomity Andrzej Polkowski, znany z tłumaczenia całego cyklu opowieści o Harrym.

Książka stanowi osobliwą ciekawostkę kolekcjonerską dla zapalonych miłośników „Harry’ego Pottera”, do których należę. Jest stosunkowo prosta, ale mimo wszystko urocza. Baśnie czarodziejów znacząco różnią się od tych, jakie opowiada się mugolskim dzieciom, ale tradycyjnie zawierają morał i ważne prawdy. Najbardziej podobała mi się oczywiście „Opowieść o trzech braciach”, ale pozostałe historie również zasługują na uwagę. Książkę pochłania się w godzinę, bo baśnie są krótkie, ale stanowią miłe uzupełnienie serii, która została już nieodwołalnie zakończona. Myślę, że dalsze komentarze są zbędne - do tej książeczki po prostu ma się sentyment za sprawą "Harry'ego" i to wystarcza za rekomendację.

Podsumowując, polecam miłośnikom Harry’ego, bo to kolejna okazja, by na chwilę znów zatopić się w czarodziejskim świecie. Nie można wiele oczekiwać po tej szczupłej książeczce, ale mimo to warto mieć ją na swojej półce jako odnośnik do serii. A może ktoś spróbuje czytać ją swoim dzieciom?

Ocena: 5/6

środa, 23 listopada 2011

John Connolly: "Księga rzeczy utraconych"

Autor: Po drugiej stronie... dnia listopada 23, 2011 17 komentarze

Autor: John Connolly
Tytuł: "Księga rzeczy utraconych"
Wydawnictwo: Niebieska studnia
Stron: 352




Nie czytałam jeszcze takiej książki. Mogłoby się wydawać, że to bajka przeznaczona dla dzieci – bohaterem „Księgi rzeczy utraconych” J. Connolly’ego jest bowiem dwunastoletni David, jednak jest zupełnie inaczej. Książkę można potraktować jako współczesną baśń dla dorosłych, intertekstualną historię, pełną literackich odniesień do bajek, legend i podań znanych nam z dzieciństwa. Autor opowiada historię miłości do książek, podsycaną wiarą w to, że każda historia jest żywa. Świat wyobraźni, w jaki przenosi nas Connolly, jest niesamowicie barwny i rozbudowany, ale zarazem zdradziecki i niebezpieczny.

John Cannolly to irlandzki pisarz, autor znanej serii kryminałów o Charlim Pakerze. „Księga rzeczy utraconych” jest jego siódmą w dorobku powieścią, niepodobną do żadnej wcześniejszej. Niedawno ukazała się w Polsce kolejna książka tego autora – „Wrota”, a z zapowiedzi wynika, że jest równie magiczna, jak „Księga…”.

David, osierocony przez matkę, z żalem obserwuje jak ojciec układa sobie życie z inną kobietą, zakłada nową rodzinę, rodzi im się syn. Chłopiec nie może zapomnieć o matce, czuje się samotny w nowym domu i wylewa swoją złość na Rose, macochę i jej synka. Do Anglii dociera II Wojna Światowa. W świecie pełnym zła i niesprawiedliwości mały chłopak przeżywa kryzys: męczą go ataki, których istoty nikt nie potrafi rozwikłać. David słyszy rozmowy książek, a kiedy zapada w sen, przenosi się do dziwnej krainy, rodem z baśni, jakie w dzieciństwie czytała mu mama. Wkrótce w opowieść wkracza zagadkowa postać Garbusa – pochylonego człowieka w zakrzywionym kapeluszu. Będzie on prowodyrem ucieczki chłopca z realnego świata, umożliwi mu przejście do swojego królestwa. Jednak podstępny Garbus ma w tym swój ukryty cel i wcale nie zależy mu na dobru chłopca.

„Zanim matka zachorowała, często mówiła Davidowi, że historie żyją swoim własnym życiem. (…) Ożywały dopiero, podczas opowiadania. Pozbawione ludzkiego głosu, który je czytał, lub pary otwartych szeroko oczu, śledzących ich bieg pod kocem przy świetle latarki, w naszym świecie nie miały prawa bytu. Przypominały nasiona w ptasim dziobie, które tylko czekają, by opaść na ziemię, lub nuty piosenki zapisane na pięciolinii, tęskniące do instrumentu, który je ożywi. Leżały uśpione w nadziei, że uda im się zaistnieć. Z chwila, gdy ktoś zaczynał je czytać, mogły zacząć się zmieniać. Mogły zakiełkować w wyobraźni i przeobrazić czytelnika. Historie pragną, by je czytano, szeptała matka Davida. Potrzebują tego. Z tego powodu zmuszają się, by przejść ze swojego świata do naszego. Chcą, byśmy obdarzyli je życiem.”

Tym, co podobało mi się najbardziej w książce, była niesłabnąca miłość do literatury – mały David niczym zapalony bibliofil kolekcjonował opasłe tomy książek, układając je w swojej biblioteczce. Po zaginionym stryju Rose odziedziczył pokój uginający się pod ciężarem innych opowieści. Chłopak zaczął z zainteresowaniem wertować nowe książki, odkrywając w nich znane wcześniej, ale przerobione historie. Wszystkie one znajdą odzwierciedlenie w innym wymiarze, do którego przeniesie się chłopak.

Czerwony Kapturek sypiający z wilkiem, znienawidzona przez krasnoludków, otyła Śnieżka, banda wilków i wilkonów, harpie, trolle i inne dziwaczne stworzenia składają się na zagadkowy świat, otwarty dla Davida. Chłopak podąża za głosem zmarłej matki, wierząc, że może ją odnaleźć. Na swojej drodze spotyka dobrych ludzi, oferujących mu pomoc i przebiegłe stwory, dybiące na jego życie. W ślad za chłopcem podąża chytry Garbus, proponujący mu pewien układ. David z jednej strony nie ufa dziwnemu mężczyźnie, z drugiej wydaje mu się, że tylko on może pomóc mu się wyrwać z tego miejsca.

Książka Connolly’ego jest po prostu magiczna! Czyta się ją wprost wybornie, jest wspaniałą rozrywką, potrafi wzruszyć, wzbudzić napięcie, rozśmieszyć, a nawet przerazić. Autor nie unika makabry i drastycznych opisów, każąc przez to małemu chłopcu gwałtownie dorosnąć. Dodatkowo pisarz mistrzowsko łączy znane historie, przeobraża je i tworzy z nich własne. Wiele tu aluzji, podtekstów, a każda historia ma drugie dno. Świat, do którego trafia David jest niepowtarzalny, po prostu oryginalny. W miarę jak podążamy za chłopcem w naszej głowie rodzi się wiele pytań dotyczących tej magicznej rzeczywistości i jej mieszkańców, a zakończenie udzieli odpowiedzi na wszystkie z nich. Bardzo ważne jest też przemiana wewnętrzna, jaka zachodzi w bohaterze podczas wędrówki – z zazdrosnego dziecka przemieni się w człowieka kierującego się wartościami.

Książka skojarzyła mi się od razu z filmem „Labirynt fauna” i jeśli go oglądaliście, możecie mieć jako takie pojęcie o klimacie opowieści. Co więcej, uwielbiam jej okładkę! Złoty bluszcz, rozrastający się na pierwszej stronie i delikatny zarys sylwetek bohaterów: Davida i Garbusa zapraszają do lektury i zapewniają wciągającą, różnorodną lekturę. Polecam wszystkim, kochającym książki i tym, którzy w zwykłym życiu pragną odnaleźć trochę magii!

Ocena: 6/6

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu
Niebieska studnia


wtorek, 22 listopada 2011

Maggie Stiefvater: "Niepokój"

Autor: Po drugiej stronie... dnia listopada 22, 2011 16 komentarze

Autor: Maggie Stiefvater
Tytuł: "Niepokój"
Wydawnictwo: Wilga
Stron: 432


„To jest opowieść o miłości. Nie wiedziałam, że istnieje tyle różnych jej rodzajów ani że może ona sprawić, iż ludzie będą robić tak nieoczekiwane rzeczy. Nie zdawałam sobie sprawy, że jest tyle odmiennych sposobów na to, żeby powiedzieć „żegnaj”.


Bohaterów „Drżenia” M. Stiefvater pokochałam od razu. Wrażliwy chłopak-wilk Sam i zaradna Grace towarzyszyli mi przez pierwszy tom, by powrócić w nowej odsłonie. Kiedy „Niepokój”, druga część mroźnego cyklu, zawitała do księgarń, musiałam niezwłocznie ją kupić. I oto jest – przeczytana, spokojnie odłożona na półkę, wyczekująca ostatniej kontynuacji.

Sama i Grace zostawiliśmy w momencie, który można by opatrzyć etykietką „I żyli długo i szczęśliwie”, aby pozostawić ich dalsze losy w błogiej niewiedzy. Ponieważ ta dwójka, nad której szczęściem czyhało tyle niebezpieczeństw, wreszcie odnalazła harmonię. Ale nie… Autorka postanowiła pociągnąć tę przygodę dalej, pokazując nam co dzieje się, gdy opada magiczna kurtyna.

(uwaga! spoiler dla tych, którzy nie czytali 1. tomu)

Wyleczony Sam jeszcze nie do końca może uwierzyć w to, że pierwszy raz od wielu lat spędza zimę w ludzkiej skórze. Każdy chłodniejszy podmuch wiatru nadal niepokojąco przyspiesza bicie jego serca, jednak nic złego się nie dzieje. Sam pozostaje Samem. Po raz pierwszy w życiu czuje, że może planować swoją przyszłość, wierzy w to, że się zestarzeje, że bolesne transformacje znikły raz na zawsze. A w dodatku ma u swego boku ukochaną Grace – wydaje się, że nic już nie może pokrzyżować ich wspólnych planów. Jednak los bywa przewrotny…

(koniec spoilera)

Najpierw to z Grace zaczyna dziać się coś dziwnego – podwyższona temperatura, mdłości, wizyta w szpitalu. Później sytuacja tej pary komplikuje się jeszcze bardziej – zostają przyłapani przez rodziców Grace na nocnej schadzce i odtąd dorośli zrobią wszystko, by rozdzielić zakochanych. Tak, ci rodzice, dotąd nieobecni w życiu Grace, zrzucający na jej głowę trud utrzymania domu i własnego wychowania, teraz interweniują w jej związek i zaczynają trzymać ją pod kloszem. Bo przecież siedemnastolatka nie może jeszcze wiedzieć, co to miłość… Ale to nie wszystkie rewelacje. Zbliża się wiosna i wilki zrzucają skórę. Wśród nich są nowe osobniki, zwerbowane przez Becka. Sam, jako jego następna, musi im pomóc się przystosować do nowych warunków i ułatwić przemianę.

Świetnie czułam się odnajdując w drugim tomie serii klimat pierwszego, znów towarzysząc swoim ulubionym bohaterom i poznając nowych. Ponieważ kwestia przemian Sama nie jest już centralnym punktem opowieści, jak to było poprzednio, autorka zrezygnowała z umiejscawiania przy każdym rozdziale informacji o temperaturze. Mamy za to nowych bohaterów, którym oddaje głos – perspektywa się rozszerza. Mowa tu o znanej z pierwszej części Isabel i o Colu – nowym wilku. Sam i Cole to całkowite przeciwieństwa – ten pierwszy jest spokojny i bardzo uczuciowy, a wilcza skóra zawsze była dla niego przekleństwem, drugi bywa arogancki i pewny siebie, a wilczy los wybrał dobrowolnie. Ich wzajemne potyczki i początkowa niechęć dodają serii wyrazistości. Wreszcie pojawia się tu facet z krwi i kości, od razu wzbudzający sympatię, mimo swojego przewrotnego charakteru.

„Według pewnej japońskiej legendy, jeśli złożysz tysiąc papierowych żurawi, spełni się jedno twoje życzenie”

Początkowo książka dłużyła mi się – zanim cokolwiek zacznie się dziać, mija trochę czasu. W tym miejscu możemy bliżej przyjrzeć się bohaterom, gdyż w retrospekcjach odkrywają oni puzzle swojego życia. Ale mniej więcej od połowy powieści akcja wreszcie zaczyna gnać do przodu i dzięki temu mogę powiedzieć, że jestem bardzo zadowolona z tej książki. Dostałam chyba to, czego oczekiwałam. Pisarka wpadła na świetny pomysł fabularny, który będzie miał kontynuację w trzecim tomie i ostatecznie rozwieje wszelkie wątpliwości na temat przyszłości Grace i Sama, a także innych wilków.

Okładka – dorównuje pierwszej. Jest idealnie dopasowana do treści książki, a poza tym wprost cudowna.

Jeżeli podobała Wam się część pierwsza – koniecznie sięgnijcie po drugą. Jeżeli jeszcze nie czytaliście, a lubicie poruszające książki z domieszką fantastyki – polecam!

Ocena: 5/6

środa, 19 października 2011

Maggie Stiefvater: "Lament"

Autor: Po drugiej stronie... dnia października 19, 2011 16 komentarze
Autor: Maggie Stiefvater
Tytuł: "Lament"
Wydawnictwo: Illuminatio
Stron: 320

Z Maggie Stiefvater spotkałam się już wcześniej, przy okazji innego paranormal romance – „Drżenia”. Zachwycona tą drugą powieścią, postanowiłam sięgnąć do źródeł, a mianowicie zapoznać się z debiutem pisarki – „Lamentem”. Wcześniej przeczytała kilka recenzji na jej temat i wydawało się, że czeka mnie równie fascynujące lektura, jednak ostatecznie obeszłam się smakiem.

Deirdre jest młodą harfistką, która przymierza się do ważnego występu z okazji dorocznego Festiwalu Sztuki Wschodniej Wirginii. Niestety dziewczyna, choć utalentowana, boryka się ze wstydliwym problemem – boi się publicznych występów i z tego powodu ciężko choruje, przed każdym takim wydarzeniem zaliczając łazienkę. Tym razem z opresji wybawia ją tajemniczy chłopak – Luke. Zjawia się niespodziewanie, niewiadomo skąd, i pomaga dziewczynie się rozluźnić, a nawet oferuje jej granie w duecie. Dzięki temu występowi Deirdre uzyskuje najlepszy wynik, wygrywając konkurs. Tak zaczyna się znajomość nieśmiałej dziewczyny ze skrywającym tajemnicę chłopakiem nie z tego świata. Wkrótce nadchodzą kolejne niesamowitości: pojawiające się wszędzie czterolistne koniczyny, intrygujący zapach tymianku, dziwne zachowanie Luke’a i nadprzyrodzone moce, których obecność odkrywa u siebie młoda harfistka. Trop prowadzi do tajemniczej krainy fejów i elfów…

Jak na ten gatunek przystało, w powieści Stiefvater mamy skromną, zagubioną dziewczynę, która zakochuje się w nowopoznanym chłopaku, skrywającym sekret o swojej naturze. Na drodze do ich szczęścia stanie zło, w tym wypadku skryte pod postacią mściwej Królowej Elfów. Są też przyjaciele na śmierć i życie – jak James, kolega Deirde. Pisarka wykreowała też równoległy świat elfów – Faerię.

Fejowie, postacie z celtyckich baśni, przybierają postać podobną ludzkiej, ale odznaczają się niezwykłym pięknem charakterystycznych rys twarzy. Pierwsze spotkanie z fejami przez autorkę zostało potraktowane ulgowo – właściwie nie scharakteryzowała owych postaci, dlatego trudno było mi sobie je wyobrazić. Jednak później naprawiła swój błąd, dokładnie opisując wygląd kolejnych przybyszów. Niektórzy z nich przypominają małe dzieci, inni wyglądają jakby wykute z nieba czy zrobione z ziemi stworzenia. Fejowie odznaczają się także niepospolitym talentem muzycznym: kochają dźwięki, śpiew i zabawę. Są niewidzialni dla ludzi, ale roznoszą wokół siebie wyczuwalny zapach ziół. W odróżnieniu od znanych z baśni wróżek, fejowie zostali przedstawieni w sposób pejoratywny: w większości są źli i niebezpieczni.

Dużym walorem „Lamentu” jest wartka akcja: zdarzenia następują po sobie błyskawicznie, a ich przebieg śledzi się z zapartym tchem. Przeważają tu dialogi – tendencja znana z innych powieści tego typu, ale mamy również refleksję na temat uczuć czy wspomnień. Pojawia się humor i dowcip, co jest dużym plusem dla autorki. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, ustami Deirdre. Bohaterowie skonstruowani są rzetelnie, przekonująco – oprócz głównej pary mamy także rodzinę dziewczyny – matkę, ojca (pojawiającego się jednak dopiero pod koniec, okazjonalnie), wścibską ciotkę, szaloną babcię, a także paletę innych postaci. Świat realny miesza się z tym fantastycznym z każdą stroną coraz wyraźniej, a to obiecuje pasjonujące przeżycia.

Na uwagę zasługuje też szata graficzna. Choć okładka nie porwała mnie na kolana, to wewnątrz książki kryje się wiele pięknych rysunków, poprzedzających kolejne księgi, które rekompensowały mi ten brak i wprowadzały nastrój magii.

To, co mi się nie podobało, to urwane, ubogie zakończenie – odwracałam kartkę, szukając dalszego ciągu, a tu nic. Muszę przyznać, że finał mnie rozczarował: jest pełen niedopowiedzeń i niedokończonych wątków. W przygotowaniu co prawda jest już kolejna część serii, jednak z tego co wyczytałam będzie ona skupiać się tym razem na osobie Jamesa, więc nadal nie rozumiem takiego potraktowania czytelnika – zostawienia go z wielką niewiadomą, do końca nierozumiejącego co się ma stać.

Podsumowując, książka na pewno przypadnie do gustu żeńskiej części czytelników, szczególnie fankom gatunku. Choć kontynuuje znane z innych serii wątki, rozwiązania zaskakują, a świat fejów przykuwa uwagę. Osobiście oceniam tę książkę jednak jako średnią, jedną z wielu, i chyba nie skuszę się na kontynuację. Nie nudziłam się przy niej, ale też nie porwała mnie na tyle, by o niej nie zapomnieć zaraz po odłożeniu na regał.

Ocena 3,5/6

poniedziałek, 3 października 2011

Alexandra Potter: "Kim jest ta dziewczyna?"

Autor: Po drugiej stronie... dnia października 03, 2011 9 komentarze
Dzisiejszy dzień zaczynam od bardzo miłej dla mnie wiadomości :) Czekałam z publikacją recenzji książki "Kim jest ta dziewczyna?", ponieważ brała ona udział w konkursie i otrzymałam dziś info, że zajęłam w nim I miejsce. Link do recenzji: klik.

Na blogu zamieszczam jej rozbudowaną wersję, gdyż niestety wymogi konkursu sprawiły, że skracałam tekst chyba z 5 razy :P



„Wyobraź sobie, że spotykasz młodszą wersję samej siebie…”. To prowokacyjne hasło, umieszczone na okładce powieści Alexandry Potter: „Kim jest ta dziewczyna?”, elektryzuje i od razu zwraca uwagę czytelnika. To nie jedyne, co przyciąga wzrok. Utrzymana w jasnych barwach okładka opatrzona jest zdjęciem ładnej, młodej dziewczyny. Na nasze usta ciśnie się od razu pytanie, które jest zarówno tytułem książki, podkreślonym przez mieniące się, wypukłe litery – ta kompatybilność dodaje całości jeszcze lepszego wyrazu. Następnie wzrok czytelnika kieruje się na skrzydełka okładki – możemy dzięki nim, z jednej strony, poznać zarys fabuły książki, z drugiej – zapoznać się z sylwetką autorki. Pierwsza ocena wypada korzystnie, więc czytelnik powinien z zainteresowaniem zagłębić się w lekturę.

Charlotte ma 31 lat, wiedzie stateczne, ustabilizowane życie – prowadzi małą, ale coraz lepiej prosperującą agencję PR, ma bystrego, wyrozumiałego mężczyznę u boku, pilną współpracowniczkę, a także oddaną przyjaciółkę. Ma życie, o jakim zawsze marzyła, a przynajmniej tak jej się wydaje. I nagle pewnego dnia wszystko się zmienia – za sprawą tajemniczego zawirowania czasoprzestrzeni Charlotte przenosi się w czasie o dziesięć lat i spotyka młodszą wersję siebie. Jest przerażona: dziewczyna, którą była, to jej całkowite przeciwieństwo. Bez grosza, żyjąca z dnia na dzień, kochająca balangi i jednonocne przygody z podejrzanymi typami, mieszkająca w obskurnej klitce i przede wszystkim nieodpowiedzialna – Charlotte jest zrozpaczona widząc ten jaskrawy obrazek… Postanawia jednak wykorzystać szansę, którą daje jej los i udzielić swojemu pierwowzorowi kilku cennych rad, by ustrzec ją przed popełnieniem całej serii feralnych błędów. Okazuje się jednak, że role szybko się odwrócą, a ów niecodzienny kontakt przyniesie obustronne korzyści.

Początkowo książka wydaje się trudna do przebrnięcia, mimo zachęcającej szaty graficznej i zalążka fabuły. Narracja pierwszoosobowa, będąca zapisem z punktu widzenia Charlotte, może irytować, gdyż główna bohaterka nie należy do najsympatyczniejszych. Trudno utożsamić się, a tym samym zaprzyjaźnić, z tą hipochondryczką, która żyje tylko pracą, zawsze pod telefonem, nie ma czasu dla rodziców i przyjaciół, myśli wyłącznie o karierze, nie czuje nic do swojego partnera, ale okłamuje się, że jest inaczej (zresztą nie tylko w tej kwestii), cierpi na tysiące urojonych alergii, a kontakt z młodszą wersję siebie bierze początkowo za symptomy raka mózgu. Denerwujący był dla mnie zwłaszcza styl jej wypowiedzi, rodem z powieści Meg Cabot (m.in. popularna seria „Pamiętnik księżniczki”), który o ile sprawdza się w przypadku powieści młodzieżowych, brzmi komicznie w przypadku historii 31-letniej, dojrzałej kobiety. Styl autorki co prawda jest błyskotliwy, ale pewne figury są nadmiernie eksploatowane, przez co brak im polotu (m.in. liczne zaprzeczenia, naprostowania: „Trzymam tam zapas batoników zbożowych, ot tak, na wszelki wypadek. No dobrze – nie są tylko na wszelki wypadek (…). Batoniki smakują jak ciasteczka owsiane i są pyszne. Właściwie nie takie znów pyszne. Prawdę mówiąc, przypominają mi sucharki (…)”.

Ale gdy już chciałam spisać tę powieść na straty, będąc nią po prostu rozczarowana, coś zaczęło się wreszcie dziać. Akcja nabiera tempa dopiero wtedy, gdy bohaterka odnajduje swoje wcielenie i zaprzyjaźnia się z nim, wywiązuje się wtedy jeszcze kilka pobocznych wątków, które idealnie spajają całą historię. Pojawiają się nowe postacie, a i nasza bohaterka zaczyna przeżywać istną metamorfozę, działającą oczywiście na jej korzyść. Powieść staje się zdecydowanie lepsza, a rozwiązanie fabuły i zakończenie oceniam na plus.

Czytając książkę czytelnik wielokrotnie stawia się w pozycji Charlotte i zastanawia się: co sam zrobiłby na jej miejscu? Jak pokierowałby swoją młodszą wersją siebie? Dopiero po chwili namysłu zdajemy sobie sprawę, że czasem porażki i potknięcia są konieczne, by później móc docenić to, co daje los. Dla Charlotte spotkanie z samą sobą to najlepsza lekcja, dzięki której może porównać swoje dawne plany i marzenia z obecnymi i wyciągnąć dla siebie ważne wnioski. Na to, kim jesteśmy, składa się suma naszych przeżyć. To one nas kształtują i prowadzą. To prawda oczywista, do której jednak najtrudniej dojść samemu.

Książkę A. Potter polecam wszystkim tym, którzy w natłoku obowiązków zapomnieli już, jak wyglądało ich życie, gdy mieli naście lat. Lektura o kobietach, a więc dla kobiet, w każdym wieku, ale nie tylko - sądzę, że panowie też mogą się z niej wiele dowiedzieć: mowa tu przecież także o miłości, o szukaniu partnera idealnego, o planowaniu wspólnej przyszłości, a także o roli przeznaczenia w naszym życiu. Dla tych młodszych czytelników książka jest dobra radą, by nigdy nie rezygnowali ze swoich marzeń, nawet tych na pierwszy rzut oka niewykonalnych. Powieść skłania do refleksji - potrafi odmienić, prócz życia głównej bohaterki, także i nasze, a to jej największy atut. Serdecznie polecam!

Ocena: 4/6

wtorek, 13 września 2011

Guillaume Musso: "Wrócę po ciebie"

Autor: Po drugiej stronie... dnia września 13, 2011 6 komentarze


Wyobraźcie sobie sytuację rodem z wyśmienitego filmu „Dzień świstaka” z Billem Murrayem w roli głównej. Sfrustrowany, egocentryczny prezenter telewizyjny zostaje zamknięty w pętli czasu. Feralny dzień, spędzany na obchodach tytułowego Dnia świstaka, zwiastującego nadejście wiosny, powtarza się nieustannie, wyprowadzając Phila z równowagi. Dopiero po pewnym czasie bohater zdaje sobie sprawę, że oto los daje mu szansę na wyprowadzenie swojego życia na właściwie tory, a dodatkowo zawirowania czasoprzestrzeni dają mu cenne lekcje i pozwalają na zmianę charakteru, światopoglądu, a także zdobycie miłości.

W powieści G. Musso, genialnego francuskiego pisarza, mamy zbliżoną sytuację. Bohaterem „Wrócę po ciebie” jest wiodący luksusowe życie, bogaty psychoterapeuta, Ethan. Poznajemy go w decydującym momencie – kiedy porzuca swoje dotychczasowe, monotonne życie robotnika budowlanego, zostawia narzeczoną i przyjaciela i bez słowa znika, aby realizować swoje marzenia. Zaczyna czytać, uczyć się, kończy studia, zdobywa wykształcenie, rozwija się. Trafia na dobry moment i otwiera swoją przychodnię, a dzięki sprzyjającemu losowi, wkrótce zyskuje uznanie i rozgłos wśród pacjentów. Pnie się coraz wyżej po szczeblach kariery, a w piętnastą rocznicę ucieczki, jego twarz spogląda z okładki „New York Times”. Zwą go ulubionym psychologiem Ameryki. Wydaje się, że ma wszystko, o czym tylko można śnić, jednak prawda jest nieco bardziej złożona…

Ethan dla sławy poświęcił wszystko, co w jego życiu miało sens. Najpierw opuścił dom i przyjaciół. Później zakosztował prawdziwej miłości, u boku stewardessy Celine. Jednak ją także zostawił, ruszając dalej. Będąc u szczytu nie ma nikogo, na kim mógłby się oprzeć. Jego życie wypełnione jest bogactwem, ale brakuje w nim ciepła, życzliwości i miłości.

Opis wydawcy zdradza wiele, może trochę za dużo. Dowiadujemy się, że 31 października Ethan budzi się u boku rudowłosej nieznajomej i biorąc ją za call girl, szybko opuszcza swój jacht, zostawiając jej zapłatę. Nie pamięta wydarzeń poprzedniej nocy, a jego rozklekotany samochód poświadcza, że miały miejsce jakieś dziwne, mroczne wydarzenia. Następnie Ethan bierze udział w nagraniu dla renomowanej stacji telewizyjnej. Wpada do swojej poradni, a tam zastaje tajemniczą dziewczynkę, która chce z nim rozmawiać. Zbywa ją, a chwilę później zbiera żniwo: niedoszła pacjentka popełnia samobójstwo niemal na jego oczach, strzelając do siebie z rewolweru. Dalej jest jeszcze gorzej – Celine powraca, zapraszając go na swój ślub. Dziwne, przygnębiające wydarzenia piętrzą się. Bohater zostaje brutalnie pobity i traci dwa palce, a to nie koniec zamachów na jego życie. Ethan dramatycznie zbliża się do punktu, z którego nie ma już odwrotu.

Książka Musso zorganizowana jest w niekonwencjonalny sposób. Mamy wyraźnie wyodrębnione trzy części „Uciec”, „Walczyć”, „Zrozumieć”, na które składają się serie rozdziałów. Każdy z nich opatrzony jest sentencją, powiązaną treściowo z danymi wydarzeniami. W fabułę oprócz tego wpleciono jeszcze kilka innych, ważnych cytatów, które bardzo mi się podobały. Z reguły zapisuję skrzętnie wszystkie ważniejsze zdania, jakie znajdę w książce, i okazuje się, że autor ma identyczny nawyk, z którego rozlicza się na końcu, w słowach „Od autora”. Właśnie ta konstrukcja książki plus efektowna, przykuwająca oko, subtelna okładka, zadecydowały o tym, że zechciałam zakupić to wydanie. Czytając natknęłam się na kolejne niecodzienności. Chociaż narracja jest trzecioosobowa, autor oddaje czasem głos swoim postaciom, tytułując jakiś podrozdział ich imieniem. Akcja cofa się też niejednokrotnie wstecz, i to nie za sprawą wspomnień bohaterów, ich retrospekcji - nie, dostajemy rozdział opatrzony odpowiednią datą i miejscem wydarzeń, cofamy się w przeszłość i poznajemy pewne wydarzenia (takie jak szczegóły poznania Ethana i Celine, atak terrorystyczny z 11 września, biografie Jimmy’ego i Marisy, a także innych, postronnych bohaterów) tak, jakby rozgrywały się w teraźniejszości – pozwala to uzupełnić braki, wyjaśnić sytuacje, nakreślić okoliczności, ale czasem możemy się pogubić w tych przeskokach. I jest jeszcze kilka obrazków: np. talii kart, liścików, zaproszeń, wplecionych w tekst.

Książkę czyta się bardzo szybko, a powodem nie jest tylko i wyłącznie zbyt duża, jak na mój gust, czcionka. Język jest bardzo prosty, rozdziały są krótkie, także lektura upływa w okamgnieniu. Powieść obfituje w zaskakujące zwroty akcji, nie można się przy niej nudzić i zdecydowanie rozkręca się pod koniec. Autorowi udaje się wywołać w czytelniku wiele emocji, gdyż nieustannie zastanawia się on nad tym kto jest kim, jak potoczą się ostateczne losy Ethana i innych bohaterów i dokąd zmierza to wszystko. Rozwiązanie fabuły zaskoczyło mnie, choć miałam w głowie kilka własnych scenariuszy. Jest trochę… nieoczekiwane i wciąż mam mieszane uczucia co do niego. Ale widzę, że „Wróćę po ciebie”, jak i inne powieści Musso, po które także chciałabym sięgnąć, zbierają pochlebne noty. W skali od 1 do 6 oceniłabym książkę na 4, a to chyba przyzwoita ocena.

Pętla, w której uwięziony jest Ethan pozwala mu na kontrolowanie zdarzeń, odgrywanie ich na nowo, ale okazuje się, że w dramatycznej walce z przeznaczeniem, to wciąż los ma nad nami przewagę. Czy jednak Ethanowi uda się wygrać tę walkę, naprawić wszystkie szkody, ocalić kilka ludzkich istnień, odzyskać miłość i tym samym uratować siebie? O tym możecie przekonać się sami, sięgając po lekturę.
 

Po drugiej stronie... Copyright © 2014 Dostosowanie szablonu Salomon