"Ania z Zielonego Wzgórza" jest jedyną reprezentantką literatury kanadyjskiej na liście najważniejszych dzieł literatury światowej zamieszczonej w "Nowej encyklopedii powszechnej PWN". Można pewnie z tą listą dyskutować, jak z każdą, zwłaszcza z nadreprezentacją literatury rosyjskiej, która ma swoje źródło jeszcze w PRL-owskich edycjach encyklopedii i niedostrzeganiem innych pozycji literatury kanadyjskiej, takich jak choćby "Angielski pacjent" Michaela Ondaatje, "Opowieści podręcznej" Margaret Atwood czy "Rodzina Whiteoaków" Mazo de la Roche.
Nie zmienia to jednak w niczym faktu, że "Ania z Zielonego Wzgórza" była moją czytelniczą zaległością, a te wszystkie zachwyty nad nią, których nie rozumiałem, jakoś niespecjalnie mnie dopingowały do nadrobienia zaległości. Nie rozumiałem - bo nie znałem, a nie znałem bo przecież to nie honor chłopakowi czytać dziewczyńskie książki. W domu stoi cała seria "Ań", choć nie jest to, niestety, kultowa edycja z ilustracjami Bogdana Zieleńca. Pewne dalej by stała zbierając kurz, gdyby nie to, że miałem już dosyć mąk nad sztandarowymi powieściami literatury skandynawskiej, którymi wcale nie są, wbrew temu co można by sądzić, przeglądając blogi książkowe, kryminały. Postanowiłem więc trochę odpocząć od ambitnej (?) literatury, nawet nie podejrzewając, że wybrałem ku temu książkę idealną.
Nie jest to może arcydzieło literatury, ale nie o to przecież chodzi i nie tego oczekuje się od książki dla dorastających dziewcząt, choć nie wiem, czy współczesne nastolatki nie przedkładają jednak losów Belli Swan i Edwarda Cullena albo Anastasii Steele i Christiana Greya nad perypetie Ani Shirley i Gilberta Blythe'a.
Nie zmienia to jednak w niczym faktu, że "Ania z Zielonego Wzgórza" była moją czytelniczą zaległością, a te wszystkie zachwyty nad nią, których nie rozumiałem, jakoś niespecjalnie mnie dopingowały do nadrobienia zaległości. Nie rozumiałem - bo nie znałem, a nie znałem bo przecież to nie honor chłopakowi czytać dziewczyńskie książki. W domu stoi cała seria "Ań", choć nie jest to, niestety, kultowa edycja z ilustracjami Bogdana Zieleńca. Pewne dalej by stała zbierając kurz, gdyby nie to, że miałem już dosyć mąk nad sztandarowymi powieściami literatury skandynawskiej, którymi wcale nie są, wbrew temu co można by sądzić, przeglądając blogi książkowe, kryminały. Postanowiłem więc trochę odpocząć od ambitnej (?) literatury, nawet nie podejrzewając, że wybrałem ku temu książkę idealną.
Nie jest to może arcydzieło literatury, ale nie o to przecież chodzi i nie tego oczekuje się od książki dla dorastających dziewcząt, choć nie wiem, czy współczesne nastolatki nie przedkładają jednak losów Belli Swan i Edwarda Cullena albo Anastasii Steele i Christiana Greya nad perypetie Ani Shirley i Gilberta Blythe'a.
"Ania z Zielonego Wzgórza" jest historią sieroty poniewieranej przez ludzi, która nareszcie znajduje swoje miejsce na ziemi. To impulsywna, rządzona emocjami dziewczynka ("Coś fascynującego pojawia się w mojej głowie i po prostu muszę to zrealizować. Myślenie i refleksja zepsułyby cały urok."), miotająca się w nich od czarnej rozpaczy po siódme niebo, której wrażliwość i życzliwość stanowi osłonę (przynajmniej do pewnego stopnia) przed tym co ją spotyka w życiu. Choć wiele jej problemów, z tych które doświadcza mieszkając już w Zielonym Wzgórzu budzi, z punktu widzenia dorosłego czytelnika, pełen zrozumienia (jeśli pamięta się o własnym dzieciństwie) uśmiech na twarzy, bo trudno zachować kamienną twarz czytając choćby składane przez Anię samokrytyki w rodzaju - "masz ze mną sporo kłopotów. Robię tyle błędów. Ale z drugiej strony, pomyśl o tych błędach, których nie robię, a mogłabym." czy "Nigdy nie popełniam dwa razy tego samego błędu!" i odpowiedź Maryli - "Nie widzę w tym nic pocieszającego, skoro zawsze pojawiają się jakieś nowe", to tak na prawdę, problemy sygnalizowane przez Lucy Mont Montgomery wychodzą daleko poza spostrzeżenie jej bohaterki, że "życie nie było wiele warte bez bufiastych rękawów".
Trudno nie być zmrożonym stosunkiem do sierot, który przedstawiony jest w powieści, gdzie dzieci są traktowane bezdusznie jako tania siła robocza. Opiekunowie Ani nie są tu wyjątkiem, ich komunikat jest jasny i prosty - "Potrzebujemy chłopca, żeby pomagał Mateuszowi. Dziewczynka nie jest nam potrzebna.", a kiedy Ania uświadamia sobie, że "nie chcą jej tutaj, bo nie jest chłopcem" to mamy świadomość, że to odrzucenie nie wynika z przekonania o jakichś przewagach duchowych czy intelektualnych płci męskiej, jej szczególnej predystynacji lecz z chłodnej kalkulacji rodzeństwa Cuthbertów, że chłopiec byłby najbardziej opłacalną z ich punktu widzenia siłą roboczą na farmie, pracującą tylko za wikt i opierunek.
Montgomery porusza także kwestię pozycji kobiety w społeczeństwie. Nie ma wątpliwości co do tego, co jest najistotniejsze w ich postrzeganiu - "(...) jesteś najinteligentniejszą dziewczynką w szkole. To lepsze niż być ładną.
- Nieprawda, wolałabym być ładna niż bystra." - odpowiada Ania.
Inteligencja jako pocieszenie z powodu braku urody... Jakże to wymowne i jakie aktualne. Z drugiej strony, to jednak inteligencja, "siostra" wykształcenia a nie uroda może zapewnić kobiecie niezależność, bo jak twierdzi jedna z koleżanek tytułowej bohaterki - "chce poświęcić całe życie uczeniu dzieci. Mówi, że nauczycielka zawsze dostaje pensję, a żona nigdy."
Wreszcie książka porusza kwestię wiary w życiu człowieka, która bardzo często przewija się na łamach książki, z naszego punktu widzenia, osadzonego w katolicyzmie, chwilami w sposób obrazoburczy, łącząc ją z kwestią feminizmu. Trudno nie zauważyć, że Lucy Montgomery wyprzedziła o wiek współczesne czasy, gdy Ania pyta "Dlaczego kobiety nie mogą być pastorami, Marylo?".
To wszystko jednak nie zmienia faktu, że "Ania z Zielonego Wzgórza" jest przede wszystkim pełną humoru książką o dojrzewaniu zakompleksionej dziewczynki - "Kocham piękne rzeczy i nienawidzę spoglądać w lustro, bo nic pięknego się w nim nie odbija", w których to kompleksach utrzymuje ją jej opiekunka. W sumie dziwne, że powieść jest tak ciepła, jeśli się zważy, że na dobrą sprawę, książkę odebrać można jako próbę zglajszachtowania dziecka, nagięcia go do "jedynie słusznego" modelu życia, niespecjalnie licząc się z pragnieniami dziewczynki, której żywiołowość na szczęście pozwala zachować jej indywidualny rys.