sobota, 3 stycznia 2026

2026

Nastał ten 2026.....


ale zanim nastał, to 2025 dał solidnie popalić. W Wigilię dowiedziałam się i odczułam boleśnie, kim tak naprawdę jestem dla ludzi, za kogo i gdzie mnie mają i powiem, że bolalo w chuj. Nie dość, że święta to kolejna rocznica śmierci Mamy i co roku są trudne, to jeszcze parę lawin się na mnie zwaliło tego jednego dnia.

Ciężko było, ale jakoś się poskładałam. Podwójna dawka cudownych pastylek na szczęście jednak ze mną zostanie na jakiś czas.

Kiedy boleśnie doświadczasz, że caly tw oj świat ma Cię w dupie, a ludzie, którzy mieli być zawsze mają na ciebie wyjebane możesz zrobić dwie rzeczy. Albo się załamać, albo wstać, rozejrzeć się, posprzątać ten relacyjny pierdolnik i iść dalej..... sama, ale przynajmniej z podniesioną głową i szacunkiem do siebbie.....

Kilka osób mi zostało, tych na które najmniej liczyłam i została konsekwencja..... od tego roku już nie będzie miałkich relacji, nie ma grzania się moim światłem skoro od lat nikt nie przynosi ani zapałek ani drewna.....

ono we mnie jest, ale już tylko dla wybranych kilku osób, reszta dostała żółte i czerwone kartki i zrobiła wypad z boiska.

komsekwentna do tego stopnia, że Adamsy, rodzina z krwi dostała w nowy rok zjebę, że dzwonią raz do roku w Sylwestra, ale na Boże Narodzenie nie pamiętają, a wtedy najbardziej ich potrzebuję, w obcym kraju z obcymi ludźmi..... i kiedy usłyszłama "a brat to co?" odpowiedziałam, że jajco, bo od lat nie ma go obecnego w moim życiu i to nie z mojego wyboru, więc niech się nie dziwi, że nie dzwonię i się nie przypominam..... bo i po co? jedyne co nas łączy to jakieś sprawy spadkowe i wspólne nazwisko, bo więź rodzeńska dawno zdechła, 3/4 mojego życia nie było ich kiedy Rodzice chorowali, kiedy były długi, kiedy trzeba było się opiekować i pracować i kiedy tej pracy nie miałam, bo sprawowanie opieki na to nie pozwalało..... wtedy nie pytali czy mam na życie, na leki, jak się czuję, więc teraz też nie muszą..... brutalne ale prawdziwe..... i wcale nie jest mi z tym źle..... im mniej ich w moim życiu tym więcej mam spokoju w sobie i dookoła siebie..... żalu już nie mam, bo mnie mnie zatruwał, ale nie zapomniałam tego co przeszłam sama.....

a na ten nowy nie mam postanowień, co przyniesie to będzie, aby tylko nie był gorszy, niech będzie zwyczajnie dobry to już będzie bardzo dużo.....

 

niedziela, 21 grudnia 2025

Powroty i refleksje.....

w końcu po urlopowych wojażach wróciłam do Szato.....


emocje opadły jak kurz na nieuczęszczanej drodze, a każdy kolejny mój krok to zmiana.....

nie lubię świątecznych podsumować, noworocznych postanowień, surowych rozliczeń z rzeczywistością, bo to nic nie wnosi, prócz frustracji..... chociaż w tym roku jest zupełnie inaczej.....

jakoś tak się porobiło, że od kilku tygodni domykam w zaskakująco dziwnwy sposób sprawy niepodomykane od lat, czyszczę relacje, wyrzucam kontakty, które zweryfikował czas, kończę znajomości, z których nie mam nic dla duszy..... i to wszystko dzieje się jakoś tak..... samo?.....

czuję niemal pod skórą nadchodzące nowe, nie symboliczne, a niemal namacalne..... bo czuję się lżejsza w środku, w coraz większym kontakcie z sobą, a większym zdystansowaniem do ludzi i świata.....

życie powiedziało sprawdzam, teraz sprawdzam ja..... 

niedawno przypomniałam sobie jak to jest, kiedy pozwalasz sobie na dziś, bo to co masz to tylko dzisiaj, ten jeden dzień, w którym dzieje się wszystko na co masz wpływ i umiesz oddzielić i odpuścić to na co nie masz wpływu, dzisiaj.....

kiedy patrzę na to wszystko, co zadziało się w moim życiu od sierpnia, ile małych cudów codzienności się wydarzyło i dokonało, to samej sobie się dziwię, że dałam radę nie zatracić się w tym bez reszty, nie zachłysnąć do bezdechu.....

owszem, są momenty zachłyśnięcia, zwłaszcza kiedy nie brakuje natłoku emocji i myśli, ale dosyć szybko wracam do siebie, a to wszystko bez zbroi i bez poczucia że jestem emocjonalnie naga..... 

jakże lekko się oddycha, kiedy wiesz, że już nie musisz się za wszelką cenę chronić, chować prawdziwej siebie żeby nikt nie zranił, nie skrzywdził.....


wróciłam do Szato z decyzją, że nie będę zapalała światła tam, gdzie pójdzie w niwecz..... bo prawda taka, że wszyscy chcą się grzać w cieple ogniska, ale przynieść drzewa i zapalić iskrę nie ma komu, a mnie się już znudziło, natargałam się tego drzewa i już mi się nie chce..... ja sobie postoję w moim ogniu, na przestrzał, w spokoju ducha, w zgodzie z sobą, w pełni..... i cholernie dobrze mi z tym, chociaż bywa w choler trudno, bo konfrontacja z faktami bywa bezlitosna i bolesna..... zgaś swoje światło na chwilę, a zobaczysz kto tak na prawdę stoi za twoimi plecami, czy trzyma nóż, czy podaje ci rękę żeby wesprzeć.....


wróciłam do Szato, już bez niektórych ludzi..... po 23 latach okazało się, że nie byli towarzyszami, a jeno pasażerami..... to boli, ale jedyne co mogę to przyjąć z pkorą to co się  wydarzyło nie wydarzając i puścić wolno..... ludzie, nawet ci najważniejsi czasami odchodzą, odsuwają się, to ich wybór i decyzja, a mnie się nie chce ani prosić, ani tłumaczyć, ani tym bardziej słuchać nieszczerych tłumaczeń, bo jeśli ktoś chce być to jest, nie mówi że jest ok, kiedy ja wiem że ok nie jest,  i ma czas, ma dla mnie czas.....


wróciłam do Szato i się rozchorowałam..... zapalenie zatok, krtani i tchawicy, początek zapalenia oskrzeli..... i się weź, i się poskładaj w tydzień..... no i się wzięłam i poskładałam,przecież musiałam zacząć powoli pakować walizkę, żeby ruszyć do pracy.....

a teraz, siedzę w płomieniach świec, otulona kocykiem mocy, w zupelnie innej rzeczywistości niż moje Szato i pracuję, w końcu jak człowiek, w pełni uszanowana i doceniona..... 15 lat, a nawet więcej lat dawania z siebie dobra w tej robocie w końcu zaowocowało i wróciło..... 

 

niedziela, 30 listopada 2025

W drodze.....

Oczy obcych bloków zaglądały mi w serce.....
W ciemności i pustce, którą czułam od kilku dni.....

Miałam tyle do opowiedzenia, kiedy tu wejdę, a dzisiaj jedyne co mam to ten dziwny stan i brak słów by nazywać to co było tak niezwykłe w swojej codziennej zwykłosci.....
A teraz stoję na balkonie życia i wiem tyle, że nic nie wiem..... rozglądam się dookoła, w rześkości wieczoru i chyba gubię to co odnalazłam w szronie traw, zapachu kawy o poranku.....

Pamiętam tamten dzień. To było jak powrót do domu, po wiecznej nieobecności.
To nie była iskra. Wszystko we mnie ucichło i ułożyło się na swoim miejscu, jak ostatni element układanki, o którym nawet nie wiedziałam, że go noszę.....

A dzisiaj , kiedy jestem w obcym miejscu, w zupełnie nieodpowiedniej chwili, blizny otwierają się, a życie mówi sprawdzam..... 
I nie czuję strachu..... czuję nie wiem co.....
Ja która lata całe uczyłam się nazywać i odróżniać emocje i uczucia dzisiaj nie wiem co czuję..... 

I jest mi z tym źle, bo po raz pierwszy od dawna czuję się jakbym traciła grunt pod nogami i pewność siebie..... jakby to co mówi moja intuicja odbierało mi spokój..... tamten spokój i pewność chwili.....

A w głowie dzwoni mi echo pytania "po co?"..... po co zdarza się to wszystko.....

Co jakiś czas obcy ludzie mówią mi, że jestem aniołem..... tyle że anioły cierpią najbardziej..... mówią mi o moich zasługach, tyle że ja ich nie widzę..... mówią |" nie umniejszaj sobie", a ja naprawdę nie robię nic wielkiego.....

staram się być..... na tyle ile mogę, na tyle ile świat i okoliczności pozwalają.....

Owszem, to miłe słyszeć takie rzeczy, ale czy to rzeczywiście prawda? .....

Dzisiaj życie sprawdza mnie i sprawdza moje otoczenie, a to co mi pokazuje to nie środkowy palec do którego przywykłam, ale coś zupełnie innego. Pokazuje swego rodzaju dysonans, który mnie nie tyle przeraża, co sprawia, że tracę skrzydła..... obijam się nimi o ściany mego serca a każde złamane pióro to kolejne złudzenie, które podsuwa świat i mówi uwierz..... zobacz, będzie tak cudownie, pozwól sobie, przecież chcesz..... tyle, że kiedy zaczynam chcieć, zaczynam się gubić i cierpieć..... bo chcę za bardzo..... więc łatwiej nie chcieć chcenia.....

To minie, kiedy wrócę do Szato, usiądę w ciszy z samą sobą i malinową herbatą, ale na tu i teraz jest kiepsko.....




sobota, 1 listopada 2025

Wszystkich odeszłych.....

 Jakkolwiek by tego dnia nie nazwać, jest on trudny..... zwłaszcza na obczyźnie..... 

Od października zaczyna się u mnie seria rocznic odejść bliskich mi ludzi.....

wielu z nich odeszło zbyt wcześnie, na początku dorosłego życia..... trudne i bolesne historie..... depresje, choroby..... pamiętam każdego, każdą z nich.....

jeszcze niedawno sama byłam na ścieżce śmierci..... i śmiało mogę powiedzieć, że nie każdemu udaje się z niej zejść, zawrócić, odwrócić swój los..... mi się udało.....

to trudny dla mnie czas, ale też czas pełen refleksji i wdzięczności.....

moja pamięć jest żywa, bo i w sercu wciąż żyją..... ja idę dalej wdzięczna, że byli..... 

jakoś nie mogę dzisiaj poskładać myśli, bo tak wiele chciałabym napisać, że aż mi się słowa mieszają..... 

ale mimo wszystko lubię ten czas zadumy nad płomieniem świecy..... to zatrzymanie się, pochylenie nad tym dokąd idę, w co wierzę, oswajanie śmierci, żeby nie była tabu..... 

w tle lecą kliniczne bluesy Cyrografisty, a ja odpoczywam po pracy..... pobrzmiewa we mnie jeszcze echo wczorajszych emocji.....

najważniejsze że Mysza wróciła do domu i wszystko idzie ku dobremu..... nawet udało się dostarczyć jej kwiaty i wzbudzić uśmiech na twarzy..... 

cieszą mnie takie momenty i na długo chowam je w sercu.....

bo to co z sobą zabiorę to nie majątek, nie rzeczy, nie pieniądze, a wspomnienia po mnie i jeśli choć jeden cz lowiek wspomni mnie dobrze, to warto być tym kim jestem.....






niedziela, 26 października 2025

powoli.....

 dzień za dniem się toczy..... po ponad 15 latach w tej robocie, w końcu mam spokojne miejsce, pełne ciepłych ludzi i dobrej atmosfery.....

u moich Ludzi też w miarę dobrze.....

wczoraj minęły dwa lata od ostatniego nawrotu depresji, od tego załamania, które niemal mnie złamało..... i wiem, że nie wstałabym gdyby nie moi Ludzie..... to Oni trzymali mnie za warkoczyki, żebym nie utonęła w bezbrzeżnym smutku, zbierali mnie każdego dnia, trzymali w ostatnie dni roboty, żebym się całkiem nie rozsypała na milion okruchów.....

i pamiętam każdego człowieka, który powiedział mi choć jedno dobre słowo w tamtym czasie, postawił chociaż jedną kropkę pod moimi słowami..... nie oceniali, byli tak po prostu, nawet kiedy dzieliły nas setki kilometrów..... czasem wystarczyło tylko zapewnienie, że nie jestem sama, czasem świadomość że mają gotowość do rozmowy o każdej porze, a czasem dali tylko uśmiech i proste trzymaj się, dasz radę.....

od kilku lat wiem, jak wielu z nich zmaga się z depresją i najpierw byłam zaskoczona, że jest ich tak dużo..... po kilku latach zupełnie mnie to nie dziwi..... czasy w jakich żyjemy nie są łatwe dla trzeźwo myślących ludzi, a kiedy dodać do tego codzienne "niespodzianki" od losu, zdrady, rozejścia, choroby, powolne umieranie w ludziach wartości takich jak szacunek, lojalność, prawda, to mamy istny koktajl mołotowa i tylko kwestią czasu jest kiedy się odpali.....

niektórzy mówią mi zapomnij, nie myśl o depresji..... ale ja wolę pamiętać..... pamiętać że przychodzi cholernie cicho, że daje jakieś sygnały, ale tak znikome, że można ich nie rozpoznać i wtedy spadasz w dół jak śnieżna kula i wystarczy moment, żeby się zatracić.....

dlatego pamiętam i staram się być również dla nich, kiedy tego potrzebują.....

już nie kosztem siebie, a mądrze, bo również z myślą o sobie.....

przez lata nauczyłam się, nie mieć byle jakich relacji, nie otaczać głośnymi ludźmi, doceniać każdy przejaw szczerego dobra w tym porąbanym świecie..... nauczyłam się czerpać radość z ich radości, wspierać w smutku i cieszyć każdym, nawet najmniejszym osiągnięciem, bo wiem ile to znaczy, zwłaszcza wtedy gdy depresja zakłada maski spełnienia i sukcesu.....

Robin Williams kiedyś powiedział coś w stylu, że za największym uśmiechem chowa się największy smutek i wiedział co mówi, przecież sam zmagał się z depresją..... i to prawda..... ileż to razy śmiałam się najgłośniej jak się da, żeby tylko nikt nie zauważył bólu, żeby nie pokazać jak bardzo mam wszystko na wierzchu, żeby nikt nie zranił jeszcze bardziej, żeby nie słyszeć "weź się w garść".....

dlatego pamiętam i jednocześnie jestem wdzięczna, że chociaż w życiu nie wiodło mi się na bogato i w dostatkach, to zawsze miałam szczęście do dobrych ludzi..... bo niezależnie od tego co masz, w jakie dobra obrastasz, nic z tego nie da ci wsparcia, jeśli jesteś w życiu sam, a ludzie wokól zamiast być i wspierać, tylko oceniają i rozliczają z porażek.....

dzisiaj jestem w miejscu, w którym jestem, w moim życiu dzieją się małe cuda codzienności, mam obok cudownych, dobrych ludzi i przepełnia mnie wdzięczność za to wszystko co mam, bo kasa dzisiaj jest jutro jej może nie być, ale jeśli masz w swoim życiu chociaż jednego dobrego człowieka to jesteś cholernie bogaty.....

dobrych ludzi Wam życzę, niech i u Was się dobrze dzieje, w zdrowiu i spokoju..... miłego dnia!






czwartek, 16 października 2025

 nie mogę zasnąć, a łzy cisną mi się do oczu.....

w pracy ok, spokojnie, tylko w sercu mocny niepokój.....

jesień i zima to trudny dla mnie czas, zwłaszcza, że każdy dzień to kolejna rocznica odejścia ważnych i bardzo bliskich mi osób..... staram się w codzienności łapać jak najwięcej jej błyskow, ale coraz o to trudniej..... 

wrażliwi nad mają przerąbane, ale co zrobisz, taki lajf, a gena nie wydrapiesz..... czuję nazwaną złość, która minie, ale póki jest wyciska łzy bezsilności.....

najłatwiej byłoby ubrać na nowo zbroję i udawać że nic się nie dzieje, tylko wtedy zdradziłabym siebie po raz kolejny..... 

po cholerę dano mi od urodzenia to czucie wszystkiego wokół razy pierdylion.... to co każdego dnia odczuwam razy jeden wystarczyłoby na kilka osób na raz..... nienawidzę takich momentów..... kurwa mać!!!!!!!!

poniedziałek, 13 października 2025

dni się turlają.....

 już tydzień minął odkąd jestem w nowym miejscu i zgrzeszyłabym, gdybym narzekała..... 

mam tu spokój, moje małe błyski codzienności, małe cuda..... i uśmiechniete oczy..... 

dawno ich nie miałam.....

przyjęto mnie tu dobrze i póki co jestem dobrze traktowana.....

dni lecą, jeden po drugim i jest w końcu normalnie.....

w wolnym czasie oglądam mecze, zaległe seriale, słucham muzyki, ale też mam kontakt z samą sobą, taki jakiego mi przez lata brakowało i chociaż myślałam, że już wszystko o sobie wiem, to tak na prawdę nie wiem.....

kolejne kawałki zbroi odpadają, a ja nie czuję emocjonalnej nagości w miejscach, w których były..... przyjemne uczucie.....

kolejny łyk kawy i pora do pracy.....

jeszcze tylko kilka dźwięków na łagodny rozruch i niech turla się ten dzień swoim torem, a ja się poturlam swoim..... miłego dnia!