Mam jeszcze dopisek do poprzedniej notki: pstryknęłam wczoraj w pędzie znak rozpoczynający w Chicago autostradę Interstate 55, która zasuwa prosto do Nowego Orleanu, można powiedzieć, że „pionowo” przez całe Stany, choć będzie to trochę naciągane. Z lutowej wycieczki do NO mamy z kolei zdjęcie drugiego końca – wjazd na I-55 pod Nowym Orleanem.
poniedziałek, 30 kwietnia 2007
pręgowane i skrzydlate
ZOO było zatłoczone i do niektórych zwierzów trzeba było poniekąd stać w kolejce, czyli zapolować na dziurę w tłumie, żeby się dostać bliżej klatki. Tomasz tradycyjnie najbardziej zafascynował się żyrafami, które mają szyje jak dźwigi i w ogóle konstrukcję na pierwszy rzut oka tak niewyważoną, że nie powinny istnieć. Mnie oprócz żyraf podobały się zebry i... flamingi. Idziemy sobie wśród zieleni, błękitu, ewentualnie brązu, a tu DINK ptaszyska cukierkowo różowe. Żeby nie powiedzieć róż majtkowy. Ot – takie florydzkie bociany.
niedziela, 29 kwietnia 2007
droselklapa jest tandetnie blindowana i ryksztosuje, czyli cziskejk z piczesami
Śmiano się kilka dni temu w GW z Amerykanów, którzy do przekładu tekstu na stronie krakowskiego konsulatu użyli automatycznego tłumacza. Nie trzeba chyba mówić, że wyszły totalne bzdury, bo taki tłumacz może co najwyżej służyć do ogólnego sprawdzenia o czym jest tekst. Wpadka konsulatu jest nieco kompromitująca, bez dwóch zdań, tym bardziej, że w Krakowie nie ma chyba kłopotu ze znalezieniem ludzkiego tłumacza.
Na forum niektórzy kpili z Amerykanów, a jeden bystrzak rzucił, że to pewnie nie komputer, tylko człowiek, którego konsulat wysłał do polskiej dzielnicy w Stanach na naukę polskiego. Takoż i powstał – przy pomocy Tomka i Pisklaka – poniższy tekścik instruktażowy dla ewentualnych przyszłych imigrantów, którzy chcieliby pracować w Hameryce na budowie. Nawiązuje on nieco również do opowiadania „Ślesorz”, zdaje się, że autorstwa Juliana Tuwima, które z ćwierć wieku przyprawiło mnie o konwulsje (ze śmiechu). Natomiast „cziskejk z piczesami” słyszałam w polonijnym środowisku na własne uszęta.
Kiedy się zaczyna pracę jako karpenter na kontraktorce, trzeba się zaopatrzyć w gana i sozo. Każdy też musi mieć skłera, bo dobrze wyskłerowana ściana trzyma lewo. Tomek jest bos, to jeszcze ma cioklajnę. Zwykłe bolki zaczynają karierę od noszenia plajłutu, tubajforów, tubajsiksów i tubajejtów na flory, ewentualnie biją hengersy. Pomagają też przy makrolajmach i kalatajsach. Drajła raczej nie noszą, bo to przychodzi później. A Tomek rysuje ściany, bejki i gejba oraz wyznacza walie (te stojące i te na sliperach) oraz hypy. Czasem też trafi się jakiś dormerek. Jak już gejba są gotowe, to jednym z większych zgryzów jest to, żeby się safety zgadzały, bo inaczej trudno jest robić feszki.
Trzeba też pamiętać o porządnych hedrach nad drzwiami, bo inaczej dżojsy pospadają z plejt; a jak hedry są bardzo ciężkie, to się je stawia na postach z paralajm.
Potem przychodzą safeciarze i robią safety. Jak safety są nisko, to sobie rozkładają steplederka, a jak wysoko – to muszą mieć skefo na drabinach. Safety ogólnie robi się z łanbaji. Pojawiają się też ruferzy z szinglami. Klną strasznie, jak dach ma dużą picz. Zaczynają zwykle od bejbików przy gejbach.
I trzeba pilnować, żeby wszystko dobrze było zrobione, oraz żeby na wszystko był permit, lajznes i insiura, bo inaczej przyjdzie powiesić się na rydżu!
Na forum niektórzy kpili z Amerykanów, a jeden bystrzak rzucił, że to pewnie nie komputer, tylko człowiek, którego konsulat wysłał do polskiej dzielnicy w Stanach na naukę polskiego. Takoż i powstał – przy pomocy Tomka i Pisklaka – poniższy tekścik instruktażowy dla ewentualnych przyszłych imigrantów, którzy chcieliby pracować w Hameryce na budowie. Nawiązuje on nieco również do opowiadania „Ślesorz”, zdaje się, że autorstwa Juliana Tuwima, które z ćwierć wieku przyprawiło mnie o konwulsje (ze śmiechu). Natomiast „cziskejk z piczesami” słyszałam w polonijnym środowisku na własne uszęta.
Kiedy się zaczyna pracę jako karpenter na kontraktorce, trzeba się zaopatrzyć w gana i sozo. Każdy też musi mieć skłera, bo dobrze wyskłerowana ściana trzyma lewo. Tomek jest bos, to jeszcze ma cioklajnę. Zwykłe bolki zaczynają karierę od noszenia plajłutu, tubajforów, tubajsiksów i tubajejtów na flory, ewentualnie biją hengersy. Pomagają też przy makrolajmach i kalatajsach. Drajła raczej nie noszą, bo to przychodzi później. A Tomek rysuje ściany, bejki i gejba oraz wyznacza walie (te stojące i te na sliperach) oraz hypy. Czasem też trafi się jakiś dormerek. Jak już gejba są gotowe, to jednym z większych zgryzów jest to, żeby się safety zgadzały, bo inaczej trudno jest robić feszki.
Trzeba też pamiętać o porządnych hedrach nad drzwiami, bo inaczej dżojsy pospadają z plejt; a jak hedry są bardzo ciężkie, to się je stawia na postach z paralajm.
Potem przychodzą safeciarze i robią safety. Jak safety są nisko, to sobie rozkładają steplederka, a jak wysoko – to muszą mieć skefo na drabinach. Safety ogólnie robi się z łanbaji. Pojawiają się też ruferzy z szinglami. Klną strasznie, jak dach ma dużą picz. Zaczynają zwykle od bejbików przy gejbach.
I trzeba pilnować, żeby wszystko dobrze było zrobione, oraz żeby na wszystko był permit, lajznes i insiura, bo inaczej przyjdzie powiesić się na rydżu!
piątek, 27 kwietnia 2007
Fotoreportaż z wyprawy po szybę
Panowie wybrali się na cmentarzysko samochodów celem znalezienia odpowiedniej szyby do mojej neonki. Jak łatwo się domyslić, nie ma tam bynajmniej wyasfaltowanych alejek, a poszukiwane częsci nie znajdują się na półkach w klimatyzowanym salonie. Dostaje się na wstępie parę gustownych gumiaczków i idzie się szukać:
Poszukiwania wymagają niekiedy niezłej sprawnosci w zakresie wspinaczki oraz wyciągania nóg z grząskiego gruntu:
niemiła przygoda
Nie zabrał na szczęście mojej ulubionej angielskiej Biblii, która po pierwsze była prezentem, a po drugie – jest niezwykle mądra, bo ma milionpiencet przypisów historyczno-ogólnoznawczych. Tak więc naprawdę mogło być gorzej.
Zadzwoniłam na policję, przyjechała policjantka o takim wyglądzie, że złoczyńcy powinni w ogóle z mety przestać robić przestępstwa. Spisała, dała numerek raportu, powiedziała, że mogę sobie posprzątać. Następnie zadzwoniłam do ubezpieczenia, które i tak nie pokryje kosztów naprawy, bo są za małe (płaci dopiero od pięciu stówek). No i tyle. Tomuś mówi, że jutro pojadą wmontować nową szybę, a dzisiaj muszę sobie okno zakleić folią. Co będzie ciekawe, bo neonkowe drzwi nie mają ramy i worek będę przylepiać w pracy do dachu pojazdu, a potem odlepiać, żeby wrócić do domu J.
No i czy mam się obrazić na Amerykę, że mnie takie coś spotkało? Nie sądzę; koszt naprawy zapewne nie będzie większy, niż kilkanaście godzin pracy, a i z samą czynnością nie powinno być kłopotu. Szan. Małżonek nawet zażartował, że gdyby ukradli całe auto, to może byłoby lepiej, bo ubezpieczenie by coś zwróciło. Tylko żeby złodziej zostawił Biblię w zaparkowanej obok czarnej impali...
- - -
Tak samo jak z tym blogiem – minęło jakieś sześć- siedem lat chyba od najpierwsiejszych początków, od pierwszego grzebania we FrontPage’u i PhotoShopie. Próbowałam robić strony w Wordzie, ale chociaż Word teoretycznie ma możliwość zapamiętywania w formacie html, na dłuższą metę się do prowadzenia strony nie nadaje. Ostatnio była krótka, a intensywna przygoda z Adobe GoLive. Wszystkie te opcje nie umożliwiają jednak takich bajerów, jak zostawianie komentarzy do poszczególnych postów, automatyczna archiwizacja czy oznaczanie wpisów etykietkami tematycznymi. No i ze zdjęciami jest jakoby łatwiej – miniaturka robi się „sama” i samodzielnie też linkuje się z większą wersją.
Jak do tej pory widzę, że nie za bardzo da się pisać po polsku w okienku blogowego edytora – wpisanie „ś” sprawia, że post się znienacka publikuje, natomiast „ż” wymazuje randomalnie kawałek zdania. Nie powinno się tak dziać – Blogspot powiada, że takie czynności są powiązane z skrótami klawiaturowymi z CTRL, a przecież polskie znaki pisze się za pomocą ALT, a i tak są takie niespodzianki. No trudno, nie zawsze pierwszy maja, będzie się notki klepało w Wordzie. Tym bardziej, że nasza domowa sieć bez drutu miewa czasem zawahania, a BARDZO nie lubię tracić tego, co już naklepałam.
Dostrzegam też pewne niekonsekwencje językowe, jakie funduje Blogspot – ni z gruszki, ni z pietruszki nazwy miesięcy w archiwum są po angielsku, a niby włączyłam polską wersję. Hm. Może się to kiedyś później wyjaśni.
Trzeba będzie też odbudować linki i wszystko inne, ale to po kawałeczku. Oficjalna data odpalenia nowego miejsca dla szkieuek w sieci to pierwszy maja.
czwartek, 26 kwietnia 2007
Wielkie Wiertło
Nieodparcie nasuwają mi się skojarzenia z tym wszystkim, co ma zostać zbudowane w Polsce do Wielkiego Wydarzenia w roku 2012 (albo, jak uważają w Łodzi – w 20012). OBY się udało! Oby się ludziska przestali kłócić i gmerać w historii, która młodego pokolenia, zdaje się, nie obchodzi, jak wypowiadali się studenci z otoczenia Profesora Miodka. Trzeba w końcu kiedyś przestać zajmować się przeszłością – szczególnie na dwa sposoby, które wydają się być popularne w Polsce: albo labidzenie, że biedniśmy, bo od zarania dziejów nas uciskano, albo nienawistne szperanie w szufladach i szafach z aktami, żeby dokopać. Niektórym dokopanie się należy, nie ma co do tego dwóch zdań, ale skoro jest ograniczona ilość czasu i środków do dyspozycji, warto raczej zainwestować je w przyszłość.
Subskrybuj:
Posty (Atom)