wtorek, 31 maja 2011
948. planking etc., czyli ja, ja, ja i ja
piątek, 27 maja 2011
947. poranny prototyp, czyli kraft nowotestamentalny
Robiłam mianowicie wymyślony w nocy, na skutek niespania, prototyp torbki na szkółkę niedzielną o historii, kiedy tłumy słuchały Jezusa i nie miały potem co jeść, bo sobie nie przyniosły. Jeden chłopiec miał w torbie dwie ryby i pięć chlebów, których w cudowny sposób starczyło dla wszystkich.
Dzieciaki są w wieku przednożyczkowym, więc nie ma co wymyślać nazbyt skomplikowanych kraftów. Dostaną wycięte z kartonu kształty ryb i chlebów, które będą sobie kolorowały, ozdabiały naklejkami i coniebądź, a do tego torbki podobne do poniższych, tylko bez żadnych dekoracji.
Oprócz tego mam jeszcze do zrobienia kraft o tęczy (takie wieszadełko ze słońcem, tęczą i deszczem) oraz o błogosławieństwach Królestwa - pustynia zakwitnie jak róża, chromy będzie skakał jak jeleń, oczy ślepych się otworzą, a niemy zaśpiewa.
Nie mogę się doczekać :)
wtorek, 24 maja 2011
946. są małe i wielkie światy
"Ja znam się na tym
Są małe i wielkie światy
A nasz świat
jest akurat..."
Póki co, zajęłam się dziś rano bardzo próbnie szklanymi bąblami, pustymi w środku, jakie powkładałam sobie do balkonowych doniczek w ramach dekoracji (patrz poprzedni post). Polecam otwarcie fotek, czyli maksymalne powiększenie - bo wtedy widać i krople wilgoci, i nierówności samego szkła, i odbicia światła, szczególnie to na dnie pierwszej fotki - jak migotanie na wodzie :)
Tytuł posta wziął się z kolei z piosenki Michała Bajora, właśnie o małych światach, jak ten w moim szklanym bąblu:
poniedziałek, 23 maja 2011
945. kolorowo na balkonie
Brakło mi gleby do pomidora, więc muszę się udać do sklepu i dokupić conieco; poza tym z jedzeniowych rzeczy jest papryka wściekle ostra i bazylia; z kwiatków dość standardowo, z wyjątkiem tych fioletowych szpiqulców - przetacznik się to nazywa i jest kuzynem takich malusich niebieskich kwiatków, co to w Polsce dziko rosną, czasem robiąc całe niebiesie dywany! Zaskoczyło mnie to pokrewieństwo, bo te polskie przetaczniki ożankowe wyglądają całkiem inaczej, nawet kolor mają tylko zbliżony. Po raz kolejny zastanawiam się, jak naukowcy doszli do wniosku, że akurat takie a nie inne rośliny stanowią rodzinę, ale wgłębiać się nie zamierzam, bo to nazbyt pachnie przewodnikiem do oznaczania roślin, który w szkole był dla mnie wielką zmorą.
piątek, 20 maja 2011
944. lekko i słodko
środa, 18 maja 2011
943. bio-krafty u Craftypantek
Moja praca to krrrrrokodylek z drewienka znalezionego podczas spaceru po okolicznym lesie. Leżało na ścieżce i normalnie PATRZYŁO na mnie tym ślipiem, które tylko troszkę podrasowałam czarnym piórkiem. Krokodyl pławi się z zadowoleniem w wodzie ze ścinków, nad którą rosną podobnie ścinkowe chaszczyska.
Tak czy siak - moja niespodzianka polegała na tym, że wykorzystałam pierwszy raz różowy puder do embossingu, jaki sprezentowała mi przeprowadzająca się koleżanka z redakcji (piękny to był dzień, wręczyła mi całe pudło kraftowych rzeczy, których nie zamierzała ze sobą zabierać do nowego lokum w Nowym Jorku). Ów różowy puder, zamiast się ładnie rozpuścić i splastyczyć, raczej się sfrocił! Dopiero wtedy popatrzyłam na etykietkę - pisze na niej PUFF, czyli tak właśnie miało być. No i mam takie coś, przypominające fakturę ręcznika, tyle że trochę jakby gumowego.
wtorek, 17 maja 2011
942. przemiany
Wczorajsze kafelki znalazły się na kartce kondolencyjnej, bo właśnie taka była mi dziś potrzebna.
W związku z tym przypomina mi się - szczególnie w maju, bo jakoś teraz wypada rocznica - nasza pierwsza wieeelka wyprawa z noclegiem, aże do Michigan, do miejscowości Holland na festiwal tulipanów. Zwiedzaliśmy przy tym wiatrak, pasiaste pola tulipanów, a także holenderską wioskę - skansen z demonstracjami rozmaitych kraftów. Była wśród nich pracownia wspomnianej ceramiki, jak również fikuśne świece i inne rzemiosła. Na lodówce wisi sobie przywieziony stamtąd gliniany wiatraczek, pierwszy eksponat w naszej magnetycznej kolekcji.
Poniżej jest zaś znowu work in progress - praca w toku: koniś morski w kolorach nierzeczywistych, zaczęty w celu umieszczenia na głębokomorskim tagu na odkryty niedawno blog wyzwaniowy. Powstanie pewnie bibułkowe tło, bo aż się prosi do tego tematu, jakieś zielska, może ślimaczek - co tam się jeszcze w pieczątkach znajdzie.
Wieczorem dałoby się siedzieć na balkonie, z którego mamy obecnie widok na cudnie kwitnące drzewa, takie jak to:
941. fiat lux
Będzie za to o świetle - stąd ów fiat lux, "niech stanie się światło", co nawiązuje oczywiście do historii z Księgi Rodzaju, wspartej cytatem z Przypowieści Salomona takoż o stwarzaniu świata.
Wjeżdżaliśmy do parku dość późno i bramka była już nieczynna; wisiała na niej kartka, że opłatę należy wnieść w tym właśnie biurze. Po rozłożeniu namiotu powędrowaliśmy więc karnie uiścić, co się należy, ale i drzwi biura były już zamknięte. W nagrodę za tę pilność spotkała nas jednak serendypia w postaci krótkiego szlaku do punktu patrzenia na przerwę w skałach otaczających dolinę - The Window. Tam właśnie wędrują ludkowie na oglądanie zachodów słońca.
Jakby piękna samego zachodu było mało, natknęliśmy się na parkę niezbyt uciekających mulaków. Powstało więc najbardziej kiczowate zdjęcie wycieczki - nie dość, że górski zachód słońca, to jeszcze przyglądający mu się przysłowiowy jeleń na rykowisku :)
poniedziałek, 16 maja 2011
940. STS-134
Dowódcą jest tym razem Mark Kelly, który jest special z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze - ma brata bliźniaka, który również bywał w kosmosie na Discovery (i to ponoć jedyne rodzeństwo na świecie, któremu udał się taki wyczyn). Po drugie - jego żona Gabrielle to przedstawicielka Arizony w Izbie Reprezentantów; w styczniu została postrzelona w głowę na wiecu w Tucson, ale jakoś w miarę szybko wraca do zdrowia. Były oczywiście wahania, czy Mark w tej sytuacji będzie leciał, wyznaczono nawet na wszelki wypadek zastępczego kapitana, ale widać niepotrzebnie :)
Ale chyba większe szanse mamy na wygranie w loterii, w której nie gramy :)
piątek, 13 maja 2011
939. wodnisty post | watery post
Zaczęte wczoraj konisie morskie zostały wkomponowane w okrągłą zawiechę – jakimś sposobem wyszła mi ogromniasta, większa od dłoni. Zdobywam jeszcze doświadczenie z takim okrągłym Fiskarsowym wycinakiem, który należy do redakcji, ale został mi oddany w opiekę z prawem używania. Tło jest bibułkowe, zielska z ulubionych stempelków z Krakowa, trochę bąbelków z Glossy Accents i właściwie tyle. Zgłaszam się na wyzwanie w Tag Tuesdays.
The seahorses started yesterday swam gently into a circular tag – a giant one, too, larger than my hand! I’m still gaining experience with the circular cutter owned by my workplace, but given to me for safekeeping with the right to use it. (I wish our company needed more crafting tools :)
The background is made of tissue paper plus heat embossed plants (my favorite stamp set purchased last year in Poland, yum) and a few air bubbles made with Glossy Accents. Time to submit for the Deep Sea Challenge on the Tag Tuesdays blog!
And, since it fits the subject, I’m also including the wonderful stained glass ceiling from Fordyce Bathouse in Hot Springs National Park, which we visited during our latest trip.
Do podwodnej tematyki dołączam piękny witraż napotkany na ostatniej wyprawie w Hot Springs. Wspominałam już może, że to park narodowy maluśki, a jednocześnie niezwykły, bo w środku miasteczka. Nie planowaliśmy spędzić tam zbyt wiele czasu, bo i harmonogram gonił, i zmordowani już byliśmy po ponad tygodniu pielgrzymowania – ot, zamierzaliśmy przelecieć główną ulicą wśród zabytkowych łaźni i na tym koniec. Wyczytałam bowiem, że wszystkie gorące źródła są już opanowane, połapane w rurki i „ucywilizowane”; nie za bardzo można je nawet zobaczyć w stanie naturalnym.
Okazało się jednak serendypijnie, że zostało jeszcze kilka miejsc, gdzie owe wody zbierają się w zbudowanych ludzką ręką basenikach, ale ze skały wypływają tak, jak setki lat temu. Można wsadzić ciekawską łapę i przekonać się, że naprawdę są gorące.
Fordyce Bathhouse, jedna z zabytkowych łaźni i chyba najbardziej wypasiona, funkcjonuje obecnie jako Visitor Center. Zdobywałam tam pieczątki i rozmawiałam z miłą panią, podczas gdy T udał się na stronę. Wrócił z tajemniczym wyrazem twarzy i tekstem „ty tam chcesz pójść”, z którego korzystamy raczej w wyjątkowych okolicznościach. Okazało się, że niemal cały, spory dość budynek jest odrestaurowany i wyposażony tak, jak w dawnych czasach łaziennej świetności! A że Fordyce, jak już wspomniałam, znajdował się na górnej półce, było na co popatrzeć. Więcej o tym w albumie na Pikasie (zdjęcia się przygotowują, tylko jakoś strasznie powoli mi idzie); dziś tylko witraż na suficie w łaźni szanownych panów, bo pasuje do tematu.
Napomknę jeszcze tylko, że panie również miały swoje piękne miejsce w postaci salonu, gdzie siedziało się chyba już po zażyciu kąpieli i wszelakich terapii; tam również były witraże, ale o tym inszym razem :)