Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 lipca 2023

Cnota niewieścia... czyli hafciarka na doczesnym ;-)

 Witajcie :-)

Na początku wyjaśnienie.
Dlaczego cnota niewieścia, wszyscy interesujący się polityką i znający, kto to minister Czarnek i jego drużyna - wiedzą.
A dlaczego na doczesnym? Bo pierwotny zamysł zakładał, że ma to być anielica. Ze skrzydełkami. Ale później nastąpiła zmiana decyzji i stanęło na seksownej "babci". Stąd z niebiańskiej ku ziemskiej, doczesnej egzystencji zwrot.
Projekt w postaci figurek ceramicznych - karykaturalnych - zrealizowała Anna Mańkowska, a tamborek z haftem dostarczyłam ja. Jest to część scenki, która powstała na zamówienie. Figurki są bowiem dwie, ale ja pokazuję tylko jedną z nich, bo przy tej drugiej mój udział ograniczał się jedynie do drobnych sugestii. Figurka jest spersonalizowana, wykonana na podstawie zdjęć twarzy :-)
Ma wysokość 13,5 cm, a długość 30 cm. 
Tamborek bambusowy sprowadziłam z Chin i ma średnicę 9 cm.




Ceramikę Pani Ani spotkać można w najlepszych galeriach z rękodziełem w kraju i za granicą.
Pierwszy raz brałam udział w takim przedsięwzięciu i bardzo mi się to spodobało. Mam szczególny, bardzo emocjonalny stosunek do tych figurek :-)  
Na dziś tyle.
Wciąż czekam na oprawę Madame Symfonii i powoli macham sobie igiełką, jak przystało na zakręconą krzyżykoholiczkę :-))
Pozdrawiam Was cieplutko, życzę słonecznego lata, odpoczynku i dużo czasu dla Waszych pasji :-)
Chranna

sobota, 2 stycznia 2016

Co się odwlecze...

Wszystko ma swój czas. I moja cerkiew też się doczekała swojego zaistnienia.
A to po trzech latach od zakupienia makiety :D
Makietę wykonała moja Ola. W Święta. Bo moje paluchy powykrzywiane, a tu trzeba było nie lada precyzji przy wycinaniu i klejeniu maleńkich elementów. Proces twórczy Oli przebiegał wg tej instrukcji.
Jej misterna i żmudna praca dała taki efekt:



Olu, gratuluję Ci cierpliwości!

Ja dopełniłam dziś dzieła - zmniejszyłam śnieżną połać, na której stoi budowla, posadziłam krzewy, drzewka i oprószyłam je śniegiem, okryłam puchową pierzynką daszki i kopuły, wyłożyłam kamieniami dróżkę...


I zamknęłam moją cerkiew w kuli...
A wszystko z tęsknoty za śnieżną zimą, bo u mnie jak dotąd ani gram śniegu nie spadł, a ja lubię, gdy każda pora roku jest... ...wyrazista.

I jak Wam się podoba?

środa, 1 lutego 2012

Dla Pani Wisławy Szymborskiej

"Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś - a więc musisz minąć.
Miniesz - a więc to jest piękne".


To moje życiowe credo, które pomogło mi przetrwać niejedną złą godzinę...


Dziękuję, Pani Wisławo, za wszystkie wzruszenia i odruchy serca przez Panią poruszonego. Za lekcje pokory i skromności. Za zarażenie mnie zachwytem nad cudami tego świata. Za Pani - moje życiowe credo...

Jeśli ktoś nie widział jeszcze tego dokumentalnego filmu Katarzyny Kolendy - Zaleskiej (znakomicie i w humorystyczny sposób pokazującego Panią Wisławę), to zachęcam. Warto tu kliknąć: klik

Nazajutrz - bez nas


Poranek spodziewany jest chłodny i mglisty.
Od zachodu
zaczną się przemieszczać deszczowe chmury.
Widoczność będzie słaba.
Szosy śliskie.

Stopniowo, w ciągu dnia,
pod wpływem klina wyżowego od północy
możliwe już lokalne przejaśnienia.
Jednak przy wietrze silnym i zmiennym w porywach
mogą wystąpić burze.

W nocy
rozpogodzenie prawie w całym kraju,
tylko na południowym wschodzie
niewykluczone opady.
Temperatura znacznie się obniży,
za to ciśnienie wzrośnie.

Kolejny dzień
zapowiada się słonecznie,
choć tym, co ciągle żyją,
przyda się jeszcze parasol.

Wisława Szymborska

Liebster Blog Awart - wyróżnienie od Renifer :)

Reniu, dziękuję pięknie za tak miłe wyróżnienie, jakim jest wpisanie mnie na listę liebster-blog-awart. To kolejna łycha miodku dla mnie w tym tygodniu, tym razem od Ciebie i znów całkiem nieoczekiwanie :))) Oj, smakuje bardzo i po brodzie kapie!


"The idea of the Liebster Blog Award is to spread the love from one small blog (under 200 followers) to other small blogs. This helps to spread knowledge and readership.
To accept the award, you must:
1) Link back to the person who gave it and thank them for thinking of you.
2) Post the award to your blog.
3) Give the award to 5 bloggers (with less than 200 followers) that you appreciate and value.
4) Leave a comment on the blogs of the five people you have chosen to let them know".

Ponieważ nie potrafię z ogromnej liczby pięknych, twórczych i inspirujących blogów, które mam szczęście odwiedzać, wybrać tylko pięć, wyróżnienie to przekazuję wszystkim moim obserwatorom oraz cierpliwie, niezłomnie, wiernie odwiedzającym mnie i komentującym moje posty. Wklejajcie, Kochane, na swoje blogi i posyłajcie dalej :)
_______________________________________
W związku z poprzednim postem i komentarzami:
KINIU Jestem zażenowana i czerwona jak Beta vulgaris czyli burak zwyczajny, bo... nie zasłużyłam... Za to Tobie mam tyle do zawdzięczenia, WSPANIAŁA KOBIETO, że to ja Ciebie, a nie Ty mnie, powinnam podarunkami obsypywać :)))

wtorek, 13 grudnia 2011

Sezamie otwórz się

Długo zastanawiałam się, czy w swoim blogu pokazywać poczynione zakupy. Ale pomyślałam sobie, że właśnie dzięki takim "zakupowym" postom wiem, gdzie szukać interesujących mnie przedmiotów i udało mi się zdobyć niejeden poszukiwany obiekt westchnień, więc czemu nie? 
A zatem przechodzę do rzeczy. Otóż mój robótkowy sezam troszkę się ostatnio wzbogacił. I to w dobie kryzysu! Jak się to stało, nie wiem sama i mam nadzieję, że domowy budżet jakoś to zniesie...
Z worka Mikołaja wyjęłam kilka arkuszy filcu, dzięki czemu stały się teraz możliwe oczekujące na realizację projekty. Listu do Mikołaja nie pisałam, więc skąd wiedział, że właśnie tych kolorów mi brakowało??? Mikołaju, wielki buziak dla Ciebie :)))


Do materiałów zgromadzonych w pudle dołączyły moje ulubione paseczki, kratki, kropki i jednokolorowe - piękna czerwień i zieleń (zdjęcie niestety nie oddaje wiernie głębi tych kolorów):


Wyszperałam też i natychmiast nabyłam tutaj cudne tasiemki:


Nie oparłam się oczywiście gazetkom (empik) i książkom (dostępnym również w internecie), które tak nas inspirują i popychają do twórczych działań:


Od niedawna mieszkają też z nami pod jednym dachem dwie lalki. Urocza Amelka uszyta przez Kasandrę:


oraz opracowany z artyzmem, niezwykle teatralny i genialnie uszyty przez Małgosię Pan Dynia: 


Również Małgosia jest autorką tych CUDNYCH i zupełnie nieziemskich gwiazdek ujętych w girlandę. Nie wiem jeszcze, gdzie je umieszczę, aby były należycie wyeksponowane i pozostawały przez całą zimę w zasięgu nie tylko mojego wzroku:  


Na zdjęciu są też saneczki. Kupiłam dwie pary, szukając czegoś ciekawego do pewnej aranżacji, ale o tym będzie w następnym poście, bo już chyba dość się nachwaliłam...?
A jeśli chodzi o robótki, cóż... przede wszystkim mnożą się sowy śnieżne i coś tam malutkiego jeszcze udłubałam, ale na razie pokazać nie mogę ;)
Pozdrawiam cieplutko, dziękuję za miłe dla mnie komentarze pod poprzednim postem i biegnę dłubać dalej :)

środa, 7 grudnia 2011

"Pocałował w czółko i chodu"

Boże NarodzenieRomcia usiadła na łóżeczku i pomyślała, że chce się jej pić. Potem ziewnęła i nagle zelektryzowało ją przypomnienie, że dziś w nocy miał przyjść Mikołaj... Wyskoczyła z pościeli i rzuciła się do ustawionych rzędem bucików. Przyszedł! Przyszedł! W pierwszym buciku wymacała ziemniaka. No, tak, poczciwy starzec zawsze zostawiał kilka ziemniaków. Rodzice twierdzili, że to kara za niegrzeczność, ale Romcia miała swoje zdanie na ten temat: Mikołaj po prostu zapewniał dzieciom podstawowe produkty spożywcze.. Romcia nie zdziwiłaby się, gdyby w którymś buciku znalazła kotlet schabowy lub pół kostki masła. Następne buciki zawierały już szeleszczące paczuszki z cukierkami, a w kaloszu był nawet batonik. Romcia łakomie wpakowała go sobie w usta i pociągnęła brata za zimną nogę.
- Ty, wstawaj! Mikołaj był! - wybełkotała.
Tomcio poderwał się nerwowo, zapalił nocną lampkę i trąc oczy runął ku bucikom.
- Dostałem długopis!!! - zaskowyczał, pstrykając przyciskiem kosztownego, trójkolorowego przyrządu.
- O, balon, Roma, zobacz, balon! - poczęli dmuchać w wiotki balonik, napełniając go przy okazji okruchami ciasteczek i papką czekoladową.
    Za regałem obudzili się rodzice. Otulając się kołdrą i wstrzymując oddech, wychylili się z łóżka tak silnie, że dojrzeli uroczą, ciepłą scenkę w kąciku swoich dzieci: okropnie podekscytowane Mamerciątka siedziały w piżamach na podłodze, rozrzuciwszy wokół różowe bibułki i papierki, opychały się słodyczami i bawiły się wszystkimi zabawkami, jakie znalazły w butach.
    Romcię zainteresowało właśnie, jakim sposobem Mikołaj dostaje się do pokoju.
- On wlatuje przez okno - rzekł z przekonaniem pierwszoklasista Tomcio. - Przez lufcik. On jest malutki i wesoły. Wlatuje i wkłada. Potem całuje nas w czółko i chodu. Ciekawe, czy był u Kłamczuchy.
- On dorosłym nie daje - z pewnym triumfem w głosie skonstatowała Romcia.
- Nie daje.
- Mamusi mógłby dać.
- Tatusiowi też by mógł.
- No. A nie dał?
- Chodź, zobaczymy.
    Mamertowie padli jednocześnie na wznak i zamknęli oczy, pozorując głęboki sen. Dwie małe figurki przyczołgały się cichutko do tapczanu. Dało się słyszeć macanie po podłodze i szuranie Mamertowych pantofli.
- Tata nic nie dostał - szeptał Tomcio
Romcia penetrowała pantofle Tosi.
_ Tu też nic nie ma - szepnęła.
- Ćśś! Bo się obudzą! - Popełzli do kącika, gdzie odbyli naradę, w ich przekonaniu cichą i tajemniczą.
- Będzie im smutno, jak się obudzą - szepnął Tomcio.
- Biedni - wtórowała mu siostrzyczka.
- Ja im coś dam. Może długopis? - rzekł Tomcio z poświęceniem, które doprowadziło ofiarodawczynię długopisu do łez wzruszenia. [...]
- Długopisy to oni już mają - powiedziała Romcia. - A cukierków nie jedzą.
- A jednak czegoś nie mają. Wiesz, czego nie mają?
- Pieniędzy - trafiła Romcia w dziesiątkę.
_ Właśnie. Damy im trochę.
- Ze skarbonki?
- No.
    Otworzyli kluczykiem swoje skarbonki i wysypali brzęczący łup na podłogę. Rodzice musieliby być głusi i pozbawieni systemu nerwowego, gdyby się mieli w tej sytuacji nie obudzić. A jednak leżeli jak martwi, bojąc się poruszyć choćby powieką, by nie utracić ani słowa z interesującego ich dialogu.
- To za mało - mruknął Tomcio.
- Ja już nie mam pieniążków.
- Ani ja.
- Weźmy z kuchni, z szuflady. Tam są takie papierowe.
- Dobra. Nałożymy im pełne buty. Ale się ucieszą!
- No! Biedni...
    Nawet przez zamknięte powieki Mamertowie odczuli ciepło dziecięcych spojrzeń. Leżeli, udając głęboki sen, a Tomcio i Romcia stali nad nimi, popatrując z rozczuleniem na uśpionych rodzicieli.
- Tata już jest stary - szepnęła Romcia.
- Mama też - wzruszył się Tomcio.
- Pewno niedługo umrą. W ogóle wszyscy umrą - podzieliła się Romcia z bratem niedawno nabytą mądrością. Jej głos był pogodny i rzeczowy.
- Będzie mi smutno, jak umrą. Nigdy ich nie zapomnę - obiecał Tomcio i jednym ciągiem dodał: - Próbowałaś tych landrynek?
- Kwaśne. Ty, a co będzie, jak wszyscy umrą? Nie będzie wcale ludzi?
- Głupia. Nowi się urodzą. Wiesz jak.
- Wiem. Dziadziuś niedługo będzie miał dziecko. Ma taki duży brzuch.
- Oj, Roma, jakaś ty dziecinna.
- Urodzi takiego malutkiego dziadziusia, hihi. W okularkach.
- Uch. Choć do kuchni, wariatko.
    Po małej chwilce plaskanie bosych stópek oddaliło się i zabrzmiało w kuchni.
- Ile masz w tej szufladzie, nieboszczko? - szepnął Mamert do żony kątem ust, nie otwierając oczu ani nie zmieniając pozycji.
- Dwie setki. Cicho, idą!
    Szuranie w okolicy pantofli.
- Każdemu po jednym, każdemu po jednym - napominał Tomcio. - I teraz trochę tych drobnych.
- Mało tego - stwierdziła Romcia.
- Może byśmy wzięli więcej od cioci Lili? Ona trzyma pieniążki w szafie, pod prześcieradłami.
    Mamert jęknął mimo woli i udał, że stało się to we śnie. Spłoszone tym odgłosem dzieci pognały do łóżeczek.
- Teraz zgaśmy światło i udawajmy, że śpimy - pouczył Romcię brat. - Jak się obudzą, to powinni pomyśleć, że był Mikołaj.
- No, to gaś. A kiedy oni wstaną?
- Niedługo. Tata idzie do pracy.
    Pstryknięcie. 
    Światło zgasło.
- Tata dużo krzyczy, ale jest kochany - oznajmiła Romcia w ciemnościach i zapadła cisza.
    Upłynęło pięć minut.
- Śpią i śpią - mruknął Tomcio ze zniecierpliwieniem.
- Ja ich zawołam.
- Spokój, smarkulo - rzekł Tomcio i z premedytacją rąbnął sabotem w poręcz łóżka.
- Cóż to, ach, cóż to?! - wykrzyknęła Tosia scenicznym sopranem. - Słyszę jakiś hałas!
- To pewnie z ulicy - włączył się Mamert. - Cicho, bo obudzisz nasze kochane dzieci.
- Ciekawe - powiedziała Tosia - czy był u nich Święty Mikołaj?
- Na pewno. Były przecież grzeczne... w miarę. Szkoda, że do nas nie przyszedł.
- O, tak, to smutne.
- Zapal lampkę - rzekł Mamert z namaszczeniem. - Nie mogę znaleźć pantofli.
    Zza szafy dobiegło stłumione stęknięcie, jakby ktoś komuś siłą wtłaczał w gardło wybuch radości. Tosia też musiała stłumić chichot, przyciskając usta ręką. Zapaliła światło.
- Ciekawe - przemówiła. - Moich też nie widać.
- O, tu są! - krzyknął Mamert. - Żono, spójrz! Był u mnie!
- U mnie też! - zawtórowała Tosia. - A co ci przyniósł?
    Szamotanina i łomot za szafą.
- Pieniążki! Pieniążki! - rozległ się przenikliwy głosik Romci, która, niestety, nie wytrzymała ciśnienia tajemnicy.
    A w chwilę później wszyscy razem kotłowali się na tapczanie, śmiejąc się, ściskając i całując wzajemnie, i budząc o bladym świcie śpiącą za ścianą ciotkę Lilę.
Fragment książki "Kłamczucha"
Małgorzata Musierowicz


U Nas był. Cichaczem, w nocy pękaty wór zostawił, w czółko pocałował i chodu!
A u Was był?
Co przyniósł?

czwartek, 25 sierpnia 2011

Polowanie czas zacząć

Jako się rzekło w poprzednim poście, po sfinalizowaniu każdego większego projektu sprawiam sobie małą przyjemność". Taka nagroda od siebie dla siebie za włożony trud. "To już rytuał i myślę, że godny polecenia".
Otóż udaję się na...polowanie. Na niedźwiedzia to się raczej nie zasadzam, bo amunicji mam niewiele - ot, śrutu troszeczkę do portfela wkładam i na drobną zwierzynę się zasadzam w okolicznej pasmanterii. A trzeba Wam wiedzieć, że mój portfel jest lepszy od każdej broni palnej sportowej myśliwskiej - po wyjęciu z torebki sam strzela :o
Ani się obejrzę, a tu pusty magazynek. I dziś nie było inaczej, ale za to pojawiły się nowe chwościki:


kilka guziczków, które wpadły mi w oko:


koronki bawełniane:


które zaraz nawinęłam na drewniane szpulki, żeby mi się nie plątały bezładnie:


no i dwa małe kawałki tkaniny z konkretnym już przeznaczeniem, które wypatrzyłam w ulubionym sklepiku z materiałami:


Dzisiejsze trofea spoczęły sobie w odpowiednich miejscach i czekają na swoje dni chwały albo... niesławy...
W każdym razie polowanko uważam za udane, choć łowy skromniutkie :)
I tylko jedna natrętna myśl burzy moją radość, czy nie powinnam zaczekać do momentu odbioru przesyłki przez Panią Joannę? Bo co będzie, jeśli okaże się, że bieżnik się nie podoba?