Płyta ciekawie się zaczyna, bowiem od maniakalnego, kurwsowskiego minimalizmu w szybkim tempie (Strzał w Kolano to Jakub Majchrzak, basista Kurws), który nagle przechodzi w jazzik. Na dodatek brzmienie płyty – jakby zdubowane, pogłosowe; świetne – powoduje, że mamy tu do czynienia z „nerwową” psychodelią. Jakby ktoś chciał się wyluzować, ale go za bardzo nosi. Albo nagle brzmi to, jakby (trzeci raz „jakby”) John Fahey się wkurzył.
I właśnie tak brzmi (drugi raz „brzmi”) ta płyta: Strzał w Kolano trochę po kurwsowskiemu sobie minimalizuje, a Tsev psychodelizuje – czasem po residenstowskiemu (w Blessed is the Common Delusion jest to cięższy lot); jest coś w Tsev meets Strzał w Kolano z tego dziwacznego zespołu. Syntezator Tseva czasem wydaje się być nieco niedorobiony – niczym trąbka u Brainbombsów. A w Βιρτουόζοι του τίποτα mamy granie, które pasowałoby do impro z wydawnictw Spontaneous Music Festival. Dzieje się.
Świetna, intrygująca, oryginalna płyta. Grecja i Polska nie zagrają na mundialu, ale w muzyce dają radę.
Duet swoje microtonal compositions zagra również podczas trasy koncertowej. Gdy wpiszesz „mikrotonalny” w wyszukiwarce, z miejsca pojawia się Angine de Poitrine. Może pora wreszcie poznać tę sensacyję?
„Czasem piosenka potrafi powiedzieć coś, czego nie da się inaczej nazwać. Michał Biela pisze właśnie takie piosenki.
Po raz pierwszy od wielu lat Michał Biela wraca do Krakowa z własnym materiałem. Dobrze znany fanom Kristen, Ścianki, Enchanted Hunters czy Kings of Caramel, Biela tworzy muzykę opartą na napięciu między minimalistycznymi partiami gitar a zapadającymi w pamięć niespiesznymi melodiami, które śpiewa swoim głębokim, kojącym głosem, przypominającym niekiedy Cheta Bakera czy Vincenta Gallo. 23 kwietnia w Alchemii usłyszymy zarówno piosenki z jego nominowanego do Paszportu Polityki anglojęzycznego debiutu, jak i najnowsze – napisane i śpiewane po polsku. Towarzyszyć mu będzie gitarzysta Tomasz Śliwka, z którym Biela od pewnego czasu aranżuje i nagrywa nowy materiał.
Wieczór otworzy Magdalena Gajdzica – klasycznie wykształcona wokalistka i flecistka znana z Enchanted Hunters oraz projektu Mitch & Mitch con il loro Gruppo Etereofonico. Pojawi się jednak w zupełnie nowej roli: z debiutanckim solowym materiałem, w którym jej charakterystyczne wokalizy spotykają się z nieoczywistymi elektronicznymi brzmieniami. Efekt jest uwodzicielski: Gajdzica wygląda i brzmi niczym bogini z innego, lepszego świata, na który nie zasługujemy”.
Pierwsza od 25 lat płyta zespołu łączącego folk z post-rockiem. W sumie nie wiadomo, czy to nowość, czy staroć. Jak czytamy, III było nagrywane w różnych miejscach Stanów Zjednoczonych w latach 2016-2023. W składzie mistrzowie świata z Bastro, Tortoise, Codeine, The New Year, Rex (zespół stylistycznie zbliżony do Pullman), The For Carnation itp., itd.
Za III stoi smutna historia: u perkusisty zespołu, Tima Barnesa (na zdjęciu w środku), kilka lat temu zdiagnozowano chorobę Alzheimera. Dzięki jego wytrwałości i przyjaciołom ten wspaniały album udało się nagrać.
Na marginesie, ciekawe jest to, że Pullman i Tortoise nie wrócili po latach do Thrill Jockey.
Świetnej jakości nagranie z radia WREK, zarejestrowane 6 września 1994 r. Chłopaków z Harveya Milka najbardziej lubię wtedy gdy grają, jakby byli nieco opóźnieni albo zastanawiali się, czy jest w ogóle sens wydawać kolejny dźwięk z instrumentów.
W Wikipedii przy nazwie zespołu widzimy „is”, nie „was”, ale od 2010, od czasu fantastycznego albumu A Small Turn of Human Kindness (2010), Harvey niczego nie nagrał, a na setlist.fm jako data ostatniego koncertu widnieje 9 czerwca 2012 r.
Pomysłowy tytuł tych archiwaliów sugeruje, że posłuchamy wszystkich nagrań Necessaries. Stan faktyczny jest taki, że nie znajdziemy tu pierwszej płyty zespołu, Big Sky, gdyż została ona wycofana z rynku z uwagi na to, że Sire wypuściła ją przed ukończeniem miksów, co muzykom się, delikatnie rzecz ujmując, nie spodobało. Ale spokojnie, są na Complete Necessary utwory z nieudanego debiutu. Według mnie… udanego.
The Necessaries założył Ed Tomney (multiinstrumentalista znany z Harry Toledo & The Rockets i Dinosaur L, kompozytor muzyki do filmów, spektakli teatralnych etc.), a pomogły mu słowa zachęty od samego Johna Cale’a.
Muzykę zespołu określa się jako power pop – cokolwiek to znaczy. W mej opinii w najlepszych momentach kojarzy się ona z najlepszymi momentami The Feelies.
Kolega muzykolog mówi, że „klepa” i frazowanie nie teges. Na szczęście jestem laikiem i mogę tylko chwalić nową – zresztą podobnie jak poprzednią – płytę brazylijskich deathmetalowców.
WORK MONEY DEATH – A PORTAL TO HERE (13 lutego 2026, ATA Records)
Zwróciłem swego czasu uwagę na ten jazzowy skład z Leeds z powodu jego nazwy: żadnego banalnego „trio” czy „ensemble”. I muzyka okazała się w pytę: można ją otagować jako spiritual jazz (taki opis widzimy zresztą na Bandcampie), ale panowie nie ulegają pokusie nadmiernego epatowania duchowością i „klymatem”. Cztery kilkunastominutowe utwory i zero nudy. Plus świetna okładka.
In on the Killtaker to, obok The Argument, moja ulubiona płyta Fugazi. Paradoks polega na tym, że nigdy nie lubiłem jej brzmienia, za które odpowiada Ted Nicely. Teraz, jako benefit na rzecz Letters Charity, Fugazi wrzuciło na Bandcampa swoje arcydzieło, tyle że nagrane przez Steve’a Albiniego. To była nieudana dla obu stron sesja, ale ostateczna wersja, choć części piosenek, brakuje nieco dynamiki, jest więcej niż zadowalająca.
Bodaj Jakub Żulczyk trafnie zauważył, że gdy słuchasz dzieł inżyniera dźwięku Stevena Franka Albiniego, masz wrażenie, że zespół, którego słuchasz, gra w twoim pokoju. W moim pokoju byli już m.in. PJ Harvey, The Jesus Lizard oraz Robert Plant i Jimmy Page. Teraz Fugazi.
Fugazi + Albini = jednak niedokończona historia, ale godna poznania. Dawajcie winyl, Dischord (niestety, Albini Sessions ukazała się jedynie we wersji cyfrowej).
Wzięli nas z zaskoczenia, wydając płytę niemal totalną. Zazwyczaj starzy wyjadacze wracają ze świetnymi koncertami, ale z albumami dużo słabszymi niż dawne dokonania. Tu jest inaczej: An Undying Love for a Burning World to rzecz wybitna. Może tylko powrót Cherubs i ich 2 Ynfynyty zrobił na mnie podobne wrażenie.
Sam, czyli Marcin Kaczmarek, wydaje co roku parę płyt, a ja każdej z nich staram się poświęcić choć trochę czasu. Signs, nagrana jako Sam & Syn, znalazła się nawet w moim zestawieniu ulubionych płyt 2024.
Sam potrafi używać oryginalnych tagów, ale gdybyśmy mieli zostać przy konwencjonalnych, to moglibyśmy nazwać jego muzykę ambientem czy psychodelią (za to „pustynną”). A moje chyba jej ulubione fragmenty to ukłony w stronę American primitive guitar.
Jeżeli ktoś lubi stary zespół Hazel z Sub Popu, a nie słyszał wcześniej Thrillhammer i włączy Giftless, może pomyśleć, że grają ci pierwsi. Wszystko przez to, że oba zespoły łączy Pete Krebs i jego rozpoznawalne wokal oraz gra na gitarze.
Giftless wyszła w 1992 r., gdy Thrillhammer już nie istniał, ale za to mogliśmy się cieszyć z powstania Hazel. Materiał nagrał, jak czytamy we wkładce do płyty, Albini-San.
Thrillhammer brzmi ciężej niż Hazel, bardziej punkowo, na co wpływ zapewne ma robota wspomnianego Steve’a Albiniego.
Wspaniała płyta. Znów się wzruszam i z sentymentem wspominam lata 90. (czasy skinów, przepełnionych autobusów i braku wegańskiego żarcia w sklepach).
A Hazel wypuścił w ubiegłym roku, via Jealous Butcher Records i Cavity Search, świetną składankę HZL. Mam na półeczce i polecam.
Pete Krebs jest dość płodnym artystą solowym w klimatach folk/country. Nie znam, ale zaraz sprawdzę.
Basista Ben Munat jest inżynierem oprogramowania, nagrał płytę z zespołem Down Gown (którą próbuję zlokalizować na streamingach, na SoulSeeku jej nie widzę). Polecam jego stronę, na której znajdziesz między innymi historię nagrywania jedynego LP Thrillhammer czy tę o graniu przed Nirvaną.
Perkusista Dave Triebwasser jest szefem zespołu inżynierów oprogramowania, TPM (Technical Project Manager) na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, no i grał w Pond.
Jak widać, mamy tu inteligentów (technicznych) grających alternatywnego rocka. W Stanach bodaj nierzadka sytuacja.
Aha, Thrillhammer wydali też kasetową epkę Plug i singiel Bleed / Bride. Utwór ze strony A pojawił się na zeszłorocznej składance Cherry Red You’re No Big Deal (Grunge, The U.S. Underground And Beyond 1984-1994).
Ten sam utwór możemy znaleźć na kompilacji No Seattle – Forgotten Sounds of the North-West Grunge Era 1986-97 (Soul Jazz Records, 2014; nie widzę jej na stronie wydawcy). Jest na niej także kawałek Alice’s Place.
I jeszcze live:
Chyba nie ma w sieci porządnego zdjęcia całego zespołu.
11 października ur. zmarła Diane Keaton, wspaniała aktorka, znana przede wszystkim z kapitalnych filmów Woody’ego Allena: Annie Hall (Oscar za główną rolę kobiecą), Manhattanu czy Miłości i śmierci. Ikona stylu, która swym uśmiechem mogłaby postawić na nogi trupa. Ostatnio widziałem ją w Shoot the Moon Alana Parkera (1982). Polski tytuł to Najwyższa stawka, a Keaton partnerują Albert Finney i Peter Weller. Świetny dramat, wspaniale zagrany przez niegdysiejszą muzę Allena i Finneya, który wcielił się w niezwykle skomplikowanego gościa.
Diane Keaton (wcześniej… Hall – po ojcu, Keaton to panieńskie nazwisko jej matki) była również fotografką głównie uliczną, lecz nie tylko.
Była piękną twarzą Ameryki, która ostatnio ma zbyt często tępą, krzywą mordę.
O Düpą usłyszałem po raz pierwszy chyba dzięki płycie Bela Pupa Püdelsów i Kory. Może też wtedy dowiedziałem się o istnieniu Piotra Marka, ale wątpię: raczej chodziło o Viribus Unitis (1996) zespołu Andrzeja Pudla Bieniasza i utwór Miotr Parek, poświęcony wybitnemu artyście, który postanowił sam zdecydować, że pora już opuścić nasz świat.
Pamiętam, że – choć lubiłem wczesny Maanam – zupełnie nie podszedł mi na Bela Pupa wokal Kory. Właśnie sprawdzam po latach, czy coś się zmieniło w tym temacie: jest OK. Myślę nawet, że jeszcze wrócę do tego albumu.
Zachwycony byłem za to piosenkami z udziałem Macieja Maleńczuka: W krainie ciemności i Morrisonem (ponoć miał zaśpiewać w każdym utworze, lecz nazbyt ciągnęło go do hermana). Choć teraz wydaje mi się, że słyszałem tylko tę drugą. Dawno to było. Dziś już pan Maciej aż tak mnie nie zachwyca, jak kiedyś, a pani Olga – aż tak nie irytuje.
Podczas zeszłorocznych Innych Brzmień miałem przyjemność poznać na żywo Mateusza Sroczyńskiego (m.in. „Noise Magazine”, Instytut Reportażu, „JazzPRESS”, „Czas Kultury” – no, ma chłop zdrowie), który z błyskiem w oku zaczął opowiadać o mającej się ukazać płycie legendarnej formacji Düpą (zmiksowanej w 1987, więc trochę czasu do 2025 upłynęło), wymieniając ją obok najlepszych dokonań Brygady Kryzys, Klausa Mitffocha i Siekiery, oraz że pracuje nad tekstem o Piotrze Marku i jego słynnym zespole.
Zaskoczyło mnie to, jak bardzo krytycznie wypowiadał się Mateusz o tym, co z piosenkami krakowskiego muzyka (również malarza i fotografa – zapraszam na stronę Marka) zrobili Püdelsi. Wtedy myślałem, że kolega przesadza, dziś łatwiej mi się zgodzić ze stwierdzeniem, że dawni koledzy, przy pomocy Maleńczuka, udüpili dzieło Van Fiuta vel Hegara na Viribus Unitis i Narodzinach Zbigniewa.
No właśnie, Mirosław Maciej Maleńczuk. O tym, jakim jest człowiekiem, świadczy fakt, że w wywiadzie rzece Chlałem, ćpałem i przetrwałem (Czerwone i Czarne, 2015) skłamał Barbarze Burdzy, że znał Piotra Marka. To zresztą dość osobliwa książka: zakochany w sobie z wzajemnością Maleńczuk opowiada o sobie swej byłej partnerce. Natomiast w talk-show Wywiad z wampirem (w każdym razie w programie Wojciecha Jagielskiego, kiedyś perkusisty Kontroli W. i Kosmetyków Mrs. Pinki) muzyk z Wojcieszowa zacytował obrazoburczy tekst Marka, nie informując publiczności, że to słowa twórcy Düpą.
No dobra, wróćmy do tego, co najważniejsze.
Czy recenzowana płyta to rzecz na miarę czarnej Brygady Kryzys, Klausa MItffocha, Nowej Aleksandrii Siekiery? Cóż, nie mam aż tak nabożnego stosunku do tej ostatniej, bo to była jednak kalka Killing Joke (ponoć nieświadoma…). A co do reszty?
Mamy na Düpą wspaniały bajzel. Reggae, jazz, OBUH (wiadomo, w sensie klimatu, nie inspiracji), Residentsi, Zappa, twoja babcia grająca na bongosach; mamy świetne, wspaniale przegięte teksty… Jest tu niemal wszystko. (Yass jeszcze! Że też dopiero teraz na to wpadłem, gdy już po raz ostatni sprawdzam swoją pisaninę).
I z początku ów, może i pozorny, chaos nieco mnie wkurwiał, więc najbardziej lubiłem te momenty, gdy wśród niełatwych dźwięków pojawiały się, znane mi z Viribus i Narodzin, teksty.
Bodaj przy trzecim przesłuchaniu poczułem, że to całe szaleństwo ma sens; że chyba zgadzam się ze Sroczyńskim co do wagi tego zespołu. Co do tego, jak wspaniałym artystą był zmarły 5 sierpnia 1985 r. muzyk, malarz, fotograf. Ciekawe, jak odnalazłby się dziś ten człowiek tylu talentów, mając do dyspozycji współczesne artystyczne środki wyrazu.
No i może Püdelsów nie ma za co krytykować? Kto wie, czy miałbym cierpliwość do Düpą, gdyby mi jej nie przedstawili w wersji soft.
Czy „Düpą żyje wiecznie i króluje w podziemiu”? Na pewno dzięki płycie, która wyszła w ubiegłym roku, dzięki synowi, części dawnych przyjaciół i znajomych Piotra Marka (to on zresztą wymyślił to wspaniale prowokacyjne hasło), dzięki wielkiej robocie Mateusza Sroczyńskiego (stary, książkę napisz), dzięki znanemu undergroundowemu archiwiście – Don Pedro, który wrzucił koncert zespołu na YouTube’a, i innym maniakom, dzięki nieodżałowanemu blogowi Kaseta Stilon Gorzów C-60 i pewnie innym działaniom – pamięć o niej, Düpą, i o nim, Piotrze Marku, jest podtrzymywana. Może nawet ta recenzja jakoś się do tego żywota przyczyni.
I tylko szkoda, że krakowski Pop Magic nie zrobił tyle, ile można było, żeby Piotr Marek i jego grupa zostali dziś lepiej przybliżona ludziom. Nie ma Düpą w streamingach, CD kosztuje ponad stówę, winyl 150 z kawałkiem.
Na zdjęciu: Martin Rev, Debbie Harry i Alan Vegaw Katz’s Delicatessen (fot. Chris Stein)
OK, jak zwykle ambitny plan, by „w tym roku aż tak nie skupiać się na nowościach”, nie wypalił. Poniżej kilka tegorocznych wydawnictw, których zdążyłem uważnie wysłuchać i które mi się spodobały.
Dwa utwory solo na gitarę, nagrane przez australijskiego multinstrumentalistę w grudniu 2024 r. w Studio Rymden w Sztokholmie. Pierwsza część serii siedmiocalówek, na których ma się znaleźć właśnie taka muzyka. Nie wiem tylko, czy samego Ambarchiego, czy różnych artystów. Bardzo mi to odpowiada, bowiem w małej dawce jest w sam raz, w większej – mogłoby nużyć i trzeba by udawać, że nie ;)
Koncert z Musica Ex Machina Festival, który odbył się w Bilbao 6 grudnia 2002 r. Jakość bardzo bootlegowa, ale i tak jest super. Maybe even a cunt like you will like it. Rock and Roll!
Moje kolejne podejście do, przepraszam za wyrażenie, supergrupy, w której gra m.in. Steve Shelley z Sonic Youth. Chyba powoli zaczynam łapać, na czym polega fenomen tego dość eklektycznego zespołu. Możliwe, że również dzięki świetnej recenzji płyty.
ALAN VEGA – ALAN VEGA, ALAN VEGA DELUXE EDITION, COLLISIONDRIVE (23 stycznia, Sacred Bones)
Sacred Bones zaczęło rok od zremasterowanych wznowień debiutu (1980) i drugiej płyty (1981) połowy Suicide. Alan Vega Deluxe Edition zawiera nagrania demo. Wspaniale, że podtrzymywana jest pamięć o tym wspaniałym artyście, który zmarł już niemal 10 lat temu.
BLOODY HEAD – BEND DOWN AND KISS THE GROUND (23 stycznia, Wrong Speed Records)
Nothingham’s finest i ich nowa płyta, której zawartość trudno zaklasyfikować. Noise rock ożeniony z doom metalem? W każdym razie brzmi to bombowo. Świetny zespół.
Industrialny punk Jury Zajchowskiego i Aloszy Jędryczki z rewelacyjnymi, dołującymi, wrednymi tekstami. Wspaniałe, pięknie wydane reedycje. Czekam na No i Polskę Stefana Nic.
Pasażer wydał na winylu również Hokka HeyŚwiata Czarownic, ale bez trzech piosenek, które można znaleźć na CD. Nauczka, żeby sprawdzać tracklistę, bo przecież wydawca nie pochwali się ubytkami.
Taguje się tę muzykę Niemców jako „electronic”, „krautrock”, a nawet – o zgrozo – „prog rock”. W latach 90. nazywaliśmy ją post-rockiem. Wybitni przedstawiciele gatunku.
Wspaniały noiserockowo-postpunkowy LP, dancepunkowa ;) epka (a poważnie, to John Lydon chciałby, żeby taki „White Temples” to był jego numer) i bonusy.
Tekulvi – In Recognition of Your Significant Accomplishments [Expert Work Records]
Gratka dla fanów amerykańskich gitar. Pisałem o Tekulvi na blogu. I znów kłaniamy się Expert Work.
The Jimi Hendrix Experience – Bold As Love (The Axis: Bold As Love Sessions) [Experience Hendrix, Legacy, Sony Music]
Gratka dla maniaków Henia. Sam maniakiem nie jestem, ale z przyjemnością (choć im dalej w las, tym była ona mniejsza) pochłonąłem ten box i jeszcze do niego wrócę.
Najsłynniejsza płyta zespołu Paula Westerberga opakowana w jedną z najbardziej kultowych okładek w historii rocka. U nas zespół raczej olewany. Nie wiem, czy kiedykolwiek słyszałem go radiu. Wiele razy słyszałem za to Marillion.
I jeszcze najlepsze koncerty ubiegłego roku. Żałuję, że jednak nie dojechałem na Kristen i że odwołano koncert Unwound.
W zestawieniu prawie same dziadki. Widziałem przy okazji dwa młode zespoły, ale najwyraźniej miałem pecha.
KARATE
25 kwietnia, Meet Factory (Praga)
Nagrana po reaktywacji „Make It Fit” to przeciętna płyta, więc trochę się obawiałem, co twórcy „The Bed is in the Ocean”. Zagrali wybitnie.
ILL CONSIDERED
27 kwietnia, Hipnoza (Katowice)
Byli świetni w NOSPR-ze, w klubie wspaniali.
THE JESUS LIZARD
27 maja, S036 (Berlin)
Spełnione marzenie. Tylko mój ulubiony „Liar” wypadł tak sobie. Ale poza tym 10/10. No i atmosfera w pełnym S036 doskonała.
STEVE VON TILL i MATT ELLIOTT
2 x Kraków: 28 czerwca – Hype Park i 29 – Drukarnia
Żona kupiła mi (nam) na urodziny bilet na Von Tilla, ja kupiłem na Elliotta – i mieliśmy doskonały wyjazd.
NEIL YOUNG AND THE CHROME HEARTS
3 lipca, Waldbühne (Berlin)
Spełnione marzenie nr 2. A właściwie nr 1.
THE DANDY WARHOLS
22 lipca, P23 (Katowice)
Ostatnią dobrą płytę nagrali ponad 20 lat temu, więc też się trochę obawiałem. Też niepotrzebnie, bo ich hity wypadły doskonale. Szkoda tylko, że nie od samego początku byli dobrze nagłośnieni.
NILÜFER YANYA i KRAFTWERK
1 sierpnia, OFF Festival (Katowice)
Średnio chce mi się tam łazić, ale czasem warto. W tym roku dla Sunny Day Real Estate i HTRK. Bardzo chciałbym zobaczyć Brytyjkę w jakimś bardziej przyjaznym miejscu.
PUBLIC IMAGE LTD.
24 sierpnia, A2 (Wrocław)
Kolejne obawy – z dupy, jak się okazało. John Lydon robi, co mu się podoba, i to świetnie, i wciąż wkurwia ludzi.
WATER DAMAGE
8 września, B4 (Praga)
Mój ulubiony zespół i mój koncert roku. Szkoda, że nie wrzucili praskiego gigu na Bandcampa.
JACEK KLEYFF I WIELKIE NIE WIEM
26 września, Ranczo Baranówka (Nowa Wieś Tworoska)
Wzruszenie jak na Neilu Youngu, niesamowita forma Kleyffa. „Rozpostarta płachta nieba” i „Nocnoautobusowa” miażdżą na żywo. No i ten nowy skład świetny.
THE CHAMELEONS
18 października, Klub Wytwórnia (Łódź)
Słaba nowa płyta, zbyt rzadkie wycieczki w przeszłość, zbyt dużo radości u Marka Burgessa.
MONO
28 listopada, Kwadrat (Kraków)
Na płytach potrafią przynudzić, ratuje je to, że nagrywają się w Electrical Audio, a nie u kogoś, kto lubi wypolerować brzmienie. Ale na żywo po raz drugi wyjebali mnie z butów.