Ale zignorować się go całkiem nie da. Poszłam do sklepu po mąkę na naleśniki, jajka bo lubię, papier toaletowy bo mi się kończy, chleb i mleko. Wróciłam z ręcznikiem kuchennym i mlekiem. Jak z tego zrobić kolację? Że wykupują mąkę, cukier, ryż, makaron ... to rozumiem ale papier do doopy? Poszłam nazajutrz raniusieńko, by kupić coś na obiad, coś konkretnego czyli mięso. Ani indyka, ani wieprzowiny, ani wołowiny tylko kurczaki. Ale kupiłam chleb podhalański, cebulę, masło, śmietanę i zrobię na obiad potrawkę z udek w sosie grzybowym (bo suszonych grzybów mam na szczęście jeszcze sporo) a na kolację grzanki na maśle aromatyzowanym cebulką. Przyda mi się doświadczenie z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, gdy się robiło Coś z niczego. I przechodzę na sposób wschodni, który zresztą wydaje mi się bardziej sensowny i higieniczny niż zachodni - myję a nie tylko wycieram.
A ponieważ śmiech to zdrowie, podnosi odporność i zabija zarazki, buszuję w demotywatorach.
Przedłużony weekend w Iwoniczu Zdroju bo od piątku do wtorku. A w środku Dzień Kobiet.
W piątek wprawdzie dojechałam późnym popołudniem, spóźnionym autobusem pełnym ludzi. Ktoś kaszlał, ktoś kichał ale nikt nie mówił o wirusie. Spoko. Przyjechałam do koleżanki która ma apartament w dawnym sanatorium "Zofiówka", na samej górce, taki gołębnik na trzecim pietrze, tuż pod dachem. Nie ma TV i internetu więc wieczór przegadałyśmy, nie było ani słowa o wirusie.
Dopiero od soboty włączyłyśmy program pobytu, zaplanowany elastycznie i opcjonalnie. Po śniadaniu Czesia załatwiała swoje sprawy a ja wyszłam na obchód, bo ostatnio byłam tu 4 miesiące temu i to na krótko a lubię szwendać się sama. Tak jakoś w pobliżu deptaku i placu Dietla zeszło mi ponad dwie godziny. Nadal ładny, klimatyczny i luzacki ten Iwonicz. Obkupiłam się na straganach pod pijalnią w przydasie niezbyt potrzebne ale będą to przydatne pamiątki z Iwonicza.
Wybierałyśmy się na obiad do knajpki "Na górce" jak sójki, w końcu zrobiłyśmy w mieszkanku żur z jajkami, dużą ilością wędlin i chlebkiem. Objedzone na full odpoczęłyśmy 'kapinkę' i już się zrobiła wieczorowa pora. Koleżanka potrzebowała jeszcze odpoczywać ale ja potrzebowałam spacerować, po prostu jak to mówią, nosiło mnie. Więc wzięłam aparat, 10 zł i poszłam na wieczorny spacer.
Następnego dnia pogoda nie za bardzo ale po śniadaniu poszłyśmy na spacer pod górę, do sanatorium Górnik. Spa jakoś nas nie uwiodło, niebo się rozpogodziło więc poszłyśmy na spacer do pijalni.
Obiad świąteczny na Górce. Miał być pstrąg, specjalność zakładu ale ja wypatrzyłam kartacze z mięsem w sosie rydzowym a Czesia i Bogdan wzięli placki ziemniaczane z sosem węgierskim. Różniste są gusta, nie tylko kulinarne. Kartacze dobreńkie, mięsko w nich zacne a sos z rydzów ambrozja. Więc pstrąg jeszcze zostanie na jesienny przyjazd. Piąteczka dla Wnuka! To taka rodzinna tradycja, dostane dwójki i piąteczki nie wydaje się dalej tylko zbiera. Dwójeczki dla wnusiów do 10 lat a potem piąteczki dla wnusiów nastoletnich do 18 tki.
Wieczorem świętowanie Dnia Kobiet przy pełnym kuchennym stole. Po obfitej kolacji spacer nocą po deptaku, tym razem bez aparatu bo się ładował w 'apartamencie'
Rano, po śniadaniu, Czesia się wstępnie pakuje po ponad dwutygodniowym pobycie a ja idę na spacer po nowych szlakach. I chociaż tu wszędzie blisko, przy moim spacerowym tempie to wycieczka kilkugodzinna.
Iwonicz Zdrój jest uroczo maleńki, na spacerach te same obiekty. Ale ponieważ spacerowałam tam w dzień i w nocy, to za każdym razem jakby inaczej się prezentowały.