Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

środa, 2 września 2026

2418. Czy cuda muszą być spektakularne?

W naszym życiu dzieją się różne rzeczy. Jedne są bardziej miłe, drugie mniej. Wiele z nich można uznać za małe cuda będące promykami słońca wysyłane nam przez Boga nawet w najbardziej deszczowe dni. Wiele też osób uważa, że cudem musi być coś takiego spektakularnego. Tymczasem największe i najpiękniejsze cuda dzieją się w nas samych. Czasami jest to ręka wyciągnięta w naszym kierunku przez nieznajomego w momencie, kiedy najbardziej tego potrzebujemy, a innym razem choćby serceczny uśmiech skierowany w naszym kierunku. Czy jednak zawsze potrafimy je dostrzec i być za nie wdzięczni? Może nawet podziękować, albo chociaż odwzajemnić uśmiech? Jak długo trwa też nasza wdzięczność? Czy tylko przez chwilę, czy może dłużej?
Ostatnio korzystatjąc z wolnych wakacyjnych dni, postanowiłam pojechać sobie na nabożeństwo Drogi Krzyżowej do Wał-Rudy. W wakacje jednak podmiejskie busy jeżdżą ciut iinaczej niż w czasie nauki szkolnej. Oczywiście byłam tego świadoma, ale nie spodziewałam się, że aż tak, a nie zdążyłam zajrzeć na stronkę, aby zobaczyć jak kursują. Chociaż na niewiele by się to stało, bo rano i tak jeszcze byłam na Mszy świętej, a zanim dojechałam do Katowic, to też zeszło. Suma sumarum w Wał-Rudzie byłam ok. 14:30, a nabożeństwo zaczynało się o 15:00. Jednak jeszcze musiałam tam dojść. Ech, już jakiś czas temu zdałam sobie sprawę z tego, że jestem prawdopodobnie jedyną przyjezdną, która idzie do zagrody, w której mieszkała błogosławiona Karolina Kózkówna na nogach, przynajmniej od przystanku. Chociaż z drugiej strony to około 2 kilometrowy odcinek drogi, więc nie jest najgorzej. Szłam więc sobie raźnym tempem, poo drodze mijły mnie różne samochody. Kąrtem oka zobaczyłam jak jeden w kolorze białym zjeżdża na pobocze. Przez myśl mi przemknęło, że pewnie mieszka w domu, przed którym się zatrzymał i chce otworzyć bramę. Jednak kiedy przechodziłam obok niego, drzwi otworzyły się, wyjrzała z niego sympatyczna blondynka i z uśmiechem na ustach zapytała mnie, czy nie idę czasem na Drogę Krzyżową. Trochę niepewnie pokiiwałam głową. Odpowiedziała mi, że tak myślała i kazała wsiadać do samochodu. Dopiero w środku mi wyjjaśniła, że już mnie kilka razy widziuła, ale w życiu by nie przypuszczała, że idę na nogach z centrum wsi. Ona sama akurat była na Pieszej Tarnowskiej Pielgrzymce na Jasną Górę i akurat urwała się na trochę, aby przybyć do Wał-Rudy. Dzięki jej upszejmości i kojarzeniu faktów zdążyłam na nabożeństwo na czas i nie musiałam gonić całego peletonu. I to był pierwszy w tym dniu cud.
Po skończonej Drodze Krzyżowej spojrzałam na zegarek. Zbliżała się 16:50. Serce mi szybciej zabiło, bowiem kilka minut po 17:00 miałam busa do Tarnowa. Wcześniej jednak musiałam pokonać wspomniany wcześniej odcinek drogi. Mogłabym pobiec, problem by się jednak pojawił, gdybym po drodze się wywróciła. Postanowiłam zaryzykować i "łapać stopa". Przecież na takie wydarzenie przyjeżdżają raczej tacy ludzie, którzy nie mają złych zamiarów. Zatrzymałam pierwszy lepszy samochód, zapytałam się kierowcy, czy jedzie na dół (no dobra, wskazałam ręką), a kiedy wytłumaczyłam mu całą sytuację, łącznie z tym, że muszę po 19.00 wsiąść do pociągu jadącego w stronę Kastowic, bo inaczej nie wiem kiedy dotrę do domu, bez wahania kazał mu wsiadać do środka. Po kilku minutach byliśmy na miejscu. Dzięki niemu nie dość, że zdążyłam na busa, to jeszcze pojechałam ostatnim sensownym pociągiem do domu. I to był mój drugi tego dnia cud.
Z wdzięcznością polecam Bogu te dwie anonimowe dla mnie osoby, które w zupełnie bezinteresowny sposób mi pomogły klękając rano przed ołtarzem i śpiewając ze starszymi osobami tradycyjne godzinki. Wdzięczna jestem, że ich Anioł Stróź podpowiedział imm, aby zatrzymali swoje samochody i mnie do nich pozabierali, abym  zdążyła i na Drogę Krzyżową i na busa do Tarnowa. Wierzę, że to będzie kolejny piękny uczynek, który zaniosą Panu Bogu w nałęczu po swojej śmierci.
Bo wiecie, czasami można przejść obok kogoś, nie chcąc nawet go zauważyć. A czasami można wyciągnąć przyjazną rękę w stronę nieznajomego.

wtorek, 1 września 2026

2417. "Mały przyjaciel", książka przez którą ciążko mi było przebrnąć

Zazwyczaj na wyjazdy zabieram ze sobą jakąś książkę. Nie inaczej było tym razem. Tylko wybór okazał się mało trafiony. Coś mnie podkusiło i spakowałam do plecaka "Małego przyjaciela" Danny Tartt. To jeszcze nie był przypadek. Jako spóźniony prezent urodzinowy (albo imieninowy - jak kto woli) otrzymałam książkę "Szczygieł" tej samej autorki. Ponad 600 stron, które poczytuję w wolnych chwilach będąc na wsi (bo tam ją dostałam). I "Szczygieł" mi się podoba, a na pewno pierwsze 200 przeczytane strony. Zachęcona i fabułą i wakacjami postanowiłam wypożyczyć sobie z biblioteki inny tytuł tej autorki. Wybór padł na "Małego przyjaciela". Pierwszy rozdział był jeszcze do przejścia, ale im daalej w las tym gorzej. Skończyło się na tym, że musiałam się zmuszać, aby przeczytać całość. Dałam jednak radę choć pewne jest, że raczej nie sięgnę po tą powieść drugi raz.
Tytuł: "Mały przyjaciel"
Autor: Danna Tartt
Wydawnictwo: Znak Literanova
Kraków 2016
Ilość stron: 608

Śmierć dziecka zawsze odbija się piętnem na życiu rodziny. Zwłaszcza w momencie, kiedy nie do końca zostały wyjaśnione jej okoliczności. Cierpi na tym cała rodzina. Powyższy opis jest kanwą akcji jednej z książek Danny Tafft - "Mały przyjaciel".
Akcja powieści rozpoczyna się w pewien wieczór. W Ameryce obchodzony był właśnie Dzień Matki. Dziewięcioletni Robin długo nie wracał z podwórka. Późnym wieczorem zostaje znaleziony powieszony na drzewie. Wszyscy podejrzewają samobójstwo, jednak nie zgadza się wiele szczegółów. Po kilkunastu latach tajemnicę jego śmierci próbuje rozwiązać młodsza siostra Robina. Pomaga jej w tym jej rówieśnik z którym razem przemierzają mroczne zakamarki rodzinnego miasteczka.
Mimo zachęcającego tytułu książka okazała się nieco toporna w odbiorze. Słaba spójność wątków akcji sprawiła, że czasami wręcz gubiłam się w całej akcji. Doszło do tego, iż na końcu nie wiedziałam kto tak naprawdę zginą, a kto przeżył, ani tym bardziej nie została rozwiązana zagadka śmierci małego Robina. Ogólnie powieść kończy się dla mnie nijak. Dużo łatwiej byłoby mi samej wymyślić sensowne zakończenie. A może o to chodziło autorce? W każdym razie, nie jest to pozycja, po którą ponownie sięgnę. I to nie ze względu na jej objętość, ale treść.

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

2416. Powiew zmiany

Zmiana na stanowisku proboszcza w mojej rodzinnej parafii stał się faktem. Chociaż nowy proboszcz przybył do nas w ostatnich dniach lipca, to dopiero w ostatnią niedzielę odbyła się jego uroczysta instalacja na nowy urząd. Co ciekawe, wymienili się niejako z naszym poprzednim proboszczem, który został przeniesiony na parafię, na której dotychczas przebywał aktualny. To akurat wyczytałam w Internecie.
Taka instalacja jest niezwykle ważną i podniosłą chwilą dla całej wspólnoty parafialnej, która otrzymuje odtąd nowego pasterza. Zawsze pojawia się pytanie jaki on będzie i co wniesie w powierzoną mu wspólnotę. Ile dobrego, a ile złego. I na którą szalę przeważy się jego urzędowanie. Nowego proboszcza widziałam już w tygodniu. Ech, chyba jeszcze siedzi we mnie żal wobec jego poprzednika, bo jakoś nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. I w dodatku z twarzy podobny jest do swojego poprzednika. No ale postanowiłam nie zrażać się przy pierwszym wrażeniu i iść na jego powitanie, które miało miejsce na sumie na godzinie 12:00.
Proboszcz został wprowadzony do kościoła w uroczystej procesji. U jego wejścia otrzymał symboliczne klucze oraz krzyż do ucałowania na znak szacunku wobec powierzonej mu władzy. Potem nastąpiło okadzenie ołtarza, tak, aby nasze modlitwy niczym kadzidło wznosiły się ku Niebu. Następnie wicedziekan naszego dekanatu odczytał dekret, kierujący proboszcza na nową placźówkę. Chyba pierwszy raz od dawna w Liturgię Słowa zaangażowana była tylko Liturgiczna Służba Ołtarza. Podczas poprzednich instalacji Czytania i Modlitwę Wiernych czytali też przedstawiciele innych wspólnot religijnych. Miało to swoje plusy, bowiem nowy proboszcz mógł się zorientować, jakie grupy działają w parafii. Osobiście byłam ciekawa kazania, ponieważ zazwyczaj nowi proboszczowie wygłaszają wtedy swoje expose. Tym razem jednak nowy proboszcz odnosił się tylko i wyłącznie do Ewangelii. Molże to i dobrze - z mniejszej ilości rzeczy będzie potem rozliczany. Następnie miało miejsce osobiste wyznanie wiary przez nowego proboszcza oraz Modlitwa Wiernych czytana przez lektora. Na koniec Mszy, po Ogłoszeniach Duszpasterskich zaplanowano powitanie proboszcza przez przedstawicieli parafii. Tutaj jednak nowy proboszcz się wyłamał i powiedział, że szkoda jest burzyyć porządek Mszy świętej, i żeby słowa powitania były po końcowym błogosławieństwie. Tak też się stało, czym szczerze mnie ujął. I tak sobie pomyślałam, że chyba będzie dobrze, skoro nie stawia siebie w centrum uwagi. 
Z drugiej strony - patrzyłam na całą uroczystość i serce mi pękało. Kiedyś to była tętniąca życiem parafia, gdzie poszczególne grupy były liczne i aktywnie włączały się w różne uroczystości. Patrzę na zdjęcie scholi sprzed 10 lat, patrzę na zdjęcie ministrantów z tego samego okresu, animatorów Oratorium... Przecież nas było multum. Ale i byli proboszczowie, którym zależało, a przynajmniej nie ograniczali nas zbytnio w działalności. Wystarczyło dziewięć lat - na instalacji była garstka ministrantów, trójka scholistów, Oratorium się rozleciało, bo zostało zamknięte. Owszem, można powiedzieć, że są wakacje i w ogóle, ale myślę, że problem leży dużo głębiej. Jasne, wielu ludzi odeszło z różnych względów, zawsze tak było i to jest zrrozumiałe. Ale dotychczas (tzn. do 2017 roku) na ich miejsce przychodzili nowi ludzie, tworzyła się płynność. Czy przez te 9 lat ktoś nowy zabawił w scholi na dłużej? Ile przez ten czas przyszło ministrantów? A ile odeszło z płaczem? Dlaczego aż trzech kapłanów, w dużej mierze takich, którym zależało na młodzieży i Oratorium (jak przystało na salezjanów), pisało do inspektora prośbę o zmianę parafii? Czy kiedyś wróci to, co zostało wypracowane przez lata? Myślę, że na barkach nowego proboszcza spoczywa ogromna odpowiedzialność za to wszystko, co przez lata zostało zaniedbane, czy wręcz zniszczone.
Kiedyś, jak jeszcze nie wiedzieliśmy kto będzie nowym proboszczem, rozmawiałam z księdzem Wojtkiem na temat nadchodzącej zmiany. Powiedział wtedy coś, na co zwróciłam uwagę: "Gorzej na pewno nie będzie". Podniosło mnie to niejako na duchu. Ale i dało do myślenia - kurcze, co takiego musiał zrobić proboszcz, że ma taką opinię wśród współbraci? I to mieszkających na drugim końcu (prawie) inspektorii. Zresztą wielu parafian jest tego samego zdania. Ech, mam nadzieję, że na nowej placówce, gdzie też został ustanowiony proboszczem, zmieni swój sposób bycia i funkkcjonowania. I że nie zniszczy wielu rzeczy, które wypracowali jego poprrzednicy. Wiem, że nowy proboszcz naszej parafii będzie się musiał mierzyć z nieufnością i uprzedzeniami wielu parafian, w tym pewnie i moimi. Czy jego zachowanie spowoduje, że odzyskam zaufanie, które straciłam kilka lat temu do księży w mojej parafii? Czas pokaże.

niedziela, 30 sierpnia 2026

2415. Święty Tarsycjusz - patron ministrantów

Większość grup społecznych mam swoich świętych patronów. Wszyscy wiedzą, że lekarzom i aptekarzom patronuje święty Łukasz, górnikom i hutnikom - św. Barbara, księżom - św. Jan Maria Vianney, a strażakom - św. Florian. 
Swoich patronów mają także ministranci. Tym najbardziej znanym jest św. Dominik Savio, żyjący w połowie XIX wieku w Turynie, wychowanek św. Jana Bosko. Wśród innych patronów wymieniany jest święty Tarsycjusz, męczennik Kościoła Katolickiego i akolita.
Niewiele o nim wiadomo. Nieznana jest data jego urodzin. Zgodnie z Tradycją żył w III wieku n. e.
Szacuje się, że umarł ok. 250 roku, za panowania cesarza Decjusza, który rządził Cesarstwem Rzymskim w latach 249 - 251. Według inskrypcji papieża Damazego I wynika, że akolita wolał zginąć z rąk wrogiego chrześcijanom i rozszalałego tłumu mieszkańców Rzymu, niż oddać niesiony pod płaszczem Najświętszy Sakrament. Papież Damazy porównał jego śmierć przez ukamieniowanie do męczeństwa św. Szczepana. 
Legenda o św. Tarsycjuszu została znacznie rozbudowana za przyczyną kardynała Nicholasa Wisemana, który umieścił go w swojej powieści historycznej zatytułowanej "Fabiola, czyli Kościół katakumb", którą opublikowano w 1854 r. W 1939 r. w Rzymie wybudowano świątynię ku czci świętego Tarsycjusza. Z kolei w zbiorach paryskiego Musee d'Orsay można zobaczyć marmurową rzeźbę przedstawiającą męczennika dłuta Alexandre Falguiera, która powstała w 1868 roku.
Liturgiczne wspomnienie św. Tarsycjusza początkowo obchodzono w dniu, w którym miał zginąć. Co ciekawe, na próżno jest szukać o nim wzmianek w najstarszych księgach liturgicznych z VII i VIII wieku. O dniu jego wspomnienia wiadomo jedynie od żyjącego w IX wieku Adona z Yienne. Wymienia on Tarsycjusza w swoim "Martyrologium" pod datą 15 sierpnia. Pod taką datą Tarsycjusz figuruje w "Martyrologium rzymskim" od czasów średniowiecza. Święty Tarsycjusz obchodzi swoje liturgiczne wspomnienie 15 sierpnia, jednak z uwagi na wypadającą w tym samym dniu uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, która jednak ma wyższą rangę od wspomnienia świętego, obchód ku czci św. Tarsycjusza przenoszony jest w niektórych miastach na dzień 21 listopada.
Szczątki tego męczennika zostały złożone w katakumbach św. Kaliksta, tuż obok innego męczennika, papieża Stefana I. W 1675 roku zostały one przeniesione do bazyliki św. Dominika w Neapolu. Została tam nawet ufundowana osobna kaplica. Część relikwii znajduje się w salezjańskim kolegium przy Via Appia w Rzymie.
Patronuje włoskiej Akcji Katolickiej, ministrantom oraz dzieciom pierwszokomunijnym. W niektórych parafiach kandydaci na ministrantów otrzymują komżę w dzień wspomnienia świętego albo w niedzielę go poprzedzającą.

2414. Muzeum w Suchej Beskidzkiej - wystawy poświęcone kinematografii, Zofii Karaś oraz Emilowi Zegadłowiczowi

Muzeum w Suchej Beskidzkiej posiada w swoich zbiorach wiele ciekawych ekspozycji. Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić trzema, które szczególnie przykuły moją uwagę. Dwie z nich to wystawy czasowe, a jedna jest wystawą stałą.
Pierwsza taka wystawa dotyczyła rozwoju kinematografii na ziemiach Suchej Beskidzkiej.
Dzięki ekspozycji można zapoznać się z historią kin działających w Suchej Beskidzkiej oraz osobowościami filmu i kina związanymi z miastem (np. Billy Wilder, Ferdynand Goetel, Maria Malicka czy też Andrzej Szczepkowski). W sali ekspozycyjnej można zobaczyć też zachowane obiekty techniki kinowej związane z kinem "Smrek" w tym najważniejszym eksponatem - projektorem filmowym z 1961 roku wyprodukowanym przez Łódzkie Zakłady Kinotechniczne.
Druga wystawa czasowa poświęcona jest lokalnej lekarce, Zofii Karaś.
Zofia Karaś pochodziła z pobliskiego Makowa Podhalańskiego. Podobnie jak ojciec, również i ona studiowała medycynę w Krakowie oraz w Poznaniu. Po uzyskaniu dyplomu Uniwersytetu Poznańskiego w 1928 roku rozpoczęła pracę w poradni przeciwgruźliczo-jaglicznej w Suchej Beskidzkiej, gdzie pracowała aż do swojej śmierci. Jako lekarz państwowy, zatrudniony przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych w ramach tworzącego się w dwudziestoleciu międzywojennym systemu Kas Chorych, musiała pracować w niemal każdej dziedzinie medycyny: ginekologii, położnictwie, chorobach wewnętrznych, dermatologii, ortopedii czy też stomatologii. Była zwolenniczką systemu powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych. W czasie II wojny światowej organizowała pomoc dla więźniów obozu Auschwitz-Birkenau, pomagała też Żydom. Wielokrotnie przesłuchiwało ją gestapo. Zagrożona aresztowaniem w dniu 26 października 1942 roku popełniła samobójstwo.
Zofia znana jest też jako autorka pamiętnika, który został napisany na konkurs Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Wydano go w 1939 roku w zbiorze zatytułowanym "Pamiętniki lekarzy". Dokument ten, który w barwny i dosadny sposób opisywał szczegóły jej pracy zawodowej, zdobył I miejsce wśród 51 nadesłanych prac. Recenzowało go wiele poczytnych i opiniotwórczych pism, takich jak: "Kurier Warszawski", "Słowo", "Wiadomości Literackie" oraz "Medycyna na co dzień", a o samej Zofii Kosoak pisali m.in. Melchior Wańkowicz, Jerzy Wyszomirski i Adam Grzymała - Siedlecki.
Świadectwo szkolne Zofii
Sekretarzyk
Dawne instrumenty medyczne
Ostatnia z polecanych wystaw, tym razem stałych, poświęcona jest znanemu wadowickiemu literatowi, Emilowi Zegadłowiczowi. Zegadłowicz żył na przełomie XIX i XX wieku. Większość swojego dzieciństwa spędził w położonym niedaleko Wadowic Gorzeniu Górnym, gdzie jego tata miał domek letniskowy. Emil ukończył też w 1906 roku Gimnazjum im. Marcina Wadowity w Wadowicach. Następnie studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim polonistykę, germanistykę i historię sztuki. Jego debiut miał miejsce w 1908 roku. W 1921 roku wraz z Edwardem Kozikowskim założył we wspomnianym Gorzeniu Górnym grupę poetycką "Czartak". Pisał poezję, organizował spotkania artystów, gromadził wiele dzieł. Tłumaczył teksty z niemieckiego na polski, m.in. "Fausta" Goethego. To on odkrył rzeźbiarza ludowego - świątkarza Jędrzeja Wowrę. W 1932 roku wrócił na stałe do Gorzenia. Rok później, z okazji dwudziestopięciolecia twórczości otrzymał honorowe obywatelstwo Wadowic. Jednak po wydaniu powieści zatytułowanej "Zmory", gdzie przedstawił miasto w czasach przed I wojną światową, Rada Miasta w lutym 1936 roku odebrała mu je, a ulicy jego imienia przywróciła poprzednią nazwę. Początkowo prezentowane na wystawie zbiory Zegadłowicza znajdowały się w jego dawnym dworku w Gorzeniu, ale w 2018 roku zostały przekazane Muzeum w Suchej Beskidzkiej.
Kominek z bibelotami.
Kanapa idealna do poobiedniego odpoczynku.
Zaczarowany fortepian grał...
Piękne mieli te posadzki...
Stół przy którym siadała rodzina Zegadłowiczów.
Ten wzór podłogi też jest ładny...
Etażerka.
Figura zdobiąca wnętrze dworku.
Kanapa, etażerka i obrazy.
Kominek i bibeloty na nim.
Naczynia Zegadłowiczów.
Z zainteresowaniem obejrzałam także wystawę poświęconą geografii i geologii tamtych terenów (jak może wiecie, interesuję się tego typu rzeczami), niestety ze względu na zbyt słabe oświetlenie nie byłam w stanie porobić dobrych zdjęć.
Wystawy muzealne zrobiły na mnie pozytywne wrażenie. Na minus obiektu działa fakt, że nie jest on dostosowany dla osób niepełnosprawnych, zwłaszcza poruszających się na wózkach. Niestety nie zauważyłam windy na piętro, a same schody dają wiele do życzenia. Nie mniej, muzeum jest godne odwiedzenia i myślę, że każdy znajdzie w nim coś dla siebie.