W naszym życiu dzieją się różne rzeczy. Jedne są bardziej miłe, drugie mniej. Wiele z nich można uznać za małe cuda będące promykami słońca wysyłane nam przez Boga nawet w najbardziej deszczowe dni. Wiele też osób uważa, że cudem musi być coś takiego spektakularnego. Tymczasem największe i najpiękniejsze cuda dzieją się w nas samych. Czasami jest to ręka wyciągnięta w naszym kierunku przez nieznajomego w momencie, kiedy najbardziej tego potrzebujemy, a innym razem choćby serceczny uśmiech skierowany w naszym kierunku. Czy jednak zawsze potrafimy je dostrzec i być za nie wdzięczni? Może nawet podziękować, albo chociaż odwzajemnić uśmiech? Jak długo trwa też nasza wdzięczność? Czy tylko przez chwilę, czy może dłużej?
Ostatnio korzystatjąc z wolnych wakacyjnych dni, postanowiłam pojechać sobie na nabożeństwo Drogi Krzyżowej do Wał-Rudy. W wakacje jednak podmiejskie busy jeżdżą ciut iinaczej niż w czasie nauki szkolnej. Oczywiście byłam tego świadoma, ale nie spodziewałam się, że aż tak, a nie zdążyłam zajrzeć na stronkę, aby zobaczyć jak kursują. Chociaż na niewiele by się to stało, bo rano i tak jeszcze byłam na Mszy świętej, a zanim dojechałam do Katowic, to też zeszło. Suma sumarum w Wał-Rudzie byłam ok. 14:30, a nabożeństwo zaczynało się o 15:00. Jednak jeszcze musiałam tam dojść. Ech, już jakiś czas temu zdałam sobie sprawę z tego, że jestem prawdopodobnie jedyną przyjezdną, która idzie do zagrody, w której mieszkała błogosławiona Karolina Kózkówna na nogach, przynajmniej od przystanku. Chociaż z drugiej strony to około 2 kilometrowy odcinek drogi, więc nie jest najgorzej. Szłam więc sobie raźnym tempem, poo drodze mijły mnie różne samochody. Kąrtem oka zobaczyłam jak jeden w kolorze białym zjeżdża na pobocze. Przez myśl mi przemknęło, że pewnie mieszka w domu, przed którym się zatrzymał i chce otworzyć bramę. Jednak kiedy przechodziłam obok niego, drzwi otworzyły się, wyjrzała z niego sympatyczna blondynka i z uśmiechem na ustach zapytała mnie, czy nie idę czasem na Drogę Krzyżową. Trochę niepewnie pokiiwałam głową. Odpowiedziała mi, że tak myślała i kazała wsiadać do samochodu. Dopiero w środku mi wyjjaśniła, że już mnie kilka razy widziuła, ale w życiu by nie przypuszczała, że idę na nogach z centrum wsi. Ona sama akurat była na Pieszej Tarnowskiej Pielgrzymce na Jasną Górę i akurat urwała się na trochę, aby przybyć do Wał-Rudy. Dzięki jej upszejmości i kojarzeniu faktów zdążyłam na nabożeństwo na czas i nie musiałam gonić całego peletonu. I to był pierwszy w tym dniu cud.
Po skończonej Drodze Krzyżowej spojrzałam na zegarek. Zbliżała się 16:50. Serce mi szybciej zabiło, bowiem kilka minut po 17:00 miałam busa do Tarnowa. Wcześniej jednak musiałam pokonać wspomniany wcześniej odcinek drogi. Mogłabym pobiec, problem by się jednak pojawił, gdybym po drodze się wywróciła. Postanowiłam zaryzykować i "łapać stopa". Przecież na takie wydarzenie przyjeżdżają raczej tacy ludzie, którzy nie mają złych zamiarów. Zatrzymałam pierwszy lepszy samochód, zapytałam się kierowcy, czy jedzie na dół (no dobra, wskazałam ręką), a kiedy wytłumaczyłam mu całą sytuację, łącznie z tym, że muszę po 19.00 wsiąść do pociągu jadącego w stronę Kastowic, bo inaczej nie wiem kiedy dotrę do domu, bez wahania kazał mu wsiadać do środka. Po kilku minutach byliśmy na miejscu. Dzięki niemu nie dość, że zdążyłam na busa, to jeszcze pojechałam ostatnim sensownym pociągiem do domu. I to był mój drugi tego dnia cud.
Z wdzięcznością polecam Bogu te dwie anonimowe dla mnie osoby, które w zupełnie bezinteresowny sposób mi pomogły klękając rano przed ołtarzem i śpiewając ze starszymi osobami tradycyjne godzinki. Wdzięczna jestem, że ich Anioł Stróź podpowiedział imm, aby zatrzymali swoje samochody i mnie do nich pozabierali, abym zdążyła i na Drogę Krzyżową i na busa do Tarnowa. Wierzę, że to będzie kolejny piękny uczynek, który zaniosą Panu Bogu w nałęczu po swojej śmierci.