Przez ostatnie trzy tygodnie byłam właściwie wyłączona z tego, co działo się poza naszym małym światem. Codzienne wyjazdy z Mironem, a później z Kilerem do weterynarza w Lidzbarku całkowicie mnie pochłonęły. Każdy dzień miał podobny rytm: wyjazd, wizyta, kroplówki, zastrzyki. Powrót do domu i myślenie przede wszystkim o tym, co będzie dalej. W piątek skończył się ten trzytygodniowy maraton i dopiero teraz, w pierwszym spokojniejszym tygodniu, zaczynam powoli wracać do zwykłej codzienności. Udało nam się wreszcie dokończyć „Norymbergę”. Rozłożyliśmy film na trzy części, bo trwa ponad dwie godziny i nie mieliśmy ochoty oglądać go za jednym razem.
Zachorował Kiler, kolejny kot z Domu pod Bocianem. Ma piętnaście lat, więc jego choroba nie powinna być dla nas zupełnym zaskoczeniem. A jednak , zaskoczyła nas bardzo. Dzisiaj jest kolejny dzień kroplówek, badań i tego charakterystycznego czekania, kiedy człowiek jeszcze nie wie, co będzie dalej, ale bardzo chce wierzyć, że to jeszcze nie ten czas. Nie chcę jednak opowiadać o Kilerze. Chcę opowiedzieć o pani doktor Alicji Wrotek, bo odkąd ją poznałam bliżej, myślę o niej coraz częściej i zastanawiam się, jak to możliwe, że w jednej, bardzo filigranowej osobie może mieścić się tyle wrażliwości, cierpliwości, wiedzy i zwyczajnej ludzkiej troski.