Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z czerwiec, 2025

Manipulacja, ciepło i Krystyna Janda

  Niedziela po sobocie Niedziela była dla mnie dniem odpoczynku po sobotniej wyprawie do dzieci – wspólnej, wyjątkowej, bo rzadkiej. Pojechaliśmy razem po odbiór auta, ale dla mnie ta podróż miała zupełnie inne znaczenie. Przez całą drogę patrzyłam na Wojtka i przypominałam sobie nasze dawne wyjazdy – te, kiedy śpiewaliśmy razem piosenki, śmialiśmy się, rozmawiali o wszystkim i niczym. Tym razem było spokojniej, bardziej w środku. Jak się później okazało – Wojtek układał w myślach tekst, który następnego dnia przelał na (przysłowiowy) papier. Wzruszył mnie bardzo. Tak jak wiele rzeczy, które wydarzyły się w tę sobotę.

Cisza, która pyta

 Bardzo chciałam Wam wszystkim podziękować. Skłoniliście mnie do refleksji, do zatrzymania się. Pomogliście mi przepłynąć przez emocje, które nagle wróciły. Już wiem, co je poruszyło — spotkanie z tą panią, która kiedyś namówiła naszych znajomych, żeby zerwali z nami kontakt. Nic wielkiego się nie wydarzyło. Spojrzenie. Chwila. Ale to wystarczyło, by w jednej sekundzie poczuć wszystko od nowa.

Dom, który nie zawinił

Komentarz Ani pod moim ostatnim wpisem sprawił, że zatrzymałam się na dłużej. Lubię takie komentarze — niekoniecznie te, z którymi się w pełni zgadzam, ale takie, które prowokują do myślenia, zmuszają do zadania sobie pytania: „czy to, co próbuję opisać, zostało właściwie odczytane?” I czy ja sama dobrze to rozumiem?

Poranny ogród i stara Graszka

  Poranny ogród i stara Graszka Patrząc o poranku na ogród skąpany w słońcu, z błyszczącymi kroplami deszczu, które jeszcze nie zdążyły wyschnąć, podziwiam to, co stworzyłam. I rozmyślam: gdzie jest źródło tego wszystkiego? Dlaczego czasem obwiniam dom — zupełnie niczemu niewinny? Przecież wiem, że to nie on zawinił. A może źle to rozpatruję? Może po dziewięciu latach życia w wymarzonym domu — powszednieje on, staje się codziennością, którą trudno się zachwycać?

Nie każde miejsce, które boli, trzeba natychmiast opuszczać.

Nasza przestrzeń – z czułością, trochę żartobliwie – od dawna nazywamy Republiką. Od czasu covidu, awantury w mieście i śmierci rodziców Wojtka, dni w Republice wyglądają niemal identycznie. Dopiero teraz, z pewnego oddalenia, uświadamiam sobie, jak trudny był to dla mnie czas. Może popełniłam błąd, że wtedy założyłam maskę siłaczki. Tej, która wszystko ogarnie, która nie potrzebuje niczyjej pomocy, a jeszcze i Wielkiemu Wu pomoże przejść przez to wszystko. Prawda jest inna – nie radziłam sobie. Ze strachem przed chorobą, z osaczeniem, kiedy usłyszałam, że ktoś wynajął detektywa. Przez długi czas zasłaniałam okna. Logika podpowiadała: przecież ten człowiek tam nie stoi. Ale lęk nie zna logiki. Bałam się we własnym domu. Musiał minąć czas.  A potem podjęłam decyzję, by zaopiekować się chorymi rodzicami Wojtka. To było trudne. Dla mnie. Dla Wojtka. Czy, mając wiedzę, jak wygląda opieka nad tak ciężko chorą osobą, zdecydowałabym się ponownie? Nie wiem. Wiem natomiast dziś, że niepotr...

Prawda nie klika się tak dobrze

 O poranku włączyłam film Tomasza Czukiewskiego. Ten kanał poleciła mi Tereska.  Lubię jego sposób opowiadania o świecie, bo potrafi rzeczy trudne wyjaśniać prostym, spokojnym językiem, bez krzyku, bez pogardy dla tych, którzy myślą inaczej.  Odcinek był o postprawdzie. I choć to słowo od kilku lat przewija się w przestrzeni publicznej, to właśnie dzisiaj dotarło do mnie z całą siłą, co ono tak naprawdę znaczy.

I znowu życie zatoczyło niesamowitą pętle

 I znowu życie zatoczyło niesamowitą pętlę… Bo przecież przez te ostatnie lata wydawało się, że ten krąg się przerwał.

Czy my jeszcze potrafimy lubić?

 Do napisania, a przede wszystkim do refleksji, zmobilizował mnie komentarz pewnej pani pod filmem, w którym pokazałam żydowski świecznik.  - Jest pani żydówką, mimo wszystko ładnie.  Zapytana przez Wielkiego Wu, czy jest antysemitką — potwierdziła. 

Marzenia na czterech kołach

Siedzę przy biurku, z kubkiem herbaty, patrząc na mój ukochany ogród- kolejne spełnione marzenie. Zieleń jak zawsze koi. Ale dziś myśli wędrują gdzie indziej. Do jednego, konkretnego momentu – pytania: od czego się to wszystko zaczęło?

Poranek z Mazurkiem

   Poranek z Mazurkiem Porankowy poranek w Republice dzisiaj był inny, bo zaspałam. Wstałam około siódmej, co u mnie znaczy, że świat już dawno zdążył obrócić się o pół obrotu. Odsłoniłam zaciemniające rolety i ukazał się ogród – tworzony przez lata, mozolnie, z sercem. Każdy krzew, każda kępka trawy wie, czym jest cierpliwość. Pachniało wilgocią, ziemią, jeszcze nie upałem.

Między stołem a marzeniem

 Na tym zdjęciu, które zrobił Wielki Wu dokładnie o 19:00, widać naszą przestrzeń — mój ulubiony kąt w domu. To był moment tuż przed zachodem słońca, gdy światło przez chwilę wpadało przez okno złotym strumieniem i osiadało na drewnie, meblach, ścianach. Piękne  światło, które niesie spokój. Patrząc przez to okno, widzę drzewa, które od lat tworzą zieloną ramę dla domu. 

Polska dla Polaków? O hipokryzji, która boli

  Polska dla Polaków? O hipokryzji, która boli „Polska dla Polaków” – to hasło słyszę ostatnio coraz częściej. Przebija się z wieców, wpisów, komentarzy, radiowych rozmów. W tej kampanii politycznej brzmiało już jak mantra, jak zaklęcie na czasy niepokoju. Ale co ono właściwie znaczy? I czy kiedykolwiek znaczyło coś dobrego?

Obserwator rzeczywistości

Ktoś niedawno nazwał mnie „obserwatorem rzeczywistości”. I kiedy patrzę na siebie, wydaje mi się, że coś w tym jest. Lubię słuchać ludzi, czytać ich wypowiedzi, przyglądać się temu, co się dzieje — zarówno na portalach po lewej, jak i po prawej stronie internetu. O dziennikarstwie napiszę innym razem, bo to temat rzeka.

Republika Porannej Kawy

 W naszej niezależnej Republice, założonej zaraz po wyborach (bo przecież jeśli nie można już nic zmienić w wielkiej polityce, to chociaż we własnym domu), poranki mają rangę narodowego święta. Wszystko zaczyna się od zapachu. Nie dzwonimy w dzwony, nie gramy hymnu – wystarczy woń świeżo zaparzonej kawy, unosząca się znad okrągłego stolika kawowego. To nasz sejm i senat w jednym. Tam zapadają najważniejsze decyzje.

Nie skreślam nikogo

 Zaczęło się dawno temu – od bloga. Pisałam o codzienności, o tym, co mnie cieszy i boli. Później, trochę niechcący, przyszły filmy na. Sześć lat prowadzenia kanału na YouTube – o życiu na wsi, o starych deskach, słońcu, ogrodzie i tym, co między jednym a drugim – było piękną przygodą, ale też ogromnym wysiłkiem.

Przekwitnie łubin

  Wielki Wu powiedział to niby żartem: „Przekwitnie łubin, zetną kukurydzę, rzepak… pojedzie się na groby — i tak minie kolejny rok.” Nie zapamiętałam dokładnie tych słów, ale coś we mnie zadrżało. On się uśmiechał, ja już czułam łzy pod powiekami. Uchylił jakąś furtkę, przez którą wlazła nostalgia, przemijanie, wspomnienia — i zostały. Opiekowałam się swoimi rodzicami. Ich starość nie miała nic wspólnego z obrazkami z reklam — nie było spacerów po plaży, nie było śmiechu przy stole z wnukami. Była choroba, zależność, nocne czuwanie. To wszystko we mnie zostało. Zapisane gdzieś pod skórą. Potem byli rodzice Wielkiego Wu. Nie znałam ich wcześniej, ale ich starość też stała się częścią mojego życia. Zwłaszcza Jego Mama. Trzymałam ją za rękę, modliłam się, by przeszła przez to jak najspokojniej. To było trudne. Dla mnie. Dla niego — jeszcze bardziej. Zawsze twierdziłam, że nie boję się śmierci. Ale boję się tego, co może być przed nią. Tego uzależnienia od innych. Tego, że trzeba bę...

HEJT MA TWARZ – O NIETOLERANCJI, KAMPANIACH I CENIE, JAKĄ PŁACIMY ZA PUBLICZNOŚĆ

Od czasu wyborów śledzę komentarze w Internecie. Nie czytam wszystkiego — nie da się — ale nagłówki krzyczące wielkimi literami trudno przeoczyć. W sieci zawrzało. I słusznie.

Republika w cieniu Stanowskiego

  Republika w cieniu Stanowskiego Są dni, kiedy bardzo chciałoby się żyć tylko w naszej małej Republice – z psem pod stołem, kotem na kolanach i ogrodem, który nie zadaje pytań. Ale nawet jeśli nie włączysz telewizora, nawet jeśli złożyłaś przysięgę, że żadnego „publicysty” już więcej – to i tak polityka znajdzie drogę. Wyskoczy z telefonu, z „rolki”, z mimowolnego scrollowania przed kawą.

„Kochaj bliźniego swego…” – a jeśli jest inny niż ty?

  „Kochaj bliźniego swego…” – a jeśli jest inny niż ty? To wydarzenie miało miejsce  około trzech lat temu, ale  pamiętam je tak, jakby było wczoraj. Zwiedzaliśmy miasto z grupką pań – piękny dzień, słońce, śmiechy, aparat w dłoni. Przeszliśmy przez jeden z miejskich placów i wtedy usłyszeliśmy muzykę – radosną, głośną, kolorową. Zbliżała się grupa ludzi – uśmiechnięci, różnorodni, ubrani w tęczowe stroje. Przypominało to paradę równości. Nie było krzyków, żadnej agresji, tylko bębny, śmiech, taniec i... wolność.

Kiedy polityka boli, trzeba sobie stworzyć własne państwo

Ostatnie tygodnie były dla mnie naprawdę trudne. A może nie tylko trudne – one były bolesne . Jako osoba wysoko wrażliwa (WWO), wszystko czuję w dwójnasób. Kiedy się cieszę – to całym sercem. A kiedy coś mnie rani – boli do samego środka. I dlatego, kiedy mój kandydat przegrał wybory, coś we mnie pękło. Płakałam. Serio. Nie ze złości. Z bezsilności.

Mam dość

   Nie jestem zawodową komentatorką polityczną. Nie pracuję w mediach, nie mam znajomości w partiach, nie jestem też „aktywistką” w modnym, instagramowym sensie. Jestem kobietą, matką, obywatelką – i przez lata byłam po prostu osobą, która głosuje. Czasem się złości, czasem wzrusza, ale nie wychodzi na ulicę z transparentem. Więc co się zmieniło?