Coraz częściej odnoszę wrażenie, że życie nie tyle daje odpowiedzi, ile powoli odbiera nam złudzenia. Nie dzieje się to jednego dnia. Nie budzimy się rano z poczuciem, że od dziś będziemy patrzeć na świat inaczej. To przychodzi po cichu, między jedną przeczytaną książką a drugą, między kolejną wiadomością w telewizji a komentarzami pod nią, między rozmową z kimś bliskim a długim milczeniem, które zostaje po niej.
Kiedy byłam młodsza, wydawało mi się, że najważniejsze jest ustalenie, kto ma rację. Wierzyłam, że jeśli tylko będę wystarczająco uważnie obserwowała świat, uda mi się oddzielić dobro od zła, uczciwość od zakłamania, prawdę od manipulacji. Dzisiaj nadal uważam, że prawda ma znaczenie, ale coraz mniej wierzę w to, że człowiek odnajduje ją wyłącznie dlatego, że wygrał jakiś spór.
Od pewnego czasu łapię się na tym, że bardziej od samych wydarzeń interesuje mnie to, co dzieje się z ludźmi. Czytam o kolejnych konfliktach, o przemocy, o słowach, których nie da się już cofnąć, i zastanawiam się, kiedy zgubiliśmy zwyczaj patrzenia na siebie z odrobiną łagodności. Czasami mam wrażenie, że wszyscy chcą być sędziami, a coraz mniej osób chce po prostu być człowiekiem.
Być może dlatego coraz częściej wracam do Ewangelii. Nie po to, żeby szukać argumentów przeciwko komuś ani żeby kogokolwiek przekonywać. Wracam do niej z ciekawością, bo zastanawia mnie, dlaczego dwa tysiące lat temu ktoś potrafił streścić całe swoje nauczanie w jednym słowie – miłość – a my, mając do dyspozycji tysiące książek, programów i komentarzy, tak często wybieramy gniew.
Nie twierdzę, że jest to łatwe. Sama wiem, ile czasu człowiek potrafi nosić w sobie dawne urazy, ile energii oddaje wspomnieniom, których nie da się już zmienić, i jak bardzo chciałby czasem usłyszeć słowo „przepraszam”, które nigdy nie padnie. Dopiero niedawno zaczęłam rozumieć, że wybaczenie nie jest prezentem dla tego, kto nas zranił. Jest cichym gestem wobec samego siebie. Jest zgodą na to, aby przeszłość nie urządzała już naszego dzisiejszego życia.
Coraz mniej wierzę w ludzi, którzy zawsze mają rację. Coraz bardziej ufam tym, którzy potrafią powiedzieć: „nie wiem”, „pomyliłem się”, „spróbuję zrozumieć”. Być może właśnie tam zaczyna się prawdziwa dojrzałość – nie wtedy, gdy człowiek zgromadzi odpowiedzi na wszystkie pytania, lecz wtedy, gdy przestaje walczyć o to, by ostatnie słowo należało do niego.
Myślę czasem, że każdy wiek ma swoje zadanie. Młodość uczy odwagi, dorosłość odpowiedzialności, a późniejsze lata dają coś, czego wcześniej nie potrafiłam docenić – możliwość odzyskania spokoju. Nie tego, który rodzi się z wygodnego życia, ale tego, który przychodzi dopiero wtedy, gdy przestajemy dźwigać wszystko, czego unieść i tak nie byliśmy w stanie.
Nie wiem, czy można nauczyć się tego z książek. Nie wiem nawet, czy można się tego nauczyć od innych ludzi. Mam jednak wrażenie, że życie prędzej czy później stawia każdego z nas przed tym samym wyborem. Możemy do końca naszych dni liczyć doznane krzywdy albo możemy zacząć liczyć chwile, w których udało nam się odzyskać siebie.
Jeżeli rzeczywiście istnieje jakiś wiek spokoju, to nie jest on zapisany w metryce. Rodzi się w chwili, kiedy człowiek przestaje pytać, dlaczego świat nie jest taki, jakiego oczekiwał, a zaczyna zastanawiać się, jak sam chce przeżyć to, co jeszcze przed nim.
Komentarze
Prześlij komentarz