Pierwszy raz zetknęłam się z tą rodzinną tragedią czytając
cztery lata temu "Tal" autorstwa Zbigniewa Białasa. Śmierć Anny Grzeszolskiej, a następnie bliźniąt, Jerzego i Lucyny, oraz ponowne zawarcie przez Pawła Grzeszolskiego związku z dużo młodszą Pelagią, wstrząsnęła tutejszą opinią publiczną. Ułożono nawet przyśpiewkę na melodię "Ułani, ułani" - "
Na ulicy Rybnej pod numerem trzecim, zabił pan Grzeszolski żonę z dwójką dzieci". Co prawda numer domu w którym mieszkała rodzina był inny, ale...
Sosnowiczanie rozpoczęli nagonkę na mężczyznę, zwłaszcza kiedy sekcje zwłok dzieci ujawniły, że w ich organizmach znajdują się ślady śmiertelnego talu. Co prawda można go było wtedy zdobyć bez większych problemów(stosowano go jako trutka na szczury albo składnik wielu kosmetyków, także tych wyrabianych domowymi sposobami), jednak cała sprawa była co najmniej dziwna. Jeszcze dziwniejsze wydawało się to, że sąd ostatecznie uniewinnił mężczyznę z zarzucanych mu czynów. Nagonka okazała się jednak tak duża i obciążająca psychikę Pawła, że postanowił skończyć ze sobą oraz pomóc umrzeć Pelagii. Jemu się to udało, Pelagię odratowano.
Nie mnie oceniać, czy Paweł Grzeszolski był winny, czy nie. Mogę się jedynie domyślać, że w tamtym okresie sprawa była podobnie nagłośniona, jak dekadę temu rzekome zaginięcie małej Madzi w tym samym mieście(swoją drogą wersja z uprowadzeniem dziecka od początku wydawała mi się podejrzana). I myślę, że wywoływała nie mniejsze emocje. Tylko kanały zdobywania informacji na dany temat były inne. Prasa, najpierw lokalna, a następnie ogólnopolska, skrupulatnie i na bieżąco opisywała całą sprawę, w tym rozprawy sądowe.
Przeglądając zasoby internetowe trafiłam na autentyczny reportaż z "tamtych czasów" przedrukowany we współczesnym dzienniku. Rzuca on niejako światło na sprawę, a zarazem dosyć ciekawie opisuje całą sytuację. Mnie samą zadziwiła rzetelność, z jaką został napisany.
16 II 1937. Samobójstwo małżeństwa Grzeszolskich
Duży Format, Włodzimierz Kalicki, 16 lutego 2004 r.
"Gdy po kolejnej porcji mąż stracił przytomność, szybko połknęłam resztę pigułek"
Dziś powinna się obudzić. Lekarze krakowskiego szpitala św. Łazarza zapowiedzieli wczoraj, że najsłynniejsza od trzech dni w Polsce pacjentka następnego dnia będzie na tyle przytomna, by móc rozmawiać. I rzeczywiście. Wczesnym rankiem pielęgniarka wizytująca separatkę na pierwszym piętrze dostrzega przytomny wzrok Pelagii Grzeszolskiej. Zbiega się personel medyczny. Pacjentka jest wymizerowana po ciężkim zatruciu luminalem i trzydniowej śpiączce, ale myśli logicznie i z każdym pytaniem lekarzy przypomina sobie coraz więcej. Opowiada, że swego męża, Pawła, kochała tak bardzo, że postanowiła umrzeć razem z nim. Mgliście przypomina sobie ostatni dzień spędzony z mężem. Przed kilkoma dniami oboje przyjechali do Krakowa i zatrzymali się w Hotelu Polskim przy ul. Floriańskiej. Wypełniając hotelową kartę meldunkową, Grzegolski podał się za Antoniego Woźniaka, brata swojej żony, Pelagii, a ją samą, dużo od siebie młodszą, przedstawił jako swą córkę. Przed trzema dniami mąż przyniósł do hotelowego pokoju sześć fiolek luminalu. W każdej było dziesięć tabletek. Wyliczył, że jako dorosły mężczyzna, dwukrotnie starszy od 24-letniej Pelagii, powinien brać porcje po 3,5 tabletki, a ona - po 2,5. Siedli na łóżkach i co pewien czas zażywali je na przemian.
- Gdy po kolejnej porcji mąż stracił przytomność, szybko połknęłam resztę pigułek i natychmiast zasnęłam - kończy opowiadać Pelagia Grzeszolska i w tym momencie nagle zasypia. Lekarzy czekają, aż sama się ocknie. Budzi się wkrótce. Płacze. Przez łzy mówi o mężu.
Kilka razy powtarza: - Za co go wtrącili do więzienia, przecież on jest niewinny i swoje dzieci kochał!
Lekarze orientują się w tym momencie, że ich pacjentka jest przekonana, że skoro uratowano ją, to i mąż żyje. Chwila konsternacji, ale nikt nie daje po sobie poznać, że jest inaczej. Kobieta znów nagle zasypia.
Gdy budzi się, czeka na nią lekkie śniadanie. Pokrzepiona, dopytuje się o matkę i siostry. Powtarza, że matkę bardzo kocha. Ktoś z personelu pyta ją, dlaczego wobec tego naraziła ją na tak wielkie zmartwienie.
Pelagia Grzeszolska odpowiada bez namysłu: - Bo męża swego kocham jeszcze bardziej!
Ich związek zaczął się przed siedmiu laty w Krakowie. Dobrze sytuowany handlowiec z sosnowieckiej spółki akcyjnej rur i wodociągów, a przy tym właściciel niewielkiego przedsiębiorstwa spawania rur, stateczny mąż i ojciec 12-letnich bliźniąt zakochał się bez pamięci w urodziwej 17-latce Pelagii Staciwińskiej. Z wzajemnością. Jego żona rychło dowiedziała się o romansie. Za wszelką cenę usiłowała zatrzymać męża i wybić mu z głowy przelotną - jak uważała - miłostkę. Ale Grzeszolski nie widział życia poza piękną Pelagią. Na ukradkowych spotkaniach z ukochaną w Krakowie i na awanturach w domu minęły mu ponad dwa lata. Nieoczekiwanie w styczniu 1933 roku jego żona zmarła. Tuż przed śmiercią silnie wymiotowała i skarżyła się na bóle brzucha. Lekarz bez oporów podał jako przyczynę zgonu podpowiedziane przez męża otłuszczenie serca - zmarła, przy wzroście nieco mniejszym niż przeciętny, ważyła ponad 100 kg.
Grzeszolski przestał ukrywać swój związek z Pelagią Staciwińską. Miał nadzieję, że jego dzieci ją zaakceptują i wszyscy zamieszkają razem. Ale Jurek i Lucyna nie szczędzili wymówek ojcu i jego ukochanej. Z czasem awantury obojga dzieci z ojcem były coraz częstsze.
W grudniu 1933 roku, po zjedzeniu obiadu, Jurek i Lucyna poczuli się bardzo źle. Męczyły ich bóle brzucha, wymioty i dotkliwe kłucie w skórze twarzy. Ich ciotka stwierdziła wieczorem, że użyta do zupy śmietana była bardzo dziwna - na jej dnie znajdowały się podejrzane grudki. Paweł Grzeszolski stanowczo sprzeciwił się jednak oddaniu zupy do zbadania przez lekarza.
Napady wymiotów i kłucia w skórze twarzy po posiłkach powtórzyły się w rodzinie Grzeszolskich jeszcze kilka razy. Rozchorowała się także służąca. Tylko sam Grzeszolski cieszył się niezmiennie dobrym zdrowiem. W lutym Jurek Grzeszolski zaczął narzekać na bóle nóg, bezsenność i ból w piersiach. Po kilku dniach z powodu okropnego bólu w stopach poprosił o zwolnienie z gimnastyki w szkole. Chłopiec marniał w oczach. Pojawiła się żółtaczka. Czuł się bardzo źle, ale mimo cierpień chodził o lasce do szkoły. Podobne objawy wystąpiły u jego siostry. Oboje zaczęli łysieć. Ojciec niechętnie zgodził się na wizytę lekarza, a potem zaczął leczyć syna u znachora. W marcu Jerzy zmarł. Po śmierci brata Lucyna przestała kryć się z wrogością do ojca. Wyprowadziła się do krewnych matki. Ale Paweł Grzeszolski codziennie donosił tam posiłki dla córki, które krewni - ludzie niezamożni - podawali dziewczynce. Zmarła w maju.
Ocalała tylko służąca Maria. Gdy po którymś z posiłków poczuła się bardzo źle, wyjechała do rodziny na wieś. Chorowała długo i nie wróciła w pełni do zdrowia.
W Sosnowcu aż huczało od plotek o tajemniczych zgonach w rodzinie Grzeszolskich. Także lekarze stykający się z obojgiem bliźniaków mieli wątpliwości co do przyczyn ich śmierci. Władze nakazały ekshumacje. Zbadanie przyczyn zgonów zlecono najsłynniejszemu polskiemu ekspertowi medycyny sądowej prof. Janowi Stanisławowi Olbrychtowi. Badania zwłok obojga dzieci wykazały obecność śmiertelnych dawek związków talu.
Paweł Grzeszolski został aresztowany. Sędziemu śledczemu wyjaśnił, że powodem śmierci Jurka i Lucyny były dziedziczne obciążenia po ich matce, które spowodowały zapalenia rdzenia kręgowego i zapalenia wielonerwowe. Nie wykluczył, że do ich upośledzenia przyczyniła się także przebyta przez niego w młodości choroba weneryczna.
Prof. Olbrycht przyjął rewelacje Grzeszolskiego sceptycznie. Z policyjnego wywiadu wynikało niezbicie, że Jurek był chłopcem bardzo inteligentnym, mimo trudnych warunków domowych do końca świetnie uczącym się w szkole. Ani on, ani Lucyna - aż do czasu śmiertelnej choroby - nie mieli kłopotów ze zdrowiem. Ale z udowodnieniem, że padli ofiarą zabójstwa, prof. Olbrycht miał spory kłopot. Ale z udowodnieniem, że padli ofiarą zabójstwa, prof. Olbrycht miał spory kłopot. Tal był trucizną rzadką, niespotykaną dotąd w medycynie sądowej. Profesor odkrył, że w literaturze fachowej pierwszy raz opisano przypadek śmierci wskutek zatrucia talem raptem przed sześciu laty. Po skrupulatnych badaniach i konsultacjach ze sławami światowej kryminalistyki prof. Olbrycht ustalił, że śmierć Jurka i Lucyny nastąpiła wyłącznie wskutek zatrucia talem(w zwłokach ich matki trucizny nie znaleziono, w organizmie dochodzącej do siebie na wsi służącej Marii - i owszem, całkiem niemało). Niemożliwe okazało się ustalenie, jaką dawkę podano dzieciom, i rozstrzygnięcie, czy było to otrucie jednorazowe, czy też trucie rozciągnięte w czasie.
Z dwóch dostępnych na rynku źródeł związków talu ekspert ostrożnie zasugerował jako narzędzie zbrodni trujące ziarna przeciw gryzoniom marki Zelio, wykluczył zaś maść depilacyjną dla pań Koremlu.
Los Pawła Grzeszolskiego wydawał się przesądzony, mimo iż jego obrony podjął się słynny - i bardzo drogi - warszawski obrońca dr Hofmokl-Ostrowski. Opinia publiczna w Sosnowcu nie doceniła głośnego adwokata. Nie obronił swego klienta przed wyrokiem skazującym na śmierć. Przekonał jednak sędziów II intencji, że sąd w Sosnowcu uległ naciskowi wzburzonej opinii publicznej. Grzeszolski został uniewinniony.
Dwa miesiące później poślubił swą ukochaną. Szczęścia jednak nie zaznał. Wrogość sosnowiczan była tak wielka i powszechna, że oboje wychodzili z mieszkania tylko nocą. Spółka wodociągowa wymówiła mu posadę i utrzymywał się z żoną z zasiłku dla bezrobotnych. Co więcej, wielki dług 2. tys. zł wobec adwokata zmusił go do sprzedaży fabryczki rur grubo poniżej realnej wartości.
Nie to jednak było najgorsze. Jego sprawa trafia do Sądu Najwyższego w Warszawie. Sąd Najwyższy uchylił uniewinniający Grzeszolskiego wyrok apelacyjny i przekazał sprawę do ponownego rozpatrzenia w Sosnowcu, tyle że przez inny skład sędziowski. Policja otrzymała nakaz aresztowania, ale małżonkowie Grzeszolscy znikli.
Ukrywali się w pensjonatach w Krynicy i w Wiśle, potem u rodziny Pelagii. W końcu zimna krew i niebywała odporność psychiczna opuściły Pawła Grzeszolskiego. Zdecydował się popełnić samobójstwo. Przed tygodniem przyjechał z Pelagią do Krakowa. W pokoju nr 7 Hotelu Polskiego spisał trzy listy: do rodziny żony, do adwokata i do władz sądowych. Nie przyznał się do winy: "Odchodzimy stąd dlatego: 1) mamy już dosyć widowiska, które z nami urządzono. To, cośmy przeszli, żadne serce ludzkie przejść by nie było w stanie...". Późnym wieczorem otworzył pierwszą fiolkę luminalu.
Około 15.00 przed szpitalem św. Łazarza kłębi się tłum rodzin chorych. Są też dziennikarze. Prasa szczegółowo relacjonuje stan zdrowia niedoszłej samobójczyni. Punktualnie o 15.00 brama szpitalna zostaje otwarta dla odwiedzających. Przed izolatką, w której pod opieką pielęgniarki leży Pelagia Grzeszolska, zjawiają się jej brat i szwagier. Lekarze zobowiązują obu, by nie zdradzili chorej, że jej mąż nie żyje. Pacjentka nie zważa na obecność personelu szpitalnego w swoim pokoiku. Serdecznie wita się z gośćmi, pyta o matkę. Płacze, gdy uświadamia sobie, ile przysporzyła jej zgryzot, ale zarazem przypomina sobie o mężu. Na szczęście Pelagia ciągle jest niezbyt przytomna(ma też kłopoty ze wzrokiem i z oddychaniem). Wyjaśnień brata słucha nieuważnie.
Nagle rozmarzona oświadcza, że przed laty o jej rękę starało się kilku atrakcyjnych mężczyzn, którzy niewątpliwie daliby jej dużo szczęścia, ale nie tak wiele przecież, jak dało jej małżeństwo z Pawłem Grzeszolskim.
- Choć wszyscy są przeciw memu mężowi, ja jedna stoję przy nim i jestem najgłębiej przekonana, że on dzieci nie otruł. Ja także jestem z nim szczęśliwa.
Ciekawostką jest, że grób w którym spoczywają Anna, Lucyna i Jerzy Grzeszolscy znajduje się na jednym z sosnowieckich cmentarzy.