Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 24 lutego 2022

1406. Wojna jest bliżej niż myślimy

Przyznam się szczerze, że ten wpis miał być inny. Życie jednak pisze niespodziewane scenariusze. Bo czy ktoś z nas, kładąc się wczoraj spać, mógł przypuszczać, że dziś rano usłyszymy, że oto spełnił się najmroczniejszy sen i Władimir Putin zaatakował Ukrainę. Tak, jakby nie wystarczył mu Krym. A może po prostu nabrało sensu i obrazu powiedzenie, że jeżeli damy komuś palec, on będzie chciał całą rękę...
Poranna informacja o inwazji na naszych sąsiadów była dla mnie szokiem. Oczywiście w mediach raz po raz zastanawiano się, co będzie, jeżeli Putin zdecyduje się na ten krok, chyba jednak wszyscy wierzyli w to, że ten scenariusz się nie spełni. A tu tymczasem nie dość, że się spełnił, to w dodatku powtórzył ten z 1939 roku.
Bo jak nazwać to, że ktoś napada na drugi kraj wtedy, kiedy jest on najbardziej bezbronny, czyli w nocy, kiedy zdecydowana większość obywateli śpi? Tak samo jak przed laty Hitler zaatakował pogrążony we śnie Wieluń i wybrzeże, tak samo dzisiaj wojska rosyjskie napadły m.in. na Kijów i Charków. Putin pewnie uważa się za bohatera, ale jak dla mnie jest po prostu tchórzem. Tchórzem, który wykorzystuje bezbronność innych, dla którego nie liczą się poniesione ofiary, ale własne interesy. Tylko czekać, aż odbierze Stanom Zjednoczonym Alaskę. Może wtedy Joe Biden się "obudzi"? Może tak, a może nie.
Oglądając poranne sceny ewakuacji ludzi z Kijowa, autentycznie było mi ich szkoda i żal. Przecież w jednej chwili musieli porzucić swoje domy, w których na pewno czuli się bezpiecznie i ruszyć w poszukiwaniu schronienia. Co musiały czuć dzieci, uciekając z nauczycielami do schronu? Co prawda po naszej stronie granicy niemal od razu została zorganizowana pomoc, w tym możliwość przyjęcia ewentualnych uchodźców, nie od dzisiaj jednak wiadomo, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. A te sceny rozstania rodzin, gdzie kobiety i dzieci żegnają się z ojcami i mężami, którzy zostają, aby walczyć o swój kraj, nie wiedząc, czy dane im będzie jeszcze się zobaczyć.
Przez lata studiów wielokrotnie spotykałam się ze studentami, którzy pochodzili z Ukrainy. Na UPJPII bardzo wielu kleryków tamtejszego obywatelstwa zdobywało wiedzę teologiczną. Miałam z nimi styczność na języku rosyjskim. Również na Uniwersytecie Śląskim studiuje wielu Ukraińców. To są normalni ludzie, tacy jak ja i Ty. Co muszą czuć w takiej chwili? Zwłaszcza w sytuacji, kiedy są tutaj, w Polsce, a ich rodziny tam, gdzie spadają bomby, a huki przerywają ciszę. Dlatego bardzo mi się podoba, jak ludzie symbolicznie, na znak solidarności, przyozdabia swoje zdjęcia profilowe na fb ukraińską flagą. Niby nic, dla niektórych może to się wydawać wręcz śmieszne. Ale jeżeli ma to dodać jakiejś otuchy tamtym ludziom, to czemu nie?
Żadna wojna nie jest dobra, bo nie rozwiązuje konfliktu z korzyścią dla obu stron. Zawsze ktoś musi w nim coś stracić, aby zyskał ktoś inny. Tylko czyim kosztem? Wiadomo, najczęściej najwięcej tracą najmniej zaangażowani w konflikt - zwykłe rodziny. Jeżeli ktoś mi powie, że nie obchodzi go to, co dzieje się za wschodnią granicą, to tego nie zrozumiem. A przecież tak wiele osób nie wierzyło w to, że pandemia koronawirusa do nas dojdzie, wszak Chiny były tak daleko... Wojną na wschodzie też możemy się pozornie nie interesować. Tymczasem ona jest dużo bliżej niż nam się wydaje. Dlatego musimy być czujni i rozważni. I nie mówić, że nas to nie dotyczy...
I tylko nie wiem, co mam mówić dzieciom ze świetlicy, kiedy podchodzą do mnie i pytają ze strachem w głosie:
 - Proszę pani, a czy u nas będzie też wojna?
Sama chciałabym to wiedzieć...

wtorek, 22 lutego 2022

1405. Wierzę, że będzie dobrze

 Wiara - ostoja

Odziedziczona po przodkach.
Wyssana z matczynym mlekiem.
Nabyta w toku codziennych doświadczeń.
Wiara,
w Boga,
w siebie,
w ideały,
w innych ludzi,
w lepszy świat.
Bo przecież, jak śpiewało "Raz, dwa, trzy"
- "Trudno nie wierzyć w nic".
Wiara co budzi nadzieję,
że jednak wszystko będzie dobrze,
nawet wtedy, kiedy nadziei już brak.
Wierzmy i nieśmy swoją wiarę,
aż po czasu i świata kres.
Bez wstydu, bez lęku, bez zahamowań,
jak sztandar, łomoczący na wietrze.

Wiara, tak dużo mi daje. Nie tylko ta w Boga czy inne siły nadprzyrodzone, ale tak po prostu w samą siebie. Dziś, w wieku niespełna 32 lat wiem, że nie jest to przejaw pychy czy samouwielbienia. To "motor", który napędza mnie do dalszych działań i aktywności, nawet tych, które z pozorem wydają się niemożliwe. Czy gdybym nie wierzyła w siebie, to podjęłabym jakiekolwiek studia, udzielałabym się czynnie w kościele, działałabym tu i tam?
Nie ukrywajmy, moja niepełnosprawność jest widoczna. Często spotykam się z niedowierzaniem, że jestem w stanie zrobić tą, czy inną rzecz czy czynność. Z jednej strony nie dziwię się, w końcu jak mnie widzą, tak mnie piszą, ale z drugiej strony... Czasami naprawdę brakuje mi sił, aby udowadniać wszystkim, że mogę, umiem, potrafię pomimo moich ruchowych ograniczeń.
Dlatego cieszę się, kiedy okazuje się, że ktoś we mnie tak po ludzku wierzy, mimo wszystko. Zna mnie i moje możliwości. A jednak dołożył wszelkich starań, bym mogła sfinalizować pewną rzecz. Poruszył niebo i ziemię, aby mogło się to stać. 
To już jutro. Wierzę, że dam radę, że stres nie weźmie góry nad ciałem. Wierzę, że się uda, nareszcie się uda. I znowu kolejny etap będzie za mną. 
A swoją drogą, dzisiejsza data jest bardzo ciekawa - 22.02.2022. Czytana od lewej do prawej i od prawej do lewej brzmi tak samo. Nie wierzę w numerologię, ale jakoś wepchnęła we mnie nowe pokłady nadziei.

niedziela, 20 lutego 2022

1404. Marzenia o złocie się tym razem nie ziściły...

XXIV Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Pekinie przeszły do historii. Uroczysta ceremonia zamknięcia na stadionie nazwanym "Ptasim Gniazdem" wraz z zagaszeniem na cztery lata znicza olimpijskiego ogłosiła całemu światu, że to już koniec sportowych zmagań na najwyższym stopniu. Bo przecież w przerwie pomiędzy tymi, a kolejnymi Zimowymi Igrzyskami, które odbędą się w 2026 roku we Włoszech, nie raz i nie dwa wystartują w zawodach sportowych niższej rangi.
Z Chin nasi sportowcy wracają z jednym, brązowym medalem, wywalczonym przez Dawida Kubackiego w skokach narciarskich. Co prawda jest to najgorszy dorobek medalowy od kilku lat, zważając jednak na to, że przez lata w ubiegłym stuleciu nasi zimowi sportowcy wracali z Igrzysk z niczym, aż chce się powiedzieć, że lepszy rydz niż nic. Z drugiej strony, pewnie niejeden miłośnik sportu zagryzł usta, kiedy nasi zawodnicy byli o krok od zdobycia medalu. Wielu z nas marzyło o tym, aby któryś ze skoczków zdobył złoty medal olimpijski, co byłoby uhonorowaniem zdobycia pięćdziesiąt lat temu przez Wojciech Fortunę najważniejszego trofeum sportowego w skokach narciarskich podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Sapporo.

11 lutego 1972 roku zaledwie 19-letni Wojciech Fortuna zdobył dla naszego kraju pierwszy złoty medal Zimowych Igrzysk Olimpijskich. Jak wspominał po latach: "To była jedna z najpiękniejszych chwil w moim życiu".
Niewiele brakowało, a nie pojechałby wtedy na Olimpiadę do odległego kraju. "Miałem niezłe wyniki, ale powiem szczerze, że nie liczyłem na wyjazd na igrzyska do Japonii" - przyznał po latach. W ostatnich przed igrzyskami Mistrzostwach Polski był dopiero dziesiąty.  Skoczek dołączył do kadry narodowej jako rezerwowy. Na miejscu okazało się, że jego forma rośnie z każdym treningiem.
W pierwszym konkursie, który rozgrywano na normalnej skoczni, tytuł mistrza olimpijskiego przypadł Japończykowi - Yukio Kasay. Wojciech Fortuna był szósty. Nic dziwnego, że japońscy kibice liczyli na kolejne złoto dla ich reprezentacji. Jednak 11 lutego 1972 roku okazał się szczęśliwszy dla polskiego skoczka.
Ku zaskoczeniu wszystkich, Fortuna objął prowadzenie już w pierwszej serii, oddając skok na 111 metrów. Kasaya uplasował się tuż za nim, z rezultatem 106 metrów. Właśnie wtedy na chwilę przerwano konkurs z powodu pogarszających się warunków pogodowych. Wkrótce do niego wrócono, jednak skrócono rozbieg, m.in. z powodu silnego wiatru.
W drugiej serii Wojciech wylądował zaledwie na 87,5 metrze. Było to wystarczające, aby zdobyć złoty medal olimpijski. Jego największy rywal skoczył jeszcze bliżej, a w dodatku musiał bronić się przed upadkiem. "Cieszę się strasznie, że tak wyszło dziś na tym konkursie skoków, chociaż ta druga seria była niepewna" - mówił wtedy - "Drugi skok był nerwowy, chociaż przeciwnicy też nie wytrzymali nerwowo i tak samo jak ja zawalili".
W zdobyciu złotego medalu pomogły mu też wysokie noty sędziowskie - w sumie uzyskał 219,9 punktów. Podobno powtórki jego skoku emitowano w japońskiej telewizji kilkadziesiąt razy. W ten sposób Wojciech Fortuna zapisał się w historii polskiego sportu. "Wygrałem. Zdobyłem złoto i jednocześnie zostałem mistrzem świata. Wtedy automatycznie przyznawano ten tytuł mistrzom olimpijskim" - tłumaczy. - "To była jedna z najpiękniejszych chwil w moim życiu".

źródło:
  1. https://stacja7.pl/z-kraju/50-lat-temu-wojciech-fortuna-zdobyl-zloto-olimpijskie-jedna-z-najpiekniejszych-chwil/?fbclid=IwAR1WPWOqmo_YS2n33Ly4i7ONfgP30KtMxBiufzfPWrNJ-hhA2CdS3yamEgQ
  2. https://www.polskieradio.pl/39/156/Artykul/1045281,Wojciech-Fortuna-Zloty-skok-w-1972-roku

sobota, 19 lutego 2022

1403. To, co zapisało się w pamięci

Są takie spotkania, które zostają gdzieś w pamięci pomimo upływu lat. Jednym z nich zdecydowanie było spotkanie z panem Józefem Zapędzkim, dwukrotnym złotym medalistą olimpijskim w strzelectwie sportowym. Wychowawca klasy do której uczęszczałam podczas mojej kariery w szkole średniej, był wuefistą. Poniekąd było mi to na rękę, bo usprawiedliwiał mi wszystkie nieobecności z powodu wyjazdów na zawody sportowe. W ogóle był wymarzonym wychowawcą, takim, który rozmawiał ze swoimi uczniami, interesował się ich sprawami, wspierał, doradzał, a nawet interweniował w razie potrzeby u innych nauczycieli.
Kiedy byliśmy w drugiej klasie, kadrę nauczycielską zasilił nowy wuefista. Bardzo szybko znalazł wspólny język z profesorem Robim, co przejawiało się m.in. we wspólnym prowadzeniu zajęć sportowych. Ale nie tylko. Któregoś dnia pan Robi(tak się stało, że obydwoje mieli tak samo na imię) przyszedł do nas na godzinę wychowawczą(albo na przysposobienie obronne, które też mieliśmy z naszym wychowawcą) i zakomunikował nam, że planuje zaprosić do szkoły na prelekcję pana Józefa Zapędzkiego.
Jego sylwetka nie była mi całkowicie nieznana. Nie wiem jak to było w innych klasach o profilu sportowym*, ale u nas oprócz zwiększonej liczby zajęć z wychowania fizycznego i treningów albo przed zajęciami, albo po, program nauczania zakładał zapoznanie nas z historią olimpizmu. A więc i z sylwetkami naszych medalistów na przestrzeni lat. Wiedziałam więc, a przynajmniej kojarzyłam, że pan Józef zdobył swa tytuły mistrza olimpijskiego w tajemniczej jak dla mnie dyscyplinie sportowej, jaką jest strzelectwo sportowe. I przyznam szczerze, że nie mogłam doczekać się chwili, kiedy odbędzie się owo spotkanie.
Ono było gdzieś na wiosnę, niedługo przed maturami. Na jego miejsce wybrano salę gimnastyczną, do której zniesiono krzesła. Pomieszczenie powoli napełniało się uczniami i nauczycielami. Z niecierpliwością czekałam, aż pan Józef do nas dotrze, a jeszcze bardziej na to, co mistrz olimpijski będzie miał nam do powiedzenia.
Oczywiście spotkanie opiewało we wspomnienia z Igrzysk Olimpijskich, a startował w nich aż pięciokrotnie. Najmilej oczywiście powracał pamięcią do tych z Meksyku(1968) oraz z Monachium(1972), kiedy za jego przyczyną zabrzmiał "Mazurek Dąbrowskiego". Mistrz olimpijski zdradził kilka tajników używania pistoletu sportowego oraz podzielił się taktyką zastosowaną podczas wszelakich zawodów sportowych. Opowiedział również wiele ciekawostek i anegdotek ze swojego życia. Z tego co pamiętam, jego przygoda ze strzelectwem zaczęła się od strzelania w ramach służby wojskowej.
Niestety, nie mam z tego spotkania żadnego zdjęcia. Nawet autografu... Jedyne czym dysponuję to strzępki wspomnień, zakorzenionych gdzieś w zakamarkach pamięci. 
Dzisiaj zobaczyłam informację o śmierci pana Józefa. I jakoś tak automatycznie przypomniało mi się to spotkanie... Aż ciarki mnie przeszły po plecach.
Józef Zapędzki(1929 - 2022)
Dzisiaj też otrzymaliśmy wiadomość o śmierci Witolda Paszta. Nie mam co prawda związanych z nim takich wspomnień jak z panem Józefem, aczkolwiek znałam go i szanowałam jako człowieka i jako artystę. Bo jak tutaj nie zadumać się słysząc "Bananowy song", czy też "O Magdaleno". W ostatnim czasie pan Witold był trenerem w telewizyjnym programie wokalnym "The Voice Senior". Z tego co czytałam - bardzo lubianym trenerem. Zaledwie dwa tygodnie temu zakończyła się jego trzecia edycja, którą wygrał jego podopieczny, pan Krzysztof. Jednak jego mentora zabrakło w tym dniu w studiu - nabierał sił po chorobie. W ogóle w ciągu ostatniego roku aż trzy razy przeszedł COVID... Mieli świętować ten sukces po dojściu pana Witolda do siebie. To jednak nie będzie już im dane, niestety. Jakże wymownie brzmią dzisiaj słowa jednej z piosenek grupy VOX, w której śpiewał pan Paszt - "Szczęśliwej drogi już czas". O tak, panie Witku, miał pan rację - szczęśliwej drogi już czas. Niech pan zachwyca swoim śpiewem gdziekolwiek pan jest.
Witold Paszt(1953-2022)
* do klasy sportowej uczęszczałam w klasach 4-6 oraz w gimnazjum

piątek, 18 lutego 2022

1402. Prawie się udało

Od jakiś dwóch dni, czyli momentu, w którym na USOSie pojawiły się oceny z socjologii ogólnej oraz socjologii wychowania, mogę po trochu odetchnąć z ulgą, że sesja jest już za mną. No, może prawie, bo 1 marca prawie 95% rocznika, w tym i mnie, czeka poprawka zaliczenia z antropologii kulturalnej, jednak cóż to jest jedna poprawka przy zaliczeniu ponad 25 przedmiotów na obydwóch kierunkach, które studiuję? Można powiedzieć, że ten niezaliczony przedmiot był przysłowiowym wypadkiem przy pracy. Zresztą, gdybym wiedziała, że wykładowczyni nie zrobi zgodnie z obietnicą większości pytań w wersji z pytaniami do wyboru, to inaczej rozplanowałabym pisanie całości. Przy przedmiotach socjologicznych(z tą samą wykładowczynią) byłam już mądrzejsza i wiedziałam, że może mnie czekać niespodzianka w postaci większości pytań otwartych. I wcale się w tym przypuszczaniu nie pomyliłam.
Zaliczanie poszczególnych przedmiotów zaczęło się jeszcze przed sesją egzaminacyjną. Pierwsze z nich, z "ochrony własności intelektualnej"(pedagogika) mieliśmy na początku grudnia. Ogólnie były to 4 godziny pod rząd zdalnych wykładów, po których odbyło się kolokwium, również w formie zdalnej. Z jednej strony nie było ani kiedy się tego nauczyć, ani powtórzyć wiadomości, ale z drugiej mogliśmy korzystać z różnych pomocy, co mnie(i pewnie nie tylko mnie) uratowało. Oczywiście nauczyłabym się tego wszystkiego, gdyby przerwa pomiędzy zakończeniem wykładów, a zaliczeniem trwała ciut więcej  niż 10 minut. Dobrze, zaliczyłam całość lepiej niż się spodziewałam, więc już nie marudzę.
Tak jak pisałam - kolejne kolokwia zaliczeniowe z ćwiczeń z biomedycznych podstaw uczenia się(pedagogika) oraz pierwszej części Kościoła wobec rodziny(nauki o rodzinie) miałam w piątek, 14 stycznia, jeszcze w wersji stacjonarnej. Biomedyczne podstawy z jednej strony poszły mi tak sobie, a z drugiej jestem naprawdę dumna z tej 3,5, którą udało mi się zdobyć. Kościół wobec rodziny, którego bardziej się obawiałam, zaliczyłam na 5.
Dzień wcześniej mieliśmy ostatni wykład z przedmiotu braterstwo według encykliki "Fratelli Tutti". Zamiast kolokwium zaliczeniowego mieliśmy dyskusje na temat tego, co się dzieje na naszej wschodniej granicy, w świetle omawianego dokumentu. Nawet podobała mi się taka forma - było mniej stresu i w zasadzie każda odpowiedź była dobra(nawet krytyczna), jeżeli tylko znajdowała jakieś odzwierciedlenie w słowach encykliki. Tym bardziej, że był to jeden z tych przedmiotów, które dobrowolnie mogliśmy wybrać(tzw. przedmioty fakultatywne). Nie jestem do końca pewna, czy ksiądz profesor zrozumiał moją wypowiedź(jednak jest przygłuchawy), ale ocenę wystawił. I to wcale nie najgorszą.
We wtorek, 18 stycznia, mieliśmy kolokwia zaliczeniowe z bezpiecznej higieny pracy oraz wykładów z antropologii kulturowej. Jak poszło mi z antropologii już pisałam. Niejaką osłodą w tym wszystkim jest dosyć dobrze zaliczone bhp.
Z ćwiczeń z antropologii kulturowej dostałam też niezłą ocenę. Nie było mnie co prawda dwa razy, ale ten drugi raz w ostatniej chwili zamieniony został z wersji stacjonarnej na zdalną w innym dniu, w związku z czym profesorka nie brała pod uwagę ewentualnych nieobecności. A ja akurat w tym czasie miałam zajęcia na drugim kierunku. Na szczęście okazało się, że mam wystarczającą ilość punktów za poszczególne zajęcia, aby mi wystawić bdb. Pechowcy musieli pisać kolokwium zaliczeniowe.
Bardzo mi się podobały zajęcia z technologii informatycznych w pracy pedagoga(pedagogika). Na ocenę końcową składały się oceny cząstkowe z czterech projektów: minipracy dyplomowej, prezentacji Pecha Kucha, opracowania instrukcji robienia mema oraz opracowanie ogłoszenia/prezentacji lub escape roomu(ja wybrałam to ostatnie) na temat zagrożeń w sieci. Jedynie Pecha Kucha została ciut słabiej oceniona przez prowadzącą zajęcia(wiadomo, wada wymowy nie pozwala mi szybko mówić), niezbyt to jednak zaważyło na ocenie końcowej, która jak najbardziej mnie satysfakcjonowała.
We wtorek, 25 stycznia, miałam aż 3 zaliczenia. Szczerze powiedziawszy, gdybyśmy nie przeszli już na zdalny, to nie wiem, jak bym przedostała się w tak krótkim czasie dostała z jednego budynku uniwersyteckiego do drugiego. A tak wystarczyło tylko przelogować z jednego zespołu na drugi i po sprawie. Pierwsze kolokwium zaliczeniowe, z komunikacji międzyosobowej(nauki o rodzinie), było już o godzinie 8:00. Ucieszył mnie fakt, że prowadzący uwzględnił prośbę pani Gessler o wydłużenie mi czasu pisania - dzięki temu mogłam pisać w swoim optymalnym tempie. Pytania nie były ani łatwe, ani trudne. Niektóre za to były bardzo podchwytliwe i trzeba było dogłębnie się zastanowić np. jaki rodzaj komunikatu przedstawia zaprezentowany dialog, zanim wklikało się odpowiedź. No, ale udało mi się to jako tako zaliczyć. Potem kolejne kolokwium, z pedagogiki specjalnej(nauki o rodzinie) miało być o 10:00, jednak jako osoba z najlepiej napisaną pracą zaliczeniową(tą o FAS), zostałam z niego zwolniona. Było mi to na rękę, ponieważ godzinę później miałam kolokwium zaliczeniowe z wykładów z biomedycznych aspektów uczenia się(nauki o rodzinie). I powiem Wam, że jeżeli kolokwium z ćwiczeń było trudne, to o kolokwium z wykładów mogę powiedzieć, że było arcytrudne. Inna rzecz, że biologia jakoś mnie nigdy nie pociągała, a to, co było na wykładach to było dla mnie istnym szaleństwem. Na szczęście i ono zostało zaliczone w pierwszym terminie. A niektóre nazwy do dzisiaj śnią mi się po nocach.
Ćwiczenia z psychologii ogólnej(pedagogika) poszły mi całkiem dobrze. Za aktywność dostałam komplet punktów, więc kolokwium zaliczeniowe było tylko formalnością. Trochę musiałam przysiąść przed egzaminem, bo tutaj materiał był bardziej teoretyczny, ale z drugiej strony z panami Freudem i Abrahamem Maslovem znamy się nie od dzisiaj, a i niektóre zjawiska kojarzę z wykładów z psychologii na innych kierunkach i uczelniach. Więc i tutaj jestem do przodu.
Prace zaliczeniowe z Wprowadzenia do pedagogiki(pedagogika) oraz Wprowadzenia do nauk humanistycznych (pedagogika)oddałam jeszcze przed rozpoczęciem sesji. Pierwsza z nich polegała na streszczeniu w maksymalnie pięciu stronach ponad 400 stronicowej książki autorstwa Stefana Hessena "Podstawy pedagogiki" wraz z odniesieniem się do czterech przykładów danego zjawiska podanych na wykładach oraz dwóch przykładów z obszernej literatury książkowej. Druga na dwustronicowym streszczeniu rozdziału "O nieutylitarności humanistyki" wraz z podaniem trzech wątków z wykładów jako odniesieniu do treści. Najtrudniejsze dla mnie było samo streszczenie, ponieważ nie za bardzo umiałam zmieścić się w wyznaczonym limicie, zwłaszcza z Hessenem. Na szczęście metodą prób i błędów udało mi się to. I jedno, i drugie zostało dosyć dobrze ocenione. Trochę gorzej zaliczyłam ćwiczenia z Wprowadzenia do pedagogiki, które niestety pokrywały mi się z ćwiczeniami na naukach o rodzinie przez co nie mogłam być na wszystkich zajęciach. Jednak jestem do przodu i z tego się cieszę.
Problem ze zmieszczeniem się w wyznaczonym limicie słów miałam też pisząc streszczenie artykułu naukowego na seminarium dyplomowe(nauki o rodzinie). Znalazłam dosyć ciekawe zagadnienie dotyczące rodzin transmigracyjnych. I znowu nie do końca wiedziałam, jak to streścić, bo za każdym razem pisałam ponad limit. W końcu z wysiłkiem udało mi się, a promotorce tak się spodobał i temat i mój styl pisania, że aż kazała mi się zastanowić, czy nie chcę samodzielnie napisać artykułu naukowego w tym temacie.
31 stycznia miałam pierwszy egzamin, z etyki i bioetyki(nauki o rodzinie). Był on zdalny, a wchodziliśmy na spotkanie po zaproszeniu kolejnych osób przez prowadzącego. Tak jak pisałam w jednym z wcześniejszych wpisów, był on raczej ciężki, ale możliwy do zdania. Chociaż w pewnym momencie naprawdę zaczęłam wątpić w to, czy mówię to, czego ode mnie wymaga wykładowca. Tym bardziej, że z etyki wylosowałam pytanie o konflikt pomiędzy prawem, a obowiązkami, na które nie ma "wzorcowej odpowiedzi". Drugie pytanie dotyczyło aktu woli, to mi poszło znacznie lepiej. Trzecie, już z samej bioetyki, dotyczyło uporczywej terapii, o której dzięki studiom z tanatopedagogiki mogłabym mówić bez końca. Kilka dni później jeszcze raz pisałam kolokwium z etyki(pedagogika). Na szczęście było ono dużo łatwiejsze. A może tylko mnie się tak zdawało, wszak coś niecoś już umiałam.
Dwa dni później zdawałam zaległe kolokwium z języka niemieckiego oraz kolokwium zaliczeniowe z pracy socjalnej. Najlepsze jest to, że nie sprawdziłam o której godzinie mam pracę socjalną i ustaliłam z germanistką kolokwium w tym samym czasie. No, prawie w tym samym, bo pracę socjalną pisaliśmy dwadzieścia minut, zaś na niemiecki przeznaczone było 45 minut(czyli w moim wypadku ok. 25). Nie wiem dlaczego wykładowczyni z pracy socjalnej nie uwzględniła prośby opiekuna osób niepełnosprawnych o wydłużeniu mi czasu pisania. W każdym razie, gdyby nie to to może napisałabym wszystko ciut lepiej, zwłaszcza że znałam odpowiedzi. Ale z drugiej strony nie zdążyłabym wtedy napisać niemieckiego. Tutaj zaskoczenie - pomimo skróconego czasu udało mi się napisać test na 3,5, co uważam za niemały sukces. Zwłaszcza, że z języków nigdy nie czułam się mocna.
Drugie kolokwium(z kolejnego rozdziału) z niemieckiego pisaliśmy tydzień później. Zaczęło się o kosmicznej porze - 7:30 i trwało 45 minut. Było w zasadzie proste - zaliczyłam je na 4,5. Pięć minut po jego zakończeniu było jeszcze jedno kolokwium, tym razem sprawdzające nasze kompetencje językowe w czytaniu ze zrozumieniem i słuchaniu. I znowu ku mojemu zaskoczeniu dostałam 4,5. W efekcie na zakończenie semestru wyszła mi piękna czwórka.
W międzyczasie miałam egzaminy ze wspomnianych wcześniej socjologii ogólnej(pedagogika) i socjologii wychowania(pedagogika). Ćwiczenia poszły mi nawet dobrze, zważając na to, że na większości z nich mnie nie było. Co nie oznacza, że nie mogło pójść lepiej. No, dobrze, nie marudzę. Wszak wiedziałam na co się piszę, decydując się na drugi kierunek. Również te egzaminy miałam w formie zdalnej. Niejako poznałam już nieobliczalność prowadzącej i wiedziałam, że to, o czym mówi nie jest tożsame z faktycznym stanem rzeczy. Dzięki temu nastawiłam się od początku na wersję bardziej pisarską niż zaznaczarską, co niejako pomogło mi zaliczyć oby dwa egzaminy w pierwszym terminie. I to z całkiem dobrą notą. Swoją drogą zastanawia mnie ile zajmuje tej kobiecie sprawdzenie papierowych wersji egzaminu, skoro te elektroniczne tak długo jej zajmowały czasu.
Drugi tydzień sesji egzaminacyjnej rozpoczęłam od egzaminu z psychologii rodziny i małżeństwa(nauki o rodzinie). Chociaż też sporo opuściłam zajęć, to udało mi się całkiem nieźle zaliczyć i wykłady i ćwiczenia. Było to dla mnie totalnym zaskoczeniem, ponieważ nie byłam pewna, czy dobrze napisałam projekt z analizy rodziny. No, ale skoro dostałam maksymalną ilość punktów to chyba wszystko było ok. W takich momentach dziękuję, że istnieje RODO. Wyniki były zbiorcze, ale zamiast nazwisk były wymieszane numery indeksów. Przynajmniej nie będzie jęków, że nie chodzi, a ma dobre oceny. No tak, sporo opuszczam, ale staram się na bieżąco uzupełniać braki.
Pod koniec musiałam jeszcze zdać drugą partię materiału z Kościoła wobec rodziny(nauki o rodzinie) oraz napisać egzamin z filozofii(pedagogika). Obydwa poszły mi na plus, chociaż jestem zupełnie niezadowolona z wyniku z Kościoła wobec rodziny. I tu jest pewien paradoks - z zaliczenia, do którego podeszłam zdenerwowana dostałam lepszą ocenę niż do tego, które wydawało mi się łatwiejsze i podeszłam do niego na totalnym luzie. Filozofia była dla mnie bajkowa. Dopiero teraz doceniłam to trzepanie nas na Uniwersytecie Papieskim z tego przedmiotu - być może dzięki temu zaliczenie poszło mi lepiej, niż mogłam się tego spodziewać.
Oprócz tego miałam do zaliczenia jeszcze moduł praktykowy(pedagogika) i wychowanie fizyczne(pedagogika), ale pierwszy z nich polegał na oddawaniu w terminie sprawozdań z wizyt w poszczególnych placówkach, a drugi na zrobieniu prezentacji multimedialnej(nie ma to jak w-f on-line), więc musiałabym się bardzo postarać, aby tego nie zaliczyć. Jeszcze miałam teoretycznie taki przedmiot jak psychologia rozwojowa(pedagogika), jednak udało mi się przepisać ocenę z tego samego przedmiotu, ale realizowanego na naukach o rodzinie.

Ufff i to chyba wszystko. Teraz tylko pozostaje mi zaliczyć tą całą antropologię kulturową, ale chyba to co najgorsze i najbardziej wymagające już za mną. Łatwo nie było, zwłaszcza przy kilku zaliczeniach tego samego dnia, ale się udało. Paradoksalnie zdalna sesja podziałała na moją korzyść - nie musiałam przypominać nauczycielom o moim problemie z ręcznym pisaniem, bo i tak wszystkie egzaminy miały formę komputerową. Wszystkie też, nie licząc jednego, były przed południem, a więc spokojnie mogłam po nich dojechać do pracy. Jeden, na szczęście pisemny, zdawałam wracając pociągiem do domu(niech żyje wi-fi w Kolejach Śląskich). Często też powtarzałam sobie materiał w drodze do, albo z, Katowic. No i nie zostałam całkowicie pochłonięta przez wir nauki. A to wspomnienie św. Jana Bosko w parafialnym kościele, a to bieg... Uzyskane średnie całkowicie mnie satysfakcjonują - z nauk o rodzinie powyżej 4,5, z pedagogiki, nawet w przypadku zaliczeniu antropologii na 3(bo opcji, że w ogóle nie zaliczam nie uznaję), będę miała coś w okolicach 4,4. Może i stać mnie na więcej, ale mnie to w zupełności wystarczy. 
Drugi semestr pedagogiki i czwarty semestr nauk o rodzinie przede mną :).
A takie piękne niebo udało mi się uchwycić, gdy tydzień temu szłam na trening

czwartek, 17 lutego 2022

1401. Nasze tajemnicze koty

Czy kot jest z kości, czy też z gumy? - ciało kota składa się z 230 kości(aż 10% z nich znajduje się w ich ogonie). Mimo to potrafi przecisnąć się przez wąskie szczeliny. Jest to możliwe, ponieważ koty mają mocno zredukowane obojczyki, które tkwią schowane głęboko w mięśniach.
Koty chodzą w specyficzny sposób, ponieważ jednocześnie poruszają obiema prawymi, a następnie obiema lewymi łapkami. W podobny sposób chodzą żyrafy. Natomiast koci ogon pomaga mu w zachowaniu równowagi. Ucho kota może obrócić się o 180 stopni dzięki znajdującym się w nim mięśniom. Pomaga to im wychwycić zagrożenia i lepiej zlokalizować zdobycz.
Wibrysy kota znajdują się nie tylko na policzkach, ale również nad oczami, na podbródku, wewnętrznej stronie przednich łap, dolnej i górnej wardze oraz pomiędzy palcami. Przy ich pomocy kot jest w stanie ocenić, czy da radę przecisnąć się przez dany otwór. Wibrysy pomagają także w poruszaniu się w ciemnościach oraz orientacji w terenie. Znajdujące się na łapach włosy czuciowe informują kota o podłożu, na jakim znajduje się ofiara. Dzięki temu kot wie, czy ma wyciągnąć pazury, aby wyhamować.
Kotu umieją skakać na wysokość, która przewyższa ich wzrost niemal sześciokrotnie. Dla nich istnieje też przestrzeń pionowa - w wielkość danego pomieszczenia wlicza się też półki, szafki itp. Dlatego warto zdecydować się na zamontowanie na ścianach specjalnych półeczek, wycieraczek, mat i hamaków dla mruczków.
Wzrok, węch, smak - co warto wiedzieć na ten temat? - w kocim oku przeważają pręciki odpowiadające za postrzeganie ruchu i widzenie nocne(czarno-białe) nad wpływającymi na ostrość i widzenie barw czopkami. Pozwala to dostrzegać kotom ruch przy minimalnym świetle, jednak kolory jakie widzą są nieliczne i w dodatku wyblakłe. Kot dostrzega barwę niebieską, żółtą, zieloną i fioletową, zaś kolor czerwony widzi jako zielono-żółte plamy.
Kot nie jest w stanie zobaczyć tego, co znajduje się bezpośrednio przed jego nosem. Najlepiej widzi przedmioty oddalone o 2-6 metrów od niego. Kocie pole widzenia wynosi 200 stopni(człowieka to 180), jednak wyostrzone jest to, co znajduje się w centrum jego wzroku. W widzeniu pomaga im węch i wibrysy - to za ich przyczyną "dostrzegają" to, co znajduje się bezpośrednio przed nimi.
Odcisk nosa kota można porównać do naszych linii papilarnych. W dodatku dzięki wyostrzonemu zmysłowi węchu potrafią "spróbować" zapachu. Wystarczy, że coś powąchają, a już wiedzą, jak to smakuje. 
Koci język nie posiada kubków smakowych, dzięki którym mruczek mógłby zasmakować słodyczy. Jeśli przyłapaliśmy zwierzę na tym, jak wylizuje zagęszczone mleko skondensowane z puszki znajdującej się na blacie, to nie robił tego dlatego, że mu smakuje. Kot nie czuje jak my słodkiego smaku, a cukier jest wręcz zbędny w jego diecie. Co więcej, skosztowanie słodyczy może być dla niego wręcz niebezpieczne.
Zabawa a polowanie - kot jest co prawda zwierzę udomowione, nie oznacza to jednak, że pozbył się naturalnych odruchów. Zarówno dzikie, jak i domowe koty, odczuwają potrzebę polowania. W skład schematu łowieckiego kota wchodzą takie elementy jak: wypatrywanie ofiary, skradanie się, pościg, złapanie ofiary, zabicie, rozszarpanie, zjedzenie, kocia toaleta oraz sen.
Wspólna zabawa z kotem powinna trwać ok. 10-20 minut. Najważniejsze w niej jest to, aby kociak miał możliwość zapolowania, toteż najlepiej sprawdzają się kijki z szeleszczącymi piórkami, piłki na lince bądź nakręcane myszki. Po zabawie należy wręczyć kotu smakołyk lub posiłek, a także pozwolić mu się wymyć i odpocząć.
Mając na uwadze przedstawiony schemat, laser nie jest najlepszą zabawką dla kota. Sprawdzi się on tylko przy mruczkach o dużym temperamencie, które trudno jest zmęczyć. Kot może przez chwilę polować na czerwoną kropkę, potem jednak lepiej zmienić zabawkę na inną, taką jaką będzie mógł złapać i przez chwilę pogryźć.
Dzieci co prawda mogą bać się z kotami, ale należy nadzorować ich zabawy. Nie powinno się też kupować kotów dla dziecka na prezent. To żywe stworzenie, którym trzeba się zająć, a dzieci bardzo często nie zdają sobie z tego sprawy. Skutek jest taki, że później odpowiedzialność za kota spoczywa na barkach rodziców.
Fakty, informacje, wiadomości - co warto wiedzieć o dachowcach - dachowiec jest najczęściej spotykanym kotem nie tylko w naszym kraju, ale i na świecie. Jeżeli kot nie ma rodowodu, nie jest uznawany za kota rasowego, nawet w przypadku, kiedy takiego przypomina. Kot dachowy nazywany jest często kotem europejskim, ponieważ na pierwszy rzut oka jest do niego podobny. Jest to błąd - kot europejski to uznana rasa, która ma własny wzorzec. Kota europejskiego krótkowłosy najczęściej hodowany jest w krajach skandynawskich.
Najładniejsze koty podawane w rankingach to zwierzęta rasowe. Wynika to z faktu, że koty dachowe nie mają określonego wzorca, a z ich krzyżówek tak naprawdę powstają przypadkowe odmiany. Taki kot co prawda będzie nie powtarzalny i może okazać się najpiękniejszym kotem na świecie, lecz bardzo mało osób będzie miało okazję czegoś się o nim dowiedzieć. 
Rankingów nie należy też traktować dosłownie, ponieważ każdemu będzie podobać się coś innego. Jedni będą podziwiać duże i puchate koty, a inni małe i bezwłose.
Koty rasowe nie tylko mają określony wygląd, ale i charakter. Może on w większym lub mniejszym stopniu od wzorca, ponieważ na usposobienie kota wpływają też czynniki zewnętrzne, takie jak kontakt z człowiekiem. Kot, z natury przyjacielski i towarzyski, może stać się nieśmiały i wycofany, jeżeli doznał jakiejś krzywdy. Zazwyczaj decydując się na rasowego kota, można spodziewać się, jaki będzie jego temperament. W przypadku kota dachowego to jedna wielka loteria.

A tak zareagowała Pusia na propozycję uwiecznienia jej na zdjęciu

środa, 16 lutego 2022

1400. Tajemnica rodziny Grzeszolskich

Pierwszy raz zetknęłam się z tą rodzinną tragedią czytając cztery lata temu "Tal" autorstwa Zbigniewa Białasa. Śmierć Anny Grzeszolskiej, a następnie bliźniąt, Jerzego i Lucyny, oraz ponowne zawarcie przez Pawła Grzeszolskiego związku z dużo młodszą Pelagią, wstrząsnęła tutejszą opinią publiczną. Ułożono nawet przyśpiewkę na melodię "Ułani, ułani" - "Na ulicy Rybnej pod numerem trzecim, zabił pan Grzeszolski żonę z dwójką dzieci". Co prawda numer domu w którym mieszkała rodzina był inny, ale... Sosnowiczanie rozpoczęli nagonkę na mężczyznę, zwłaszcza kiedy sekcje zwłok dzieci ujawniły, że w ich organizmach znajdują się ślady śmiertelnego talu. Co prawda można go było wtedy zdobyć bez większych problemów(stosowano go jako trutka na szczury albo składnik wielu kosmetyków, także tych wyrabianych domowymi sposobami), jednak cała sprawa była co najmniej dziwna. Jeszcze dziwniejsze wydawało się to, że sąd ostatecznie uniewinnił mężczyznę z zarzucanych mu czynów. Nagonka okazała się jednak tak duża i obciążająca psychikę Pawła, że postanowił skończyć ze sobą oraz pomóc umrzeć Pelagii. Jemu się to udało, Pelagię odratowano.
Nie mnie oceniać, czy Paweł Grzeszolski był winny, czy nie. Mogę się jedynie domyślać, że w tamtym okresie sprawa była podobnie nagłośniona, jak dekadę temu rzekome zaginięcie małej Madzi w tym samym mieście(swoją drogą wersja z uprowadzeniem dziecka od początku wydawała mi się podejrzana). I myślę, że wywoływała nie mniejsze emocje. Tylko kanały zdobywania informacji na dany temat były inne. Prasa, najpierw lokalna, a następnie ogólnopolska, skrupulatnie i na bieżąco opisywała całą sprawę, w tym rozprawy sądowe.
Przeglądając zasoby internetowe trafiłam na autentyczny reportaż z "tamtych czasów" przedrukowany we współczesnym dzienniku. Rzuca on niejako światło na sprawę, a zarazem dosyć ciekawie opisuje całą sytuację. Mnie samą zadziwiła rzetelność, z jaką został napisany.

16 II 1937. Samobójstwo małżeństwa Grzeszolskich
Duży Format, Włodzimierz Kalicki, 16 lutego 2004 r. 
"Gdy po kolejnej porcji mąż stracił przytomność, szybko połknęłam resztę pigułek" 

Dziś powinna się obudzić. Lekarze krakowskiego szpitala św. Łazarza zapowiedzieli wczoraj, że najsłynniejsza od trzech dni w Polsce pacjentka następnego dnia będzie na tyle przytomna, by móc rozmawiać. I rzeczywiście. Wczesnym rankiem pielęgniarka wizytująca separatkę na pierwszym piętrze dostrzega przytomny wzrok Pelagii Grzeszolskiej. Zbiega się personel medyczny. Pacjentka jest wymizerowana po ciężkim zatruciu luminalem i trzydniowej śpiączce, ale myśli logicznie i z każdym pytaniem lekarzy przypomina sobie coraz więcej. Opowiada, że swego męża, Pawła, kochała tak bardzo, że postanowiła umrzeć razem z nim. Mgliście przypomina sobie ostatni dzień spędzony z mężem. Przed kilkoma dniami oboje przyjechali do Krakowa i zatrzymali się w Hotelu Polskim przy ul. Floriańskiej. Wypełniając hotelową kartę meldunkową, Grzegolski podał się za Antoniego Woźniaka, brata swojej żony, Pelagii, a ją samą, dużo od siebie młodszą, przedstawił jako swą córkę. Przed trzema dniami mąż przyniósł do hotelowego pokoju sześć fiolek luminalu. W każdej było dziesięć tabletek. Wyliczył, że jako dorosły mężczyzna, dwukrotnie starszy od 24-letniej Pelagii, powinien brać porcje po 3,5 tabletki, a ona - po 2,5. Siedli na łóżkach i co pewien czas zażywali je na przemian.
- Gdy po kolejnej porcji mąż stracił przytomność, szybko połknęłam resztę pigułek i natychmiast zasnęłam - kończy opowiadać Pelagia Grzeszolska i w tym momencie nagle zasypia. Lekarzy czekają, aż sama się ocknie. Budzi się wkrótce. Płacze. Przez łzy mówi o mężu.
Kilka razy powtarza: - Za co go wtrącili do więzienia, przecież on jest niewinny i swoje dzieci kochał!
Lekarze orientują się w tym momencie, że ich pacjentka jest przekonana, że skoro uratowano ją, to i mąż żyje. Chwila konsternacji, ale nikt nie daje po sobie poznać, że jest inaczej. Kobieta znów nagle zasypia.
Gdy budzi się, czeka na nią lekkie śniadanie. Pokrzepiona, dopytuje się o matkę i siostry. Powtarza, że matkę bardzo kocha. Ktoś z personelu pyta ją, dlaczego wobec tego naraziła ją na tak wielkie zmartwienie.
Pelagia Grzeszolska odpowiada bez namysłu: - Bo męża swego kocham jeszcze bardziej!
Ich związek zaczął się przed siedmiu laty w Krakowie. Dobrze sytuowany handlowiec z sosnowieckiej spółki akcyjnej rur i wodociągów, a przy tym właściciel niewielkiego przedsiębiorstwa spawania rur, stateczny mąż i ojciec 12-letnich bliźniąt zakochał się bez pamięci w urodziwej 17-latce Pelagii Staciwińskiej. Z wzajemnością. Jego żona rychło dowiedziała się o romansie. Za wszelką cenę usiłowała zatrzymać męża i wybić mu z głowy przelotną - jak uważała - miłostkę. Ale Grzeszolski nie widział życia poza piękną Pelagią. Na ukradkowych spotkaniach z ukochaną w Krakowie i na awanturach w domu minęły mu ponad dwa lata. Nieoczekiwanie w styczniu 1933 roku jego żona zmarła. Tuż przed śmiercią silnie wymiotowała i skarżyła się na bóle brzucha. Lekarz bez oporów podał jako przyczynę zgonu podpowiedziane przez męża otłuszczenie serca - zmarła, przy wzroście nieco mniejszym niż przeciętny, ważyła ponad 100 kg.
Grzeszolski przestał ukrywać swój związek z Pelagią Staciwińską. Miał nadzieję, że jego dzieci ją zaakceptują i wszyscy zamieszkają razem. Ale Jurek i Lucyna nie szczędzili wymówek ojcu i jego ukochanej. Z czasem awantury obojga dzieci z ojcem były coraz częstsze.
W grudniu 1933 roku, po zjedzeniu obiadu, Jurek i Lucyna poczuli się bardzo źle. Męczyły ich bóle brzucha, wymioty i dotkliwe kłucie w skórze twarzy. Ich ciotka stwierdziła wieczorem, że użyta do zupy śmietana była bardzo dziwna - na jej dnie znajdowały się podejrzane grudki. Paweł Grzeszolski stanowczo sprzeciwił się jednak oddaniu zupy do zbadania przez lekarza.
Napady wymiotów i kłucia w skórze twarzy po posiłkach powtórzyły się w rodzinie Grzeszolskich jeszcze kilka razy. Rozchorowała się także służąca. Tylko sam Grzeszolski cieszył się niezmiennie dobrym zdrowiem. W lutym Jurek Grzeszolski zaczął narzekać na bóle nóg, bezsenność i ból w piersiach. Po kilku dniach z powodu okropnego bólu w stopach poprosił o zwolnienie z gimnastyki w szkole. Chłopiec marniał w oczach. Pojawiła się żółtaczka. Czuł się bardzo źle, ale mimo cierpień chodził o lasce do szkoły. Podobne objawy wystąpiły u jego siostry. Oboje zaczęli łysieć. Ojciec niechętnie zgodził się na wizytę lekarza, a potem zaczął leczyć syna u znachora. W marcu Jerzy zmarł. Po śmierci brata Lucyna przestała kryć się z wrogością do ojca. Wyprowadziła się do krewnych matki. Ale Paweł Grzeszolski codziennie donosił tam posiłki dla córki, które krewni - ludzie niezamożni - podawali dziewczynce. Zmarła w maju.
Ocalała tylko służąca Maria. Gdy po którymś z posiłków poczuła się bardzo źle, wyjechała do rodziny na wieś. Chorowała długo i nie wróciła w pełni do zdrowia.
W Sosnowcu aż huczało od plotek o tajemniczych zgonach w rodzinie Grzeszolskich. Także lekarze stykający się z obojgiem bliźniaków mieli wątpliwości co do przyczyn ich śmierci. Władze nakazały ekshumacje. Zbadanie przyczyn zgonów zlecono najsłynniejszemu polskiemu ekspertowi medycyny sądowej prof. Janowi Stanisławowi Olbrychtowi. Badania zwłok obojga dzieci wykazały obecność śmiertelnych dawek związków talu.
Paweł Grzeszolski został aresztowany. Sędziemu śledczemu wyjaśnił, że powodem śmierci Jurka i Lucyny były dziedziczne obciążenia po ich matce, które spowodowały zapalenia rdzenia kręgowego i zapalenia wielonerwowe. Nie wykluczył, że do ich upośledzenia przyczyniła się także przebyta przez niego w młodości choroba weneryczna.
Prof. Olbrycht przyjął rewelacje Grzeszolskiego sceptycznie. Z policyjnego wywiadu wynikało niezbicie, że Jurek był chłopcem bardzo inteligentnym, mimo trudnych warunków domowych do końca świetnie uczącym się w szkole. Ani on, ani Lucyna - aż do czasu śmiertelnej choroby - nie mieli kłopotów ze zdrowiem. Ale z udowodnieniem, że padli ofiarą zabójstwa, prof. Olbrycht miał spory kłopot. Ale z udowodnieniem, że padli ofiarą zabójstwa, prof. Olbrycht miał spory kłopot. Tal był trucizną rzadką, niespotykaną dotąd w medycynie sądowej. Profesor odkrył, że w literaturze fachowej pierwszy raz opisano przypadek śmierci wskutek zatrucia talem raptem przed sześciu laty. Po skrupulatnych badaniach i konsultacjach ze sławami światowej kryminalistyki prof. Olbrycht ustalił, że śmierć Jurka i Lucyny nastąpiła wyłącznie wskutek zatrucia talem(w zwłokach ich matki trucizny nie znaleziono, w organizmie dochodzącej do siebie na wsi służącej Marii - i owszem, całkiem niemało). Niemożliwe okazało się ustalenie, jaką dawkę podano dzieciom, i rozstrzygnięcie, czy było to otrucie jednorazowe, czy też trucie rozciągnięte w czasie.
Z dwóch dostępnych na rynku źródeł związków talu ekspert ostrożnie zasugerował jako narzędzie zbrodni trujące ziarna przeciw gryzoniom marki Zelio, wykluczył zaś maść depilacyjną dla pań Koremlu.
Los Pawła Grzeszolskiego wydawał się przesądzony, mimo iż jego obrony podjął się słynny - i bardzo drogi - warszawski obrońca dr Hofmokl-Ostrowski. Opinia publiczna w Sosnowcu nie doceniła głośnego adwokata. Nie obronił swego klienta przed wyrokiem skazującym na śmierć. Przekonał jednak sędziów II intencji, że sąd w Sosnowcu uległ naciskowi wzburzonej opinii publicznej. Grzeszolski został uniewinniony.
Dwa miesiące później poślubił swą ukochaną. Szczęścia jednak nie zaznał. Wrogość sosnowiczan była tak wielka i powszechna, że oboje wychodzili z mieszkania tylko nocą. Spółka wodociągowa wymówiła mu posadę i utrzymywał się z żoną z zasiłku dla bezrobotnych. Co więcej, wielki dług 2. tys. zł wobec adwokata zmusił go do sprzedaży fabryczki rur grubo poniżej realnej wartości.
Nie to jednak było najgorsze. Jego sprawa trafia do Sądu Najwyższego w Warszawie. Sąd Najwyższy uchylił uniewinniający Grzeszolskiego wyrok apelacyjny i przekazał sprawę do ponownego rozpatrzenia w Sosnowcu, tyle że przez inny skład sędziowski. Policja otrzymała nakaz aresztowania, ale małżonkowie Grzeszolscy znikli.
Ukrywali się w pensjonatach w Krynicy i w Wiśle, potem u rodziny Pelagii. W końcu zimna krew i niebywała odporność psychiczna opuściły Pawła Grzeszolskiego. Zdecydował się popełnić samobójstwo. Przed tygodniem przyjechał z Pelagią do Krakowa. W pokoju nr 7 Hotelu Polskiego spisał trzy listy: do rodziny żony, do adwokata i do władz sądowych. Nie przyznał się do winy: "Odchodzimy stąd dlatego: 1) mamy już dosyć widowiska, które z nami urządzono. To, cośmy przeszli, żadne serce ludzkie przejść by nie było w stanie...". Późnym wieczorem otworzył pierwszą fiolkę luminalu.
Około 15.00 przed szpitalem św. Łazarza kłębi się tłum rodzin chorych. Są też dziennikarze. Prasa szczegółowo relacjonuje stan zdrowia niedoszłej samobójczyni. Punktualnie o 15.00 brama szpitalna zostaje otwarta dla odwiedzających. Przed izolatką, w której pod opieką pielęgniarki leży Pelagia Grzeszolska, zjawiają się jej brat i szwagier. Lekarze zobowiązują obu, by nie zdradzili chorej, że jej mąż nie żyje. Pacjentka nie zważa na obecność personelu szpitalnego w swoim pokoiku. Serdecznie wita się z gośćmi, pyta o matkę. Płacze, gdy uświadamia sobie, ile przysporzyła jej zgryzot, ale zarazem przypomina sobie o mężu. Na szczęście Pelagia ciągle jest niezbyt przytomna(ma też kłopoty ze wzrokiem i z oddychaniem). Wyjaśnień brata słucha nieuważnie.
Nagle rozmarzona oświadcza, że przed laty o jej rękę starało się kilku atrakcyjnych mężczyzn, którzy niewątpliwie daliby jej dużo szczęścia, ale nie tak wiele przecież, jak dało jej małżeństwo z Pawłem Grzeszolskim.
 - Choć wszyscy są przeciw memu mężowi, ja jedna stoję przy nim i jestem najgłębiej przekonana, że on dzieci nie otruł. Ja także jestem z nim szczęśliwa.



Ciekawostką jest, że grób w którym spoczywają Anna, Lucyna i Jerzy Grzeszolscy znajduje się na jednym z sosnowieckich cmentarzy.

poniedziałek, 14 lutego 2022

1399. Wpis niewalentynkowo-rocznicowy

Chociaż w dniu dzisiejszym obchodzone są walentynki, mój post będzie całkowicie odbiegał od tego tematu. 14 luty to także rocznica powstania Armii Krajowej, o czym nie wszyscy wiedzą.

Żołnierze batalionu kpt. Kazimierza Filipowicza „Kord”, czerwiec 1944, ze zb. Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej Okręg WołyńZ pojęciem "Armia Krajowa" bardziej kojarzyć nam się może dzień 27 września, kiedy to obchodzony jest w naszym kraju Dzień Polskiego Państwa Podziemnego - święto wszystkich żołnierzy Armii Krajowej. Jednak tak naprawdę jest to data upamiętniająca dzień zawiązania pierwszej ogólnopolskiej organizacji konspiracyjnej, która była podporządkowana Rządowi RP: Służby Zwycięstwu Polskiemu(SZP). Organizacja ta została szybko przekształcona w Związek Walki Zbrojnej.
Utworzony na emigracji rząd Polski miał pewne wątpliwości co do politycznego wizerunku SZP. i postanowił utworzyć organizację bezpośrednio podporządkowaną władzom polskim na uchodźctwie.
W grudniu 1939 roku Naczelny Wódz zalecił scalenie całego podziemia w ramach ZWZ. W związku z tym wydano odpowiednią uchwałę, która brzmiała: "wszystkie istniejące w kraju organizacje pokrewne muszą się podporządkować ustanowionym przez Naczelnego Wodza komendantom ZWZ". Gen. Tadeusz Komorowski „Bór”
Jednak to nie nazwa ZWZ jest dzisiaj symbolem oporu społeczeństwa wobec okupantów. Ogólnopolska organizacja, utworzona w 1939 roku, to dla większości z nas po prostu Armia Krajowa.
Tak właściwie tylko historycy i osoby zainteresowane dziejami konspiracji znają datę 14 lutego 1942 r. To wtedy oficjalnie zaczęła funkcjonować nazwa-symbol, która obejmowała całokształt wysiłku zbrojnego polskiej konspiracji - "Armia Krajowa". Wszystko za sprawą przesłanej do kraju depeszy, napisanej Naczelnego Wodza, gen. Władysława Sikorskiego, która brzmiała następująco:

"Dnia 14 lutego 1942 r.
Kalina

W ślad za moim rozkazem I.2936 z dnia 3 IX 1941 r.
1. Znoszę dla użytku zewnętrznego nazwę 
ZWZ - wszyscy żołnierze w czynnej służbie wojskowej w Kraju stanowią "Armię Krajową" podległą Panu Generałowi, jako jej dowódcy
2. Stanowisko Pana Generała nosi nazwę Dowódcy Armii Krajowej [...]
Naczelny Wódz
Sikorski
Generał broni
".

Gen. Stefan Rowecki „Grot”Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że taki zabieg polega tylko na samej zmianie nazwy. Nic bardziej mylnego. Przemianowanie ZWZ na AK to przede wszystkim istotny akt polityczny. Nawiązane niedawno stosunki pomiędzy rządem polskim i sowieckim nie rokowały pozytywnej współpracy. Niechęć Sowietów do formowania Armii Polskiej w Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich (ZSRS), która w dodatku byłaby niezależna od wpływu władz sowieckich, była wyraźnie widoczna. Tendencja do faktycznego podzielenia formującej się armii na małe oddziały, które rzucane osobno na front, zostałyby zmasakrowane, była wyraźnie widoczna. Dzięki takiemu zabiegowi Armia Polska w ZSRS nie byłaby już tak dużym problemem politycznym.
W dodatku Sowieci podnosili niechęć generała Władysława Andersa do realizowania takiej taktyki jako brak zaangażowania się Polski w walkę z III Rzeszą i jej koalicjantami. Przemianowanie ZWZ na Armię Krajową miało dobitnie udowodnić, że cały czas w Polsce toczy się walka, trwają działania dywersyjne wraz z przygotowaniami do wielkiej akcji zbrojnej, jaką miało być powszechne powstanie (tzw. akcja "Burza"). Armia Krajowa była armią, która bezustannie toczyła walkę z okupantem, a zarazem odegrała bardzo istotny wkład w działania zbrojne koalicji antyhitlerowskiej.
Przemianowanie WZW na Armię Krajową miało też wymiar o charakterze symbolicznym. Pokazywało, że istnieją trzy części Polskich Sił Zbrojnych, takie jak Armia Polska na Zachodzie, Armia Polska w ZSRS oraz Armia Krajowa. Z ich wszystkich ta ostatnia prowadziła najintensywniejszą walkę zbrojną.

Gen. Leopold Okulicki „Niedźwiadek”Innym powodem zmiany nazwy był proces scalania wszystkich konspiracyjnych sił zbrojnych w Polsce. W kraju, który znalazł się pod okupacją, zaczęły powstawać liczne organizacje konspiracyjne, tworzone zarówno przez ugrupowania polityczne, organizacje społeczne czy wreszcie samych żołnierzy. Koniec 1939 roku okazał się "wysypem" organizacji konspiracyjnych w całym kraju. Część z nich zniszczyło gestapo, NKWD czy też litewska policja bezpieczeństwa - Sauguma, części udało się jednak przetrwać ten pierwszy okres, ucząc się przy tym zasad obowiązujący w konspiracji. Sama akcja scaleniowa przebiegała jednak dosyć powoli. Na przeszkodzie stały tak samo ambicje poszczególnych przywódców organizacji, jak i sama nieufność do organizacji, której obawiano się ze względu na jej charakter polityczny. Bano się przede wszystkim tego, że Związek Walki Zbrojnej będzie kontynuował przedwojenną "politykę sanacyjną". Rząd przedwojenny, posądzony o klęskę we wrześniu 1939 roku, był dla wielu konspirantów elementem, którego nie chcieli zaakceptować. W celu podkreślenia apolityczności wojskowej organizacji, zrezygnowano ze Związku na rzecz Armii Krajowej, będącej częścią Polskich Sił Zbrojnych. I taki krok szybko przyniósł konkretne efekty.
W latach 1942-1943 scalanie organizacji wojskowych w naszym kraju nabrała tempa. Dowództwu AK powierzono największe organizacje, takie jak Narodowa Organizacja Wojskowa, siła zbrojna Stronnictwa Narodowego i Bataliony Chłopskie oraz organizacja wojskowa Stronnictwa Ludowego. Uznawały one Rząd RP, ale zachowywały swoistą niezależność. Stan zaprzysiężonych żołnierzy AK przekroczył liczbę 300 tysięcy osób. Poza Armią Krajową pozostał też niewielki odłam Narodowych Sił Zbrojnych, w dalszym ciągu nieufny do działalności reszty podziemia. Dodatkowo NSZ uważały Związek Sowiecki za pierwszorzędnego wroga Polski, obok hitlerowskich Niemiec, i tak go traktowały. Stąd wzięły się opory w scaleniu z Armią Krajową, która deklarowała współpracę wywiadowczą i militarną z sojusznikiem naszych sojuszników".
W ramach Armii Krajowej skupiła się niemal cała patriotyczna część narodu polskiego. Dzięki zjednoczeniu wysiłku można było zaplanować śmiałe przedsięwzięcia militarne, takie jak plan powstania strefowego o kryptonimie "Burza". Mając setki tysięcy żołnierzy-ochotników przygotowano plany odtworzenia Sił Zbrojnych mających kontynuować walkę zbrojną jako regularne wojsko.
Nazwa Armia Krajowa jednoczyła ludzi po jej formalnym rozwiązaniu. Organizacje pozostające w konspiracji i prowadzące pracę niepodległościową poprzez walkę z komunistycznym okupantem, przyjmowały takie nazwy jak: Ruch Oporu Armia Krajowa, Armia Krajowa Obywateli czy też Okrąg Wileński Armii Krajowej. W relacji z okresu powojennego pojawiały się określenia "to nasi akowcy" dla oznaczenia zbrojnego podziemia niepodległościowego. Również w późniejszym okresie nazwa AK była jednym ze znaczących symboli niepodległości.
W ramach badań prowadzonych w całej Polsce przez IPN ustalono funkcjonowanie w latach 1945 - 1955 przynajmniej 955 organizacji młodzieżowych, szczególnie po rozbiciu podziemia zbrojnego. Co najmniej 1/4 z nich w swoich nazwach nawiązywała do AK, a zdecydowana większość opierała swoją działalność na etosie organizacji.
Dlaczego nazwa Armia Krajowa zastąpiła w naszej pamięci Służbę Zwycięstwu Polski i Związek Walki Zbrojnej? Słowo "Armia" brzmi dużo inaczej niż "Służba" lub "Związek". Jest bardziej bojowe, wyraźniejsze propagandowo oraz zdecydowanie bardziej odpowiadało rzeczywistości. W epokowym dziele dotyczącym historii Polskich Sił Zbrojnych, które zostało wydane w Londynie w latach czterdziestych, tom poświęcony Polskiemu Państwu Podziemnemu zatytułowany został "Armia Krajowa". A zatem wydany 14 lutego 1942 roku rozkaz był niejako usankcjonowaniem istniejącej już sytuacji. Żołnierze podziemia czuli się bardziej żołnierzami podziemnej armii niż członkami konspiracyjnego związku czy służby. Nazwa ta, według nich, wiarygodniej określała ich działalność. Dlatego warto zapamiętać datę 14 lutego 1942 r.

Przysięga żołnierzy Armii Krajowej

Przyjmowany: W obliczu Boga Wszechmogącego i Najświętszej Maryi Panny, Królowej Korony Polskiej, kładę swe ręce na ten Święty Krzyż, znak Męki i Zbawienia, i przysięgam być wiernym Ojczyźnie mej, Rzeczypospolitej Polskiej, stać nieugięcie na straży Jej honoru i o wyzwolenie Jej z niewoli walczyć ze wszystkich sił - aż do ofiary życia mego. Prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej i nakazom Naczelnego Wodza oraz wyznaczonego przezeń Dowódcy Armii Krajowej będę bezwzględnie posłuszny, a tajemnicy niezłomnie dochowam, cokolwiek by mnie spotkać miało.

Przyjmujący: Przyjmuję Cię w szeregi Armii Polskiej, walczącej z wrogiem w konspiracji o wyzwolenie Ojczyzny. Twym obowiązkiem będzie walczyć z bronią w ręku. Zwycięstwo będzie Twoją nagrodą. Zdrada karana jest śmiercią.

Na podstawie: https://ipn.gov.pl/pl/aktualnosci/38719,Powstanie-Armii-Krajowej.html

niedziela, 13 lutego 2022

1398. "Gościnnie" na Zimowym Biegu Zbója

Kilka dni temu zadzwonił do mnie Domino. Akurat byłam w trakcie zaliczania drugiej części przedmiotu "Kościół wobec rodziny" i tak nie bardzo mogłam z nim w tym momencie rozmawiać. Oddzwoniłam jednak od razu, jak tylko rozłączyłam się z prowadzącym zajęcia. Pokrótce domyślałam się, o co może Dominowi chodzić - już w listopadzie chciał mnie zachęcić do wolontariatu podczas Górskiego Biegu Niepodległości, jednak tego samego dnia sama biegłam w biegu organizowanym w moim mieście. A że jeszcze nie umiem się samoistnie sklonować, to musiałam odmówić, niestety. Jednak już w zimowej odsłonie chciałam wziąć udział. Zwłaszcza zobaczywszy poniższy filmik reklamujący całą imprezę biegową.
Napisałam do organizatora meila i grzecznie czekałam na odpowiedź. Niestety, bez rezultatu. Za to, tak jak pisałam, zadzwonił Domino z pytaniem, czy będę(no dobrze, właściwie to ja oddzwoniłam i wtedy rozmawialiśmy). Pokrótce wyjaśniłam mu całą sytuację, obiecał, że zadzwoni i mi ten wolontariat załatwi. Do końca w to nie wierzyłam, ale i nie zwątpiłam na 100%. A jednak mu się udało i zadzwonił kilka minut później, aby przekazać mi tą wiadomość.
I tym sposobem w sobotni poranek o godzinie 5 rano jechałam w autobusie do Katowic, tak aby zdążyć na pociąg odjeżdżający o 5:55 do Żywca. Tym sposobem już o 7:20 byłam na miejscu. Teoretycznie w dalszą podróż miałam wyruszyć komunikacją miejską(bielskie Błonia znajdują się jakieś 6,5 km od głównego dworca PKP w Bielsko-Białej), jednak Domino załatwił mi podwózkę na miejsce zawodów. Żyć nie umierać. Ale nie byłby sobą, gdyby czegoś nie przekręcił.
 - Ty przyjechałaś z Tychów - zapytał mnie Adam, znajomy Domina.
 - Nie, z Katowic, a jeszcze konkretniej to z DG.
 - To dlaczego Domino powiedział, że mam Cię potem podrzucić do Tychów, bo tam mieszkasz?
Dobre pytanie, ale nie do mnie.
Na bielskie Błonia dojechaliśmy po kilku minutach. Co prawda parking dla zawodników był kawałek od miejsca startu/mety, jednak organizatorzy i wolontariusze mogli zostawić swoje pojazdy na parkingu na terenie imprezy. Po opuszczeniu samochodu zgodnie przyznaliśmy z żoną Adama, która też jechała z nami, że boisko służące za parking może z powodzeniem służyć za lodowisko. Było ślisko, to prawda, ostatnio jednak kupiłam sobie buty górskie, które zapobiegły mojej wywrotce.
Poszliśmy do biura zawodów, gdzie był sztab wolontariacki, aby dowiedzieć się, co mamy robić. To było ciekawe, pojechałam na wolontariat nie do końca wiedząc co będę robić. A z drugiej strony - tak ufałam Dominowi, że wiedziałam iż nie zostawi mnie na lodzie. Ledwie dotarliśmy na miejsce, zauważyłam mojego znajomego. Zresztą miał tak charakterystyczny strój, że nie sposób było go nie wyłapać w tłumie ludzi.
Szybko też znalazłam wolontariuszy, których poznałam na "Festiwalu Trzech Jezior". Chyba ucieszyli się na mój widok tak samo jak ja na ich :).
Arek, naczelny fotograf biegów górskich musiał utrwalić mnie i Domina(źródło zdjęcia)
Jak zdążyliście się zapewne zorientować z poprzednich tego typu postów, podczas kilku ostatnich wolontariatów byłam w biurze zawodów. Teraz jednak było ono całkowicie obstawione, dlatego poszliśmy z Dominem szukać odpowiedniego dla mnie zajęcia. W tym celu wróciliśmy się na obszar startu/mety. Najpierw Domin zaprowadził mnie do dużego, białego namiotu, gdzie wraz z Sabiną przygotowywałyśmy kawę i herbatę do samoobsługi(no wiecie, trzeba było rozsypać kawę do mniejszych kubków, podzielić jakoś torebki z herbatą, przygotować same kubki itp.), a następnie wróciłam na przysłowiowy start, aby porozstawiać na stoliku... bezalkoholowe piwa w puszkach. Jednym ze sponsorów biegu był bowiem "Lech", który też przekazał napoje dla każdego biegacza.

Starty biegów odbyły się w dwóch turach: o godzinie 9:00 wystartowali biegacze na 26 oraz 39 km.(odpowiednio 2 i 3 pętle), a następnie o 9:30 był start biegu na 13 km(czyli jedna pętla). Przed startem udało mi się obalić wszelkie prawa geometrii, a gdyby moje matematyczki i matematycy usłyszeli co powiedziałam, to anulowaliby mi wszystkie oceny celujące z ich przedmiotu na świadectwach. 
A było to tak: pewien biegacz zapytał mnie ile to jest te 26 kilometrów. To ja mu na to, że dwa, ale wyleciało mi z głowy słowo "pętla" i powiedziałam "kółka". Chociaż jednej pętli do koła było bardzo, ale to bardzo daleko. Na szczęście biegacz zrozumiał o co chodzi, ja zaś jeszcze dzisiaj śmieję się w duchu z tego "kółka"😂😂😂.
Po drugim starcie biegaczy mężczyźni zaangażowani w wolontariat poprzynosili kilka kartonów z medalami, które trzeba było poukładać dziesiątkami. Nie wiem z jakiego stopu zostały one wykonane, bo były dosyć ciężkie. Ale i bardzo mi się podobały wizualnie.
źródło zdjęcia
Tu się prezentuje jeszcze dokładniej(źródło zdjęcia)
Po rozpakowaniu i rozłożeniu medali była chwila wolnego, ponieważ pierwszych finiszujących z dystansu 13 km spodziewano się około godziny 11. Domino zabrał mnie więc na smażonki(smażone ziemniaki z boczkiem i kiełbasą, albo bez - wersja dla wegetarian). Nawet smaczne, chociaż ilość tłuszczu w misce nieco mnie przerażała. 
Po posiłku wróciłam na linię startu-mety i wraz z innymi oczekiwałam na pierwszych sportowców, którzy ją przekroczą.
Nasz medalowy team(źródło zdjęcia)
Zgodnie z przewidywaniami organizatorów, pierwsi finiszujący pojawili się na mecie po godzinie 11. Było też małe zamieszanko, ponieważ tak jak pisałam, trasa biegu na 26 i 39 km była identyczna jak dla 13 km, z tym, że trzeba było ją przebiec odpowiednio 2 i 3 razy. Dlatego w pewnym momencie na zbiegu naprawdę zaroiło się od uczestników biegu, a my szykowaliśmy się na prawdziwe oblężenie mety. Jakież było zaskoczenie, kiedy dobiegło na nią zaledwie kilka osób. Szybko jednak domyśliliśmy się, że reszta musiała odbić za hotelem(?) na dalszą część trasy.
Upragniona meta i medale(źródło zdjęcia)
Podobno w nocy przed biegiem padał śnieg, natomiast w sobotę od rana świeciło słońce, a temperatura była zdecydowanie na plus. Skutek tego był taki, że na mecie zrobiło się małe błotko. Bardzo często zdarzało się, że wbiegający na nią zawodnicy, chociaż w górach ani razu się nie wywrócili, to właśnie na mecie upadali. I to niekoniecznie ze zmęczenia, ale właśnie z powodu poślizgnięcia się na owym błocie. Kilka osób na mecie zrobiło tak jednak specjalnie - organizatorzy biegu mieli kilka voucherów na przyszłe biegi, którymi chcieli nagrodzić kilku zawodników za najbardziej spektakularne i widowiskowe przekroczenie mety. Tak więc kiedy tylko widać było na horyzoncie biegnącego na złamanie karku biegacza, odsuwano się na boki - nigdy nie było wiadomo w którą stronę poniesie go błoto.Na 
Na mecie(źródło zdjęcia)
Radość niektórych z ukończenia biegu była ogromna(źródło zdjęcia)
A inni wręcz prosili o wspólne zdjęcie(źródło zdjęcia)
Impreza kończyła się ok. godz. 19(biegacze na 39 km mieli na pokonanie trasy 9 godzin, czyli powinni byli przekroczyć metę najpóźniej o godzinie 18:00), mnie jednak udało się załatwić transport do samych Katowic z Adamem i Olą(to ci, którzy mnie odbierali z dworca kolejowego w BB). A że oni wracali do domu po 15, zabrałam się razem z nimi. Prawdę mówiąc, po tej 14 godzinie na metę wbiegały już pojedyncze osoby, więc nie potrzebowali aż tylu wolontariuszy. Pożegnałam się więc z organizatorami i z Dominem(nota bene sprawcą mojej obecności na biegu) i wraz z Olą i Adamem udałam się w podróż powrotną do Katowic. 
Ogólnie impreza mi się podobała, tradycyjnie zaśmiewałam się do łez z wygłupów Domina(dać chłopakowi ciupagę i od razu będzie szalał). Trochę oczywiście był niedosyt, że nie było kiedy iść w góry, no ale nic jeszcze straconego. W sierpniu jest letnia edycja biegu, dwudniowa. Być może uda się i na nią załapać. A wcześniej jeszcze na inne imprezy biegowe. O ile nie wydarzy się nic niespodziewanego, oczywiście.
Takie tam prawie rodzinne(źródło zdjęcia)

środa, 9 lutego 2022

1397. Łączyć przyjemne z pożytecznym

W ostatni weekend po raz kolejny miałam okazję pomagać siemianowickiej grupie "MK Team" podczas organizacji VIII już edycji "Parkowych Hercklekotów". Już dwa lata temu brałam w nich udział, też jako wolontariusz(zdążyli je zorganizować jeszcze przed wybuchem pandemii). W zeszłym roku bieg odbył się w wersji wirtualnej, więc za bardzo nie było w czym pomagać. Jednak wraz z odmrażaniem wszelkich imprez masowych powoli wracały też cykliczne biegi organizowane w ramach dorocznego Grand Prix przez wspomniany zespół. 
Najpierw wrócił czerwcowy "Bieg świetlików"(z okazji pierwszego dnia lata) wokoło siemianowickiej Rzęsy, niestety, jakoś przegapiłam rejestrację na ten wolontariat. Potem były "Siemianowickie Nocne Marki"(z okazji Halloween) oraz zamykający cykl "Bieg mikołajkowy". Tym razem na oby dwa się załapałam. Ale też na bieżąco śledziłam informacje na fanpagu "MK Teamu" i wiedziałam, kiedy jest nabór na wolontariuszy. W obydwóch przypadkach zostałam przydzielona do biura zawodów, gdzie pod okiem koordynatora wydawaliśmy biegaczom pakiety startowe.
W tym roku rozpoczęto kolejny cykl zawodów tradycyjnie od "Parkowych Hercklekotów". Jak można wywnioskować z nazwy, a nawet samemu się domyślić, bieg nawiązuje do przypadających 14 lutego walentynek. I chociaż specjalnie nie jestem za tym świętem(tzn. jest ono dla mnie raczej neutralne), to z drugiej strony każda okazja jest dobra, aby się poruszać. Dlatego w tym roku zrobiłam krok dalej i oprócz wolontariatu zapisałam się też na sam bieg. Do wyboru było dwa dystanse - na 5 i 10 km. 10 kilometrów to jeszcze nie moja bajka, ale połowę tego dystansu już jestem w stanie przebiec w niecałą godzinę. I na taki bieg też się zapisałam.

Logo imprezy (źródło)
Tym razem główna koordynatorka wolontariatu przydzieliła mnie w sobotę do pomocy podczas biegów dla dzieci, a w niedzielę na biuro zawodów. Z jednej strony trochę zdziwił mnie ten rozłam, ale z drugiej to nawet się ucieszyłam z takiego rozwiązania. I tak zadeklarowałam dostępność zarówno w sobotę, jak i w niedzielę, więc mogli sobie na to pozwolić. Jedyne o co poprosiłam w formularzu to o to, aby mnie nie dawali na rozdawanie medali zawodnikom biegnącym na 5 km, z wiadomych względów, co oczywiście wzięli pod uwagę.
W sobotę pojawiłam się na miejscu około godziny 12:30. Poszłam do biura zawodów aby zostawić swój plecak i odebrać zarówno pakiet startowy na niedzielny bieg, jak i pakiet wolontariusza z magiczną plakietką pozwalającą wejść nawet w najbardziej niedostępne dla śmiertelników miejsca w ustawionym przy wejściu do parku miasteczku sportowym. Na biegach dla dzieci początkowo miałam rozdawać medale, ale w ostateczności zostałam i rozkładałam oraz pilnowałam nagród za pierwsze trzy miejsca w poszczególnych kategoriach.
Tak prezentował się harmonogram biegu
Mistrz drugiego planu
Dwa pierwsze biegi(na 50 i 200 metrów, z powodu małej ilości startujących kategorie były połączone) były bez rywalizacji - każde dziecko otrzymywało medal na mecie. Rywalizacja rozpoczynała się dopiero od biegów na 250 metrów. Dekoracje najlepszych dziewcząt i chłopców w każdej kategorii odbywało się po zakończeniu każdej pary biegowej. 
Na dwóch ostatnich biegach pogoda zrobiła nam psikusa - ogólnie cały dzień był dosyć wietrzny, tak że nie raz musiałam łapać odfruwające nagrody, jednak ok. 14:30 przyszła prawdziwa śnieżyca. Z jednej strony dobrze, że te najmłodsze dzieci były już po biegach, a z drugiej... przed nami były jeszcze dwie najdłuższe serie biegów. Co prawda dla najstarszych grup wiekowych, ale przecież i tam wszystko się mogło zdarzyć. Na szczęście nie było żadnych poważniejszych upadków, a i najlepsi zostali uhonorowani mimo warunków pogodowych.
Ten stolik z nagrodami wędrował - to pod namiot, to pod podium
Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy w przypadku podobnej anomalii w dniu następnym po prostu nie zrezygnować ze startu. Chęci chęciami, a rozsądek i znajomość własnych możliwości to inna sprawa. Tym bardziej, że upadek na oblodzoną ścieżkę może się różnie skończyć dla każdego. A medal? Przy odrobinie szczęścia mogłam go otrzymać bez biegu, wszak miałam wszystko opłacone. Może dogadałoby się jakoś w tej sprawie z organizatorem.
Na szczęście nie było to potrzebne - w niedzielę pogoda działała na moją korzyść. Co prawda niebo o 6 rano nie wyglądało tak cudownie jak przed dwoma laty, temperatura też nie była wysoka(wtedy było zdecydowanie na plusie, teraz był mróz), jednak po zadymce z poprzedniego dnia nie było większych śladów. Znowu wstałam z cieplutkiego łóżka jeszcze przed świtem, znowu szłam te 4 kilometry do Doliny Trzech Stawów. W końcu biuro zawodów rozpoczynało swoją pracę już od 8:00 rano.
źródło
Jak widać na powyższym harmonogramie niedzielnej części zawodów, mój bieg był dopiero o 12:30. Wcześniej był start biegu na 10 km oraz marszu NW. A więc bezpośrednio przed nimi przed biurem stał ogonek zawodników zastanawiających się czy zdążą odebrać swój pakiet startowy i wystartować. Rekordziści odbierają i startują już po głównym starcie ("No bo był korek..." - to nie lepiej było wyjechać wcześniej?). My zaś dwoiliśmy się i troili, szukając odpowiednich numerków startowych oraz przypisanych do nich chipów pomiarowych. Drugie takie natarcie było przed biegiem na 5 km. Ale wtedy już przygotowywałam się sama do biegu. Właściwie dopiero wtedy współwolontariusze dowiedzieli się, że też w nim startuję.
strefy startowe(źródło zdjęcia)
Strefa startu została podzielona na cztery strefy, dedykowane poszczególnym przewidywanym przez biegaczy wynikom czasowym. Dla najszybszych była pierwsza strefa i tak odpowiednio zmieniały się one co 5 minut. Chociaż i tak czas był liczony od momentu przekroczenia czujnika postawionego na starcie/mecie. Ja akurat ustawiłam się na ostatniej z nich - "zabezpieczam tyły". Coś w tym jest, ponieważ zawsze przybiegam na metę jako ostatnia. Jednak w moim przypadku podczas takich biegów bardziej się liczy zabawa niż wynik.
Jeszcze przed startem ludzie z wolontariatu nie tylko życzyli mi "powodzenia", ale i kazali uważać. Tak jak wcześniej pisałam - najbardziej obawiałam się oblodzonych powierzchni pozostałych po zamieci z poprzedniego dnia, na szczęście na nic takiego się nie natknęłam. 
Sama trasa, chociaż obejmowała ten sam teren co listopadowy "Bieg Wolność na 5. Powstania Śląskie", miała nieco inny przebieg. Podczas tamtego biegu trzeba było przez pewien odcinek trasy biec po bocznych, niezbyt przyjemnych ścieżkach. Teraz trasa wiodła głównymi alejkami parkowymi. Nie muszę chyba mówić, który wariant był dla mnie lepszy...
źródło
Organizatorzy zaplusowali u mnie tym, że każdy kilometr trasy był wyraźnie oznaczony firmowymi flagami. Uwierzcie mi, nie jest to regułą, a uważam, że powinno. Przynajmniej w moim przypadku działa to w pozytywny sposób - wiem, ile już za mną, a ile przede mną. Czasami pomaga to w rozłożeniu sił. Po drodze mijało się trzy spore stawy, od których wziął nazwę cały kompleks rekreacyjny. Na dwóch z nich, pomiędzy 2, a 3 kilometrem trasy wędkarze łowili ryby w przeręblu lodu. Jednak dużo piękniejszym dla mnie widokiem były łabędzie pływające po niezamarzniętej części akwenu wodnego. Tradycyjnie nie miałam jednak czasu, aby przystanąć i uwiecznić je na zdjęciu. 
Na miejsce dobiegłam ostatnia, za to w jakim stylu.
Z prezesem "MK Teamu"
Tak, na ostatnich metrach w biegu wspomagał mnie prezes grupy "MK Team". Oraz oklaski tych, którzy dobiegli na metę przede mną. Bieg ukończyłam z czasem 52,02 minut. Nie jest rewelacyjny(zdarzało mi się przebiec ten dystans w o 10 minut krótszym czasie), ale jest z czego schodzić w następnych startach. Satysfakcja jednak jest, zarówno z otrzymanego na mecie medalu, z samego udziału w biegu, jak też z połączenia przyjemnego z pożytecznym(biegania z wolontariatem).
Od tego roku do rocznego cyklu biegów w ramach Grand Prix dołączył jeszcze bieg zajączka, nazwany z gwary śląskiej "Biegiem hazoka". Odbędzie się on 9 kwietnia. Czy będę? Mam nadzieję, że tak. Czy się odbędzie? Też mam nadzieję, że tak.
Tegoroczny Grand Prix MK TEAM wraz z terminami poszczególnych biegów