Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przygodowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przygodowy. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 października 2014

Wolverine (2013)

The Wolverine (2013) – główny bohater cierpi, straszliwie, nieprzerwanie, boleśnie przechodzi przez każdy dzień. Żyjąc w samotni, walcząc z demonami przeszłości, zostaje wmieszany w wir wydarzeń wbrew swej woli. Początkowo chodzi tylko o zgraję przygłupawych kłusowników, ale koniec końców problem z jakim musi się zmierzyć, będzie wymagał od niego ogromnego zaangażowania, a tego właśnie chciał uniknąć. 
Ten film ma dwa olbrzymie garby, nikomu do szczęścia nie potrzebne, dźwigane przez jednego człowieka. Już wyjaśniam. Pierwszy nieudolnie wykonany punkt programu to: brak przywiązania do wizualnej sfery obrazu. Pominę sztucznie wyglądającego niedźwiedzia, ale już śnieg, który nie brzmi, pod stopami i nie wygląda jak śnieg to w dzisiejszym kinie kpina. No w końcu jeśli można ukazać całe miasta na zielonym ekranie, to wyprodukowanie realnie wyglądającego puchu nie może być aż tak trudne (może?). Ale ok, to, że coś wygląda nienaturalnie nie musi przekreślać całego dzieła. Jednak sytuacja kiedy twórcy zabierają widza do Japonii, gdzie tradycja jest zawsze priorytetem i serwują nam niemieckie samochody już przestaje być niedopatrzeniem, a lokowaniem produktu w nieładny sposób. 
Drugim elementem, który tutaj nie zagrał jest historia w ogóle. Zwyczajnie nie mogłem się do niej przekonać do samego końca. Początkowo przez sam obraz, ale im dalej tym gorzej dla samej opowieści. Nie potrafiłem wgryź się w losy bohaterów, nie przejmowałem się ich losem, a końcowy twist zamiast zaskoczyć był tylko dowodem na to z jak słabym scenariuszem mamy do czynienia. Jedynym światłem w tym ciemnym tunelu jest odtwórca głównej roli, Hugh Jackman. Wolverine toczy potyczki w filmie, a sam aktor walczył cały czas o widza, żeby nie odszedł od ekranu. To australijczyk praktycznie zmusił mnie by dotrwać do napisów końcowych. To jego charyzma i szczere aktorstwo, pozwoliło jako tako uporać się z dziełem nowojorskiego reżysera (James Mangold). 5.5/10

piątek, 5 września 2014

Strażnicy galaktyki (2014)

Guardians of the Galaxy (2014) – mimo najszczerszych chęci, mając standardowy kontakt z światem, nie dało się uciec od opinii na temat filmu. Kampania reklamowa i szał radości jaki przetaczał się przez media społecznościowe był na tyle silny, że zgoda na inwazję nie była nikomu potrzebna. Tak więc zaznajomiony z opiniami na temat filmu, nie przymuszony i z własnej woli wybrałem się w podróż, która miała zdecydować o co to wielkie zamieszanie. 
Tytułowi obrońcy to specyficzna, pokręcona i unikalna mieszanka charakterów, osobowości, a przede wszystkim ras. Nie jestem w stanie sprecyzować kto do jakiej należy, ale to dla treści filmu jak i notki nie ma najmniejszego znaczenia. Ważne jest to, iż główne role są na tyle zróżnicowane i w dziwaczny sposób interesujące, że widz szybko lubi, bo nie zawsze może się utożsamiać (z różnych względów) z każdą z nich. Największym zainteresowaniem wśród widzów cieszą się rzecz jasna, zabawny i okrutnie opryskliwy Rocket i czule rozbrajający swą postawą Groot. Dla mnie, fana serialu Park and Recreation to jednak Chris Pratt jako Peter Quill zgarnia dla siebie większość scen. Dwoje osobników wymienionych wcześniej potrafi rozbawić i oczarować, ale to Pratt jest tym magnesem dla widza mającego kilka dziesiątek na karku. To Quill z walkmanem u pasa miesza nam w głowach. Bo choć za skarby świata nie chciałbym powrotu do kaset magnetofonowych to ów gadżet gra ostro na wspomnieniach, a wiadomo, że kiedyś było się piękniejszym, bardziej szalonym, beztroskim po prostu. 
I to właśnie na przywoływaniu historii opiera się cała machineria związana z Strażnikami. Fabuła nie wyróżnia się niczym szczególnym, można ją streścić w jednym, niekoniecznie wielokrotnie złożonym zdaniu. Nostalgia za tym co już nie wróci, dobrze przysłania fakt, że obraz to tak naprawdę banalna opowieść jakie oglądaliśmy setki razy. Tylko od widza zależy jak na ten manewr producentów się zapatruje. 
Ocena końcowa? Jeśli miał być wydana zaraz po seansie to pewnie skończyło by się na 6, szczęśliwie dla obrazu opinia dojrzewała kilka dni. Teraz przy akompaniamencie Blue Swede, Hooked On A Feeling oraz przebłyskach seansu bez wstydu i ujmy dla samego siebie mogę oświadczyć, iż nie było tak źle jak mogło by się wydawać. 7.5/10

sobota, 22 czerwca 2013

Życie Pi (2012)


Life of Pi (2012) – tytułowego Pi poznajemy jako chłopca, który musi stawić czoła brutalnej rzeczywistości. Jego życie zostało naznaczone przez niefortunnie brzmiące imię, dające szkolnym kolegom pole do popisu. Ten fakt nie zdominował jednak Pi, co więcej dał mu siłę i wiarę, że można zapracować na lepiej brzmiącą ksywkę. Z resztą determinacja i bój o przetrwanie to główny motyw filmu. Nasz bohater, już jako nastolatek, wyrusza z rodziną i rodzinnym interesem do Kanady. Podróż statkiem zostaje nagle przerwana przez ogromny sztorm, w wyniku czego chłopak traci rodzinę i zostaje jedynym ocalałym. Koniec końców Pi ląduje na łodzi ratunkowej z osobliwą załogą w której skład wchodzi hiena, orangutan, zebra oraz tygrys. 
Obraz wyreżyserowany przez Ang Lee, nie przekonuje mnie zupełnie od strony fabularnej. Nie czułem mistycznej otoczki, nie potrafiłem dać wiary w symbolikę. Rozważania na temat, czy historia jest prawdziwa, czy to tylko wymysł bohatera, czy w końcu to opowieść przepełniona metaforami, iluzją także nie obeszły mnie w ogóle. Szczęśliwie, strona wizualna stworzona przez Claudio Mirande zapiera dech w piersiach i choćby tylko dla wizualnej uciechy warto zobaczyć ten film. Operator wspaniale ilustruje tak jednostajny pejzaż jakim jest morze. To obrazy przyciągają jak magnes i tworzą niepowtarzalny klimat. Niestety to za mało by na dłużej zagościć w świadomości widza. 6/10

niedziela, 29 lipca 2012

John Carter (2012)


John Carter (2012) – obraz padł ofiarą przesytu, przekombinowania i ślepego brnięcia w rozbuchaną do granic możliwości historię, gdzie logiczne myślenie praktycznie nie istnieje. Wytwórnia Disneya stworzyła doskonały przykład jak zmarnować pieniądze, jak z ogromnego budżetu stworzyć film który tylko chwilami zachwyca od strony wizualnej, a załamuje widza praktycznie w każdej innej. Najbardziej boli chyba to, iż pomysł na opowieść był naprawdę przyzwoity, ba nawet początek filmu był wykonany w sposób zachęcający do oglądania.
Niestety wszystko zmienia się kiedy tytułowy bohater przenosi się na czerwoną planetę. Czas w jakim dzieje się akcja to koniec XIX wieku, właśnie wtedy John, poszukiwacz złota, nieświadomie odbywa podróż międzyplanetarną. Dziś w dobie podróży kosmicznych i rozwiniętej technologii przebudzenie się postaci w innym świecie wywołało by totalny szok. Sto lat temu w społeczeństwie wkraczającym dopiero w okres wielkich odkryć, taka przygoda powinna wywołać paranoje i szybką śmierć z rąk rodowitych mieszkańców Marsa. Ten całkowicie nieprawdopodobny i strasznie uproszczony proces jest początkiem bredni, przeinaczeń, nonsensów jakie przyjdzie nam oglądać. Twórcy poszli na całość, dali upust swojej wyobraźni, zapominając o tym, że widz ciężko będzie miał uwierzyć w to co widzi, że mieszanie fantasy z komedią, kinem familijnym i sensacją to trudna do połączenia mieszanka, która tutaj niestety nie wyszła.
Na plus można przypisać obrazowi fakt, że nie wyszedłem z sali kinowej, nie dostałem załamania nerwowego po seansie, a moralny i artystyczny kac szybko przeminął. 5/10

niedziela, 13 maja 2012

Skarb Sierra Madre (1948)

The Treasure Of Sierra Madre (1948) – po cenny kruszec o którym mowa w tytule filmu wybiera się trzy osobowa ekipa. Dwójka z nich to kowboje bez grosza przy duszy, siłą walczący o należne wynagrodzenie za wykonane zadanie, którym za nocleg musi wystarczyć miejscówka w hotelu gdzie robactwa i szczurów nie można wpisać do książki zażaleń. W tych swojskich klimatach w Meksyku gdzie przyjacielem może być tylko krajan, poznają poczciwego staruszka snującego interesujące teorie o złocie. Doświadczony poszukiwacz z przejęciem w głosie opowiada o swych wyprawach, pokusach z jakimi trzeba walczyć bogacąc się z sitkiem w ręku, mówi wprost o zasadach do których trzeba się stosować, by przekopywanie kilogramów ziemi miało sens i nie skoczyło się z kulą w skroni.
Pierwsze kilkadziesiąt minut zapowiadało się spokojnie, spodziewałem się interesującej przygody i za nic w świecie nie domyśliłbym się zakończenia, które tutaj było niebywale zaskakujące, ale też zaskakująco prawdziwe. Początkowe starania bohaterów ich wysiłek fizyczny przemienia się w podejrzenia, urojone pomysły i wizje, że ktoś w końcu kogoś musi okraść z drogocennego metalu. Takie zachowania prowadzą bohaterów do podejmowania ciężkich decyzji, wyciągają na wierzch ciemne strony charakteru, powodują lawinę zdarzeń tak ciekawą dla widza. Z prostej przygody reżyser przekształca film w bardziej poważny, mądry i prawdziwy.
W transformacji, z dowcipnej opowieści na brutalną prawdę o życiu nowobogackich, pomagają aktorzy. Na pierwszy plan wysuwa się nakręcony jak katarynka Howard (Walter Huston). Styrany, a przez to dowcipny i konkretny, życiem podróżnik nie dający omamić się przez blask złota. Humphrey Bogart jako Dobbs, kowboj z własną wizją finalizacji wyprawy, oraz Tim Holt jako Curtin, najbardziej zrównoważony i spokojny z całej trójki. Polecam. 8/10

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Przetrwanie (2011)

The Grey (2011) – zima jest piękna, puch na ulicach, wojna na śnieżki, czerwony nos po spacerze na łonie natury to naprawdę cudowna sprawa. Gorące kakao po powrocie to idealne zwieńczenie zimowego, mroźnego dnia. Gorzej ma się sprawa kiedy śnieg zalega na ulicach, samochód nie chce odpalić, a koszty za ogrzewanie przekraczają zaplanowany budżet. Jednak ta mniej przyjemna strona ów pory roku ma się nijak do tej w jakiej znaleźli się bohaterowie filmu. Oni po katastrofie samoloty pośrodku zamarzniętej dziczy będą się zmagać z pragnącymi krwi wilkami. Grupka mężczyzn toczyć będzie boje między sobą, pokazywać swoje ego do czasu, aż sytuacja zmusi ich do zwarcia sił i walki z wrogiem na czterech łapach.
Liam Neeson za cokolwiek się nie zabierze, wychodzi dobrze, ewentualnie poprawnie. Tak było w 2010 roku kiedy można go było zobaczyć w Drużynie A reżyserowanej przez Joe Carnahana. Na planie „Przetrwania” panowie spotkali się ponownie, tyle, że tym razem relacje widz-aktor, widz-fabuła są bardziej prawdopodobne i życiowe. Tutaj nikomu nie będzie do śmiechu, a postać z kosą w kościastej dłoni będzie czuć się jak u siebie.
Pierwsze kilkanaście minut to kawał czystej i niepohamowanej adrenaliny. Z offu dowiadujemy się gdzie jesteśmy, poznajemy postać Ottwaya, człowieka z snajperką mającego ustrzec robotników pracujących w lesie przed wilkami atakującymi znienacka. Broń miała sprawdzić się jeszcze w jednej sytuacji, ale życie i scenariusz chciało inaczej. Sama katastrofa przeprowadzona jest krótko, treściwie i bardzo szybko znajdujemy się w centrum wydarzeń. Kiedy sytuacja ma się rozwinąć napotykamy dłużyzny, sceny które sztucznie i niepotrzebnie wydłużają seans. Przez co także rytm w jaki wpadamy na początku zostaje zakłócony i psuje odrobinę odbiór. Zakłócają go także środki podjęte do przedstawienia krwiożerczych bestii, które są wygenerowane komputerowo w nieudolny sposób.
Opowieść z założenia nieskomplikowana mimo kilku zwisów jest dobrze opowiedziana, twórcy nie męczą widza słodkim happy endem dodając w finale małego twista, przez co głównego bohatera widzimy w innym świetle. Przyzwoite kino survivalowe. 6,5/10

czwartek, 8 marca 2012

Hugo i jego wynalazek (2011)

Hugo (2011) – życie recenzenta, podczas narodzin kina było banalnie proste. Kiedy pociąg wjechał na stacje kolejową, publika w szoku ucieka z sali kinowej, albo obraz o wyprawie naukowców na księżyc, lądujących w oku ciała niebieskiego. To musiało się podobać, nikt nie dyskutował, nie nadinterpretował intencji autora. Dziś jest odrobinę inaczej, filmy są dłuższe - oceniać mogą je wszyscy, efekty specjalne specjalniejsze, ale zasada pozostaje taka sama. Wizyta w kinie ma poruszać wyobraźnię, ma cieszyć, musi zrobić cokolwiek byle by tylko narząd pośrodku klatki piersiowej zmienił rytm.
Martin Scorseze przedstawia historię chłopca, syna zegarmistrza, który musi sobie radzić sam po śmierci ojca. Potajemnie mieszka na paryskim dworcu, nakręca zegary i zbiera części do tajemniczej maszyny. Pragnie ją naprawić i wierzy, że metalowa zabawka przekaże mu wiadomość z zaświatów od ojca. Przyłapany na kradzieży, traci notatnik z zapiskami pozwalającymi „ożywić” urządzenie. Strata notatek przynosi mu jednak interesującą znajomość, kluczową w rozwiązaniu problemu.
Twórca wspomina w swoim dziele pionierów kina, nakręcił film ku chwale iluzjonisty, reżysera Georga Melies z wspaniałym wyczuciem tematu. Na każdym kroku obserwujemy miłość do kina, do jego początków i ogromną chęć do zadowalania widza. Oscary w kategoriach: efekty specjalne, scenografia i zdjęcia mówią same za siebie, nawet kiedy nie zawsze się zgadzamy z wyborem akademii. Każda scena w przepełnionym magicznym atmosferą filmie cieszy oczy, zostaje w głowie na dłużej i przypomina za co kochamy X muzę. Cieszę się, że twórca nie szczędził środków na produkcję, że mógł zrealizować dzięki temu pierwszorzędne widowisko, wystawiając porządną laurkę dla przemysłu filmowego.
Na koniec kilka słów o obsadzie aktorskiej. Ta starsza zagrała dobrze, bez potknięć. Ta bez dowodów osobistych w szczególności odtwórca roli Hugo, Asa Butterfield miał kilka słabszych scen, ale za kilka lat wraz z świetną Chloë Grace Moretz para może wzbudzać kontrowersje. Przydzielone role pasują do ich odtwórców, więc co powodowało by zatrudnić błazna, prześmiewcę dzisiejszej kultury, Sashhę Barona Cohen? W sumie powód jest mało istotny, Brytyjczyk sprawił, ze to cudne dzieło jest jeszcze lepsze. Jego akcent, maniera w głosie sprawia, że chciało by się go słuchać cały czas. „Another orphan” czy też wykrzyczane na dworcu do młodego złodziejaszka „paper bag” brzmi pysznie. Komik wykonał świetną pracę, daje się zauważyć, że kiedy prowadzi go wielki reżyser, potrafi wywołać pozytywne emocje. 8,5/10

Ogłoszenie: przeglądając odpowiedzi google na temat mojego bloga, natknąłem się na kanał z youtube o takiej samej nazwie jak moja. Z tego miejsca chciałbym wyjaśnić, że nie mam nic wspólnego z jego autorem, ZygfrydemQ. Zbieżność nazw przypadkowa, z wskazaniem, że ta na blogspocie była pierwsza.

sobota, 31 grudnia 2011

Łowca trolli (2010)

Trolljegeren (2010) – gdybym wieczorem zasiadł przed tv w nastroju dalekim od krytykowania kolorowego pudełka i treści tam prezentowanych, a analiza laboratoryjna mojej krwi nie spodobała by się policjantom z alkomatem, byłbym skłonny uwierzyć w to co właśnie zobaczyłem. Norwegowie wzięli na warsztat ludowe legendy o trollach i nakręcili obraz o tych zdawało by się przyjaznych stworach. Z filmu zrobionego na wzór reportażu, dowiemy się kilku ciekawych faktów z życia osobników zamieszkujących norweskie ziemie. Stanie się jasne dlaczego jedne rażone światłem stają się kamiennymi pomnikami a inne wybuchają. Będziemy zorientowani, że chrześcijanie zapuszczający się nocą w las, mogą nie wrócić do domu na śniadanie (stąd tak niski odsetek wyznawców), oraz dlaczego władze wszystkie nieszczęśliwe wypadki w górach przypisują niedźwiedziom (i tu motyw polaków, sprzedających na lewo martwe misie – dobrze, że przynajmniej ekipa z naszego kraju była trzeźwa – ach te stereotypy).
Zdziwiony byłem, że film trafił do naszych kin. O tym, że w ogóle się tam znalazł dowiedziałem się od krytyka co to podobno milczy. Jego opinia skusiła mnie do wybranie się w okresie szaleństwa świąteczno-sylwestrowego do kina, by samemu przekonać się dlaczego tak skrajne opinie można o tym obrazie przeczytać. Co pierwsze nasuwa się na myśl o tym stanie rzeczy to fakt, że ktoś nastawiając się na seans z akcją, z krwiożerczymi olbrzymami i super jakością obrazu i dźwięku, mógł się zawieźć. Łowca trolli, wygląda jak nie zmontowany materiał na dokument, gdzie nie zawsze to co się działo jest widoczne dla widza. Gonitwa po lesie nie jest filmowana z kamery na wózku, tylko z ręki, a że autor zdjęć umykał śmierci, mało istotne dla niego było w tym momencie filmowanie bestii.
Przedstawione działania grupki studentów są poukładane chronologicznie, dobrze się to ogląda, ma ciekawy klimat, a chwilami gdy akurat był dzień i światło słoneczne, możemy podziwiać piękno norweskiej przyrody. Trzeba oczywiście pochwalić ich twórców za efekty. Czy to te małe, czy te o rozmiarach góry, stwory wyglądały realistycznie i przez cały seans nie miałem wrażenia, ze są sztucznie wygenerowane. A może nie są? 7,5/10

środa, 28 września 2011

Thor (2011)

Thor (2011) – syn Odyna ma zostać królem Wszechświata. Jednak kiedy mają paść słowa pieczętujące zmianę na tronie, do zamku wdziera się odwieczny wróg. Po jego szybkim unicestwieniu, Thor wpada w furię, chce jak najszybciej dać nauczkę Gigantom. Wbrew słowom ojca, niedoszły król wyrusza z misją odwetu. Ta kończy się jednak nie po jego myśli, co więcej za swe czyny zostaje wygnany z królestwa, pozbawiony mocy i zesłany na ziemię.
Początkowo myślałem, że główną bolączką będzie aktor grający główna rolę. Okazało się jednak, że Chris Hemsworth wypadł całkiem przyzwoicie na tle pozostałej obsady. Do fabuły podchodziłem z otwartym sercem, odsuwałem od siebie skargi widowni, jakoby losy głównych bohaterów mało obchodziły widza z racji nie bycia ludźmi. Niestety komentarze były słuszne, mało mnie interesowała jakaś wojna między dwoma narodami, które pierwsze widzę na oczy. Szybko doszedłem do wniosku, że to nie przez to, że nie znam papierowej wersji filmu, nie potrafię wczuć się w klimat. Winę za brak empatii ponoszą twórcy jak i sami aktorzy. Dawno nie widziałem tak mało przekonujących postaci, tak słabo napisanych dialogów. Gdyby w miejsce czwórki przyjaciół Thora postawić kanapy, różnice były by znikome.
Film niestety posiada kilka pomysłów, które delikatnie mówiąc minie nie zachwyciły. Sposób w jaki zesłany z niebios człowiek z młotkiem, może nie zakochuje, ale wpada w gorące interakcje z Jane (Natalie Portman), był mało przekonujący i do bólu schematyczny. Sceny które z założenia miały być poważne momentami bawiły. Lecz to co najbardziej irytuje to brak chemii, czy to między aktorami, czy na linii obsada-widz. Każdy zagrał swoje, nie czuć żadnych emocji, ciężko tu kogoś polubić. Film w gruncie rzeczy przeznaczony do fanów komiksu. 5/10

wtorek, 6 września 2011

Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach (2011)

Pirates of the Caribbean: On Stranger Tides (2011) – tak lubiany przez wielu serial, mnie nigdy nie porywał. Oglądałem pierwsze dwie części, mało z ich treści zostało w głowie. Trzecia umknęła mi, niczym Jackowi, Czarna Perła. Moje podejście do "Na Nieznanych Wodach" można odbierać jako mało profesjonalne, aczkolwiek traktowałem to bardziej jak spojrzenie na dzieło Marshalla, bez większego bagażu doświadczeń, zwyczajnie zobaczyć i opisać na chłodno.
Wszyscy wokół powiadali, że Jack Sparrow zbiera załogę i wyrusza w podróż ku fontannie młodości. Dowiaduje się o tym sam Jack, szybko wpadając na trop fałszywego kapitana, który okazuje się odrobinę sprytniejszy i doprowadza do sytuacji w której Sparrow budzi się jako więzień na łajbie zmierzającej do upragnionego przez wielu celu.
Ciężko ciągnąć jeden motyw już po raz czwarty. Twórcy nie mają wiele do zaoferowania w kwestii fabularnej. Łączą ze sobą poszczególne sceny, okraszając je nieznośnie rozdmuchaną ścieżką dźwiękową i liczą, że się spodoba. Niestety na mnie, nie podziałało. Oglądanie czwartej części, to jak spacer do domu po owocnej nocy, na wakacyjnym grillu. Niby świetne widoki, wschód słońca, rześkie powietrze, a jednak cholernie męczące. Taki jest film. Od strony technicznej wszystko dopracowane perfekcyjnie. Efekty, za co plus, nie rzucają się w oczy, momentami widz zostaje uraczony ciekawymi zdjęciami. Jednak to za mało by się przynajmniej na moment zatrzymać przy filmie i podziwiać, rozkoszować historią, losami bohaterów. Podczas seansu było tylko kilka chwil, które można pochwalić. A to tylko dzięki temu, że to sceny z Deppem. On jedyny ciągnie fabułę, dla jego maniery w głosie i specyficznemu zachowaniu warto wytrwać do końca. Reszta załogi, z Penelope Cruz na czele, która nie pasowała mi do obrazu, nie zachwycała. Ekipa wyglądała jakby pojawienie się na planie było smutnym obowiązkiem. Rozśmieszył mnie jeszcze fakty ukrywania kobiecych piersi (morskich syren), gdy w tle giną ludzie, albo statek wraz z załogą zostaje wciągnięty pod powierzchnię wody i to nie w celu eksploracji dna morskiego Wystarczy. 5,5/10

niedziela, 7 sierpnia 2011

Żelazny rycerz (2011)

Ironclad (2011) – w 1199 na tronie angielskim zasiadł król Jan bez Ziemi (w rej roli świetny Paul Giamatti), jeden z najokrutniejszych monarchów w historii tego kraju. Pod jego dowództwem, Anglicy musieli uznać wyższość w wojnie z Francją. Nakładał na swoich ludzi coraz to większe podatki, nie dając nic w zamian. Po kilku latach rządów Jana bez Ziemi, ludność się buntuje i pod przywództwem baronów wybucha krwawa wojna domowa, która koniec końców zmusiła króla do poddania się. Warunkiem zostania na tronie było podpisanie Wielkiej Karty Swobód, dającej mieszkańcom wolność od tyrani władcy. Jan podpisując Kartę wiedział co robi, został na tronie, a z pomocą Watykanu i kościoła powoli zaczyna wprowadzać nowy ład. Jego celem było pozbycie się ludzi, mających cokolwiek wspólnego z dokumentem. Baron Albany przewidując plany króla zbiera swoich przyjaciół, przejmuje zamek w Rochester, o wielkim znaczeniu strategicznym.
Film w gruncie rzeczy opowiada o obronie zamku, o walce o sprawiedliwość, o tym jak Anglicy postawili się królowi i z pomocą Francuzów zdjęli go z tronu. Ciekawe czasy to i historia interesująca. Obraz zrobiony za relatywnie małe pieniądze, broni się bez większych problemów. Jest dowodem na to, że można zrealizować tego typu opowieści z ograniczonym budżetem. Jasne, że nie zobaczymy wielkich scen batalistycznych, ogromnych lokacji, czy też efektów komputerowych. Twórcy, wyszli obronną ręką, kręcąc sceny walk z bliska, wydaje się, że momentami operator specjalnie potrząsał kamerą, kręcili z ręki by nie było widać niedociągnięć w scenografii. Udało im się przedstawić w kameralny sposób obronę zamku, dobrze zrealizowane najazdy wojsk wtórujących Janowi, a i pokazane wnętrza czy stroje wyglądały autentycznie. Sceny walk, zrealizowane w sposób dosłowny i dosyć brutalny.
Głowiłem się jak jednym słowem opisać film nie używając słowa epicki. Żelazny rycerz to po prostu dzieło romantyczne, dosłownie i w przenośni. Jeden z głównych bohaterów grany przez James' Purefoy,
to Templariusz, który mimo silnej woli ulega kobiecie i tutaj ta dosłowność. Cała reszta wykonana jest jakby wszyscy na planie pracowali na dobry rezultat. Jakby ekipa dawała z siebie wszystko, gdy wokoło zimno, mokro, a kręcić trzeba. Reżyserowi i aktorom zależało, by w prawie teatralnej atmosferze, zrobić coś ciekawego, zainteresować widza, romantyzm w czystej postaci. 7,5/10

ps: moje wrażenia i ocena dotyczą fabuły. Okazuje się bowiem, że autor scenariusza po omacku obchodzi się z historią, więc faktów należy szukać w innym miejscu.

czwartek, 28 lipca 2011

Rango (2011)

Rango (2011) – głównym bohaterem filmu jest kameleon. Gad, żyjący wśród ludzi, wiodący spokojny, acz niespełniony żywot. Pierwsze sceny przedstawiają głównego bohatera jako reżysera dyrygującego obsadą, składającą się z plastikowej rybki, tułowia lalki i drzewa o drewnianym talencie aktorskim. Akcja szybko przyspiesza, kiedy samochód w którym podróżuje poczciwy kameleon, napotyka na swojej drodze pancernika (tak mi się zdaje), a kierowca wartkimi ruchami stara się nie zderzyć z samochodami z naprzeciwka. W wyniku szamotaniny, akwarium, dom naszego bohatera, z impetem ląduje na asfalcie. Kameleon poznaje, szczęśliwie ocalonego pancernika, który staje się jego doradzą i przewodnikiem. Rango trafia w końcu do miasteczka Pył. Z wrodzoną skłonnością do przesady, wtapia się w środowisko i szybko zyskuje uznanie lokalnej społeczności. Mianowanie na szeryfa było formalnością, jednak zadanie z którym przyjdzie się zmierzyć nowemu włodarzowi, już takie oczywiste nie będzie.
Całokształt wydaje się być przyzwoity, ale poszczególne elementy składające się na efekt końcowy momentami kuleją. Jako widz ciężko miałem się przekonać do tej historii. Jasne, że można zaakceptować wizję twórców o miasteczku na środku pustyni, zamieszkałe przez drobne zwierzątka pod przewodnictwem zabawnego kameleona. Aczkolwiek wymyślenie tak dziwacznego tworu ma nam raczej zamydlić oczy i sprzedać banalny scenariusz z ciekawą oprawą graficzną. Co z tego, że troska o obraz jest na bardzo wysokim poziomie, jeśli cała reszta ledwo się broni. Humoru, mimo dobrej roli Deppa, praktycznie nie doświadczamy. Historia jest przedstawiona ciekawie, narratorem są cztery sowy, śpiewające o rychłej śmierci szeryfa, która nie następuję. Tyle, że nie powodowały one u mnie salw śmiechu, a tylko myśl, że ktoś to ciekawie zrealizował. Film wygląda jakby na sam przód zrobiono wszystko na komputerze, potem napisano szybko scenariusz, by w końcu na kilka dni zatrudnić Deppa, bo wiadomo, że jego nazwisko na plakacie dobrze wygląda. 6/10

wtorek, 19 lipca 2011

Niebiańska plaża (2000)

The Beach (2000) – Richard (DiCaprio), młody Amerykanin znudzony miejskim zgiełkiem, wybiera się w podróż do Tajlandii. W hotelu poznaje tajemniczego mężczyznę, po którym widać, że cierpi, że tajemnica którą tłamsi w sobie nie pozwala mu spokojnie żyć. Nazajutrz główny bohater odnajduje przyczepioną do swoich drzwi mapę, domyślając się od kogo może być, udaje się do pokoju nowo poznanego mężczyzny. Szybko okazuje się, że człowiek spektakularnie zakończył swój żywot. Richard, wiedziony swoją podróżniczą naturą postanawia odnaleźć tajemniczą wyspę i dowiedzieć się co mogło skłonić jego sąsiada do tak radykalnych czynów.
Do wyprawy zachęca parę młodych ludzi, wspólnie przemierzają szmat drogi byle by tylko dotrzeć do tytułowej Niebiańskiej Plaży. Za pomocą dobrze rozrysowanej mapy udaje im się to bez większych problemów. Te zaczynają się gdy docierają na wyspę i okazuje się, że raj na ziemi to także zakrojona na szeroką skalę produkcja marihuany, której pilnują „tambylcy” z karabinami maszynowymi jako środkami perswazji.
Pierwsze kilkanaście minut to film przygodowy, o wycieczce, o poznawaniu tajemnicy. W miarę upływającego czasu reżyser ukazuje widzowi, że ludzkie pragnienia i chciwość są jednakowe w wielkich aglomeracjach jak i w urokliwym miejscu na środku oceanu. Scenariusz opary jest na książce Alexa Gerlanda i to do niego mogę mieć pretensje, że umieścił w jednym miejscu gromadkę ludzi uciekających od wielkiego świata, żyjących wedle własnych reguł, z handlarzami i producentami narkotyków. Współistnienie tych dwóch grup jest mało realne, nie wyobrażam sobie sytuacji gdzie jest prowadzona nielegalna działalność, a zarządca niczym dobry gospodarz pozwala obok siebie rozbić obóz, pod warunkiem, że wczasowicze nie będą już nikogo ściągać na tę odludna wyspę.
Następną bolączka filmu jest jego nierówność. Z jednej strony Boyle przedstawia ludzi wiodących spokojny wręcz sielankowy żywot, wyrzekających się całego chaosu współczesnych czasów, by za moment ta sama społeczność była totalnie obojętna na krzywdy innych. Do tego stopnia, że poraniony przez rekina jeden z mieszkańców został wyniesiony do lasu, skazując go tym na śmierć, a to tylko dlatego, że jego wycie z bólu przeszkadzało w dobrej zabawie. Fakt, chcieli go początkowo ratować, jednakże pacjent był coraz bardziej uciążliwy. Niechęć zdradzenia lokalizacji raju na ziemi była ważniejsza od ludzkiego życia.
Pomimo moich wątpliwości film jest wart zobaczenia. DiCaprio już 11 lat temu potrafił porządnie zagrać, jego watek miłosny z Françoise (Virginie Ledoyen) miło podglądać. Dodając do tego ciekawe plenery i plażę którą naprawdę można nazwać rajską, wychodzi, może i lekko przekombinowany, aczkolwiek interesujący obraz. 6,5/10

poniedziałek, 11 lipca 2011

Tron: Dziedzictwo (2010)

TRON: Legacy (2010) – wspaniały, niesamowity, dopracowany w każdym szczególe, zostający ze mną nawet gdy krążek przestaje się kręcić. Pozwala zapomnieć o otaczającym nas świecie, ukazuje nowy wymiar w którym chce się zanurzyć i pozostać na dłużej. Mówię oczywiście o albumie z ścieżką dźwiękową autorstwa zespołu Daft Punk, podobną opinię o filmie napisałbym tylko pod przymusem, ewentualnie w artykule sponsorowanym. Nic z tych rzeczy nie miało miejsca, więc zapraszam na mały wykład, dlaczego Tron Legacy nie dorównuje soundtrackowi.
Dwudziestosiedmioletni Sam Flynn, dorastał bez ojca, który zaginą w tajemniczych okolicznościach. Sam dostaje wiadomość, że ojciec może jednak żyć i potrzebować jego pomocy. Okazuje się, że senior Flynn (Jeff Bridges), geniusz w świecie informatyki, wynalazca, został uwięziony w wirtualnym świecie. Syn odnajduje tajemne biuro ojca i ku swojemu zdziwieniu także ląduje w wirtualnej przestrzeni. Wpada w sidła zastawione przez CLO, wirtualnego odpowiednika starszego Flynn'a, któremu znudziło się bycie podwładnym, a i władza w niematerialnym świecie powoli przestaje mu wystarczać.
To co najbardziej doskwiera filmowi to nuda, to brak jakiejkolwiek więzi z bohaterami i całkowita obojętność na to co się za chwilę wydarzy. Twórcy nie potrafili mnie zainteresować, bądź co bądź ciekawą, historią. Stworzyli doskonale wyglądający komputerowy świat, ale zapomnieli o fabule. Gdyby nie wychwalana wcześniej muzyka i kilka bodźców z otoczenia (kawa się sama nie zrobi, a tym bardziej nie przypełznie na stolik) pewnie bym zasnął. Był bym zapomniał, jest jeszcze jeden szczegół który podnosił mi ciśnienie i nie pozwolił oddalić się w krainę snu. Komputerowo wygenerowana twarz młodego Bridges'a wyglądała cholernie sztucznie. Problemy z mimiką i te „martwe” spojrzenie przyprawiały mnie za każdym razem o małą histerię. Dziwię się, że producenci wypuścili tak nie dopracowany efekt specjalny. Innowacyjny, ale jednak jeszcze nie do końca dobrze wykonany, a przez to odbiór całości zostaje zakłócony.
Dźwięki zapodane przez Daft Punk górują nad filmem, wydaja się być stworzone przez profesjonalistów, którzy lubią swoja robotę. Dzieło Francuzów rozbrzmiewa przez cały film z różnym natężeniem, jest w nim sporo życia, zróżnicowania, energii, czego niestety o obrazie powiedzieć nie można. 5,5/10

niedziela, 3 kwietnia 2011

Bialy myśliwy o czarnym sercu (1990), Afrykańska królowa (1951).

White Hunter Black Heart (1990) – film nakręcony na podstawie powieści autorstwa Petera Viertela, nawiązujący do wydarzeń które miały miejsce przed nakręceniem filmu Afrykańska Królowa (film opisany poniżej) w reżyserii Johna Hustona. Film wyreżyserował jak i zagrał główną rolę Clint Eastwood i nareszcie miałem okazje zobaczyć mojego ulubionego aktora w kreacji odbiegającej od jego wizerunku. Cokolwiek by nie zagrał, jakkolwiek początkowo był zły, krnąbrny, nieznośny koniec końców okazywało się, że jego postać to człowiek o gołębim sercu, tutaj jest odrobinę inaczej. „Biały myśliwy, czarne serce” to opowieść o człowieku, który potrafi wstawić się za drugim człowiekiem, stanąć w jego obronie ale też o jego egocentrycznej naturze nie pozwalającej mu na wykonywanie obowiązków zawodowych. John Wilson (Clint Estwood) jako jeden z pierwszych reżyserów w Hollywood decyduje się na zrobienie filmu po za USA, plenery mają być kręcona w Afryce. Po ciężkich bojach z producentami, reżyser postawił na swoim, wyrusza z przyjacielem, pisarzem Pete Verrillem (Jeff Fahey) do Afryki. Na miejscu interesuje go wszystko tylko nie przygotowania do filmu. Nowa pasja, polowanie, zawładnęła nim doszczętnie, nie pozwala mu myśleć o niczym innym jak tylko o uśmierceniu słona. Zastrzelenie słonia staje się symbolem, buntem, popełnieniem grzechu, na który pozwala Bóg. Film przepełniony górnolotnymi hasłami czy też wręcz przekombinowanymi wypowiedziami, aczkolwiek z ust Eastwooda, wypadają całkiem znośnie w odbiorze.
Film jest przedstawieniem jednego aktora, nie wychyla się czymś szczególnym ale to interesująca pozycja z bardzo dobrą rolą Clinta Eastwooda. 7/10

The African Queen (1951) - współczesne kino, nazwijmy je popularne, ma sporo do zaoferowania widzowi. Począwszy od efektów specjalnych, udoskonalanie technologi 3D po filmy gdzie najważniejsze jest przesłanie, scenariusz i oczywiści aktor, jego interpretacja wykonywanej roli. Staram się śledzić współczesne produkcje, czy sięgać po nieco starsze perełki światowej kinematografii, a dzieła typu African Queen utwierdzają mnie tylko w przekonaniu, że dobre filmy robiono już kilkadziesiąt lat temu.
Afrykańska Królowa to narzędzie pracy dla Charliego, kapitana, handlowca, człowieka który porzucił wielkomiejski gwar, a podróżowanie łajbą, staje się jego pasją. Podczas swoich podróży po niebezpiecznych afrykańskich rzekach, zajmuje się handlem, poznaje miejscowe zwyczaje, kulturę, odkrywa piękno kontynentu na którym się znalazł. Akcja filmu jest osadzona na początku pierwszej wojny światowej, kiedy to niemieccy żołnierze równali z ziemią tubylcze wioski, a mieszkańców wcielali do armii.
W jednej z zniszczonych wiosek obecny był, wraz z swoją siostrą, kaznodzieja z misją niesienia wiary. Niespodziewany atak i rozpoczęcie wojny były dla niego druzgocące w skutkach, nie poradził sobie z zaistniałą sytuacją, początkowo odchodząc od zmysłów by koniec końców odejść w ramiona stwórcy. Siostra duchownego, Rose, została sama w zniszczonej wiosce, nie wiedząc co z sobą zrobić. Na szczęście pojawia się u jej drzwi Charlie, proponując swoją pomoc. Wspólna wędrówka głównych bohaterów początkowo przebiegała dosyć opornie, spotkały się dwa światy: z jednej strony lekkoduch, człowiek nie stroniący od dobrej zabawy przy alkoholu, z drugiej, kobieta z dobrego domu, z zasadami, dla której wystawny podwieczorek nie był niczym nadzwyczajnym w środku buszu.
Dzieło Huston'a, to opowieść nie tylko o podróży dwojga ludzi, którzy przynajmniej początkowo nie maja z sobą nic wspólnego, to film ku pokrzepieniu serc, to opowieść o walce z napotkaną tyranią. Przedstawia widzowi bohaterów, którzy mimo braku odpowiednich środków i okoliczności podejmują się niebezpiecznego zadania nie zważając na swoje życie. W głównych rolach zobaczymy Humphrey Bogart jako Charlie Allnut oraz Katharine Hepburn jako Rose Sayer Poczynania pary głównych bohaterów oddają w świetny sposób wzorce zachowań tamtych lat, uświadamiają widzowi jakie były relacje między kobietą a mężczyzną, w jaki sposób niegdyś rozkwitała prawdziwa miłość.
Film zapisał się w historii kina jako jeden z pierwszych kręconych w większości po za Hollywood i to w kolorze. Klasyk to może za duże słowo, ale z czystym sumieniem zapraszam na seans. 7/10

niedziela, 13 marca 2011

Novaya Zemlya (2008), Na końcu świata (2010).

Novaya Zemlya (2008) – tytułowa nowa ziemia to odległy zakątek świata, przeznaczony dla najbardziej niebezpiecznych i nie dających się zresocjalizować przestępców. Projekt w którym biorą udział, zakłada przewiezienie ich z przepełnionych więzień, początkowo tylko rosyjskich, w odludne miejsce, zostawienie im najpotrzebniejszych rzeczy do przetrwania w surowym zimowym klimacie i zostawienia ich samych sobie. Komunikacja z pomysłodawcami eskapady więźniów ma odbywać się za pomocą boi komunikacyjnej, zakotwiczonej kilkaset metrów od plaży na której lądują tuż po przyjeździe.
Film produkcji rosyjskiej z ciekawą fabułą (przynajmniej na papierze) zapowiadał intesujące, męskie widowisko. I faktycznie obraz jest skierowany do męskiej części widowni, jest brutalnie, jest przemoc ale te ciekawe zazwyczaj aspekty samczego kina podane są w nijaki sposób. Od początku przeszkadzało mi nielogiczność całej operacji. W filmie jest mowa, o rezygnacji z kary śmierci w zamian za spędzenie wyroku na odludziu z podobnymi do siebie, bez kontaktu z światem zewnętrznym. Nie trzeba wielkiego psychologa, żeby odgadnąć iż zostawienie setki mężczyzn w jednym miejscu bez kontroli z zewnątrz może skończyć się tragicznie. Dalej, dziwiło mnie bardzo, jak szybko ktoś chciał dojść do władzy, potem jeszcze szybciej zginął, by za dwa miesiące od przyjazdu do obozu zjadanie ludzi nie było już barbarzyństwem. Może bym uwierzył w takie zezwierzęcenie w odległej przyszłości, kiedy to ziemia jest spustoszona przez wojny, kosmitów czy cokolwiek, a nie w XXI i to nawet przy tak specyficznej społeczności jaką mamy w filmie.
Musze powiedzieć, że całość wyszła słabo, z miernym aktorstwem z niepotrzebnymi wątkami, z szokowaniem na siłę. 4/10

Kray (2010) – kolejny obraz przyjaciół za wschodniej granicy, następny który mną nie wstrząsnął ale dał radość z oglądania. Opowiada historię weterana II wojny światowej, wielkiego entuzjastę parowozów który po wojnie ląduje w wiosce, miejscu odpracowywania grzechów względem Związku Radzieckiego różnej maści ludzi. Butkus ma zostać prawą ręka naczelnika, ma mieć pieczę nad parowozem którym jest jedynym środkiem transportu w radzieckiej tajdze.
Główną słabością obrazu jest scenariusz, nie żeby był zły, tylko wygląda jakby był pisany przez kilka osób i żadna nie zapoznała się z tym co napisał poprzednik. Oglądając Kray ma się czasami wrażenie, że oglądamy bezmyślnie posklejane sceny i nawet sam twórca nie wie o co dokładnie chodzi. Moim skromnym zdaniem fabuła jest za bardzo rozlazła, powinna skupić się na dwóch najciekawszych sprawach poruszanych w filmie. Na miłości głównego bohatera do parowozów i jego skomplikowanych relacjach z kobietami. Czyli dla każdego coś dobrego, żeńska publiczność może z zaciśniętymi kciukami śledzić miłosne podchody bohaterów, męska natomiast przyglądając się fachowym okiem, ile można wycisnąć z „odkopanej”, zdezelowanej lokomotywy.
Film mimo drobnych niedogodności, ciągnie do przodu machineria wprawiana w ruch przez głównego bohatera. To on skupia na siebie całą uwagę i jeśli lubimy oglądać niebanalny romans, ogromne radzieckie parowozy w klimacie lat powojennych, z tajgą w tle to serdecznie zapraszam. 6/10

piątek, 18 lutego 2011

127 Hours (2010), Mamma Mia! (2008).

127 hours (2010) - zepsułem sobie kinowy seans przez poznanie ważnego faktu z fabuły filmu. Teraz wiem, że pewnie bym się tego „czegoś” domyślił, ale domysły, a konkretna wiedza to co innego. Nie mniej jednak zdecydowałem się wydać kilka złoty i zobaczyć co zaprezentuje Danny Boyle, człowiek który ujawnia swoją pasję nawet podczas wizyty w Top Gear, kiedy chwalił pracę kamery ustawionej na torze wyścigowym.
Zadanie miał trudne, musiał zainteresować widza przez 90 min praktycznie jedna lokacją i jednym aktorem. Film opowiada historię Arona, człowieka który nadmiar energii wykorzystuje podczas weekendowych eskapad na łono natury. Porusza się pieszo na rowerze, skacze po skałach byle w samotności i do przodu. Na jednym z wypadów przyjmuje role przewodnika i demonstruje nowo poznanym koleżankom uroki okolicznych jaskiń. W dość nietypowych warunkach znika , a widz myśli, że już się zaczęło. Otóż nie, wpada do jeziorka które dobrze zna i zaprasza do skoku koleżanki. Jak to bywa przy dobrej zabawie czas szybko mija i pora się rozejść. Na nieszczęście Arona, nowo poznani znajomi rozchodzą się w przeciwnych kierunkach, a ten po krótkim czasie wpada w pułapkę.
Jeden aktor, jedno miejsce i reżyser musi wprawić w ruch ten statyczny obraz. Zabiegi które stosuje są wystarczająco interesujące i pozwalają widzowi na wejście w skórę głównego bohatera i cierpienie razem z nim. Odtwórca głównej roli James Franco (bardzo dobra kreacja), z zaklinowaną dłonią robi oczywiście wszystko by się wydostać, a z godziny na godzinę sprawa się tylko pogarsza. Niedobór wody, pokarmu i zmęczenie niekorzystnie wpływają na psychikę. Wizje, omamy i sny jakich doświadcza, klarują mu jego obecną sytuację, stają się odpowiedzią na oczywiste w tej sytuacji pytanie: dlaczego ja?. Dobre wciągające kino. 7,5/10

Mamma Mia! (2008) - zdaję sobie sprawę, że prezentowane dzieło odstaje od mojej listy filmów, ale powiedzcie szczerze kto potrafi odmówić „delikatnym” aluzjom małżonki? Dodać do tego należy moje uwielbienie dla pani Meryl Streep i oto jestem na kanapie, żona obok, zapowiada się miły wieczór.
Film z założenia miał bawić, prezentować prostą historie, ładne widoki, plejadę gwiazd które co rusz z normalnej konwersacji przechodziły do śpiewania. Za każdym razem bawiły mnie te sceny, a już zakończenie wykonywanego utworu gdzie w choreografii pomagało kilkanaście osób (nie wiadomo skąd się wzięli) i rozchodzenie się zgromadzenia jak gdyby nigdy nic, było przekomiczne. Wiem, taka specyfika musicalu, czy też filmu udającego ten gatunek ale nic nie poradzę, że wygląda to zabawnie.
Mamma Mia to jeden wielki teledysk, do którego powciskano drobne elementy fabuły i miało się udać. Można śmiało powiedzieć, że twórcy dopięli swego, zabierając widza w urokliwe miejsce, dobierając ciekawą obsadę, a to wszystko wrzucili do ogromnego garnka z napisem: dobra zabawa przy Abbie. 6/10

czwartek, 13 stycznia 2011

The Walking Dead (2010-?, sezon 1), Shrek Forever After (2010).

The Walking Dead (2010-?) – wspominałem kiedyś o AMC, wychwalałem za wcześniejsze produkcje. Tym razem stacja postanowiła zrobić serial na podstawie komiksu o zombie. Pomysł spotkał się z wielkim zainteresowaniem. Pierwsze teasery które ukazały się w internecie, podgrzewały już gorącą atmosferę, jaka powstała wokół serialu. Słyszeć można było, że zapowiada się solidna sztuka, że producenci starają się oddać klimat panujący w zeszytowej wersji The Walking Dead.
Twórcy ze wszystkich sił starali się zainteresować publiczność poprzez liczne akcje reklamowe. Jedna z nich to parady zombie w metropoliach na całym świecie. Trzeba przyznać, że pomysł był świetny, filmiki z pokazów czasami wyglądały zabawnie, ale zdarzały się także z profesjonalnym podejściem do sprawy. Oczekiwania fanów, rosły z dnia na dzień, ludzie liczyli dni do premiery, sposób nakręcania publiczności, wyszedł AMC perfekcyjnie.
Aż w końcu nadszedł czas, by ocenić, zobaczyć czy można zainteresować widza na dłużej niż kilkadziesiąt minut opowieścią o nieumarłych. Po 6 wyemitowanych odcinkach, druga seria jest już pewna, wiem tyle, że będę ją oglądał, ale z nadzieją na rozwinięcie fabuły. Ponieważ największym mankamentem scenariusza jest jego prostota. Są dwa obozy, zdrowi, a po drugiej stronie umarlaki spragnieni ludzkiego mięsa. Bohaterom nie pozostaje nic innego jak walka z wrogiem. Początkowo nie dostajemy żadnych informacji na temat dlaczego doszło do zakażenia, większość wyklaruje się w chyba najciekawszym ostatnim odcinku. Widz w końcu dostaje tam coś więcej aniżeli rozczłonkowywanie „szwędaczy”. Natomiast pierwsze pięć odcinków to poznawanie bohaterów, wspomniana walka o życie i jakby przygotowanie widza do kolejnego sezonu i ostatecznej walki z wirusem.
Podczas oglądania filmu o podobnej tematyce, nie mamy czasu na rozważanie różnego rodzaju sytuacji czy też scen, wszystko skondensowane jest do maksymalnie 90 min. Tutaj już na nieszczęście producentów mamy czas aby sobie to i owo przemyśleć i jakże by inaczej, poddać pod wątpliwość. Pierwsza z brzegu, gdy główny bohater budzi się w szpitalu, po jak mniemam z jego zarostu i wyschniętej wiązanki kwiatów, około 2 tygodniach. Proszę mi wyjaśnić jak można po takim czasie, bez przyjmowania płynów, wstać z łóżka i jak gdyby nigdy nic iść? Scena z okładki, wjeżdżający do miasta szeryf, zajęte są tylko pasy wyjazdowe z miasta. Dlaczego wiedząc, że nikt tam nie będzie chciał wjechać z powodu epidemii nie skorzystano z dodatkowych pasów ruchu? Idźmy dalej, autorzy nie starają się uściślić w jaki sposób można się zarazić, wiemy tylko, że pewnikiem jest ugryzienie przez zombie. Pamiętam scenę gdzie jest mowa o tym by nie mieć kontaktu z zainfekowaną krwią, by w innej zobaczyć aktorów umazanym posoką umarlaków, a wirus jakoś nie atakuje.
Podsumowując, w kilku słowach mogę powiedzieć, że najnowsze dziecko AMC, jest jak długo oczekiwany prezent świąteczny, którym nacieszymy się kilka dni by potem rzucić nim w kąt (wyjątkiem niech będzie otrzymany zwierzak).
Czekam na drugi sezon z nadzieją na fabularne rozwinięcie, na ciekawszy serial, ponieważ sama neutralizacja zombie nie sprawdza się na dłuższą metę. 6,5/10

Shrek Forever After (2010) – to już czwarta część o zielonym trollu, zn ogrze. Jakby na to nie patrzeć forma Shreka spadała po równi pochyłej. Forever After obronił się tylko dlatego, że scenarzyści wpadli na ciekawy pomysł, przeniesienie głównego bohatera w inną czasoprzestrzeń. Pomysł dobry, można solidnie ubarwić fabułę, a na samo jej odkręcenie wystarczy pocałunek zakochanych, jak to w bajkach często bywa. Jednak twórcy przyłożyli się do scenariusza, tak jak przykłada się robotnik do pracy na kilka minut przed końcem zmiany.
Siłą serii był humor, czasami tylko dla dorosłych, ale zawsze. Gdy dzieciaki zaśmiewały się z wyczynów osła, dla dużych dzieci był często jakiś pikantny szczególik, to coś co powodowało, że zostajemy do końca filmu. Tutaj niestety tych żartów jest jak na lekarstwo, a tak w szczególe to nie przypominam sobie by usta me drgnęły chociaż raz.
Liczyłem po cichu na nasz dubbing, jak dotąd się sprawdzał. Niestety w tej kwestii film też poległ na całej linii i nie jest to wina aktorów, mieli po prostu słaby materiał do obrobienia.
Zobaczyłem bo chciałem zakończyć serie, jeśli kiedyś o zgrozo ktoś będzie chciał reanimować zielonego ogra ja już podziękuję. 4,5/10

czwartek, 9 grudnia 2010

Chłopcy z ferajny (1990), Rambo: Pierwsza krew (1982).

Goodfellas (1990) – De Niro, Joe Pesci i Ray Liotta w filmie Martina Scorsese, zrobili co do nich należało. Reżyser na podstawie książki Nicholasa Pileggi "Wiseguy" oraz prawdziwych wydarzeń, pokazał nam świat gangsterów. Scorsese skupił się na Henry Hillu, przedstawił historię nastolatka, który od zawsze chciał wstąpić w szeregi ludzi wyjętych spod prawa, imponowała mu władza jaką posiadali. Zaczynał od podawania drinków, dostarczania przesyłek a skończył jako szanowany gangster, profesjonalista, człowiek żyjący w oparach alkoholu, narkotyków, władzy, wymuszeń, kradzieży, morderstw.
Obraz zaciekawił mnie od samego początku gdzie widzimy sceny z życia głównego bohatera, on sam komentuje zdarzenia jakich jesteśmy świadkami, przedstawia towarzystwo. Wszystko idzie gładko, kolejne doświadczenia tylko przekonują Henrego, że dobrze wybrał, że gangsterski byt będzie dla niego odpowiedni. Pierwsze kilkanaście minut mija w przyjaznej atmosferze nawet obijanie twarzy listonoszowi, pokazane jest w zabawny sposób (no chyba, że ja mam wypaczony gust), nic tylko rzucić szkołę i dobrze się bawić.
Główna części filmu oddaje realizm podejmowanego tematu, trwa około dwóch godzin ale nie nudzi nawet na moment. Zasługą tego jest oczywiście wymieniona wcześniej śmietanka aktorska jak i sam reżyser. Jako fan kina gangsterskiego, nie dziwią mnie sceny zabijania za błahostkę, bezwzględne egzekucje, problemy z rodziną, kobietami, używkami, a w Chłopcach z ferajny doświadczamy tego na każdym kroku.
Końcówka to ukazany chronologicznie dzień z życia głównego bohatera, jego ostateczny wybór, ciekawe zwieńczenia dzieła. Polecam, klasyk. 8,5/10

First Blood (1982) – Wam też na wspomnienie o pierwszej części Rambo, pojawia się ironiczny uśmieszek na twarzy? Film dobrze wspominany, bo to wspomnienie z dzieciństwa, bo to kasety VHS itd, ale chyba mało kto traktuje First Blood poważnie.
Ja, jako ojciec, mąż, człowiek płacący podatki, w pełni sprawny na umyśle (no, kilka szarych komórek, nigdy już nie wróci), śmiem twierdzić, iż Rambo First Blood to arcydzieło kina rozrywkowego!
Dla przypomnienia, film opowiada o weteranie wojennym. John Rambo po powrocie z Wietnamu, nie radzi sobie z życiem w cywilu. Jego znajomi z oddziału zginęli na polu walki, jedyny ocalały, umarł w domu, zostawiając Johna samego z ciężkim bagażem doświadczeń. Nasz bohater, podczas swojej tułaczki trafia do spokojnego miasteczka z zamiarem zjedzenia posiłku. Natrafia na szeryfa, który daje jasno do zrozumienia, że to nie miejsce dla niego. Owe wypędzenia to przysłowiowa kropa, to początek walki przedstawicieli władz z Bogu ducha winnym żołnierzem.
Film otwiera kultowa już scena na moście, świetny klimat i Sylvester Stallone próbujący z siebie wykrzesać aktora to coś naprawdę niebywałego. Sceny pościgu, skok Johna Rambo z skarpy na choinkę i zszywanie rany, wyglądają bardzo realistycznie. Końcowa scena, gdzie Rambo, daje upust emocją podczas rozmowy z swoim dowódcą, zagrana bardzo dobrze mając na uwadze np. ostatnie dzieło Stallone The Expendables, gdzie moim zdaniem się nie popisał. Polecam 8/10

niedziela, 5 grudnia 2010

Robin Hood (2010), Resident Evil: Afterlife (2010).

Robin Hood (2010) – czytanie, poznawanie opinii innych to podobno dobra rzecz. Rozwija, skłania do myślenia, a to jeszcze nikomu przecież nie zaszkodziło. Tyle, że w przypadku dzieła Scott'a, doszło do tego, że film leżał i czekał na moja uwagę, a twierdzenia, że Crowe jest za stary na Robin Hooda, że film jest za długi, że kilka scen, wątków jest zupełnie niepotrzebnych, kołatały się w mojej głowie na wspomnienie o banicie z łukiem.
Teraz muszę spróbować obalić wspomniane wątpliwości, zaczynając od fabuły. Przedstawiona historia, jest to okres przed tymi prezentowanymi w serialach, dowiadujemy się jak Robin stał łucznikiem o gołębim sercu. Faktycznie niektóre sceny są oderwane od głównego wątku, ale ja odbierałem je jako dodatek do całości. Powiem więcej, chętnie bym zobaczył 6 odcinkowy serial, zmontowany z całego materiału. Bonusy dobrze się oglądało za sprawą Crowe, Blanchett oraz Max'a Sydow. Crowe może i słusznie nie za bardzo pasował wiekiem do odgrywanej roli ale dobrze to tuszował aktorstwem. Ważniejszym zjawiskiem, które spaja film jest postać Marion, zagrana przez wspomnianą wcześniej Kate Blanchett. Kobieta z charakterystyczną urodą, na której temat można dyskutować, ale nie można jest odebrać tego, że jest wspaniałą aktorką. Sceny z jej udziałem jak miały być zabawne to takie były, zagrała tak jakbym tego oczekiwał, jest (jakie to przewrotne stwierdzenie) ozdobą obrazu.
Podsumowując, Robin Hood to dobry film, prezentujący historię legendy, gdzie widać dobrze wydane pieniądze, na stroje, zdjęcie i aktorów. To komercyjny produkt, mający nas zabawić w niegłupi sposób, zarobić pieniądze bez aspiracji na dzieło kultowe, ale to nie wada. 8/10

Resident Evil Afterlife (2010) – jak dotąd seria filmów z Mila Jovovich w roli głównej była dla mnie zadowalająca, spełniała niewygórowane wymagania. Zacząłem przygodę z Resident Evil od trzeciej części, była na tyle interesująca, że zaznajomienie się z pozostałymi częściami było tylko formalnością. Śledząc pobieżnie losy filmu w sieci, ciężko natknąć się na dobre słowa skierowane w jego kierunku. Postanowiłem być przekorny i samemu zobaczyć co oferuje Afterlife.
Początek filmu to trochę akcji, słabe efekty specjalne, naciągane do granic możliwości sceny walki. Pomimo ciężko strawnego startu, oglądałem dalej, tłumacząc sobie, że może się rozkręci i będzie przyzwoicie.
Nie było: fabuły, humoru który mógłby uratować beznadziejne dialogi, brak jakiegokolwiek klimatu, napięcia. Kukiełki przemieszczają się po ekranie, coś mówią miedzy sobą, czasami nawet walczą z „nieumarłymi”, niestety podane w tak okropnie bezpłciowy sposób.
Żeby być uczciwym muszę wspomnieć o jednym interesującym wydarzeniu o zabarwieniu humorystycznym. Tyle, że nie jest to żart zawarty w dialogach, czy tez sytuacyjny, chodzi mi o postać graną przez Wentworth'a Miller'a (sławetny Michael Scofield) Głównym zadaniem Redfield'a, jest pomoc w ucieczce z ..., dokładnie z więzienia! Kiedy jego zadanie wychodzi na jaw, skłonny byłem tylko do wypowiedzenia słowa: seriously? 4/10