Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojciech Smarzowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojciech Smarzowski. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Drogówka (2013)


Drogówka (2013) – Smarzowski kolejny raz zabiera nas na wycieczkę po Polskiej ziemi. Tym razem zostaniemy zaznajomieni z środowiskiem policyjnym, ujrzymy przedstawiciela kościoła, który zapomina, pewnie całkowicie niechcący, o przykazaniach oraz będziemy mieli wgląd w tryby zarządzające potężnymi inwestycjami. Reżyser portretując nasze podwórko nie zapomina o tym, że widz lubuje się w zagadkach. Daje więc bohaterom ciekawy, ociekający alkoholem podkład, wplątuje ich w skomplikowane zażyłości i zostawia samym sobie.
Drogówka to film podzielny przez dwa. Pierwsza część w migawkach z telefonu, kamer przemysłowych i tych typowo filmowych, nakreśla historię i postacie biorące w niej udział. Jest ponuro, mało uczciwie, odpychająco ale do tego jako widz zdążyliśmy się przyzwyczaić w filmach rodaka. Druga odsłona to intrygujące śledztwo, prowadzone w pośpiechu, to dochodzenie, które musi się potoczyć w odpowiednim kierunku. Ta część to czynnik trzymający mnie przed ekranem. Bowiem świadomy warsztatu jakim posługuje się twórca, oczekiwałem od obrazu z 2013 czegoś więcej. Na szczęście dostałem to w rozwinięciu historii. Przyspieszenie narracji wpłynęło pozytywnie na film, składanie układanki, emocjonuje na tyle by po zakończeniu seansu jeszcze przez chwilę tkwić na Warszawskim posterunku z poczuciem wszechogarniającej bezsilności. 7,5/10

czwartek, 25 października 2012

Róża (2011)


Róża (2011) – jeśli można odczuwać fizyczny ból bez wzajemnej interakcji, jeśli fabuła potrafi zmusić do głębokich przemyśleń bez przesadnej moralizacji, to właśnie dzieło Smarzowskiego jest doskonałym przykładem na film szczery, brutalny, prosty, potrafiący trafić do widza. To film z ogromem goryczy, ludzkiego bólu,  troski o jutrzejszy dzień, ale co jest ogromną zaletą Róży, twórca nie jest nachalny z przekazem, nie zmusza widza do oglądania okropieństw jakie miały miejsce na Mazurach po II Wojnie Światowej, on tylko sadzi nasionko w naszych głowach, a te już samo kiełkuje do gigantycznych rozmiarów koszmaru.
Koniec wojny, wiec wydawało by się, że i koniec barbarzyńskiego podejścia do ludności, do ich własności intelektualnej, materialnej i tej najbardziej prywatnej. Nic bardziej mylnego, bo kiedy w 1945 roku do Polski wchodzi wielki brat z wschodu, kiedy na Mazury zamieszkiwane dotychczas przez Niemców, dramat zaczyna się na nowo w imię czystej Polski, z pogwałceniem wszelakich praw. Tytułowa Róża, to wdowa po niemieckim żołnierzu, który zginął na froncie,  a wspomnienie o nim przynosi jej wojak z kraju nad Wisłą, Tadeusz. Początkowa znajomość jest bezbarwna jak otaczająca bohaterów rzeczywistość. Jednak z czasem oboje zaczyna coś łączyć i aż chciało by się zobaczyć szczęśliwy finał, który tutaj niestety nie mam prawa bytu. Bo dzisiejsze regiony Polski tak oblegane przez amatorów żeglarstwa, te ponad 60 lat temu były obszarem nienawiści, nowej rewolucji, gdzie nie było miejsca na odmienność, na zrozumienie, na zwyczajną akceptacje ludzi żyjących na tych terenach od lat.
Traumę, jaka potrafi ogarnąć widza już podczas seansu starają się jakoś załagodzić główne postacie. Dorociński z Kuleszą oraz Braciak z Preis potrafili wnieść odrobinę humoru do historii. Najlepszą sceną, po której wydawało się, że może być tylko lepiej (nie było) jest sekwencja podczas zbierania ziemniaków. Nic takiego, bo tylko pęknięte gacie na tyłku głównego bohatera, banalny urywek z życia, który tutaj pozwala zapomnieć o szorstkiej rzeczywistości, daje odrobinę oddechu od tego co czeka widza już za moment. 8,5/10