Zaproszenie

Zapraszam wszystkie polskie prządki i prządków do współtworzenia tego bloga. Myślę , że miło będzie mieć miejsce, gdzie będziemy mogli porozmawiać o naszej pasji przędzenia wełny na wrzecionach i kołowrotkach, pooglądać piękne, samodzielnie zrobione włóczki i rzeczy z nich wykonane. Kto wie, może przyjaźnie zawarte na tym blogu sprawią, że spotkamy się również w rzeczywistym świecie i zaśpiewamy wspólnie Prząśniczkę :) .



Blog został zamknięty i przeniesiony na WordPress. The blog was closed and moved to WordPress:
http://polskiewrzeciona.wordpress.com/
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powitania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powitania. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 marca 2012

Asia się wita :)

Nadszedł czas,abym i ja się przywitała pisząc swojego pierwszego posta :)
Myślałam,że dłużej zostanę jako podczytująca,ale los chciał inaczej.
Mam na imię Asia i mieszkam w woj. opolskim.Do współprowadzenia bloga zaprosiła mnie oczywiście Ela (za co serdecznie dziękuję),choć moja wiedza w temacie przędzenia jest na etapie raczkowania i zachwytu nad tym jak piękne włóczki mogą powstać.
W euforii postanowiłam kupić kołowrotek.No i mam.Jest to jakiś stary już egzemplarz i to on właśnie zmusił mnie do napisania tego posta :)
Od rana próbuję go uruchomić.Kołowrotek miał jeden sznurek na kole zamachowym,a jak się domyślam powinien mieć dwa.Pierwszy sznur łączący koło z wrzecionem uruchamia wrzeciono,natomiast drugi sznur założony na rowek szpulki nie uruchamia szpulki.I tu pojawia się mój problem:jak pedałuję nitka pięknie się skręca,natomiast za skarby nie potrafię sprawić,żeby zaczęła nawijać się na szpulę.Może już ktoś miał taki kłopot,lub spotkał się z takim i potrafi mi pomóc?Żeby rozświetlić troszkę problem wstawiam zdjęcia mojego egzemplarza.

środa, 14 września 2011

Ukradkowo

Ukradkowo i nieśmiało w końcu postanowiłam się przywitać.
Jeszcze parę miesięcy temu nie miałam NIC wspólnego z jakimkolwiek tkaniem. Ba! Zdając do ASP "rencyma i nogamy" broniłam się przed tkactwem idąc na snycerstwo.
I co? Los się o mnie i tak upomniał nachodząc podstępnie, z najmniej oczekiwanej strony.
Zaczęło się od tego, iż musiałam wymyślić sposób na ratowanie kompletnie "skopanej" przez krawcową sukni słowiańskiej. Na Grunwaldzie trochę podpatrzyłam, potem zaczęłam odwiedzać pasmanterie w poszukiwaniu sznureczków do wiązań (w mojej sukni były tasiemki). W końcu, zniechęcona bezowocnymi poszukiwaniami zapytałam dziewczyn z Bractw, gdzie mogę owe sznureczki kupić.
Kupić? To trzeba upleść....
Korzystając z informacji jakimi mnie zasypały wyrzeźbiłam sobie lucet (przydało się snycerstwo) i na podstawie filmiku z YT nauczyłam się wyplatać sznureczki.

Potem przyszedł czas na bardko i tu, by już Was nie zanudzać wstawię link do mojego blogowego wpisu z LUBLINA.
(pierwsze utkane przeze mnie krajki )

Dość powiedzieć, że w krajkach się zakochałam. Mogę siedzieć nad nimi godzinami. Zdaję sobie sprawę, że moje umiejętności są mikre w porównaniu do Waszych i tym bardziej dumna jestem szalenie, że przyjęłyście mnie do swego szacownego grona.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Przywitanie - i co nieco o wrotyczu

Witam wszystkich czytających!

Jest to mój pierwszy post tutaj, dziękuję za zaproszenie do grona autorów "Prząśniczki".
Kilka słów o mnie od strony wełny ;-) Od kilku lat zajmuję się rekonstrukcją historyczną,
a że zawsze wszelkie manualne prace mnie interesowały, zabrałam się za zgłębianie dawnych rzemiosł.
Trochę naalbindingu, trochę barwienia, co nieco innych plecionkowo-tkackich prac - i tak doszłam do przędzenia - w końcu kiedyś każda szanująca się gospodyni musiała mieć je opanowane.
Prząść się dopiero uczę, uwielbiam natomiast roślinne farbowanie - trochę alchemii we własnym garnku.
No i zawodowo mam zboczenie na ładne kolorki... ;)
Miałam się odezwać już jakiś czas temu, ale że nie lubię tak "po próżnicy", poczekałam
aż uda mi się zgrać zdjęcia z moich ostatnich eksperymentów z farbowaniem wrotyczem.


Wrotycz jest dosyć pospolicie występującą roślinką, o tej porze roku można spotkać go
na łąkach, nieużytkach, gruzowiskach - takie raczej suche słoneczne tereny. Zresztą - każdy go chyba kiedyś widział :)
Do barwienia wykorzystuje się same żółte kwiatki. Zbiera się je szybko, bo i koszyczków kwiatowych jest na jednej roślinie dużo, i wrotycz rośnie przeważnie w większych kępach.


Moje zbiory zalałam wodą, odstawiłam na dwa dni i - po przegotowaniu i odcedzeniu zieleniny - zyskałam garnek takiego ładnego żółciutkiego barwnika.


Farbowałam kremowe przędze - cienką i grubą, oraz szarą włóczkę - część zaprawiając wcześniej w ałunie. 


Do tego kawałek naturalnego, lekko bielonego lnu (kolor wyjściowy - jasny beż, kremowy). Pomna na ostrzeżenia iż len się ciężko barwi (i własne wcześniejsze z nim doświadczenia) zaprawiłam go wg przepisu z "Barwienia naturalnego" Katarzyny Schmidt-Przewoźnej, w ałunie i sodzie oczyszczonej.


Gotowało się wszystko w barwniku około 3 godzin, zarówno pierwsza jak i druga porcja.
Od lewej - przędza z pierwszego barwienia, zaprawiana wcześniej ałunem, przędza jasna z pierwszego barwienia nie zaprawiana ałunem, włóczka szara z drugiego barwienia, zaprawiana ałunem, przędza jasna z drugiego barwienia, zaprawiana ałunem, przędza jasna z drugiego barwienia zaprawiana ałunem. Kolory są na żywo trochę wyrazistsze. Ogólnie z pierwszego barwienia wyszła bardzo ładna żółć, zarówno na zaprawianej jak i nie zaprawianej wełnie.


Na drugim zdjęciu lepiej widać efekt na szarej włóczce - kolor hm... szaro-żółto-oliwkowy?


Len z kremowego stał się kremowo-żółty - na zdjęciu porównanie z kartką z drukarki. Kolor bledziutki, delikatny, mocno rozbielony. Z barwieniem lnu trzeba będzie jeszcze poeksperymentować.


I to by było na tyle na dziś - mam nadzieje, że przyda Wam się moje pisanie do własnych eksperymentów. Pozdrawiam! 

piątek, 12 sierpnia 2011

ZE STAREGO ROCZNIKA.


Witam. 
zostalam zaproszona do zamieszczania postow na tym blogu ,poniewaz dolaczylam do grona przasniczek choc nie tak do konca , ja tylko taki poczatkujacy uczen jestem.
Zaczelo sie umnie banalnie. kupilam uzywany kolowrotek i zachcialo mi sie swojej welny uprzasc. Niestety mieszkam za granica i ciezko mi bylo znaledz jakies infornacje na ten temat ale odczego internet prawda? jak sie chce to znajdzie. popytalam troszke ,pogladalam lekcje na utube. chco musze przyznac ze wcale to tak latwo nie jest.i jeszcze jedno utrudnienie -nieznalazlam zadnego filmu w jezyku polskiem,choc nie mam problemu jezykowego to jednak czasem ciezko zrozumiec jak to wszystko dziala.trzeba poprostu uwaznie patrzec niestety. Na filmach utube wyglada to tak leciutko,zachecajaco a jak czlowiek sam sie zabierze to albo nitka sie zrywa albo wrzeciono niechce sie krecic albo jeszcze inna przypadlosc. jako ze ja calkiem poczatkujaca to naprawde niewiedzilam nic na temat kolowrotka. jak naciagnac sznureczek zeby ladnie przedza nawlekala sie na wrzeciono.,dlaczego nitka za mocno sie naciagla lub skreca.naprawde to niby nic a jednak bez tego tudno sie poruszac szczegolnie jak sie niema nikogo kto podpowie( choc tu musze uklon w strone mojego meza.pamietal jak jego matka przedla welny i pomagal mi jak mogl.) pierwsze moje poczatki ,byly naprawde kiepskie a jak sprobowalam przascc na wrzecionie to naprawde zupelnie lepiej mi poszlo.Po kilku nakreconach nitkach na wrzecione w koncu pojelam jak obslugiwac kokolowrotek no i duzo maz podpowiadal .Jak naciagnac dobrze sznurek na napred, jak robic skret.  a potem mnie oswiecilo zadzwonilam do ojca i tu otworzyla sie przedmna skarbnica wiedzy. Czy wiecie moje panie jak uzyskac bialy kolor z owczej welny,no ja tez niewiedzialm . Banalne i proste stare metody sa jednak najlepsze, wystarczy uprzedzona welny wymieszac w popiele z wegla drzewnego zostawic na 3-4 godziny ,potem wyprac porzadnie i welna zostaje sie biala. Ojciec podzielil sie zemna jeszcze wieloma radami na temat naturalnego farbowania welny,jesli bedziecie zainteresowane to rowniez ja podziele sie z wami.
moja tesciowa to tez istna skarbnica wiedzy na temat przedzenia welny ,robienia na drutach .Swoja przygode z kolowrotkiem zaczela jak miala13 lat.Nauczyla ja jej matka. i jeszcze jedno babcia zlecila zrobienie kolowrotka dla niej,reczna robota robiona pod zamowienie .az mi sie lza w oku kreci.
 a oto moje pierwsze welny. mam nadzieje ze z czasem beda lepsze i ladniejsze.te zostana niepofarbowane naruralne -beda z nich skarpety.ale nastepne napewno bede probowac barwic naturalnie - teraz kwitnie nagietek .z platkow bedzie piekny zolty lub zloty kolor.

pozdrawiam serdecznie majowababcia  Halynka ;)

środa, 10 sierpnia 2011

Witam z Żelisławskiego Zapiecka

Witam serdecznie! Zapiecek to ważne miejsce w mojej wsi, stworzyliśmy je dla siebie, by mieć miejsce do realizacji swoich marzeń> Ja< Krystyna< lepię z gliny, Irena > przędzie i tka, >Ania > piecze chleb na zakwasie na liściu chrzanowym, bywa , że farbujemy, wyplatamy płoty z wikliny, a ostatnio pleciemy gobeliny. Jak to Alicja wspomniała, jest to "pracownia" na świeżym powietrzu i każdy kto do nas trafi może wszystko obejrzeć, a także spróbować własnoręcznie coś ulepić, upleść, uprząść, utkać lub upiec. Przez dzisiejsze przedpołudnie z zapałem trenowałam przędzenie na wrzecionie własnoręcznie zrobionym z trzonka od pędzla i ulepionego i wypalonego z gliny przęślika. Nie bardzo mi to wychodzi, pewnie brak wprawy i narządko może niefachowo zrobione, ale największym problemem jest to, że wrzeciono nie chce się kręcić w tę stronę co ja mu "każę" , gdy tylko może zaczyna wirować w odwrotną stronę coraz szybciej i szybciej, aż wyczerpało mój zapas cierpliwości :( Natomiast skręcanie dwóch nitek sposobem pokazanym przez Alicję mogę uznać za udane :) Pozdrawiam wszystkich serdecznie Krysia

wtorek, 9 sierpnia 2011

Powitanie i informacja o warsztatach tkackich


Witam wszystkich!
Mam na imię Beata, nauczyłam się tkać prawie 20 lat temu w dość dziwacznych „okolicznościach przyrody”, a potem to zarzuciłam i teraz wracam ucząc sie wszystkiego od nowa.
Dzięki uprzejmości Eli dołączam do bloga i nareszcie mogę sie pochwalić! Właśnie odebrałam swoje pierwsze prawdziwe krosna (bo te od Kromskich tez mam, ale one sprawdzają się przy mniejszych pojedynczych rzeczach i mają walor "dekoracyjny").
Nawinęłam 14 metrów pierwszej osnowy (zajęło 2 dni, hehe), skompletowałam zestaw wielu bardzopotrzebnychelementów, których nazwy mi się mylą i teraz będę sie z lubością oddawać zwijaniu kłębków, cięciu materiałów na paski i utykaniu je między własnoręcznie nawinięte nitki, ale jestem dumna!
A wszystko to dzięki pomocy pani Ani Bałdygi z Mazuchówki, krosna zrobił pan Stanisław - jej mąż. Te na zdjęciu są moje, jeszcze nie całkiem kompletne, jak widać.
Pani Ania prowadzi w tym roku w swojej pracowni w Mazuchówce warsztaty – od sierpnia do listopada. W tym terminie uczestnictwo w warsztatach jest bezpłatne, trzeba tylko dojechać, mieć gdzie spać i co jeść. Gorąco polecam panią Anię jako nauczycielkę – kobieta o anielskiej cierpliwości, chętnie dzieli się wiedzą i ma tysiące sposobów naprawiania błędów przy zakładaniu osnowy i w trakcie pracy, o które u początkujących tkaczy nietrudno (zresztą jak czytam, nie jestem pierwszą osobą, która się od niej uczy).
Uff, wygląda na to, że pierwszy post ever mam za sobą. Pozdrawiam!

Stary-nowy

Witam to mój pierwszy post tutaj, ale nie mogłam wytrzymać musiałam się pochwalić.

Zacznę od początku.Będzie długie.
Jakiś czas temu "zepsułam" skórę baranią, piorąc ją w pralce automatycznej...tak wiem moja wina....ale nie ma tego złego, moja mama postanowiła baranka (to co po nim zostało) obstrzyc, wyszedł z tego worek wełny, czyściutkiej bo pranej w pralce.
Wełenka leżała i czekała na lepsze czasy..może filcowanko...może coś innego...
W międzyczasie odkryłam ten blog.
Od zawsze zafascynowana byłam tkaniem (mam warsztat pionowy,taki z Xw)jednak o przędzeniu pojęcie moje było zielone.
Oczytałam się, prześledziłam bloga całego, i pojawiła się potrzeba posiadania kołowrotka.
Zaczęłam się rozglądać, to tu, to tam, to na allegro, i gdy się tak rozglądałam mama uświadomiłam mnie że mój śp.Tata zbierał starocie

-A miał tych kołowrotków chyba z sześć
usłyszałam.
Niewiele myśląc skoczyłam do schowka pod tarasem, szłam szłam (ma jakieś 3m) przedzierałam się dzielnie przez pajęczyny,kosiarki,i inne wnyki,doszłam do kłębowiska wędek i jakichś drewnianych przedmiotów przypominających części kołowrotków. Walczyłam ze swoim strachem, ale poległam, gdy po raz kolejny przy podnoszeniu wędek poruszył się kolejny pająk uciekłam gubiąc po drodze skarpetkę.
Dzwonie do mamy:
-mamo....bo wiesz....tam było tyle pająków i miały normalnie po pół metra i wszystkie mnie goniły...
-tak tak ,jak przyjdę to ci wyciągnę te kołowrotki.
Gdy mama wróciła (ona nie ma arachnofobii) okazało się że źle szukałam,były tam ale tylko części od kołowrotków(myślę że jeszcze złoże kilka)
-Wiesz, one chyba są na strychu.
No to buch na strych, tym razem pająków było zdecydowanie mniej, więc wyciągnęłam dwa kołowrotki, niestety sprawny tylko jeden.
Ściągnęłam owo cudo na dół i wyglądało tak:



































Myśląc że kołowrotek jest ciemnobrązowy zabrałam się za oczyszczanie go z pozostałości po pająkach, gdy cierpliwość się skończyła wylądował w wannie.




Jakie było moje zdziwienie gdy okazał się jaśniejszy niż myślałam
Po wyschnięciu była taki:
Długo myślałam czy go zaimpregnować, w końcu wygrał olej lniany, jako najbardziej naturalny lakier, drewno nabrało szlachetności, i najlepiej widać to na słońcu, niestety zabrakło dziś słoneczka na balkonie.
Luby zrobił modernizacje skórek, ja pod oliwiłam parę rzeczy i DZIAŁA!!!!
Co prawda prząść jeszcze nie umiem,ale działa i skręca niteczki z owieczki.


I na koniec mam pytanie,co to może być, znalazłam pomiędzy kołowrotkami,
Jakieś spore motowidła??



niedziela, 5 czerwca 2011

angora

Witam wszystkich.
Mam na imię Ewa. Kilka dni temu zostałam zaproszona do pisania na tym blogu, za co bardzo dziękuję. Na początku muszę się przyznać, że moje chęci zabawy wełną są większe niż doświadczenie. Jeszcze nie wiem co wyjdzie z tego wszystkiego, ale jestem dobrej nadziei, że będzie to coś. Co by nie wyszło i tak będzie mnie cieszyć. Bardzo lubię próbować nowych rzeczy, a tak się złożyło, że wełna jest połączeniem kilku moich fascynacji.
Kilka lat temu dostałam od mojej mamy bardzo puchate i ciepłe rękawiczki, to był początek wszystkiego. Rękawiczki zrobiono z wełny angorskiej, z czasem (ładnych kilku lat) bardzo się znosiły, ale w prawdziwe mrozy były naprawdę niezastąpione. W końcu wpadłam na pomysł, że może sama spróbuję ukręcić coś z angory. Tak zaczęłam się rozglądać za angorami, bo w swojej hodowli nie miałam takiego zwierza.
Tylko skąd wziąć taką angorę? Jeszcze jakieś 20 lat temu króliki w typie wełnistym były dosyć popularne na wsiach. Dawniej utrzymywanie angor było opłacane ze względu na możliwość sprzedaży ich wełny do skupów. Moja mama opowiadała mi o swojej nieżyjącej od wielu lat sąsiadce. Podobno wychodziła przed dom i skubała wełnę z królików. Czasy się pozmieniały, spółdzielnie chłopskie zostały polikwidowane i nie można uświadczyć prawdziwego królika angorskiego w Polsce. Dużo częściej można spotkać zminiaturyzowane króliczki podobne mniej lub bardziej do angor wełnistych.
W końcu się udało i kupiłam 2 angory o dziwo bez wyjazdu za granicę. Jesteśmy już po pierwszej średnio udanej strzyży. Jej efekty czekają teraz na mój powrót do domu.
W tygodniu rozpocznę też poszukiwania starszych ludzi pamiętających jeszcze o tym jak przerabiać wełnę angorską na przędzę.

czwartek, 5 maja 2011

Dołączam do Was!:

Dzień dobry wszystkim!
Już w zeszłym roku macając w dziecińcu wrocławskiego ZOO owcę pomyślałam sobie, w kontekście Waszego blogu: UPRZĘDŁABYM CIĘ...


Będąc tam znów niedawno natknęłam się na koszyczki z wełną ze strzyżenia, wystawione do wglądu. 
Od słowa do słowa, udałam się do pana dyrektora, który ma gabinet w prześlicznym domku, ale trzeba pokonać karkołomną klatkę schodową...

  

...na końcu której wisi słoń, co nie ułatwia sprawy...


Zdziwiony moją prośbą (nie słoń, a dyrektor) pozwolił nałożyć sobie do woli runa owiec z dziecińca. A owce mamy we Wrocławiu takie:

...klasyczne wrzosówki:


...owce św. Jakuba:


...owce rackie:


...świniarki:


...wreszcie owce kameruńskie:


...i ich dzieci:


Oczywiście ładowałam z przejęcia co popadnie. Wygląda na to, że trafiła mi się wełna św. Jakuba.
Zabieram się do prania, przy czym część chcę uprać bardzo, a część mniej i zobaczyć, co się stanie.

A tu filmik z zeszłorocznego strzyżenia:D

poniedziałek, 14 marca 2011

Od wrzeciona do chusty

Witam serdecznie wszystkie prządki. Dziękuję za zaproszenie do współtworzenia bloga Prząśniczka.
Mam na imię Jolanta. Moja przygoda z przędzeniem zaczęła się w styczniu tego roku. Głównym sprawcą podjęcia przeze mnie decyzji o dzierganiu chust, czapek, szalików i innych różności z własnoręcznie uprzędzionej wełny, był rodzinny leciwy kołowrotek. Ponieważ jest uszkodzony i od miesiąca w naprawie, póki co uczę się prząść na wrzecionie.

Uprzędłam na wrzecionie  pierwszego merynosa. Zdecydowanie lepiej mi się przędło na wrzecionie zrobionym domowym sposobem aniżeli na Kromskim.
Najczęściej jednorazowo udawało mi się ukręcić do 130 m. Jeden raz pobiłam rekord i machnęłam 185 m przędzy. W pięciu rzutach ukręciłam 692 m  nitki.
Po doświadczeniu z merynosem przestałam się "bać" czesanki i wrzeciona. Sądzę, że nieźle sobie radzę. Tempo pracy zdecydowanie szybsze, chociaż nitce daleko do doskonałości. Niekiedy jest zbyt cienka, nieco dalej za gruba, ale za chwile pojawia się rekompensata w postaci  kawałka pięknej i równej przędzy.
Tym razem pozwoliłam sobie na zabawę korzystając z tego, że czesanka była dwukolorowa. Dzieliłam ją na pasma i przędłam w kombinacjach: czerwień, bordo i bordo z czerwienią.



Wrzeciono w moim przypadku jest etapem przygotowującym do przędzenia na kołowrotku. Pozostanie wyłącznie przy wrzecionie ogranicza czasowo, a ja chciałabym nie tylko prząść, ale także coś wydziergać.

Jako, że należę do osób niecierpliwych, po zwinięciu przędzy w kłębek, zabrałam się natychmiast za dzierganie chusty ( pewnie nie ja jedna tak mam ). Byłam ciekawa, jak nitka będzie się sprawowała w czasie pracy. Ku memu zdziwieniu po zabiegach moczenia, prostowania i odpoczywania okazało się, że  niekiedy przędza była zbyt słabo skręcona. A ja byłam święcie przekonana, że jest odwrotnie.
Wczoraj chustę skończyłam  i mogę się nią pochwalić.

środa, 16 lutego 2011


Witam!
Mam na imię Beata, ale w miłych sercu czasach znajomi mówili do mnie Bacha (stąd mój nick). Długo zastanawiałam się, czy mam napisać na Prząśniczce. Jak patrzę na dokonania Wasze, to wstydzę się moich. Dobry funkcjonalny kołowrotek mam około miesiąca. Wcześniej zaliczyłam jedną wpadkę z kupnem maszynki, któa była co prawda śliczna, ale tylko do wystroju wnętrza się nadawała. Kupiłam więc u Państwa Kromskich Fantazję. Zbierałam na nią pół roku czasu aż wreszcie udało mi się. I zaczęłam prząść. Zaczęłam od czesanki merino. I okazało się, że to nie taka łatwa sprawa. Najpierw walczyłam z samą sobą: żeby wszystkie kończyny zechciały mnie słuchać. Skoordynowanie rąk i nóg zajęło mi może z tydzień. Okazuje się, że nie jest tak łatwo dwiema rękami wykonywać ruchy niby podobne a jednak trochę inne. Najbardziej złościłam się na siebie, kiedy coś w rękach działo się nie po mojej myśli, to nogi zaczynały kręcić za szybko i nitka skręcała się za bardzo albo rwała, bo kręciłam kółkiem w przeciwną stronę niż powinnam. Ach, już dobrze, że mam to za sobą. W tej chwili idzie mi lepiej, ale napotykam na wiele trudności i wełenka nie jest taka jak w marzeniach :-).
Ponieważ z wełną merino nie wychodziło mi tak, jak chciałam przerzuciłam się na runo owiec islandzkich. Wiele naczytałam się o tej wełence, zapałałam więc chęcią wydziergania islandzkiego żakardowego swetra. Muszę powiedzieć, że przędło mi się tysiąckroć lepiej niż z merino. Czesanka z długimi włosami znacznie twardsza ale łatwiejsza do opanowania. Powyżej zdjęcie islandzkiej wełenki w kolorze szarym. Uprzędłam nici 2ply z 500g czesanki. Zobaczę, czy starczy na sweter. Nić nie jest niestety cienka i równa, ale w takich projektach to nie przeszkadza. Wróciłam zatem do merino. Wzięłam do rąk czesankę w kolorze chabrowym. Szło mi lepiej, ale efekt jest daleki od satysfakcjonującego. Nitka nie jest równa a przy skręcaniu z dwóch nici jakoś się rozplata mimo, że kręcę w drugą stronę niż 1ply. Takie efekty uzyskuję:


Zastanawiam się, co robię nie tak. Naogladałam się też filmików na You Tube. I dużo jeszcze przede mną. Gdyby nie to, że przędzenie sprawia mi ogromną frajdę i odstresowuje mnie, pewnie bym to rzuciła. A tak walczę. Próbowałam też metody Navajo, ale jest to na razie poza moim zasięgiem. Na filmach to wszystko tak łatwo wygląda. I kołowrotek posłuszny i niteczka. Nie wiem też, jak Wam udaje się prząść singielki i w takiej postaci pozostawiać do dziergania, bo ja albo mam zbyt skręconą nitkę, że tworzą mi się abakany, albo nić się zrywa i jest niedoprzędziona. Oceniam, że jak na miesiąc pracy z kołowrotkiem, to dużo mam tych problemów. Pozdrawiam serdecznie wszystkie prządki. Nawet jeśli coś nie wychodzi, to przynajmniej w cierpliwości będziemy niedoścignione.
Przepraszam za jakość zdjęć, ale nad tym też pracuję usilnie.

poniedziałek, 14 lutego 2011

Wrzeciona

Witam!

Przede wszystkim dziękuję za możliwość współtworzenia "Prząśniczki" :)
A teraz do rzeczy!
Robótkuję dużo, po latach szydełkowania i haftowania teraz popadłam w maniacką fazę dziergania na drutach; w zeszłym roku chwyciłam też w dłoń własnoręcznie zrobione quasi-wrzeciono (fragment drewnianej zabawki wygrzebanej z kosza w szmateksie z dokręconym oczkiem stalowym, ha!) nabyłam hiszpańskiego merynosa, przeznaczonego do filcowania, za całe 20 złotych i zaczęłam zgłębiać tajniki włókiennictwa od podstaw! Nić wyszła tragiczna, próbka, którą z niej zrobiłam jest śliczna na swój mroczny sposób, ale konsystencji pancerzyka. Zaczęłam poszukiwać doskonalszego sprzętu. Po pogawędce na ten temat z przyjacielem rezydującym w Wielkiej Brytanii dostałam nieoczekiwany prezent (serdeczne podziękowania, Panie Karolu!) - było to wrzeciono, bez oznaczeń, niezwykle lekkie jak na jego rozmiar (37-38 gram). I okazało się, że to nie ja nie umiałam prząść, tylko sprzęt miałam nietegeśny!
Tu odnośna fotka, po kolei mamy wrzeciono w puszczy, wrzeciono wśród dzikich zwierząt, wrzeciono na diecie i to, co wyszło z wrzeciona jako pierwszy produkt:


Następnym nabytkiem było wrzeciono Kromski, kupione na Allegro. Spodziewałam się czegoś na kształt przędzalniczego kamienia filozoficznego, więc nie dziwi moje rozczarowanie. Powtarzam, nie dlatego, że wrzeciono jest niedobre. Tylko dlatego, że to pierwsze, zupełnie niepozorne i bez oznaczeń mnie tak rozpieściło. Ale przez porównanie ich budowy dostrzegłam, co czyni dobre wrzeciono, jak skonstruować szybkie, a jak prząść na wolnym.
W sklepie GS nabyłam mątewkę (z jedną już próbowałam, ale też przędła się wełenka na kolczugi, a nie na normalne produkty dziewiarskie), i zrobiłam sobie wrzeciono marzeń. Jest lekkie, szybkie i bardzo dobrze się nim przędzie cienką nić.
I tu, specjalnie dla Szoszonki krótki komiks twórczy. W kolażu po kolei:
a/ mątewka (GS Trzebinia, ach! jakiż wspaniały sklep!, cena sprzętu ok. 1,8)
b/ mątewka z wkręconym oczkiem biżuteryjnym (kupione na allegro, bodaj 1 pln za 10 szt.)
 tu dzieło wydawało się idealne, ale tak nie było, oj nie! Mątewka jest za lekka u góry. Odkurzyłam więc mą wiedzę o momencie pędu, porównałam empirycznie z budową i typem rotacji moich poprzednich skarbów i...
dociążyłam zewnętrzną część mątwo-prząślika koralikami z minerałów, pozostałości po zepsutej bransoletce). Symetrycznie. Chciałam wrzeciono lekkie, dałam wiec tylko dwa koraliki)
c/ dzieło idealne, ozdobione i kręcące się jak wściekłe, z przy tym łatwe do skontrolowania.




Ostatnia fotka w kolażu to porównanie rozmiarów trzech wyżej opisanych wrzecion.
pozdrawiam wszystkie prządki


feri

środa, 1 grudnia 2010

Wreszcie się przywitam :)

Nazywam się Klaudyna i zaproszenie tutaj dostałam już jakiś czas temu, ale jakoś się nie składało, żeby się przywitać.

Wczoraj po kilku miesiącach wożenia kołowrotka w bagażniku mąż się zlitował i przytargał go do domu.
Na tym kołowrotku przędła moja babcia i jej mama, więc trochę lat już ma. Co zresztą będzie widać na zdjęciach. Nie ma wszystkich części, podobno możliwe, że jeszcze się znajdą, ale nie wiem czy w to wierzyć ;).

 złożyliśmy go trochę na czuja, na wzór kołowrotka z kilku postów niżej.

i teraz mam do Was drogie Prząśniczki pytanie, czy jest szansa dokupienia, dorobienia, wykombinowania brakujących części? czy raczej ten wyczyścić i pozostawić jako pamiątkę a szukać jakiegoś innego?

poniedziałek, 15 listopada 2010

Powitanie

Witam Was bardzo serdecznie,

dziękuję za zaproszenie do współtworzenia tego bloga :)

Jakiś czas temu koleżanka powiedziała mi o tym miejscu i tak to się zaczęło ...., najpierw zapisałam się na kurs przędzenia do Państwa Kromskich w pracowni "Sztuka Puka" w Poznaniu, a potem kupiłam cudny kołowrotek (tak naprawdę to ma być prezent gwiazdkowy dla mnie od mojej rodziny, ale teraz testuję czy wszystko działa jak trzeba :)
Siedzę i przędę, i rwę włosy z głowy, bo niteczki bardzo są artystyczne.
Mam mnóstwo pytań i wątpliwości ... i widzę w Was ratunek :)
A oto moje pierwsze prace i kołowrotek:


























sobota, 13 listopada 2010

Wrzeciono Agaty

Witam :)
Bardzo dziękuję za zaproszenie do współtworzenia Prząśniczki. Mam na imię Agata i pierwszy raz chwyciłam za wrzeciono niespełna dwa miesiące temu.  Kłaniam się Siłom Wyższym za to, że natchnęły Fanaberię i Fanaberii za to, że podzieliła się swoim natchnieniem - pierwszą nitkę ukręciłam na kuchennej mątewce :) Natomiast doskonałą instrukcję obsługi wrzeciona znalazłam właśnie na Prząśniczce :)  
Jednak mątewka okazała się za lekka jak na moje potrzeby (15g) i wykombinowałam sobie inne wrzeciono. Oto nitki, które na nim uprzędłam, niektóre już przerobiłam na drutach.


A oto moje wrzeciono (waży 25g):

Składa się z płyty CD i długopisu zabawki - reklamówki, który moje dziecię dostało w sklepie jako upominek z okazji Dnia Dziecka :)

Wczoraj odwiedziłam castoramę i kupiłam kilka drewnianych drobiazgów, nad którymi pracuje teraz mój mąż. Kto wie, może okaże się, że castorama to najlepszy polski sprzedawca wrzecion ;)

Pozdrawiam serdecznie!

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Witam serdecznie!

Witam wszystkie przędące Panie!
(bo żaden Pan się zdaje się nie ujawnił).
Mam na imię Iza i niedawno przeniosłam sie z Katowic na wieś, do Kidowa.
Jestem plastykiem i moją pasją są rękodzieła, tworzenie od podstaw i zgłębianie tajników ginących zawodów. Przędę od niedawna i dopiero co stworzyłam bloga - specjalnie po to, by uczestniczyć w PRZĄŚNICZCE.
Zachwyca mnie możliwość wytwarzania własnych przędz, o ulubionej kolorystyce i fantazyjnej formie. Sam proces powstawania przędzy jest pierwotny i trochę magiczny...


 

Chcę poszukać możliwości innego niż tylko szydełkowanie lub robótki na drutach
zastosowania artystycznej, ręcznie przędzonej wełny.
Na przykład coś takiego: ufilcowany pokrowiec na butelkę i ozdobny oplot z uprzędzionej wełny...




Farbować raczej nie będę... z przyczyn oczywistych - mam pod dostatkiem wystarczającą ilość kolorów. Ale podziwiam Wasze zaangażowanie w poszukiwaniu nowych metod i wspaniałe efekty tych prób!
Pozdrawiam sredecznie:)

wtorek, 3 sierpnia 2010

Piątkowa kursantka

Witam Wszystkich serdecznie. Mam na imię Małgosia i mogę śmiało powiedzieć: kręcę kółkiem i ja!



W ubiegły piątek miałam przyjemność spędzić czas w towarzystwie Eli oraz jej kołowrotków. Przejechałam ponad 450 kilometrów, aby zapukać do drzwi Pracowni na Kaszubach. Kurs przędzenia na kołowrotku był główną atrakcją mojego dwutygodniowego urlopu, a owocem mej pracy jest sprzędziona samodzielnie włóczka, która w zaciszu domowym otrzymała dumne imię : "kiełbaska".


Po lewej stronie - "kiełbaska", po prawej - cienka nitka skręcona przez Elę

Kiedy już zwarta i gotowa zasiadłam do kołowrotka, pierwsze czego dowiedziałam się, to że mnie wcale nie słucha. Nie była to bułka z masłem, jak wydawało się po obejrzeniu filmików z You Tube. Ja chcę kręcić kołem w prawo, to dlaczego ono na złość w lewo? Trafiłam na zdecydowanie wygłodniałe sztuki, które wciągały czesankę, aż nie nadążałam jej podawać. Jako osoba obdarzona bujną wyobraźnią widziałam już te sploty niteczek wychodzące spod moich rąk, delikatne, przędzione z wełny, a jedwabne, jak włosy anielskie, a tutaj... no właśnie...
Pierwsze słowa, które spontanicznie wyrwały mi się na widok mojej włóczki to: "Ależ ona brzydka!" Na to Ela: "Jedyna w swoim rodzaju". To się nazywa wzorowe podejście pedagogiczne.



"Kiełbaska" zwijana na motowidle.

Ale nie tylko było przędzenie, była też mechata atrakcja - mizianie ufarbowanych przez Elę włóczek o pięknych, naturalnych kolorach przyrody. Cudo! Cóż tutaj dużo pisać, wyfrunęłam z Pracowni, jak na skrzydłach, przekonana, że przędzenie ma terapeutyczne działanie na skołatane nerwy, a ja nawiązałam magiczną nic porozumienia ze światem kołowrotków, czyli jednym słowem - wpadłam jak śliwka w kompot! i postanowiłam kuć żelazo póki gorące... tak, że teraz już pocztą coś mechatego do mnie jedzie, a ja z wlepionymi ślipiami w ekran buszuję w Google i zastanawiam się, które kółko będzie idealne dla mnie...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...