Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskidy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskidy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 września 2026

Lipcowe Beskidy: Herczawa - Skalité - Skalanka

Mokrą i pustą drogą idę wzdłuż granicy polsko-czeskiej. Na szczęście deszcz zmienia się w mżawkę, a po pewnym czasie w ogóle ustaje, więc przynajmniej ten problem mam z głowy. Mijam stojący w zatoczce samochód na polskich blachach - ktoś w nim spał i właśnie się obudził. Z kolei na drodze mija mnie kilka aut na czeskich blachach jadących w stronę wioski, co jest dość dziwne przed siódmą świąteczną niedzielę. Ewidentnie Zaolziacy nie mogą dziś spać!


Zachmurzona Ochodzita i Tyniok, zabudowa Istebnej i Koniakowa.


Przede mną Herczawa (Hrčava, Hertschawa), ewenement na polsko-czeskiej granicy, bo to jedyna miejscowość, gdzie mieszkańcy zgłosili wniosek do przeniesienia się na drugą stronę słupków i mocarstwa zachodnie go zaakceptowali. No, ale to było ponad sto lat temu, dziś słynie z trójstyku, a ja mam nadzieję, że gdzieś się jeszcze rozłożę, trochę przekimam i potem pojadę autobusem do Mostów koło Jabłonkowa, tam za godzinę otwierają dworcową knajpę!
Spodziewałem się wioski pogrążonej w ciszy, jak to w każdą niedzielę u Czechów, a tymczasem ruch samochodowy na ulicach wzrasta, a pod drewnianym kościołem stoi kilkanaście aut! Nie uwierzę, że to mieszkańcy tak masowo ruszyli na mszę, zresztą widzę, że większość osób od razu kieruje się do centrum, a inni stawiają obok świątyni namioty.


Dochodzę do głównej ulicy i otwieram gębę ze zdziwienia: dziesiątki straganów rozłożone na długości kilkuset metrów! A w miejscu, gdzie normalnie jest duży parking, rozstawiają się kolejne stoiska, jest scena i wielki namiot z całą masą ławek! Okazało się, że co roku w Herczawie odbywa się festyn z okazji święta Cyryla i Metodego (Pouť sv. Cyrila a Metoděje), którzy są patronami kościoła. A ponieważ dziś jest ich święto, to właśnie trafiłem na przygotowania do otwarcia, które oficjalnie nastąpi o dziewiątej!



wtorek, 25 sierpnia 2026

Lipcowe Beskidy: Stożek Wielki - Jabłonków - Bukowiec

W pierwszy weekend lipca wybrałem się w Beskidy. Nie jest to dla mnie typowa pora takich wyjazdów, bo zazwyczaj w tej części wakacji nie mam na nie czasu, a jeśli już, to wybierałem pasma położone bardziej na wschód. Tym razem wyskoczyłem w Beskid Śląski i Żywiecki. Znane od dziecka, ale warto sobie czasem je odświeżyć.

W góry dojechałem pociągiem przyspieszonym "Malinka" - jest to jeden z nielicznych sensownych projektów ostatnich lat wymyślonych przez upadające Przewozy Regionalne. Pociąg początkowo jeździł z Opola do Wisły, dając w okresie letnim możliwość codziennego, bezpośredniego i sprawnego dostania się ze stolicy Górnego Śląska w Beskidy. Jest to o tyle zaskakujące, że codziennego, bezpośredniego i sprawnego dojazdu w Sudety nadal stamtąd nie ma 😛. Oczywiście PR musiały trochę namieszać i potem połączenie wydłużyły do Wrocławia, co spowodowało, iż pociągi często jeżdżą zatłoczone ponad miarę. Absurdalna jest także godzina odjazdu powrotnego: pociąg w stronę Dolnego Śląska rusza krótko po... piętnastej! Oznacza to, że w Wiśle albo Ustroniu ma się do dyspozycji niewiele ponad cztery godziny! Prawdopodobnie nikt z kolejowych decydentów nie zakładał, że pasażerowie zechcą pójść w góry, raczej nastawiał się na krótkoterminowych spacerowiczów i tak wygląda też większość osób, które podróżuje razem ze mną. Jest grupka emerytek, która dopytuje konduktorkę co można zobaczyć w Wiśle, są młode mamy z dziećmi i babcie z wnuczkami. Jedna z nich siedzi naprzeciwko mnie i bardzo interesuje się wszystkim, co widać za oknem (wnuczka, nie babcia).
- Babciu, krówki! - krzyczy nagle na cały głos.
- To są kozy.
- Kozyyy?
- Takie barany bez wełny.
Aha 😏.


W stronę Beskidów "Malinka" również się nie spieszy, co chwilę jakieś planowane i nieplanowane postoje, zmiana toru jazdy, więc łapie tradycyjnie opóźnienie. Na szczęście ja dzisiaj nią nie wracam, zatem przyjmuję ten fakt ze względnym spokojem. Przed jedenastą z grupą kilkunastu osób (w tym dwóch elektryków) wysiadam w Wiśle Głębcach. Próbowałem sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz dotarłem tu pociągiem i nie udało mi się! Pewnie co najmniej z dziesięć lat temu (prawdopodobnie w 2012 roku).


Moim najbliższym celem jest Stożek, więc wybieram najkrótszy szlak koloru zielonego. Mijam kilka chałup, na których wiszą banery z archiwalnymi sukcesami polskich skoczków-emerytów i podziwiam słynny wiadukt: z góry i z dołu.



środa, 27 maja 2026

Żylina w majówkę

Tradycyjnie majówkę spędzam górsko na Słowacji. Tradycyjnie też jest to kwietniówko-majówka, bo ruszamy kilka dni wcześniej, aby uniknąć tłumów (chociaż i tak zazwyczaj wybieramy pasma, gdzie o tłumy trudno). Tradycyjnie - a przynajmniej w czasach popandemicznych - jedzie ze mną Bastek. Tradycyjnie również zaczynamy wyjazd od Bogumina, gdzie zostawiamy samochód i przesiadamy się na pociąg międzynarodowy. 
W tym roku udało nam się przyjechać na tyle wcześnie, że zahaczyliśmy jeszcze o knajpkę na osiedlu: klimat świetny, ale Ostravar wyjątkowo paskudny. Przez cały wyjazd te pierwsze piwo tkwiło nam w głowie i przychodząc do jakiegoś lokalu mówiliśmy sobie "wszystko, byle nie Ostravar".


W półtorej godziny przenosimy się z czeskiego Śląska do Żyliny, to także stały element majówkowych wyjazdów. Tym razem spędziliśmy w tym czwartym co do wielkości słowackim mieście więcej czasu niż zazwyczaj, więc w tym wpisie skupię się wyłącznie na tej miejscowości.

Na początku szok, bo w końcu zakończono remont dworca kolejowego! Jedno się nie zmieniło: peron przyjazdu i odjazdu ogłaszają chwilę przed przybyciem pociągu, więc pod elektronicznymi tablicami nieustannie kłębią się tłumy pasażerów.


Niektórzy musieli być tak zdesperowani oczekiwaniem, że w przejściu podziemnym zostawiali flaszki po piwie. A to przecież kaucja!


Najpierw idziemy na nieodległe námestie Andreja Hlinku, najczęściej przeze mnie odwiedzany plac miasta i, jak podejrzewam, również przez mieszkańców. W centrum handlowym robimy zakupy towarów, które trudno będzie dostać w mniejszych sklepach.


Następnie odbijamy w lewo, pomiędzy ulice, których jeszcze nie znam. Architektura wydaje się bardzo interesująca.



środa, 31 grudnia 2025

Filipka w listopadzie, jak w środku zimy!

W listopadzie zima zrobiła falstart: nagle zaczął padać intensywnie śnieg i pokrył wszystko i wszędzie białą warstwą. Po kilku dniach wysokie temperatury całkowicie go stopiły i nie wrócił on prawie do końca roku. Mieliśmy z tatą szczęście i udało nam się wstrzelić na te zimowe warunki: choć zabrakło słońca, to dobrze było poczuć trochę zimowej aury.

Nie kombinowaliśmy za bardzo z miejscem wyjazdu i wybraliśmy Filipkę w czeskim Beskidzie Śląskim, zwłaszcza, że podczas ostatniej wizyty w 2023 roku warunki uniemożliwiły nam zrobienie zakładanej trasy. Teraz nie powinno być takich problemów.
Auto zostawiamy, tak jak ostatnio, w Hrádku (Gródku). Parking przy przystanku kolejowym był całkowicie zapełniony, więc ustawiamy się obok boiska.


Cofamy się w stronę zielonego szlaku, ale odbijamy w górę wcześniej na jedną z ulic prowadzących do gospodarstw. Po wejściu do lasu zima robi się jeszcze bardziej urocza.



Mijamy pomnik Wincentego Witosa oraz budynek mieszkalno-religijny (mieści zbór ewangelicki), z którego wychodzą dzieciaki z sankami.


czwartek, 25 grudnia 2025

Beskid Śląsko-Morawski: jesienna Prašivá i Ropická

W ostatni dzień października postanowiłem razem z tatą powtórzyć naszą pierwszą, wspólną wyprawę w góry, odbytą w grudniu 2014 roku: Beskid Śląsko-Morawski, Praszywa i Ropiczka. Punktem startowym będzie - jak przed ponad dekadą - Ligotka Kameralna (Komorní Lhotka, Kameral-Elgoth). Zaczynamy od odwiedzin kościoła ewangelickiego, wokół którego jest wiele starych grobów, w większości polskojęzycznych.



Tym razem jest jeszcze bardziej rodzinnie niż zwykle, bo wybrał się z nami Krzysiek, mój brat. 
Początkowo idziemy asfaltem z widokami na pobliski szczyt, Godulę.



Droga, którą poprowadzony jest żółty szlak, powoli pnie się w górę i pojawiają się pierwsze, nieśmiałe widoki. Nie są one jakieś spektakularne, bo - jak przeważnie w tym roku - widoczność jest słaba, poza tym kierunek nie ten. Odsłoniła się końcówka Beskidu Śląskiego, ule przy lokalnej szosie i blokowiska miast Zagłębia Ostrawsko-Karwińskiego.




czwartek, 11 grudnia 2025

Między Beskidami: Z Leskowca na Adamy

Pada. Padało w Rybniku, Żorach i w Bielsku, więc pada też w Andrychowie. Właściwie nawet nie tyle pada, co leje jak z cebra. Normalna pogoda pod koniec października.


Mieliśmy z Kaprem plan przejścia szlakami na Leskowiec, lecz w takiej aurze nie ma to sensu. Zamiast w góry uderzamy z dworca do knajpy, aby spróbować wziąć pogodę na przeczekanie. W późniejszych godzinach zapowiadają poprawę, więc jest nadzieja na zmianę.


Choć nie ma jeszcze nawet południa, to w knajpie siedzi już jeden mocno wstawiony jegomość. Chcąc pomóc Kaprowi znaleźć aptekę prawie spada z krzesła, a potem tak się zapętla, że stary Windows byłby bardziej sprawny 😛. W końcu właściwą drogę do leków wskazuje barmanka, ale tamtej dalej coś mamrocze pod nosem i niebezpiecznie się chwieje.
Za oknem deszcz powoli zmienia się w mżawkę.


wtorek, 30 września 2025

Zyndranowa, Jaśliska i Zawadka Rymanowska

Autostop to dla wielu turystów najpopularniejszy środek transportu w Beskidzie Niskim. Nie tyle z powodu chęci poznawania nowych ludzi, ale z konieczności. Autobusów jeździ niewiele, często nawet pomiędzy większymi miejscowościami nie ma żadnych połączeń, zwłaszcza w wakacje. Jeśli coś już się pojawia, to zazwyczaj są to niewielkie busiki kompletnie nie przygotowane na człowieka z wielkim plecakiem, wożące ludzi pościskanych jak bydło.

Kiedy staję na drodze przy zjeździe do Świątkowej Wielkiej, mam za sobą kilkanaście kilometrów piechotą, ale jeszcze około trzydziestu do celu, jakim jest chatka w Zyndranowej. Na pewno nie przejdę całej tej odległości z buta. Teoretycznie miejsce do łapania stopa jest doskonałe: wiata przystankowa przy drodze ważnej w tej okolicy, którą co chwilę coś przemyka, ale brak tirów, ciężarówek i piratów drogowych. Stwierdziłem, że dobrze byłoby być najpóźniej o szesnastej w Tylawie. Miałem jednak jakieś złe przeczucia, które zaczęły się materializować po zrzuceniu plecaka i wyciągnięciu ręki: mija kwadrans, mija drugi, a ja nadal tu tkwię. Zaczynam studiować mapę i zastanawiać się, gdzie ewentualnie mógłbym rozbić namiot... Oczywiście przesadzam, dopiero niedawno minęło południe, ale w głowie kłębią się czarne myśli. Po trzech kwadransach ubieram ponownie plecak i ruszam w kierunku najbliższej kapliczki, a potem Krempnej. W tym momencie cieszę się, że słońce jest za chmurami i nie pali tak mocno jak wczoraj.


Mijam gospodarstwo, gdzie na polu cała rodzina zajęta jest polem kartofli. Dosłownie cała: rodzice, dzieci, psy, kot, przyszło też zgrupowanie kur i wszyscy zacięcie kopią w ziemi. Niedaleko od nich w końcu zatrzymuje się samochód: facet jedzie na pogrzeb i mnie zabierze. W czasie drogi opowiada, że wczoraj w tych okolicach kręciła się cała masa rowerzystów z jakiegoś dziwnego rajdu. Dziwnego, bo był to rajd z wyzwaniami, na przykład z zakazem odzywania się. Efekt był taki, że niektórzy rowerzyści pedałowali do Zakopanego przez Słowację 😏.

Wysiadam pod cerkwią w Krempnej (Крампна). Przejechałem na razie tylko pięć kilometrów, lecz od razu humor się poprawił i wróciła wiara, że nie utknę gdzieś na stałe. Ważne, że w końcu się ruszyłem!


czwartek, 25 września 2025

Beskid Niski: Wapienne - Ferdel - Bartne - Świerzowa Ruska

Kolejną letnią przygodę z Beskidem Niskim zaczynam w Krygu, wiosce na wschód od Gorlic. Dotarcie ze Śląska zajęło mi całą noc i wymagało skorzystania z czterech autobusów i dwóch pociągów, częstego spoglądania na zegarek z powodu opóźnień i próbach odczytania rozkładów jazdy, które chamsko wprowadzały w błąd. Kiedy jednak wysiadam w Krygu na przystanku to, oprócz zmęczenia i niewyspania, czuję się szczęśliwy, że znowu wróciłem w te okolice.

Ponieważ w tym miejscu kończy się możliwość jazdy komunikacją zbiorową, to mam nadzieję, że kilka kilometrów do kolejnej wioski, gdzie chcę zacząć właściwą wędrówkę, pokonam stopem. Niestety, szosa wojewódzka numer 993 od początku mi się nie podoba: jest bardzo ruchliwa w zły sposób, to znaczy pełno na niej tirów i pędzących dziko przed siebie osobówek. Próby złapania okazji kończyły się w najlepszym razie spojrzeniami kierowców pełnymi politowania, częściej było widać wrogość. Co prawda pora jest dość wczesna, bo niedawno minęła ósma rano, ale szkoda mi czasu na bezproduktywne sterczenie i ruszam z plecakiem przed siebie. Nie był to przyjemny spacer, wielokrotnie musiałem uskakiwać przed rozpędzoną ciężarówką, ale po ponad pół godzinie udaje mi się szczęśliwie dotrzeć na opłotki Rozdzieli (Розділє, Розділля). W przeciwieństwie do Krygu była to kiedyś miejscowość rusińska, więc od razu pojawiają się charakterystyczne krzyże.


I w tym momencie stop sam się znalazł: na parkingu pod sklepem facet wyszedł z samochodu i mówi, że jedzie w Bieszczady, ale chętnie mnie gdzieś podrzuci. To bardzo miłe, lecz akurat teraz podwózka nie jest już mi potrzebna, bo rozpoczynam zwiedzanie. Dziękuję mu i życzymy sobie wzajemnie powodzenia.
Z ulgą opuszczam drogę wojewódzką i skręcam w boczną. Tablice wskazują, że przede mną są cmentarze wojenne, a także "uzdrowisko - spa". Większość dzisiejszej wędrówki będzie dla mnie nowością, zmazywanie kolejnych białych plam Beskidu Niskiego.


Odcinek między Krygiem a Rozdzielami był granicą. Geograficzną, bo z tworu o nazwie Obniżenie Gorlickie przeszedłem do Beskidu Niskiego. No i etniczno-kulturową, o czym już wspominałem, bo tu zaczyna się Łemkowszczyzna, Rozdziele były jedną z najbardziej wysuniętych na północ osad tej krainy. A właściwie nadal są, bo Rusini są tu ciągle obecni, choć w spisach powszechnych nie afiszują się ze swoim pochodzeniem. O ich obecności świadczy między innymi greckokatolicka cerkiew Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Murowana, w stylu nietypowym dla Łemkowszczyzny. Powstała pod koniec XVIII wieku, w 1927 znacznie ją rozbudowano. Po akcji Wisła przejęli ją rzymscy katolicy, ale gdy Łemkowie wrócili z wygnania, to udało im się ją odzyskać. Dziś dzielą ją z łacinnikami.


piątek, 12 września 2025

Wielka Racza w wersji widokowej

Worek Raczański to mój ulubiony zakątek Beskidu Żywieckiego i w ogóle jeden z ulubionych regionów w całych Beskidach. Jakiś czas temu ze zdziwieniem i przerażeniem uzmysłowiłem sobie, że na jego najwyższej górze - Wielkiej Raczy - bardzo dawno mnie nie było! Odwiedzałem Rycerzową, Przegibek, Bendoszkę, Przysłup Potócki, ale Racza jakoś nie wskoczyła do żadnej z tras. W sierpniu postanowiłem to zmienić i znowu zawitać na jej szczyt.

Ruszam w środku tygodnia, po nocce. Oczywiście w polskiej komunikacji publicznej nie ma szans się wyspać, ale siły i humor dopisują; prognozy pogody są dobre i może to być jedna z moich najbardziej widokowych wycieczek ostatnich lat!

Pociągi kończą bieg w Węgierskiej Górce, dalej w totalnym chaosie informacyjnym przesiadamy się do autobusów. Wychodzę w Rycerce Dolnej i od razu spełniał dobry uczynek, pokazując dwóm młodym dziewczynom w które krzaczki mogą zajrzeć za potrzebą 😉. Dziewczyny to też turystki z plecakami, udają się do Rycerki Kolonii jak ja, lecz one planują przebyć ten odcinek z buta. Dziesięć kilometrów asfaltem w palącym słońcu to raczej kiepska perspektywa, więc liczę, że jak zawsze złapię stopa.


Początkowo idę sobie spokojnie ulicą, przyglądając się mijanym domom. Ostało się jeszcze trochę budynków z drewna, choć większość z nich jest opuszczona. Robię zdjęcie w lustrze wraz z siatką z dyskontu w łapie, jak pewien prezes.


Po chwili zaczynam od niechcenia łapać stopa. Mija mnie parę aut i nagle jedno z nich staje, ze starszą panią za kierownicą. Najpierw pomyślałem, że zatrzymała się, aby przepuścić mnie przez pasy, ale macha do mnie ręką.
- Jedzie pani do Kolonii?! - wołam.
- Jadę, proszę się pakować!
No to wskoczyłem 😊. Reszta kilometrów upłynęła mi w atmosferze miłej rozmowy: jako bajtel regularnie bywałem z rodzicami w Rycerce na wakacjach i w ferie, więc dość dobrze znam okolicę i miejscowe klimaty, mogliśmy więc wymienić opinie co się pozmieniało i dlaczego na gorsze. Mieliśmy kilka minut przestoju, bo przy cmentarzu zebrał się taki tłum żałobników, że całkowicie zablokował autami drogę, co jednak nie zmieniło faktu, że o godzinie trzynastej docieram do Rycerki Górnej Kolonii. Pani, wracająca z targu w Rajczy, jechała dalej i chciała mnie podwieźć od razu na szlak, lecz uznałem, że to przesada i poprosiłem o wyrzucenie pod sklepem. Chciałem zrobić zakupy i napić się czegoś zimnego.


piątek, 8 sierpnia 2025

Bieszczady klasycznie: Cisna, Wetlina i połonina

W Cisnej odbywała się kolejna edycja festiwalu Zew się budzi. Kierowca, który zabrał mnie na stopa, też na niego jedzie.
- Jestem z Rzeszowa, ale bywam na nim co roku - wyjaśnia.
Wyrzuca mnie przy głównym skrzyżowaniu obok nowego centrum handlowego. Ludzi masa, turyści mieszają się z festiwalowiczami. Umówiłem się z Kaśką, także balującą na imprezie - czekając na nią załapuję się na darmowy koncert na scenie pod pomnikiem. Z tego co pamiętam, to jakaś kapela białorusko-podlaska, nawet fajnie grali.


Kaśka zjawia się z całą wesołą grupą. Siadamy na zboczach górski pomnikowej. Rozmowy i śmiechy przy piwku, obok przewala się sporo osób, które się jeszcze nie obudziły 😏.

sobota, 19 lipca 2025

Bieszczady dla koneserów: Korbania i Łopienka

Początek mojego wyjazdu w Bieszczady w 2025 roku jest dokładnie taki sam, jak dwanaście miesięcy wcześniej: w ostatni dzień nauki szkolnej wysiadam z autobusu w Polańczyku. Na tym jednak podobieństwa się kończą: tym razem autobus był punktualny, jestem sam, a pogoda jest zupełnie inna. Przed rokiem bezchmurne niebo i bardzo wysoka temperatura, teraz zaczyna mżyć, a po chwili padać deszcz.


W autobusie byłem chyba najmłodszym pasażerem. Razem ze mną na chodnik wytoczył się tłum kuracjuszy.
- Przepraszam, nie wie pan, gdzie jest Solinka? - zagaduje mnie pewna kobieta.
- Solina już była, to jest Polańczyk! - woła lekko przygłuchy dziadek, stojący obok.
- Ale dom wczasowy Solinka!
Niestety, kompletnie nie znam lokalizacji miejscowych obiektów, ale jest ktoś, kto się orientuje, więc cała grupa idzie za nim. Ja natomiast podchodzę na pobliskie wzgórze o nazwie Sawin, gdzie spod wiaty można obejrzeć całkiem fajną panoramę okolicy. Ciekawie wygląda pofałdowane otoczenie Jeziora Solińskiego, jest też Smerek, Połonina Wetlińska i fragment Caryńskiej.



Nie kombinuję ze stopem, bo z Polańczyka dość często jeżdżą busiki. Robię zakupy i staję na przystanku, przy którym dwóch dżentelmenów raczy się piwem.
- Przepraszam, przesunę sobie napój bogów - mówi jeden z nich, gdy prawie kopnąłem w jego butelkę.
- Uważajcie na policję - ostrzegam, bo kawałek dalej patrol maglował jakiegoś kierowcę.
- Phi - machają ręką. - My się z nimi znamy. Poza tym łapią pijanych za kółkiem, bo dziś pierwszy dzień wakacji, rodzice nie muszą wozić dzieci do szkoły, to chleją. Trzeźwy piątek.
Panowie planują, żeby się dostać do Soliny, ale ani do pierwszego, ani do drugiego busa nie zostali wpuszczeni. Chyba też ich znają.
Ja takich problemów nie mam, choć w "moim" busie kierowca zaczął od groźnego pytania:
- Gdzie pan chce jechać?
Kiedy podałem cel, to z akceptacją kiwnął głową.
- Turyści to myślą, że wszyscy jeżdżą do Ustrzyk, dlatego się pytam.
Aż tak daleko mnie nie ciągnie, wysiadam na następnym przystanku, czyli po siedmiu kilometrach - w Wołkowyi (Вовковия). Dość nieoczekiwanie wita mnie w niej słońce, które na chwilę wyszło zza chmur.


czwartek, 5 czerwca 2025

Ondavská vrchovina (2): Stebnícka Magura - Bardejovské Kúpele - Kamenná Hora

Opuszczając Zborov w kierunku zachodnim za pomocą Cesty Hrdinov SNP idziemy najpierw  kilka kilometrów doliną bezimiennego potoku (a przynajmniej na mapach nie ma on nazwy). Jest pusto i cicho, nawet ptaki rzadko się odzywają, czując zbliżający się wieczór. Powoli nabieramy wysokości, lecz prawdziwe wspinanie zostanie na koniec. 


Przy rozwidleniu szlaków Pod Magurou zarządzamy przerwę. Zostały nam do przejścia ledwie dwa kilometry, lecz ponad trzysta metrów przewyższenia, więc dostaniemy w kość. Po chwili Bastek stwierdza, że musi zagotować sobie kawę. Widząc mój wzrok proponuje, abym ruszył do przodu, a on zbierze się później, gdy się napije i oporządzi. To dobry pomysł: każdy pójdzie swoim tempem, nie męcząc się niepotrzebnie. Zarzucam plecak i przecinam las; ścieżka momentami jest dość zarośnięta, a oznaczenia zaczynają się gubić. W pewnym momencie znikają w ogóle, więc cofam się w ich poszukiwaniu. Nagle wieczorną ciszę przerywa głośny ryk przypominający jelenia, a potem szczekanie. To chyba nie pora na rykowisko, więc trochę dziwne.
Odnajduję szlak, okazuje się, że przegapiłem odbicie w górę. Dzwonię do Bastka.
- Już idę - sapie w telefon. - Słyszałeś te odgłosy?!
- Pewnie jeleń.
- Albo wilk gonił jelenia, bo potem była jakaś ucieczka czy szamotanina w krzakach.
Zwierzę lub zwierzęta zaczęły ryczeć tak blisko rozwidlenia, że Bastek zerwał się z petardami przygotowanymi na niedźwiedzie. Na szczęście miś to nie był.
Powoli gramolę się na grzbiet. Słowacy byli tak mili, że szlak wytyczyli zakosami, nie trzeba cisnąć na pałę, ale i tak idzie się wolno. Ze Zborova zaczynają dobiegać dźwięki głośnej, skocznej muzyki i dudnią w powietrzu przez dobry kwadrans. Robi się coraz ciemniej, ale jeszcze widać na tyle, że czołówka zostaje w plecaku. Aparatu nawet nie wyciągam, nie ma co fotografować, zresztą nie mam na to siły.
Piętnaście minut przed godziną dziewiątą osiągam dzisiejszy cel: Stebnícką Magurę. Do niedawna był to szczyt zupełnie niewidokowy: porośnięty całkowicie lasem i z niedostępnym nadajnikiem. Jedyną infrastrukturą była nieosłonięta wiata. Jesienią ubiegłego roku otwarto na nim wieżę widokową, u której podstawy znajduje się coś w rodzaju domku, będącego obudową schodów. W domku tym wypatrzyłem sobie miejsce noclegowe, choć jeszcze miesiąc temu nie było żadnych zdjęć jak on wygląda wewnątrz i czy się do tego nadaje. Pierwsze co robię po zdobyciu szczytu, to zsuwam plecak pod wiatą i zaglądam do wieży. Plac na nocleg będzie, to najważniejsze.
Stwierdzam, że chwilę odsapnę, po czym cofnę się po Bastka, może mu pomogę z plecakiem albo coś. Ku mojemu zdumieniu Bastek właśnie podchodzi do wiaty, pięć minut po mnie! Co prawda trochę błądziłem, ale i tak jestem zaskoczony jego tempem.
- Szedłem wolno, lecz bez przystanków - tłumaczy.
To zupełna odwrotność mojej techniki: ja cisnę póki mam siłę, następnie krótki postój na oddech, znowu cisnę, znowu postój i tak dalej. Jak widać w tym przypadku oba sposoby okazały się skuteczne 😏.

Wychodzimy na górną platformę wieży. Większość nieba ogarnęła już ciemność. Rozświetlony Bardejów wygląda jak prawdziwa metropolia, choć to tylko miasto powiatowe. Za wzgórzami widać mniejsze miejscowości, a na horyzoncie świeci się nadajnik Dubník, oddalony o prawie pięćdziesiąt kilometrów.


Na zachodzie jest jeszcze jasno. Zastanawialiśmy się co to za źródło światła na jednej z górek, nawet po zapadnięciu całkowitych ciemności przebijało się przez drzewa. Tymczasem to okolice Krynicy-Zdrój: Góra Parkowa lub Ścieżka w Koronach Drzew.


czwartek, 29 maja 2025

Ondavská vrchovina (1): Bardejov - Zborovský hrad - Zborov

Bardejów (po polsku także Bardiów, lecz nie podoba mi się ta wersja, słow. Bardejov, węg. Bártfa, niem. Bartfeld) to znana miejscowość na słowackiej mapie. Zwłaszcza często docierają tu turyści z Polski, bo od granicy dzieli ją ledwie dwadzieścia kilometrów. Co prawda naszym głównym celem są okoliczne góry, ale wypadałoby zajrzeć chociaż na chwilę do centrum, zwłaszcza, że Bastek tu jeszcze nie był. Objuczeni plecakami walimy zatem w stronę starówki.


Miasto wpisano na listę dziedzictwa UNESCO z powodu średniowiecznego jądra otoczonego murami miejskimi. To m.in. pokłosie upadku miasta, który dotknął Bardejów, jak i cały Szarysz, w XVIII i XIX wieku: ominęła go intensywna industrializacja, która zazwyczaj oznaczała burzenie niepotrzebnych zabytków. Bardejów ominęły też zniszczenia obu wojen światowych, chociaż podczas tej pierwszej na krótko zajęli go Rosjanie, a potem odbiły wojska austro-węgierskie. 
Mury obronne uznawane są za najlepiej zachowane w całej Słowacji. Ich budowę rozpoczęto w XIV wieku z polecenia króla Ludwika (Węgierskiego), zakończono w XVI. Pierwotnie posiadały dwadzieścia trzy baszty, przetrwało do naszych czasów dwanaście, a dodatkowo zrekonstruowano kolejnych dziewięć. Na pierwszym zdjęciu Baszta Piwowarów (Bašta pivovarníkov) - nazwa wskazuje, iż utrzymywał ją cech browarników. Na kolejnym Wielka i Mała Baszta (Hrubá a Malá bašta), ta druga częściowo zrekonstruowana. 



Rynek jak zwykle z nieco senną atmosferą. Rzeźba kata jest uwielbiana przez turystów, prawie wszyscy robią sobie z nią fotki. Prawie, bo my nie 😏. Główne obiekty głównego placu to gotycko-renesansowy ratusz i bazylika św. Idziego (dom sv. Egídia).