DOM Z PAPIERU



Pokazywanie postów oznaczonych etykietą To ja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą To ja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lutego 2017

Bycie sześciolatkiem zobowiązuje...

Szóste urodziny i wciąż jestem. "Dom z papieru" żyje... Piszę rzadko, byle trwał, ale wejść jest często więcej niż w czasie, kiedy pisałam. Jestem dumna, bo moje posty gdzieś tam dają się wyguglować i są wysoko pozycjonowane. Ludzie szukają prawdziwej wersji historii i to już impuls, żeby dzielić się dalej.
Mam nadzieję na radykalne zmiany w życiu, czynię kroki w kierunku odzyskania wolności, a ta da mi w końcu upragniony czas. Będę czytać, pisać, czytać...
Pozdrawiam garstkę przyjaciół mojego bloga, a także tych, którzy zajrzeli przypadkiem, przeczytali, zadumali się...
I tak dla pewności, że Książkowiec to ja :)

niedziela, 30 października 2016

ŻEBY CZYTAĆ, TRZEBA BYĆ OTWARTYM…



To hasło tegorocznych Targów Książki w Krakowie. Gościem honorowym targów miał być Izrael, ale nic to! Tradycyjnie pojechałam i przy wejściu niespodzianka! Skanują nas! Chyba miałam antysemityzm wypisany na twarzy, bo pracownicy wiadomej nacji wzięli mnie na bok. Na pytanie, czy mam przy sobie coś niebezpiecznego, buńczucznie odpowiedziałam: „Tak! Siebie!” Przecież są tu tylko książki! - o ja naiwna! Było co ochraniać, bo na stoiskach wydawniczych brylowały elyty i pisarze promowani przez różowy salon. Choćby Miller, Michnik, Biedroń, Stuhr, Wiśniewski, Tokarczuk… No nie będę o nich... 
Dzięki Bogu można było spokojnie podejść do niezastąpionego ojca Leona, porozmawiać z Leszkiem Żebrowskim czy Ireneuszem Lisiakiem.
Z bezliku spotkań w salonikach wybrałam dwa. Jedno „Jezuici kontra dominikanie, czyli kto jest bardziej papieski?”. To była uczta duchowa! Pojedynek na słowa, anegdoty, wzajemne przekomarzanki… Tak mogą mówić wyłącznie ludzie świadomi swojej wiedzy, a jednoczenie głęboko zanurzeni w świecie wartości.


Drugi salonik to dyskusja o ponadczasowym wymiarze twórczości Sienkiewicza. Wszak jego rok! A tu cisza i toniemy w zalewie bestsellerów. Zatem hajda na „Trylogię”! I nie tylko, bo nawet „Rodzina Połanieckich” może nas czegoś nauczyć. Spotkanie zaowocowało zakupem tomu „Sienkiewicz dzisiaj”. 
Przyznaję się do rozpusty, bo ksiąg i książeczek było sporo. Ale takie święto czytelników jeno raz w roku! Bo warszawskich nie lubię…

sobota, 9 stycznia 2016

JESTEM EUROBABCIĄ, czyli o EMIGRACJI słów kilka...



Dzwoni Skype... Na ekranie pojawiają się cudne uśmiechnięte Słowianeczki. Opowiadają na wyścigi o swoich wielkich małych sprawach. Chwila szczęścia... Buziaczki do oczka kamerki, mizianie ekranu... I w oczach pojawiają się łzy... Babi, dlaczego nie możesz nas przytulić? No właśnie – dlaczego?

Emigracja jest wpisana w polski los. Do XVIII wieku właściwie jej nie było, tylko przemieszczanie grup ludności na lepsze ziemie. Potem przyszła ta polityczna, połączona z nostalgią i „dumaniem na paryskim bruku”... Nie mieli też powrotu wywiezieni na Sybir, pozbawieni rodzin i przyjaciół. Przełom XIX i XX wieku to już sprytnie zmanipulowane  wyjazdy ludności wiejskiej „za chlebem”. W galicyjskich wsiach pojawiali się żydowscy agenci, którzy w zamian za bilet do raju przejmowali chudobę. Zwabieni chłopi brnęli potem w brazylijskich lasach albo umierali w kopalniach... Wszędzie towarzyszył im niemiecki szwargot. [polecam „Amy Foster” J.Korzeniowskiego – mechanizm prowokowania wyjazdów; albo „Pana Balcera w Brazylii” M.Konopnickiej!]. Czas na współczesność i powojenną emigrację polityczną i zarobkową. Jednak nigdy nie miała ona takiego oblicza jak późniejsze wyjazdy, gdy na fali emigracji postsolidarnościowej kraj musiało opuścić około miliona patriotów! Ich BANICJA – tak, nie bójmy się użyć tego słowa – była starannie wyreżyserowana. Dostali bilet w jedną stronę, bez prawa powrotu, a z nimi wyjechała pamięć.  Już o nich zapomnieliśmy... 

Jednak najbardziej perfidną okazuje się dzisiejsza gra wyrodnych, sprzedajnych elit, które wymuszone wyjazdy młodych ludzi potrafią przekuć w swój sukces! [sondaże – 90% młodych chce wyjechać z kraju!] Tak, niebywałym osiągnięciem jest wypchnięcie kilku milionów obywateli z kraju, by dokonać wyludnienia, przejąć kontrolę i dokonać podmiany narodu! To zaplanowane wyjazdy! Przed młodymi otwierają się zawodowe perspektywy, mogą się realizować, ale przede wszystkim – utrzymać rodziny. Wyjeżdżają „z własnej woli” na 3-4 lata, które przedłużają się w nieskończoność. To ziszczenie marzeń zaborców i realizacja ich diabelskiego scenariusza. A Polki – niczym kukułki – rodzą dzieci już niepolskie. Bo dostają benefity czy kindergeld, a dziecko wyrusza do przedszkola,  do szkoły i wrasta w obcą kulturę. W domu rozmawiają  po polsku, ale maluchy operują już wyłącznie kodem ograniczonym. Początkowo dwujęzyczne, stopniowo stają się obywatelami wrogiego mocarstwa, wrastają w nową cywilizację...

Co dalej? Jaką cenę zapłacimy za emigrację? Czy pozwolimy wynarodowić nasze dzieci i wnuki? Oddamy Polskę bez walki?
Nigdy! Trzeba ratować Ojczyznę i jej najwrażliwszą tkankę, czyli dzieci. Zaszczepmy w nich miłość do Macierzy!  Nasączmy pięknem polskiego krajobrazu, uczmy historii prawdziwej, pokazujmy skarby naszej kultury, nauczmy słuchać muzyki... Niech zatęsknią za babcinymi pierogami, szarlotką i jej bajaniem... Niech przejdą z rozpostartymi rękami pomiędzy łanami złotej pszenicy... Niech zbierają jagody i nawlekają poziomki na trawki... Niech uklękną przed krzyżem przydrożnym, a kiedy trzeba – niech z radością krzeszą hołubce albo dostojnie odtańczą poloneza... WTEDY WRÓCĄ... Dla nich Ojczyzną ma być zawsze POLSKA!

Linki do wspomnianych recenzji:


I jeszcze film, w którym głos mają emigranci z Wysp... http://dom-z-papieru.blogspot.com/2014/12/dlaczego-kochasz-polske-mieszkasz-w.html

wtorek, 5 maja 2015

Ten drogi Lwów, to miasto snów...



Tęskniłam do tego miasta od zawsze. Czytałam...
Są na świecie miasta - słońca i miasta - planety. Te pierwsze świecą blaskiem własnym (Rzym, Florencja, Paryż), te drugie blaskiem odbitym. Pośród miast – planet Lwów świeci najjaśniej, bo wszystkie blaski odbija naraz. (Roberto Salvadori)

Parandowski wspomina:
Chyba nigdy nie spieszyłem się w tym mieście – każda droga była spacerem. Jest to miasto wielkiego umiaru, którego nie umiem sobie objaśnić...

Dotarłam i do Hemara:
Ja rodem z Polski
Z pewnego miasta, które
Było polską Florencją
Przez swą architekturę
Świetnego renesansu
Wspaniałego baroku
Wież, katedr i kamienic.

Wreszcie ukochany Herbert:
Na samym rogu tej starej mapy jest kraj, do którego tęsknię. Jest to ojczyzna jabłek, pagórków, leniwych rzek, cierpkiego wina i miłości. Niestety, wielki pająk rozsnuł nad nim swą sieć i lepką śliną zamknął rogatki marzenia. Tak jest zawsze: anioł z ognistym mieczem, pająk, sumienie...

Dałam się unieść marzeniom... Po przekroczeniu granicy przyglądam się ciekawie maleńkim domkom z bezkwietnym obejściem, za to z gromadkami kaczek i gęsi drepcących wokół stawików. Czas się zatrzymał... Dalej wzdłuż drogi chaszcze, czasem przeplatane zagonami zapełnionymi krępymi postaciami wymachującymi motykami...
Wjazd do miasta anonsuje turkot kół podskakujących na bazaltowej kostce pamiętającej czasy Franciszka Józefa. Postanawiam niczemu się nie dziwić... Przestawiam zegarek i zanurzam się w tutejszym czasie... A właściwie bezczasie...

Rzędy kamienic, do niedawna pozbawionych numerów, bo we Lwowie nie było dwóch takich samych! Między nimi przemykają trolejbusy, tramwaje, a samochody jeżdżą według tylko sobie znanych zasad. Zaułki przetykane soczystą zielenią, a nad całością górują kopuły kościołów i cerkwi. Urokliwie. Zaglądam tu i tam. Zaliczam obowiązkowe punkty turystycznego grafiku, a więc Rynek, gdzie jedna pierzeja ciekawsza od drugiej, a rogi ozdobione pomnikami. Sprawdzam, czy pod ratuszem stoją lwy, te polskie lwy. Stoją. Później idę pokłonić się wieszczowi, by wreszcie zachwycić się oblepionym  złotem budynkiem Opery Lwowskiej. Czas na przekąskę. Najlepiej smakuje w Zbrojowni wśród toporów i mieczy. Chłonę śpiewny język, z trudem, ale i z przyjemnością przypominam sobie zakopane w niepamięci słowa. Szukam Polaków, zagaduję – w sklepie, przed kościołem... Wchodzę na polską majówkę i zachwycam się cudnym śpiewem! Klęcząca obok dziewczyna wyglądająca niczym anioł, kornie chwali Polską Królową... Dziękuję jej przy wyjściu, wzruszenie ściska...

Atrakcje dawnych wieków mieszają się ze współczesnością. Ale miałam się nie dziwić! Trudno nie zatrzymać się przy grajkach, których poziom wskazuje przynajmniej na konserwatorium muzyczne! Z sacrum spadam do profanum, bo oto stragan z papierem toaletowym z nadrukiem Putina... Wśród pamiątek kłują w oczy banderowskie flagi, ale podoba mi się  promowanie folkloru. Nawet dziecięce body z tradycyjnym haftem krzyżykowym, a zgrabne dziewczęta przyodziane w dżinsy dumnie zadzierają głowy przyozdobione ludowymi wiankami! Nie do pomyślenia u nas! Ale przecież miałam się nie dziwić... Niespodziewanie zapada mrok, więc kryję się w kawiarence, gdzie onegdaj Marysieńka czekała na lubego Sobieskiego... Sączę grzaniec... Czas wracać do hotelu...

I tak oto nastał dzień drugi... Siąpi... Nic to, bo najważniejsza jest pogoda ducha! Zakupy i pamiątki, wśród których nie może zabraknąć matrioszek i wódki. Bo we Lwowie są dwa rodzaje alkoholu – dobry i bardzo dobry. Pół litra to wydatek rzędu 6 zł. Zachęta dla Polaków – by przyjechać – jest ;) Koniecznie zaliczam książkowy bazarek, z żalem zostawiając przedwojenne pocztówki (zakaz wywożenia antyków, czyli przedmiotów sprzed 45 roku)... Ruszam w poszukiwaniu polskich korzeni, czyli na Łyczaków... ale o tym następnym razem.

sobota, 21 marca 2015

List do przyjaciela (3)



Dziś witam Cię lirycznie...

            Jak inaczej, skoro świętujemy Międzynarodowy Dzień Poezji? Już słyszę Twój protest! Nie lubię, nie rozumiem, nie potrzebuję... To wszystko nieprawda. Poezji nie trzeba się uczyć, ją się czuje, to naturalna potrzeba człowieka od zarania dziejów. A że dzisiejsze czasy takie nieromantyczne? Utkwił mi w pamięci fragment z książki Kleinbauma „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”: 
Czytamy poezję, bo należymy do gatunku ludzkiego. A gatunek ludzki przepełniony jest namiętnościami! Oczywiście, medycyna, prawo, bankowość to dziedziny niezbędne, by utrzymać nas przy życiu. Ale poezja, romans, miłość, piękno? To wartości, dla których żyjemy.
Dalej Keating zachęca swoich uczniów: Sztuka trwa i także ty dopisać możesz wers. Podejmiesz zabawę? Proponuję Ci napisanie na kartce słowa Lubię... i dalej pisz, co ci przyjdzie na myśl. Moje skojarzenie:
Lubię czytać,
nic nie robić,
tylko się nad światem
głowić.
Proste! A jak podoba Ci się moja kolejna poetycka wizytówka?
Jestem smutna, zamyślona,
przypominam dziwożona.
Skład osoby mej niejasny:
pół z realu, a pół z baśni.
Jeśli nie podjąłeś wysiłku, to stwierdzam ze smutkiem, że ktoś zabił w Tobie wrażliwość. Może w szkole żądali jedynej słusznej interpretacji wiersza? Może odebrano Ci prawo do nieskrępowanej wypowiedzi i odkrycia przesłania? Żal ogromny, bo dla mnie poezja jest jak tlen. Czasem ją gubię w prozie życia, ale w momentach przejścia przez góry i doliny sięgam po przypadkowy tomik i szukam „moich” strof. Tak to jest, że często w samotności chronimy rany i leczymy je perfekcjonizmem, religijnością czy inteligencją... A wystarczyłoby przyłożyć plasterek poezji!
            Napisz, co o tym myślisz. Szkoda, że mówimy do siebie tylko listami...  Tym razem dołączę „Pocałunek”, który wyszedł spod złotego pióra Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i towarzyszył mi w (bez)grzesznych latach:
Gdy się miało szczęście, które się nie trafia:
czyjeś ciało i ziemię całą,
a zostanie tylko fotografia,
to – to jest bardzo mało...
            Dosiadaj częściej Pegaza i niech Cię otulają liryczne strofy.

Twoja utkana z nierzeczywistości – B.

środa, 25 lutego 2015

Dziś są moje urodziny...

Wybaczcie, że wzruszeniem
Głos mi się zakatarza...
W tej chwili ważną kartkę
Zerwałem z kalendarza - M.Hemar

To już cztery lata, jak powstał Dom z papieru. Wcześniej była papierowa wersja. Raptularz istnieje naprawdę...
To jego tytułowa strona. Oto co zapisałam 25 lutego 2011 roku:
Stało się... Bloguję...
Mój "dom z papieru"   urealnił się. Po co, na co i dlaczego? 
Pisanie jako terapia. Owszem, ale mam przecież tę papierową wersję.  Wirtualne znajomości? Przecież nie zastąpią tych rzeczywistych. Bieżące nowinki ze świata książki? Można zdobyć i bez własnego bloga. Szlifowanie pióra? Tu też pracuję nad stylem. Ucieczka od szarości dnia codziennego? Ekshibicjonizm? Zaistnieć? Nie mam pojęcia. Wszystko po trochu i nic. Czuję wewnętrzny przymus i już. 

Jak daleką drogę przeszłam niech świadczy fakt, że z pierwszych gości nie ostał się nikt! Wykruszali się w miarę okopywania się przeze mnie w narodowych szańcach. W miarę oddalania się od blogosfery zmniejszała się liczba komentujących, ale wciąż rośnie liczba odwiedzających. To daje nadzieję, że problematyka, która mnie zajmuje, i innym jest bliska. Nie zamierzam wracać do "bestsellerów" Kalicińskiej, Nurowskiej czy Picoult, więc żegnam zawiedzionych. Zaś niniejszym zapraszam wszystkich, którym na sercu leży sprawa naszej Ojczyzny. Przy tym trwam. Chętnie przytulę się do innych blogów o podobnej tematyce.
Pozdrawiam serdecznie wszystkich gości i obiecuję obdarzać was swoją pisaniną, dopóki licznik kręci się...

 

piątek, 6 lutego 2015

List do przyjaciela



Witaj, J. :)

Wolny czas sprzyja refleksjom i przyjrzeniu się naszym relacjom z Najwyższym. Przede wszystkim dziękuję Ci za pomysł przeczytania „Chaty”. Wytrąciła mnie ta lektura z martyrologiczno - patriotycznych kolein. Była to też akuratna chwila na próby wybaczenia sobie, pogodzenia się z losem i spojrzenia na życie z innej perspektywy – chodzi tu szczególnie o bliską mi osobę, która doświadczyła tragicznego odejścia członka rodziny.   Obwiniała się, że mogła częściej być blisko, rozmawiać, wyciągnąć rękę... Niczym ojciec w powieści targany wyrzutami sumienia, że nie dopilnował córeczki. Więc mówiłam do niej Williamem Youngiem...
            Ci mi z kolei dała lektura? Oddaliła od aktualnych problemów. Nie tak wygląda nasze życie, jak można zobaczyć na Facebooku – pięknie, młodo, z uśmiechem i przytupem. Gdy mamy dość narzekania i smutków w codzienności, to uciekamy w ten iluzoryczny świat, pełen „przyjaciół” i lajków. A w „Chacie” czytam o otwartym wyrażaniu miłości, o znaczeniu prostych, szczerych gestów i że byt jest zawsze ważniejszy od wyglądu. W rozmowach liczą się szacunek, zainteresowania i czułość, a zaufania nie można wymusić. Żyjemy uwięzieni w schemacie, by dążyć do władzy. Jesteśmy ślepi i nie dostrzegamy swojego miejsca we wszechświecie. Sentencje się mnożą, że nie zdążam z pisaniem. W swojej wyobraźni zadaję sobie za autorem pytanie, gdzie spędzam większość czasu – w teraźniejszości, przeszłości czy przyszłości? Oczywiście tak jak bohater zamartwiam się budzącą lęk przyszłością i próbuję zdobyć wpływ na własne życie. A przecież wystarczą radość, prostota, czystość, przyjaźń z Jezusem... Tylko że w książce wszystko jest takie łatwe! Życie nie jest takie oczywiste, o nie!
            Co kładło się cieniem na lekturę? Wspominałam Ci kiedyś krótko, że nie mogłam wejść w konwencję widzenia Boga. Trzy Osoby – tak, bo w takiej wierze zostałam wychowana. Jednak Tata jako Murzynka!!! – nie mogłam zaufać takiemu widzeniu. I Bóg - według mnie - nie może być kobietą! A tu dwa w jednym. Takie odczytanie przeszkadzało mi w drugiej połowie książki okrutnie! Rozmowy z Boskimi osobami, docieranie do sedna życia, wyłuskiwanie bólu i oswajanie go, w końcu wybaczenie – PIĘKNE. Jednak zostaję przy Bogu Ojcu, sprawczej sile Ducha i Jezusie, który przyszedł do nas jako Człowiek.
            Tu łączą się moje obecne poglądy, m.in. wmuszana nam tolerancja i multikulturowość. Gdy zaglądam do „Chaty” – mimo pięknej idei wydaje mi się zbyt poprawna politycznie. Może bez tego ukłonu nie byłoby o niej tak głośno. Tak wygląda nasz rynek książki. Ukułam swoją teorię, że jeśli autor(ka) takiej postaci nie wprowadzi, to będzie mieć problem z dystrybucją. Ufff, to jedyny zarzut wobec percepcji tej powieści...
            J., zadowalająca odpowiedź? Jestem szczera jak zwykle. „Chatę” odkładam na półkę z myślą, że może będzie mnie jeszcze kiedyś wspierać. Twoja recenzentka – B.:)                                                              

piątek, 16 stycznia 2015

Czas

oto żyję w różnych czasach, jak owad w bursztynie, nieruchomy, a więc bez czasu, bowiem nieruchome są członki moje i nie rzucam na ścianę cienia, cały w jaskini, jak w bursztynie nieruchomy, a więc nieistniejący;

oto żyję w różnych czasach, nieruchomy, a wyposażony we wszystkie ruchy, bowiem żyję w przestrzeni i należę do niej i wszystko, co jest przestrzenią, użycza mi jej przejmującej, przemijającej formy;

oto żyję w różnych czasach, nieistniejący, boleśnie nieruchomy i boleśnie ruchliwy i nie wiem zaiste, co mi jest dane, a co odjęte na zawsze

piątek, 26 grudnia 2014

Dlaczego kochasz Polskę, a mieszkasz w Anglii?

- W moim domu nie ma Wigilii - mówi jeden z emigrantów. - Jest zastawiony stół, jest żona, troje dzieci, ale nie ma babci i dziadka.

W ilu polskich domach wpatrzeni w pusty talerz myśleliśmy o najbliższych, którzy dzielą się z nami opłatkiem przez skype'a? Święta spędzili poza Ojczyzną, bo ceny biletów przyprawiają o zawrót głowy. Zresztą w pracy bizi i w grudniu trudno dostać holideja. Żeby dochować tradycji, doładują ojsterki i pojadą na polską mszę. Ksiądz prawi kazanie po polsku, dzieci biegają lub w wózkach bawią się smoczkami, butelkami... Jest tak pięknie, ale coś dziwi... Nagle zdaję sobie sprawę - brakuje siwych głów! Kościół pełen młodych rodziców! Jakże odmienny od polskiego widok...
W świątecznym wydaniu "GP" dodatkiem był film Magdaleny Piejko Tam, gdzie da się żyć. Właśnie kadry z polskiej mszy (choć w filmie Wielkanoc) wycisnęły z oczu łzy. Kolęduję "Nie było miejsca dla Ciebie", a myślę, dlaczego dla kilku milionów Polaków zabrakło miejsca w Ojczyźnie? Dlaczego i przez kogo zostali  zmuszeni do emigracji? Bo nie wyjechali z własnej woli, bo nie są łowcami benefitów, bo wciąż marzą o powrocie...
Film jest prawdziwy i boli. Pokazuje zbiorowy portret ostatniej najliczniejszej emigracji. Wypowiadający się prezentują różne zawody, mają różne statusy społeczne, jednak myślą podobnie. Wyjechali, bo tam da się żyć. Tam, czyli na Wyspach. Żyją wśród Angoli i Irlandczyków, bo w Polsce nie znaleźli pracy, padły ich firmy, rodzące się dzieci musiały jeść, a za niezapłacony rachunek mogli wyłączyć im prąd lub wyrzucić z mieszkania.
Przyjechałem sześć lat temu na trzy miesiące... Miałem przyjechać na pół roku, siedzę tu dziewięć lat... Przyjechałam na wakacje... - mówią. Chcą godnie żyć, utrzymać rodziny, wykarmić dzieci. We wszystkich rozmowach powtarza się słowo normalność. Uciekli do normalnego życia. Bo tutaj założenie działalności trwa 15 minut, ubezpieczenie kosztuje 74 funty na pół roku, a żądana dokumentacja to zeszyt w kratkę z dochodami i rozchodami. Gdy nie zarabiasz, to nie płacisz! Są zaradni, nie żebrzą.  Zdają egzamin z danej i zadanej im wolności w napiętej atmosferze. Wielu Irlandczyków pamięta emigrację z Zielonej Wyspy, ale "celtycki tygrys" już się skończył. W czasach recesji łatwo o słowa, że Polacy kradną im pracę. Jednak mimo dotkliwej dyskryminacji zawsze tu lepiej niż w Polsce.
Pytają o siebie. Mają wciąż polską tożsamość, choć zgrzytają zrymowane słowa patriota-idiota. Jeśli coś się traci, to jednocześnie bardziej ceni.  Przychodzi czas na czytanie polskich książek, organizowanie akcji związanych z naszymi rocznicami historycznymi (Powstanie Warszawskie), wyjście z kościoła na ulicę (Droga Krzyżowa przez miasto)... Powrót do polskości, do historii, do kościoła - wszystko jest spójne!
Czas zapytać - czy wrócą do kraju?
Do czego wracać? Polska przestaje istnieć, bo państwo nie spełnia swojej podstawowej misji, jaką jest ochrona obywateli i troska o nich. Media zapychają ludziom oczy aferami, a rządzący to bestie bez narodowości.
- Nie wiedzą, kim są? Nie mają pradziadków? Jaka krew w nich płynie? - padają pytania.
- Żebym wrócił do Polski, musiałby się zmienić rząd. 
Praca i godna płaca - to podstawowe warunki. I dziwią się Polakom w kraju, że jeszcze nie wyszli na ulicę. To eutanazja narodu! Ukochanego narodu! Nie ma dnia, żeby nie tęsknili za Polską. Tragiczny sentymentalizm, bo dziecko powinno być przy dziadkach, a nie w internecie. A kiedy syn pyta: Tata, dlaczego kochasz Polskę, a mieszkasz w Anglii? - jak mu to wytłumaczyć?

wtorek, 23 grudnia 2014

A gdzie masz czerwony krawat?

- A gdzie masz czerwony krawat? - pyta studenta Kołakowski (tak, ten Kołakowski).
- Nie mam. Nie należę do ZMP.
Czerwona dwója w indeksie. Drugie podejście:
- Nie masz czerwonego krawata? - docieka egzaminator.
- Nie. Nie jestem zorganizowany - odpowiada kolejny raz student.
Druga dwója na egzaminie oznaczała relegowanie z uczelni. I tak się stało...

Byłam bardzo ciekawa, jak doszło do sytuacji, że taki "autorytet" był wykładowcą renomowanej uczelni. Kto, kiedy i w jakich okolicznościach podmienił nam elity?
Nadarzyła się okazja, bo właśnie rzeszowskie środowiska patriotyczne zorganizowały spotkanie. Musiałam stanąć oko w oko z tym "sympatycznym, łysym, w okularach" - jak określił Leszka Żebrowskiego Płużański.
I dostałam to, na co liczyłam - solidny, wartościowy wykład naszpikowany nazwiskami, przykładami, cytatami, ale też dygresjami dla złapania oddechu (a to pojawiał się Lech Bolesławowicz Wałęsa,  to znów chrabia "Bul" Komorowski, by wrócić do  nazwisk katolików w stanie łaski ubeckiej, jak chociażby do Mazowieckiego...). Niczym w karnym szeregu ustawiały się kolejne miażdżące fakty, budzące strach elity pookrągłostołowej.
Warto zacząć od 1939 roku, gdy Niemcy weszli z poszukiwawczymi listami, a na nich znalazło się  osiemdziesiąt tysięcy zewidencjonowanych działaczy politycznych, ludzi kultury i nauki przeznaczonych do eksterminacji. Egzekucje od pierwszego dnia wojny! Za chwilę obezhołowienie (oberwanie głowy społeczeństwu)  rozpoczęli Sowieci. Była to celowa eliminacja warstwy przywódczej, inteligenckiej, by zapanować nad niewolniczą masą. Spotkały się walka ras z walką klas, a czerwone bandy działały pod niemiecką opieką. Po 44. roku Polacy nadal stawiają opór - powstaje Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość, Narodowe Zjednoczenie Wojskowe i inne lokalne antykomunistyczne organizacje. Podziemie trwa, działa mimo ponoszonych strat. Sowiecki okupant umacnia komunistyczne struktury, ale też w miejsce eksterminowanych elit podstawia intelektualistów nowego chowu. Przełomowy okazał się rok 48., kiedy eliminuje się resztki kadry naukowej i przywódczej, która przeżyła obie okupacje. Giną najbardziej wartościowi ludzie, bo nie przeżyją okrutnego śledztwa lub więziennych warunków. To m.in. prof. W.Lipiński, prof. M.Grzybowski, K.Pużak, W.Marszewski, gen.A.Fieldorf, A.Doboszyński, por. Jan Rodowicz "Anoda" (aresztowany w Wigilię)... Słabnie opór społeczeństwa...
Wszystko co stare - jest nieprzydatne. Polska zmienia się diametralnie.
Co robiły w tym czasie Kuronie, Michniki, Jaruzelskie, Mazowieckie tuzy? Dziś mają wybielone życiorysy, często zmienione nazwiska, a ich tfurczość z tego okresu trudno znaleźć na półkach (np. Wróg pozostał ten sam współautorstwa Mazowieckiego). Mamy też wyraźny komunikat, że nie wolno nam grzebać w życiorysach, bo to nieetyczne, podobnie jak nie można potomków obciążać za winy rodziców, więc brylują w mediach resortowe dzieci, bezkarne, pilnujące rodzicielskiego etosu. Wymienieni demokraci urodzili się i od razu działali w opozycji. Do dzisiaj są pod ochroną służb siłowych. Gdy jakiś uparty dziennikarzyna chce doprowadzić do przesłuchania prezydenta w sprawie WSI, media szczegółowo relacjonują konsumpcję sałatki na sejmowej sali. A przecież na Informacji Wojskowej opierał się i Jaruzelski, i Kiszczak. To nie było wojsko! To partia i bezpieka w wojsku. Kiszczak (dziś zbyt chory, by stanąć przed sądem) dwoma słowami niszczył ludzi. Jego słynne: Na kafelki! - na zawsze odmieniło życie Kucharskiego. A z kafelków łatwo spłukuje się krew szlauchem...
Jak Polska stała się nienormalna niech świadczy fakt, że Cimoszewicz - syn pułkownika WSI - uzyskał w wyborach prezydenckich  aż 10% głosów. Dlaczego nie publikuje się relacji ofiar?
 Warto też sięgnąć do dokumentacji wytworzonej przez Polskę Ludową. Wszystko się zgadza oprócz sprawców, a zbrodnie dokonane przez AL/GL przypisuje się Akowcom.
"Na bandy" jeździł ten przywołany na początku Kołakowski. Z kaburą i pistoletem paradował w czasie wykładów. Był aktywnym członkiem czerwonych bojówek, które obelgami i kijami przeganiały profesorów Ajdukiewicza, Kotarbińskiego, Tatarkiewicza, żeby zająć ich miejsca. Dziś to wielki autorytet i filozof, który szydził z Biblii i do dziś nie może opublikować swojej pracy doktorskiej o Spinozie. Podobnie jak Ba(ł)man, którego specyficzne metody pracy naukowej odkrył dopiero angielski student. Stefania Jabłońska, która zasiadła na fotelu uniwersyteckim po zamordowaniu przez ubeków poprzednika... Czy choć jeden z profesorów przyznał się,  przeprosił, że się ześwinił?
Dalej - pupilek salonu - Kapuściński, piszący na zamówienie wschodnich sąsiadów. Jego idole to Własow i Korczagin - sowieckie dzieci odznaczone za to, że swoich rodziców wydały w ręce NKWD. Jest dostępne podanie przyszłego mistrza reportażu, w którym przekonuje POP (dla młodych - podstawowa komórka partyjna), że jest znakomitym kandydatem do partii: urodził się w 1932 roku na Zachodniej Białorusi zagrabionej przez sanację (!); wstąpił do "Pioniera" jako siedmiolatek, kształtowały go takie lektury jak Matka Gorkiego i Ojczyzna Wandy Wasilewskiej. A rekomendacji do partii udziela mu sam Geremek!
Był też rok 68., nazwany przez Michnika "drugim Katyniem", wszak kraj został "pozbawiony elit"!  Ok. 11,5 tysiąca osób opuściło kraj, a decydowały o tym partia komunistyczna i gminy żydowskie. Dziś mówi się o wypędzeniu Żydów przez Polaków. Michnik w Szwecji i Wolińska w Wielkiej Brytanii stwierdzili, że do kraju pieców nie wrócą, a świat to kupuje. To propaganda bezkarna do dzisiaj. Trzeba wyraźnie powiedzieć, że wśród opuszczających nasz kraj byli ubecy, sędziowie, prokuratorzy, propagandyści wojskowi, zamieszani w katowanie Polaków, dziś przez  antypolskie ataki i oszczerstwa chcą wybielić siebie, a ofiary nazywają faszystami i antysemitami. Ich życiorysy są kluczowe dla ich poglądów. Kto za nimi stoi?
Tacy ludzie tworzą nam intelektualne zaplecze dla nowego ustroju!
Co możemy zrobić dzisiaj? Nie kłaniajmy się fałszywym autorytetom i nie idźmy jak owce za wilkiem. Nie dajmy sobie wciskać pedagogiki wstydu. Sięgajmy do przeszłości, by szukać fundamentów ideowych. Możemy być dumni z dokonań przodków, chociażby z wielkiego okresu rozbiorów. Uczmy polskiej kultury w domu. Upowszechniajmy wiedzę. Postawmy na samokształcenie. Nie kupujmy książek lansowanych autorów. Bojkotujmy media rażące propagandą, a rozwijajmy własne. Wykorzystajmy formy cyfrowe, nagrywajmy.  Brońmy się! Miejmy odwagę cywilną i obywatelską - nie bójmy się! Sfery myśli i idei zabić nam nie mogą. Wyjdźmy na zewnątrz. Twórzmy wspólnoty towarzyskie, rodzinne. Jesteśmy u siebie! I wytwarzajmy własne elity! Są dwie Polski, ale przyszłość należy do nas!
Jak pięknie POLSKA nas połączyła:)





niedziela, 14 grudnia 2014

Cierpliwości, proszę...

Biorę życiowy urlop. Nie martwcie się, bo aktualnie pochłaniają mnie ważne sprawy. Mój marsz przez tekstowy świat hamuje rozmowa z cieniami.
Właśnie odnalazłam tropy wiodące do przeszłości. Znam nazwisko historyka, który zajmował się m.in. organizacją, do której należał mój Ojciec. Żyje i może opowiedzieć mi o tym co ważne świadek - członkini "bandyckiej" grupy, która usiłowała przemocą zmienić obecny ustrój Państwa Polskiego. Jestem tak szczęśliwa, że mogę z nimi pisać, dowiadywać się... Czuję, jakby Tata stał obok mnie i się uśmiechał... Kto zna mój krąg światopoglądowy, nie powinien się dziwić. Moje marzenie? Utrwalić wspomnienia ofiar komuny. Daj Boże, żebym potrafiła! W świetle tego, co dzieje się w naszym kraju - pogrzeb z honorami gen. Jaruzelskiego, szopki z niemożnością skazania Kiszczaka i jemu podobnych, promowanie czerwonych gwiazd przez resortowe dzieci... - trzeba walczyć.

Jednocześnie uspokajam, że białe kruki nadal spływają na moje półki. Pierwszy raz od czterech lat podjęłam współpracę z wydawnictwem, które gwarantuje wysoki poziom, co dla mnie oznacza po prostu pisanie prawdziwej historii. Jedynie czasu nikt nie może dołączyć w pakiecie;)

Byłam, jestem i będę. Pozdrawiam przedświątecznie wszystkich potencjalnych czytelników:)

środa, 26 listopada 2014

Zabawa (teoretycznie)

Miało być zabawowo, żeby rozproszyć późnojesienne smutki, a wyszło jak zwykle - trochę górnolotnie, nieco zbyt poważnie... Koczowniczka toczy blogowy łańcuszek, w który i ja się zaplątałam. Jako że pytania wyłącznie okołoksiążkowe, zatrzymałam się, dzielę się refleksjami. Oto 11 pytań i odpowiedzi.

1. Najbardziej lubisz literaturę... jaką? Polską, amerykańską, japońską, a może jeszcze inną?

Było różnie, ale dziś zdecydowanie literatura polska. Jestem zaabsorbowana kwestiami narodowymi i problematykę polską stawiam w centrum uwagi. Klaruje się misja mojego bloga i z miszmaszu sprzed trzech lat wyłania się  czytelnicze jądro - odzyskiwanie naszej literatury i wyciąganie na pierwszy plan tematów nieobecnych w kraju albo świadomie przemilczanych.
Zawężam moje czytelnicze poszukiwania i okopuję się w Dwudziestoleciu. To był ostatni bastion wolności słowa i czas, kiedy Polska była Polską! Przełomowy był rok 1926, kiedy to obalono demokratycznie wybrany rząd i wprowadzono sanacyjny terror, który w różnych odcieniach trwa do dziś. Cieszę się ogromnie, gdy uda mi się kupić książki prawdziwe, czyli bez szans na wznowienie w powojennej (ponoć wolnej od jakiegoś czasu) rzeczywistości. Takim skarbem jest np. ...
Historia polityczna Polski 1914-1939 Władysława Konopczyńskiego. Z jakim pietyzmem trzymam w ręku egzemplarz, który ma 300 braci? I kto sięgnie po taką książkę? Jakie szanse ma Konopczyński, żeby odkłamać międzywojnie?





Nie błądzę, nie kupuję kota w worku, a światłem w tunelu są podpowiedzi nieocenionego Macieja Urbanowskiego, który prowadzi mnie prawą stroną literatury. Czasem wystarczył jeden cytat, żebym miesiącami czaiła się na allegro. I nigdy się nie zawiodłam!




2. Na pewno zetknęłaś się z książkami pisarza, którego twórczość podziwiasz, natomiast inni nie - bo nie znają go, nie doceniają. Aż serce boli. Chcesz, by został odkryty, doceniony. Jaki to pisarz?

Serce boli, oj tak... Pełną odpowiedzią na pytanie jest cały mój blog, a w skrócie?
Niezmiennie polecam tetralogię Janusza Krasińskiego.
W los Szymona Bolesty autor wpisał swoją biografię i śledzimy los niespełna osiemnastoletniego młodzieńca aż do pisarza ukrywającego się w chatce i w napięciu spisującego wspomnienia, których wyprzeć nie można. A w tle panorama okupowanej przez sowietów Polski. Podobno w rękopisie Krasiński zostawił piąty tom, ale czy się ukaże? Kogo dziś interesuje były więzień lagrów i ubeckich piwnic?
Podobnie zerowy wydźwięk miał mój wpis o Mateuszu Wyrwichu i jego celach śmierci. Identycznie rzecz ma się z Romanem Hrabarem... Jest sens pisania? Jednak jestem.
Może już same nazwiska - Beata Obertyńska, Herminia Naglerowa, Anatol Krakowiecki... - sprowadzam ich z emigracji do kraju, który winien im pamięć.
Jeszcze Dwudziestolecie, które jest dla mnie kopalnią diamentów, bo więcej dowiemy się o czasach z powieści Rodziewiczówny czy Dołęgi-Mostowicza niż od naszych "historyków" czy z mediów. Rośnie stosik z powieściami Adama Grzymały-Siedleckiego, Józefa Weyssenhoffa, Władysława Jana Grabskiego, Jana Strzembosza (kolekcjonuję jego Dzieje dziesięciolecia). Ostatni zakup to Krzyż na piaskach Agnieszki Osieckiej (córka prof.Chrzanowskiego). Chętnie porozmawiałabym z kimś na temat tych powieści...

3. Czy sięgasz po książki "obozowe"?

Lagry, łagry, ubeckie kazamaty to najważniejszy teren moich czytelniczych eksploracji. Martyrologia ludności polskiej i liczne działania aparatu represji utrwalone są w setkach wspomnień tych, co przeżyli, często nie-literatów. Nie można ich tak zostawić aresztowanych, uwięzionych, bezradnych wobec historii. I szukam rozsypanych okruchów człowieczeństwa...

4. Czy jesteś zadowolona ze swojego bloga? Może chcesz coś zmienić?

Oczywiście że mam uwagi do treści i formy. Tylko z sentymentu nie kasuję pierwszych wpisów lub niektórych wspomnień/spotkań z autorami, którymi dziś już bym się nie szczyciła. A zewnętrznie chętnie bym wykorzystała jakąś nakładkę retro. Nawet ktoś mi proponował wykonanie, ale nie poradziłabym sobie ze stroną techniczną, przeniesieniem tekstów:( Coś na pocieszenie:
5. Ile czasu zajmuje ci pisanie recenzji?

Notuję w trakcie lektury, ale i tak post tworzę 2-3 godziny. Oto dlaczego nie piszę opinii po przeczytaniu każdej książki.

6. Czy chętnie pożyczasz innym swoje książki?

Opuszczają moje mury wyjątkowo. Na straży stoją te oto kaczorki. W środku kryją karteluszki z winnymi, którzy dopuścili się niecnego czynu i wyłudzili ode mnie książki.
7. Jeśli książka cię nie interesuje, czy starasz się ją przeczytać do końca, czy też porzucasz bez żalu?

Liczba zakładek tkwiących w książkach sugeruje powroty, ale... przegrywają z brakiem czasu.

8-9. Bohaterzy książkowi, którzy cię bardzo irytują, to...

Tania i Aleksander z Jeźdźca miedzianego - dawno mnie tak nikt nie rozdrażnił! Zachowywali się irracjonalnie, ich losy były niewiarygodne... Nie będę motywować dalej, bo wiem, że lektura ma wielu miłośników.
Może jeszcze Scarlett O'Hara, do której czułam sympatię po filmie, ale po lekturze całe współczucie i podziw wyparowały. 
A z polskich bohaterów? Np. Andrzej Dowmunt z Ostatniej brygady. Jego relacje z kobietami są zgodne z moralnością Kalego. Zresztą Mostowicz w ogóle unikał tworzenia pozytywnych bohaterów.

10. Czy codziennie czytasz przynajmniej kilka kartek?

Staram się. Jeśli nadchodzi taki czas, że nie mam czasu ani sił na czytanie, czuję się wyłącznie organizmem biologicznym na poziomie pantofelka.

11. Polecisz mi jakąś książkę, która mogłaby mnie zainteresować? Postaram się ją przeczytać.

W wyborze kieruję się m.in. dostępnością. Piotra Woźniaka Zapluty karzeł reakcji to kwintesencja powojennego losu akowca. Powinna być zgodna z twoimi zainteresowaniami, bo wiem, że nie są ci obce trudne lektury. A od siebie dziękuję za odkrycie paru, choćby Posmysz. Szykuję recenzję Do wolności, do życia, do śmierci...

Kończę zabawę bez kontynuacji, bo znajome blogerki już zostały nominowane i chętnie przeczytam, co u nich w książkowym świecie piszczy. Koczowniczce jeszcze raz dziękuję za zaproszenie, które budzi mnie z blogowego letargu:)



 


niedziela, 26 października 2014

Zrób sobie raj...

... i jedź do Krakowa!
Na hasło "Targi Książki" reaguję impulsywnie i nie mogę wysiedzieć w domu. Jadę, plączę się z sensem i bez sensu. Z trudem trzymam się  planu i - o dziwo! -  udaje mi się zrealizować spotkania w stu procentach. Łatwo nie było, bo goście dopisali, a nowa hala wystawowa ścian z gumy nie miała. Jak opisać wrażenia? Mętlik rozładuje jedynie chronologia.
Piękny początek dnia z pięknym człowiekiem. Ks. Dariusz Oko wręcza mi Dyktaturę gender z dedykacją. Wierzę, że książka uzbroi mnie w argumenty w dyskusjach przetaczających się przez internet. Profesor od razu odgadł moją profesję (!!!) i okazał się rozmówcą nieprzeciętnym. Nabrałam energii do dalszych poszukiwań.
Mariusz Solecki - jestem mu wdzięczna za wyraziste opisanie autorów, którzy opluwali Żołnierzy Wyklętych. Długo rozmawialiśmy przy ukochanym stoisku LTW. Zwróćcie uwagę na koszulkę, bo trzech moich interlokutorów strojem nawiązało do przekonań i sympatii, które im w życiu towarzyszą. Szkoda, że damskie wersje są z małymi dekoltami, bo dołączyłabym chętnie do marszu.
Znowu miałam szczęście, że państwo Łysiakowie byli ciut przed wskazaną godziną, to i czasu na rozmowę mieliśmy więcej. Edward Łysiak jest autorem dwutomowej opowieści kresowej - to Michał i Julia. Uprzedził, że nie czyta się jej lekko, ale nic to. Serce rośnie, bo z dużym prawdopodobieństwem spotkamy się wkrótce w Rzeszowie!
Tak długo czekałam! Czytałam, oglądałam na YT, wypatrywałam spotkań w okolicy... Proszę państwa, oto Leszek Żebrowski we własnej osobie! Wie wszystko, co o Narodowych Siłach Zbrojnych i Żołnierzach Wyklętych chciałabym przechować dla potomnych. Chodzące sumienie narodu. Jestem dumna, szczęśliwa i spokojna. Z błogim uśmiechem nurkuję w tłum...
Czas na zjazd blogerów. Nie wiem, co sądzą inni, ale wycofałam się po kilku minutach. Nie stawili się prowadzący, nie zgłosili się po nagrody zwycięzcy konkursu... O średniej wieku nie wspomnę. Wybaczcie, moi mili, ale będę sobie nadal pisała obok.
Borys Akunin - wstawił zygzakowaty autograf i elegancko wstał. W ogóle panowie zachowywali się szarmancko. Codzienne potyczki życiowe tak obniżyły  kulturalną poprzeczkę, że  zdziwienie tym faktem zaskoczyło mnie samą. Idę dalej i może w końcu trafię na jakąś autorkę?
Nie tym razem. Znowu pan profesor z klasą. Z Tadeuszem Gadaczem długo mogłabym rozmawiać o ulotności życia, sensach i bezsensach. Czasem warto przyjrzeć się z bliska temu, co nieuchronnie przemija.
Tej trójcy przedstawiać nie muszę. Miodek-Bralczyk-Markowski są bliscy każdemu rozkochanemu w ojczyźnie-polszczyźnie. Stoję i zastanawiam się, czy kupić kolejną książkę Wszystko zależy od przyimka. Ech... I w imieniu profesora mam wyściskać mojego ucznia:)
W końcu jeeeeest! Kobieta i to jaka! Fotopremiera naszej blogowej koleżanki Magdaleny Jastrzębskiej. Przemiła, skromna, dystyngowana. Chyba ją zagadałam na śmierć. Jakże ważne są takie pozablogowe spotkania i jak inaczej będę patrzyła na książki po przemiłym spotkaniu (z LTW w tle:).
Od wczoraj jestem dumną posiadaczką dwóch powieści Magdaleny, ale nie tylko na nich kończy się moja przygoda z Wydawnictwem. Miałam przyjemność odebrać wygraną w konkursie książkę Jana Pietrzaka Jak obaliłem komunę. No i jak ich tu nie kochać?





Dalej... Skromniutko przycupnęła Anna Arno, której zawdzięczam wspomnienie o Gałczyńskim. Teraz chętnie zaglądnę w jej Okna.



 Jeśli targowy dzień mógłby być jeszcze piękniejszy niż był, to tak stało się za sprawą Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm. Do stojącej na półce książki Lepszy dzień nie przyszedł już dołączy Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowieści. Na wiele minut zabrałam panią oczekującym w kolejce po autograf. Pysznie się rozmawia i rozstać się bardzo trudno. Tyle tematów! Tyle spraw i znajomych! Z ogromną radością dowiedziałam się, że ta poczytna pisarka zagląda na mojego bloga, i chwali, i czerwienię się... Dziękuję:)
Oto Rafał Ziemkiewicz - słynny RAZ. Tłum napiera, ale mam czas na wymianę paru zdań. Szkoda, że w Rzeszowie - wbrew zaplanowanej trasie - nie udało się zorganizować spotkania, o czym przeczytałam w ostatniej chwili:
"Niestety w Rzeszowie nie ma sali, w której wolno by mi było głosić miazmaty". Oj, Rzeszowie, Rzeszowie...
Jeszcze ojciec Leon w nowej odsłonie. Jak zawsze charyzmatyczny, uśmiechnięty i krzepiący.




I synek zadzwonił w ostatniej chwili, że podobno Wojciech Cejrowski jest w Krakowie. Był i jak zwykle ubarwiał targi. Niekwestionowana gwiazda, więc w kolejce stać trzeba, ale czego się nie robi, jeśli dziecię liczy na autograf.

Kończę "targowanie". Odchodzę uśmiechnięta. Jeszcze rzut oka w prawo (o! Maja Komorowska!), w lewo (o! Magdalena Zawadzka). 
Z lubością myślę o podwawelskich skarbach.
Ale o nich napiszę innym razem:)