Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dekoracje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dekoracje. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 listopada 2021

Mała zmiana, duży efekt - czyli o nowych plakatach w mieszkaniu

Jak ten czas leci! Dopiero co pokazywałam wam w jakich warunkach spędzamy lock down, a to już minęło 1,5 roku od tamtej pory. Trzeba przyznać, że pandemia dała nam w kość i co najgorsze - uziemiła, co nie sprzyjało wenie twórczej i pisaniu nowych postów. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek w życiu spędzała tyle czasu w domu, ile przez ostatnie 1,5 roku. Całe szczęście, że lubię nasze mieszkanie ;)

Prawda jest jednak taka, że wszystko może się człowiekowi opatrzyć. Ja lubię zmiany, dlatego przez ten czas kilka z nich wprowadziliśmy w życie. Niektóre wymagały od nas ciężkiej pracy i połamanych paznokci (np. zmiana tapety w przedpokoju, szlifowanie i ługowanie stołu z palet oraz zmiana szafy w jadalni). Ale na szczęście dzięki współpracy z Gallerix mogłam wprowadzić też zmiany lekkie i przyjemne. 

poniedziałek, 30 września 2019

Garden party w nurcie eko

Tradycja - piękne imię dla dziewczynki - wiadomo :) Ale to nie tylko to. Pewnie każdy z nas ma ich w swoim życiu trochę. Jedne były w naszych rodzinach od zawsze, inne rodzą się z czasem. Ja cieszę się szczególnie z dwóch wydarzeń, które przez ostatnie lata na stałe wpisały się w nasz kalendarz i zyskały miano tradycji. Dzięki nim możemy spędzić czas z ludźmi, których lubimy, z którymi się dobrze czujemy, którzy nas dobrze znają i akceptują nasze różne dziwactwa. O dziwo oba skupiają ludzi wokół stołu.

Pierwszym z takich naszych tradycyjnych spotkań jest obiad w dość licznym gronie przyjaciół na 11-go listopada. Policzyłam, że spotykamy się w tym dniu niezmiennie już ponad 10 lat. I tylko co roku potrzebny jest większy stół, większy gar zupy dyniowej, większa pieczona gęś i więcej rogali świętomarcińskich - grono drugich połówek i dzieciaków wciąż rośnie :) To fajna tradycja i miły, mniej pompatyczny sposób obchodzenia święta i wykorzystania wolnego dnia. Jeśli chcielibyście ściągnąć pomysł, to polecam - listopad już niedługo.

Drugie spotkanie, które od kilku lat stanowi obowiązkowy punkt wakacji, to wspólny wypad do rodzinnego domu Izy w Starachowicach, w towarzystwie Ludmiły, Ani i Oli oraz naszych rodzin. Chociaż robimy niezły zamęt, chociaż dzieciaki ostro szaleją, chociaż produkujemy hurtowe ilości brudnych naczyń i walczymy zaciekle o łazienkę, to Iza i tak nas co roku zaprasza. Złota kobieta :)


Jeśli zaglądacie tu już od dłuższego czasu, to wiecie, że obowiązkowym punktem w programie tych kilku dni jest wspólna kolacja przy tematycznie udekorowanym stole (kolacje z poprzednich lat możecie zobaczyć np. TU i TU). W tym roku miałyśmy sobie odpuścić. Miało nie być specjalnego stylizowania.  Miało nie być myśli przewodniej. Mało brakowało, a przyszłoby nam do głowy, że mogłoby nie być tortu. I tak przez 3 miesiące mówiłyśmy sobie, że w tym roku nie szalejemy, nie szykujemy, nie obmyślamy, ale wiecie co... my chyba nie umiemy już żyć bez tej kolacji. A bez tradycyjnego tortu wypad do Starachowic w ogóle się nie liczy ;)

piątek, 28 września 2018

Domowa dżungla - czyli skąd biorę, gdzie trzymam i jak pielęgnuję rośliny.

Genów palcem nie wydłubiesz. Tak prawda.
Jedenaście lat temu, gdy zamieszkaliśmy z Adamem w naszej maleńkiej kawalerce, zapierałam się rękami i nogami, żeby nie mieć tam kwiatów. Po pierwsze uważałam, że nie mamy na nie miejsca. Po drugie mój dom rodzinny zawsze był pełen kwiatów i chciałam od tego odpocząć  Mimo to mój świeżo upieczony mąż uparł się na niewielkiego fikusa z Ikea (żyjemy z nim do dziś, choć to trudna relacja - chyba żaden inny kwiatek w naszym domu mnie tak nie wkur...). Potem przyjaciele podarowali nam zamiokulkasa. A potem przeprowadziliśmy się do większego mieszkania i poszło już z górki.

pilea

Moja Mama ma świetną rękę do kwiatów i pamiętam z dzieciństwa, że nie tylko mieliśmy dużo roślin, ale Mama wciąż coś rozsadzała, ukorzeniała, itp. Gdy jakieś cioteczki - psiapsiółeczki wpadały w odwiedziny i przy okazji zachwycały się kwiatami, to zwykle dostawały minimum jedną doniczkę na wynos. Na szczęście rodzice nigdy nie wpadli na modny wówczas pomysł, żeby rozwieszać po mieszkaniu żyłki, po których mogłyby piąć się pędy. Nie mieliśmy też wiklinowych ani żeliwnych kwietników. W ogóle nasze mieszkanie było nietypowe, bo brakowało w nim obowiązkowych elementów wyposażenia ze schyłku PRL-u takich jak meblościanka, komoda z politurą błyszcząca się jak psu wiadomo co, itp. No ale kwiaty były. I po krótkim okresie roślinnego detoksu spowodowanego brakiem miejsca w kawalerce, ja również postanowiłam, że chcę je mieć w swoim domu.

niedziela, 9 września 2018

Tarta z gruszką i kozim serem - czyli przepis w sam raz na koniec lata

Troszkę mi smutno, że to już koniec lata. Po wspaniałym sierpniu pełnym słońca i czasu spędzonego z przyjaciółmi zostały mi wspomnienia ciepłych wieczorów i próbowania nowych potraw na warszawskim Nocnym Markecie, wspólnych posiłków przy wielkim stole u Izy w Starachowicach i kilkadziesiąt słoików własnoręcznie zrobionych przetworów. Sierpień to mój ulubiony miesiąc (na równi z majem) i warstwa kulinarna na pewno ma ogromny wpływ na jego miejsce w tym osobistym rankingu. Pachnące pomidory, słodkie maliny, soczyste gruszki, kwaśne jabłka, chrupiące młode papryki i cukinie... to moje ukochane smaki końcówki lata. Jeśli tak jak ja zajadacie się teraz na okrągło sezonowymi owocami i warzywami, to mam nadzieję, że przyda wam się przepis na pyszną, wegetariańską tartę.


Wytrawną tartę z gruszkami, którą widzicie na powyższym zdjęciu, zrobiłam ostatnio podczas pobytu w Starachowicach i tak bardzo wszystkim smakowała, że zainspirowana przez Izę, postanowiłam podzielić się tym prostym przepisem. 

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Kolacja na tarasie - stylizacja w stylu pustynnego boho

Co jakiś czas (w sumie to zadziwiająco często) różne osoby pytają mnie co ja właściwie mam z tego całego blogowania. Zwykle w podtekście wisi pytanie o jakieś korzyści materialne. I zawsze jest tak samo. Ja jestem zdziwiona tym pytaniem, a ludzie moją odpowiedzią. Bo dla mnie prowadzenie bloga, to przede wszystkim realizowanie swojego hobby. Interesuję się urządzaniem wnętrz, lubię poznawać nowe trendy w projektowaniu, ciekawi mnie design użytkowy. Lubię remontować stylizować i wciąż coś zmieniać w swoim mieszkaniu. Lubię dzielić się pomysłami, podróżować i robić zdjęcia. Prowadzenie bloga pozwala mi nadać tym wszystkim pasjom jakieś ramy i trochę je okiełznać ;)  

Najcenniejszą rzeczą, którą dało mi ostatnich kilka lat blogowania są ludzie. Tak - właśnie to jest moja odpowiedź na pytanie postawione w pierwszym zdaniu. Są wierni czytelnicy bloga, są liczni obserwatorzy na instagramie i fb - społeczność, która skomentuje, doradzi, czasem skrytykuje a czasem da kopa do działania. Są wreszcie inne blogerki - dziewczyny które podzielają moje zainteresowania, rozumieją "dziwactwa", podpowiadają, gdy potrzebuję rady, inspirują, itp.

I jest taka szczególna grupa dziewczyn, z którymi nie poznałabym się, gdyby nie blogowanie, a z którymi od kilku lat przyjaźnię się nie tylko w wirtualnym, ale również w tym realnym świecie. Spotykamy się regularnie, a jedną z naszych tradycji (chyba można już tak powiedzieć) jest coroczne letnie spotkanie w rodzinnym domu Izy w Starachowicach.


W tym roku, podobnie jak w poprzednim, zabrałyśmy mężów i dzieci i przez kilka dni cieszyłyśmy się własnym towarzystwem. Były wspólne posiłki, spacery, ogniska, obserwowanie spadających gwiazd, zabawy w ogrodzie, leniuchowanie na nowym tarasie i rozmowy do późnych godzin nocnych. Było też to, co lubimy najbardziej, czyli stylizowanie stołu do uroczystej kolacji. I właśnie tę stylizację chciałabym wam dzisiaj pokazać.

wtorek, 7 sierpnia 2018

Jak urządzić małą sypialnię... i o tym co chemia ma wspólnego z wystrojem wnętrz

Siedzę sobie na kanapie. Pije kawę. Patrzę na to nasze mieszkanie, które lubię i w którym dobrze się czuję, i myślę: "ciasne, ale własne". I wtedy mój wzrok pada na stertę listów z banku z informacją o kolejnych ratach kredytu, które dostajemy co miesiąc. Szukam więc w głowie innego powiedzenia i dochodzę do wniosku, że stwierdzenie, że "czuję miętę" do naszego mieszkania byłoby całkiem na miejscu, gdyby nie fakt, że w domu nie ma nic miętowego, a ja nie jestem fanką ziołowych herbatek. Jest za to ściana w kolorze butelkowej zieleni. Przypadek? Nie sądzę ;) Ale nie znam chyba żadnego powiedzenia wyrażającego sympatię za pomocą porównania do mocniejszych trunków.

Pozostaje mi więc jedynie stwierdzić, że "jest między nami chemia". Dziwna to myśl, jak na kogoś, kto miał kiepskie stopnie z tego przedmiotu, ale nauczyłam się na nim co to jest reakcja łańcuchowa. I z całą stanowczością mogę stwierdzić, że podczas urządzania mieszkania zostałam takim ekspertem w tym temacie, że mogliby mnie zatrudnić w jakimś centrum badań jądrowych. U nas jedna mała zmiana inicjuje całą serię kolejnych. A wszystko dlatego, że nieustannie próbuję w jakiś sensowny sposób pomieścić nasz dobytek.


Już jakiś czas temu doszliśmy do tego, że to mieszkanie jest dla nas za małe. Wszystko przez nasze różne pasje. Nie umiemy żyć bez książek i choć część oddajemy, to i tak jest ich coraz więcej. Przyrasta ilość sprzętu turystycznego, fotograficznego i niezbędnego do uprawiania różnych sportów. Rozwój osobisty i zawodowy jest przyczyną gromadzenia kolejnych papierów, a zamiłowanie do majsterkowania skutkuje kolekcjonowaniem niezbędnych narzędzi. Zdecydowane przydałby się jeszcze jeden pokój. A jakby się tak mocniej rozmarzyć to i garaż, w którym oprócz samochodu dałoby się upchnąć kilka rowerów i kajak górski. 
Póki co marzenia pozostają marzeniami, a ja postanowiłam po prostu kupić nowe szafki i wcisnąć je do najmniejszego pokoju, czyli 12-sto metrowej sypialni, na dotychczasowe miejsce regału. A regał powędrował do salonu w miejsce lampy. A lampa do jadalni... teraz już rozumiecie o co chodzi z tą reakcją łańcuchową?

czwartek, 21 czerwca 2018

Wędrówki rzeczy

Podobno kobieta zmienną jest. Nie wiem, nie umiem tego obiektywnie ocenić. Jedno wiem za to na pewno. Najbardziej zmienne na świecie są dekoracje w moim mieszkaniu ;) Ale ponieważ jeszcze nie udało mi się dotrzeć na koniec tęczy, żeby zgarnąć gar złotych monet (no i duch zero waste jest mi dość bliski), to staram się nie kupować co chwilę nowych bibelotów. Dlatego dzisiejszy wpis będzie o tym, jak tworzę dekoracje w kółko z tego samego.


Każda nowość w naszym domu powoduje lawinę zmian. Wystarczy, że wrócę z kolejna doniczką, świecznikiem, sezonowym bukietem lub garścią kasztanów i zaczyna się przestawianie, przenoszenie między pokojami, rearanżowanie. Lubię ten ruch. Przedmioty wędrują po mieszkaniu. Czasem dostają nowe funkcje, a czasem po prostu pasują mi do kompozycji.

niedziela, 10 czerwca 2018

O zmianach w życiu i w salonie

Tak dawno tu nie pisałam, że chyba należy wam się kilka słów wyjaśnienia. Od czego by tu zacząć? Najpierw była apokalipsa zombie, potem porwało mnie ufo, następnie musiałam w pojedynkę uratować świat przed zagładą... Na pewno rozumiecie, że każdy ma w życiu takie chwile, kiedy świat wali mu się na głowę, przytłaczając milionem spraw. A każda z nich priorytetowa, każda na wczoraj i od każdej zależą losy ludzkości. 

Ostatnie miesiące (a może nawet lata?) były dla mnie mocno wymagające. A może to tylko mi - nieuleczalnej perfekcjonistce - tak się wydawało? No bo przecież mądre, silne i wrażliwe kobiety z wszystkim dają sobie radę. Żadne wyzwanie im niestraszne. Żadne zombie, czy ufo nie są w stanie ich powstrzymać. Zapierdalają żeby uratować ten cholerny świat i choć pod nosem klną jak szewc, to jeszcze posyłają uśmiechy na prawo i lewo i do wszystkich wokół wyciągają pomocną dłoń. Wyciągają, bo jak tego nie zrobią, to wyrzuty sumienia nie dają im spać. Biorą na siebie za dużo, ale i tak chcą wszystko zrobić na 120%. Nie mają czasu, żeby wyleżeć chorobę. Nie  mają kiedy zaplanować urlopu.  Na spotkania z przyjaciółmi też nie mają czasu, bo każdy wolny weekend starają się spędzić za miastem (albo nie wychodząc z łóżka), żeby choć trochę podładować baterie i mieć siłę dalej zapierdalać. Ale wydaje im się, że tak trzeba. Że to normalne. Że na tym polega dorosłość i odpowiedzialność. Że nikt za nie tego nie zrobi. Że gdy przyjaciele proszą o pomoc, to się nie odmawia. Znacie to?


Jakoś pod koniec lutego przyznałam sama przed sobą, że bycie superbohaterką jest fajne tylko kiedy masz świetne ciało i obłędnie wyglądasz w seksownej masce i obcisłych ciuchach (wiecie, majtki zakładane na getry i te sprawy). Cała reszta jest do dupy. No a że lata świetności mojego ciała przeminęły wraz z liceum, uznałam, że koniec tej zabawy. 

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Wesołych Świąt!

Święta jak zwykle u nas bardzo rodzinne i raczej jesteśmy offline, ale wpadam tu na moment, żeby życzyć Wam wszystkiego dobrego. Mam nadzieję, że ten czas mija Wam w radosnej atmosferze. Znajdźcie czas dla najbliższych, znajdźcie czas na odpoczynek, znajdźcie czas na drobne przyjemności. I nie przejadajcie się za bardzo ;) Od jutra podobno ma wrócić dobra pogoda więc, życzę Wam również, żebyście znaleźli czas na wiosenny spacer. Wesołych Świąt!


Takie kosmiczne pisanki mi wyszły przypadkiem w tym roku. Farbowałam jajka w czerwonej kapuście i gdy zobaczyłam to ciekawe cieniowanie, to od razu skojarzył mi się motyw galaktyczny. Wystarczyło spryskać odrobiną błyszczącej farby i kosmiczny efekt gotowy ;)
A wy jak ozdabiacie pisanki? Farbujecie, malujecie, obklejacie? Jak zawsze szukam inspiracji więc podzielcie się w komentarzach swoimi pomysłami.

Miłego dnia!
Marta

piątek, 29 grudnia 2017

Święta last minute

Co roku w listopadzie przebiega mi przez głowę taka dziwna myśl, żeby może wzorem innych blogerek zabrać się już za ubieranie choinki, świąteczne dekorowanie mieszkania i inspirowanie czytelników bloga. A potem  uznaję, że ta myśl jest nie tylko dziwna, ale zupełnie dla mnie niewykonalna. Prawda jest taka, że w listopadzie myślę bardziej o tym jak nie popaść w depresję z powodu pogody i kolejnych urodzin? Albo jak zorganizować tradycyjne, coroczne spotkanie na 11-go w gronie najbliższych przyjaciół, które to grono z powodu pojawiających się na świecie dzieciaków zdążyło się rozrosnąć do ok. 30 osób. Albo jak zaplanować w pracy działania i realistyczny budżet na cały kolejny rok mając do dyspozycji szklaną kulę i fusy po kawie zamiast twardych danych? No sami rozumiecie, że choinka i last christmasy są dla mnie wtedy odległe co najmniej jak sonda kosmiczna Voyager. 


A potem przychodzi grudzień i przypomina mi się, że święta jednak tuż tuż. I że trzeba kupić prawie 40 prezentów, bo rodziny duże. I że właściwie czas zajrzeć do wiklinowego kosza w sypialni i przypomnieć sobie jakie mam ozdoby świąteczne. I że już się nie da ignorować tych last christmasów grających w każdej stacji radiowej i każdym sklepie. I że kolejna świeczka w świeczniku adwentowym się pali. I po raz kolejny dopada mnie myśl, że taka ze mnie blogerka, jak z koziej... (wiadomo co dalej), bo choinki jak nie było, tak nie ma. Dekoracji mieszkania nie ma. I nawet pierniczków brak. 

sobota, 23 grudnia 2017

Wesołych Świąt

Święta tuż tuż. Zakupy zrobione, dom posprzątany, pierogi ulepione... można cieszyć się miłym wieczorem przy choince z kubkiem herbaty z miodem i imbirem. W tle grają kolędy i pastorałki, migają płomienie świec, a po domu roznosi się zapach pierniczków (i płynu do mycia podłóg - bądźmy szczerzy). To chyba dobry moment na złożenie świątecznych życzeń :)

Życzę Wam żeby ten nadchodzący, błogosławiony czas przyniósł wam dużo radości i nadziei. 
Żebyście spędzili go w gronie bliskich, życzliwych ludzi. 
Żeby było pięknie, smacznie, zdrowo i relaksująco.


A jeśli tak jak ja już odpoczywacie i jecie pierniczki, to zerknijcie jeszcze na kilka słodkich kadrów :)

niedziela, 20 sierpnia 2017

Garden party pod gruszą, czyli indian summer w natarciu.

Ciacho, boho i Staracho... tak można by streścić dzisiejszy wpis.  A teraz rozwinięcie:

Staracho - bo akcja ma miejsce w Starachowicach, w rodzinnym domu Izy. Część z was na pewno pamięta,  jak opisywałam to polskie Santorini w cyklu zeszłorocznych letnich postów (tu, tu, tu i tu). Tym razem spędziliśmy tu z Adamem kilka ostatnich dni naszego intensywnego urlopu.  Był to cudowny, wesoły, relaksujący czas. Nie mogło być inaczej, bo spędziliśmy go w towarzystwie Oli, Ani i Lu oraz ich rodzin.


Iza ma wielkie serducho i niebywałą cierpliwość do naszej bandy, bo zaprosiła nas już po raz kolejny. Wszyscy przeżyli, panowie się polubili, dzieciaki szalały jak zwykle, a my miałyśmy wreszcie czas na to, co lubimy najbardziej (czyli hektolitry kawy, bujanie w hamakach, plażowanie, robienie zdjęć i objadanie się pysznościami). Nie odmówiłyśmy sobie również małego szaleństwa dekoratorskiego i korzystając z dobrej pogody postanowiłyśmy urządzić kolację pod gruszą.

czwartek, 27 lipca 2017

Jest moc! - czyli butelkowa zieleń na ścianie w sypialni

Efekty spotkań z przyjaciółkami-blogerkami są zawsze takie same... zmiany, zmiany, zmiany. Zanim człowiek dotrze z powrotem do domu, już układa w głowie plan. Próbuje przypomnieć sobie, gdzie jest ta puszka z farbą, którą pół roku wcześniej skitrał głęboko. Zastanawia się, czy trzeba dokupić jakieś pędzle. I przegląda w telefonie resztki letnich wyprzedaży w sklepach z dodatkami do domu. 
Jeśli tak nie macie, to pewnie tylko dlatego, że wasze koleżanki nie są blogerkami wnętrzarskimi.

Lipcowe spotkanie w gronie tych kreatywnych babek (kto śledzi mój instagram, wie o co chodzi) było kopem motywacyjnym do metamorfozy sypialni. Całkiem okazałym kopem, bo nie ograniczyłam się do wymiany kilku poduszek, ale postanowiłam zaszaleć z kolorem i wreszcie przemalować jedną ze ścian.


Już od dawna planowaliśmy poprawić trochę optycznie proporcje naszej małej, długiej i wąskiej sypialni. Początkowo chcieliśmy położyć tapetę o jakimś wyrazistym wzorze na ścianę obok okna. Wiecie, taką w stylu: wielkie ciemne kwiaty a la Alfons Mucha, stado sów, które obsiadły gałąź o zmroku, albo przegląd najbrzydszych ryb z głębin oceanów.

czwartek, 22 czerwca 2017

Co, gdzie, jak - czyli przepis na przytulny dom

"Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej". Zaczyna się sezon urlopów i wakacyjnych wyjazdów i częstotliwość pojawiania się tego zdania w naszych ustach z pewnością drastycznie wzrośnie. Ale co właściwie sprawia, że dobrze czujemy się w naszych wnętrzach - oczywiście poza bezkarnym rozrzucaniem skarpetek i zostawianiem brudnych kubków gdzie popadnie ;) Jak to jest, że niektóre mieszkania wydają nam się przytulne, a z innych chcemy uciekać? Jak zaaranżować przestrzeń, żeby nadawała się do życia, a nie do jednorazowej sesji zdjęciowej z minimalistycznego katalogu?

Ha, a żebym to ja wiedziała :)))
Prawda jest taka, że każdy ma trochę inne upodobania i w innych wnętrzach czuje się swobodnie. Lubię kiedy mieszkania zdradzają charakter ich właścicieli. Gdy przedmioty, którymi się otaczają, mówią coś o ich hobby i stylu życia. Ale gdzie gromadzić te przedmioty? Jak je eksponować? Jak sprawić, żeby stanowiły element dekoracyjny, a nie zwykłą zbieraninę rupieci? 

No tutaj, to ja już mam co nieco do powiedzenia. Ponieważ mam słabość do różnych gratów, to sztukę upychania ich po kątach opanowałam do perfekcji. Dziś podzielę się z wami moim przepisem na przytulne wnętrze. Poniżej szczęśliwa siódemka, czyli lista miejsc, które możecie wykorzystać do stworzenia niepowtarzalnego klimatu waszego mieszkania.

1. REGAŁ NA KSIĄŻKI
Być może uznacie, że to nie jest żaden element dekoracyjny, ale dla mnie to właśnie książki są na pierwszym miejscu listy gratów do upchnięcia. Jak również na pierwszym miejscu decydującym o tym, czy dobrze się czuję w jakimś wnętrzu. Jakoś tak się składa, że domy w których są książki wydają mi się o wiele przytulniejsze niż domy, w których trudno je dostrzec, ale za to jeszcze trudniej omijać wzrokiem wielki telewizor zajmujący pół ściany. U mnie na regale poza książkami stoją jeszcze dekoracje, które dają mu leki oddech.

Jeśli w tym miejscu nie wyświetla Ci się napis "czytaj więcej", to koniecznie kliknij w tytuł wpisu.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Mieszkaniowy zodiak jako objaw otumanienia zapachem bzu

Gdyby wnętrza miały znaki zodiaku, to nasz salon zdecydowanie zasługiwałby na patronat Bliźniąt. Wszystko dlatego, że ma dwa zupełnie różne oblicza. 
Z jednej strony przedwojenne meble, a z drugiej białe, proste sprzęty - typowe dla współczesnego stylu skandynawskiego. 
Z jednej drewniana szafa, a z drugiej plastikowe krzesło projektu Eames'ów na metalowych nogach.
Z jednej stare, szklane syfony - pamiątka po pradziadku, a z drugiej minimalistyczny sprzęt grający - pamiątka po jakiejś wypłacie.
Z jednej odnowiony, dostojny fotel, a z drugiej fikuśny, peruwiański hamak.
Mogę tak jeszcze długo, ale lepiej nie brnijmy :) 

bzy
Jeśli w tym miejscu nie wyświetla Ci się napis "czytaj dalej", to koniecznie kliknij w tytuł wpisu.

sobota, 6 maja 2017

Majówkowe spotkanie z dobrym designem w tle

Pierwszy raz od niepamiętnych czasów nie wyjechaliśmy nigdzie dalej na majówkę. Trochę nie mogliśmy się zdecydować, co do kierunku. Trochę nie miałam głowy, żeby coś ogarnąć. Trochę dlatego, że niektórzy musieli iść w czwartek i piątek do pracy. A trochę, a może nawet głównie dlatego, że prognozy pogody nie brzmiały zachęcająco. Wiatr, deszcz i 7 stopni są zdecydowanie zbyt odległe od mojej comfort zone.
Nie oznacza to jednak, że całą majówkę siedzieliśmy w domu i się nudziliśmy, o nie! Był czas dla rodziny i przyjaciół. Był spacer po lesie. Była wycieczka rowerowa z burzą w tle. Była też imprezka w Kuchni Spotkań IKEA. I to nie byle jaka, bo kinderbal więc sami rozumiecie - wymagający klient ;)


środa, 26 kwietnia 2017

Dobre, bo polskie - czyli co mi wpadło w oko na Targach Rzeczy Ładnych

W ostatni weekend odbyła się w Warszawie wiosenna edycja Targów Rzeczy Ładnych. Słowo wiosenna jest tu co prawda mocno na wyrost, bo pogoda przypominała raczej listopadowe zawieje, ale nie czepiajmy się szczegółów. Kto by się przejmował tym, że pod koniec kwietnia trzeba chodzić w czapce, szaliku i ciepłych gaciach, no kto?

Na targi poszłam mocno wyposzczona, bo przyznaję, że poprzednich kilka edycji z rozmysłem ominęłam. W pewnym momencie doszłam do wniosku, że w kółko widzę te same stoiska. Że nic nowego się nie pojawia. Dobrze zrobił mi ten odwyk, bo zdążyłam się stęsknić za pięknymi przedmiotami i za rozmowami z ich kreatywnymi twórcami. 
Postanowiłam uzbroić się w dużo cierpliwości (ach te tłumy) i w aparat fotograficzny. Aparat na takich wydarzeniach oficjalnie służy do tego, żeby umieć potem dopasować produkty do nazwy sklepu i odszukać kontakt do wystawców (po nazwach na większości wizytówek często nie sposób się domyślić, co ta firma sprzedawała). A nieoficjalnie zdjęcia stanowią narzędzie wymyślnych tortur - zamęczam nimi Adama wmawiając, że powinniśmy to czy tamto koniecznie kupić, że marzę, że piękne, że doskonale by pasowało do naszego mieszkania... itd. Dobra, dobra - wiem co sobie myślicie. Ale kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem ;) I tak jestem dzielna, bo postanowiłam bez jego wiedzy nie kupować dwóch składanych, kinowych foteli. Uważam, że to mega poświęcenie z mojej strony!

ceramika

sobota, 15 kwietnia 2017

Radosnych Świąt!

Zaczyna się Wielka Noc. Noc wypełniona nadzieją i oczekiwaniem na radosne Alleluja. Życzę Wam aby te Święta niosły radość. Miłość zawsze zwycięża, czy to nie piękne?

Niech to będzie czas spędzony tak jak lubicie. W gronie najbliższych, albo na odludziu w bliskości z naturą. W spokoju, albo w gwarze. Niech będzie smacznie i pogodnie, nawet jeśli za oknem bardziej jesień niż wiosna.


niedziela, 22 stycznia 2017

Zima? Nie, dziękuję.

Ale się porobiło. Sześć lat blogowania, a tak długiej przerwy w pisaniu jeszcze chyba nie było. Mogliście sobie ode mnie odpocząć przez trzy tygodnie i wykorzystać ten czas na realizację noworocznych postanowień. To jak? Kto zamiast siedzieć godzinami przed ekranem wyciskał siódme poty na siłowni, czytał książki lub spędzał więcej czasu z rodziną? A może macie jakieś bardziej nietypowe postanowienia?


środa, 28 grudnia 2016

Świąteczne post scriptum

Mam nadzieję, że Święta minęły wam w radosnej atmosferze. U mnie tak właśnie było, chociaż w piątek rano byłam na nie jeszcze zupełnie niegotowa. Brakowało choinki, niektórych prezentów i potraw. Że o jakichkolwiek bożonarodzeniowych ozdobach w domu nie wspomnę. Nieźle jak na blogerkę wnętrzarską, co? No cóż, trzeba to sobie jasno powiedzieć - nie przypominam sobie kiedy ostatnio miałam tak intensywny grudzień. I mimo, że prokrastynacja, to moja serdeczna przyjaciółka, to tym razem nie da się na nią nic zwalić. Po prostu działo się trochę za dużo i na pewne sprawy zabrakło już czasu. 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...