Pokazywanie postów oznaczonych etykietą salon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą salon. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 listopada 2021

Mała zmiana, duży efekt - czyli o nowych plakatach w mieszkaniu

Jak ten czas leci! Dopiero co pokazywałam wam w jakich warunkach spędzamy lock down, a to już minęło 1,5 roku od tamtej pory. Trzeba przyznać, że pandemia dała nam w kość i co najgorsze - uziemiła, co nie sprzyjało wenie twórczej i pisaniu nowych postów. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek w życiu spędzała tyle czasu w domu, ile przez ostatnie 1,5 roku. Całe szczęście, że lubię nasze mieszkanie ;)

Prawda jest jednak taka, że wszystko może się człowiekowi opatrzyć. Ja lubię zmiany, dlatego przez ten czas kilka z nich wprowadziliśmy w życie. Niektóre wymagały od nas ciężkiej pracy i połamanych paznokci (np. zmiana tapety w przedpokoju, szlifowanie i ługowanie stołu z palet oraz zmiana szafy w jadalni). Ale na szczęście dzięki współpracy z Gallerix mogłam wprowadzić też zmiany lekkie i przyjemne. 

wtorek, 17 marca 2020

Salon w sam raz na kwarantannę

Jeśli do tej pory zastanawialiście się po co zawracać sobie głowę urządzaniem mieszkania i dbaniem o ładną przestrzeń wokół, to oto nadeszła odpowiedź: kwarantanna.
Z powodu epidemii koronawirusa od kilku dni pracuję zdalnie i chociaż tęsknię za koleżankami i kolegami z pracy, to jednak cieszę się, że mogę przebywać w miejscu, w którym czuję się bezpiecznie i które lubię. Prawda jest taka, że w pełni polubiłam swoje mieszkanie dopiero niedawno. Zajęło mi to 9 lat, ale wreszcie czuję, że to jest to. A wszystko za sprawą sporego przemeblowania.


Skoro akcja #zostańwdomu trwa w najlepsze, to pomyślałam, że to niezły moment, żeby pokazać wam gdzie się teraz kisimy. Zwłaszcza, że nasz duży pokój przeszedł ostatnio spore zmiany.

piątek, 12 kwietnia 2019

Róż i już - czyli wiosenna zmiana w salonie

Wiosna bywa groźna. I wcale nie mam tu na myśli nadgorliwości mojego męża, który zmienił już opony na letnie, a następnie wyruszył samochodem w góry, gdzie nadal pada śnieg. Choć gdyby się nad tym głębiej zastanowić, to dzisiejsza historia ma sporo wspólnego z moim mężem i jego decyzjami, ale o tym za chwilę ;)

Wiosna bywa groźna, ponieważ nachodzi mnie wtedy na zmiany. Budzę się z zimowego letargu, ładuję bateryjki dłuższymi i cieplejszymi promieniami słońca i zaczynam kombinować. W zeszłym roku efekt był taki, że rzuciłam robotę więc naprawdę można się obawiać pomysłów, jakie wyprodukują moje przegrzane zwoje mózgowe ;)

W tym roku postanowiłam póki co pracy nie zmieniać, ale nosi mnie i efekt jest taki, że od tygodnia przemeblowuję w myślach nasz duży pokój. A tam przemeblowuję… to mało powiedziane! Oczami wyobraźni widzę jego totalną metamorfozę. Inne meble, inne ustawienie gratów, inna kolorystyka. Przydałby się jeszcze inny metraż i wysokość sufitu ;)

I dokładnie w momencie, gdy tak sobie tworzę w głowie te nowe plany architektoniczne, wkracza do akcji mój niczego nieświadomy mąż i mówi: „a może pojedziemy do IKEA?”

różowy fotel

Szok, niedowierzanie, łzy szczęścia. Jak on mnie dobrze zna, ten mój chłop kochany. Jak wie, co kobiecie do szczęścia potrzebne. Naoglądam się inspiracji. Nakupię gratów. Przepadnę w dziale ogrodniczym. I jeszcze obiadu nie będzie trzeba gotować, gdyż czeka nas romantyczny posiłek we dwoje w sklepowej restauracji. O nie, takim propozycjom się nie odmawia. Ogarnęłam się szybciutko i już za trzy godziny byliśmy na zakupach u Szwedów ;)

niedziela, 10 czerwca 2018

O zmianach w życiu i w salonie

Tak dawno tu nie pisałam, że chyba należy wam się kilka słów wyjaśnienia. Od czego by tu zacząć? Najpierw była apokalipsa zombie, potem porwało mnie ufo, następnie musiałam w pojedynkę uratować świat przed zagładą... Na pewno rozumiecie, że każdy ma w życiu takie chwile, kiedy świat wali mu się na głowę, przytłaczając milionem spraw. A każda z nich priorytetowa, każda na wczoraj i od każdej zależą losy ludzkości. 

Ostatnie miesiące (a może nawet lata?) były dla mnie mocno wymagające. A może to tylko mi - nieuleczalnej perfekcjonistce - tak się wydawało? No bo przecież mądre, silne i wrażliwe kobiety z wszystkim dają sobie radę. Żadne wyzwanie im niestraszne. Żadne zombie, czy ufo nie są w stanie ich powstrzymać. Zapierdalają żeby uratować ten cholerny świat i choć pod nosem klną jak szewc, to jeszcze posyłają uśmiechy na prawo i lewo i do wszystkich wokół wyciągają pomocną dłoń. Wyciągają, bo jak tego nie zrobią, to wyrzuty sumienia nie dają im spać. Biorą na siebie za dużo, ale i tak chcą wszystko zrobić na 120%. Nie mają czasu, żeby wyleżeć chorobę. Nie  mają kiedy zaplanować urlopu.  Na spotkania z przyjaciółmi też nie mają czasu, bo każdy wolny weekend starają się spędzić za miastem (albo nie wychodząc z łóżka), żeby choć trochę podładować baterie i mieć siłę dalej zapierdalać. Ale wydaje im się, że tak trzeba. Że to normalne. Że na tym polega dorosłość i odpowiedzialność. Że nikt za nie tego nie zrobi. Że gdy przyjaciele proszą o pomoc, to się nie odmawia. Znacie to?


Jakoś pod koniec lutego przyznałam sama przed sobą, że bycie superbohaterką jest fajne tylko kiedy masz świetne ciało i obłędnie wyglądasz w seksownej masce i obcisłych ciuchach (wiecie, majtki zakładane na getry i te sprawy). Cała reszta jest do dupy. No a że lata świetności mojego ciała przeminęły wraz z liceum, uznałam, że koniec tej zabawy. 

piątek, 29 grudnia 2017

Święta last minute

Co roku w listopadzie przebiega mi przez głowę taka dziwna myśl, żeby może wzorem innych blogerek zabrać się już za ubieranie choinki, świąteczne dekorowanie mieszkania i inspirowanie czytelników bloga. A potem  uznaję, że ta myśl jest nie tylko dziwna, ale zupełnie dla mnie niewykonalna. Prawda jest taka, że w listopadzie myślę bardziej o tym jak nie popaść w depresję z powodu pogody i kolejnych urodzin? Albo jak zorganizować tradycyjne, coroczne spotkanie na 11-go w gronie najbliższych przyjaciół, które to grono z powodu pojawiających się na świecie dzieciaków zdążyło się rozrosnąć do ok. 30 osób. Albo jak zaplanować w pracy działania i realistyczny budżet na cały kolejny rok mając do dyspozycji szklaną kulę i fusy po kawie zamiast twardych danych? No sami rozumiecie, że choinka i last christmasy są dla mnie wtedy odległe co najmniej jak sonda kosmiczna Voyager. 


A potem przychodzi grudzień i przypomina mi się, że święta jednak tuż tuż. I że trzeba kupić prawie 40 prezentów, bo rodziny duże. I że właściwie czas zajrzeć do wiklinowego kosza w sypialni i przypomnieć sobie jakie mam ozdoby świąteczne. I że już się nie da ignorować tych last christmasów grających w każdej stacji radiowej i każdym sklepie. I że kolejna świeczka w świeczniku adwentowym się pali. I po raz kolejny dopada mnie myśl, że taka ze mnie blogerka, jak z koziej... (wiadomo co dalej), bo choinki jak nie było, tak nie ma. Dekoracji mieszkania nie ma. I nawet pierniczków brak. 

sobota, 6 maja 2017

Majówkowe spotkanie z dobrym designem w tle

Pierwszy raz od niepamiętnych czasów nie wyjechaliśmy nigdzie dalej na majówkę. Trochę nie mogliśmy się zdecydować, co do kierunku. Trochę nie miałam głowy, żeby coś ogarnąć. Trochę dlatego, że niektórzy musieli iść w czwartek i piątek do pracy. A trochę, a może nawet głównie dlatego, że prognozy pogody nie brzmiały zachęcająco. Wiatr, deszcz i 7 stopni są zdecydowanie zbyt odległe od mojej comfort zone.
Nie oznacza to jednak, że całą majówkę siedzieliśmy w domu i się nudziliśmy, o nie! Był czas dla rodziny i przyjaciół. Był spacer po lesie. Była wycieczka rowerowa z burzą w tle. Była też imprezka w Kuchni Spotkań IKEA. I to nie byle jaka, bo kinderbal więc sami rozumiecie - wymagający klient ;)


wtorek, 11 kwietnia 2017

Bajka o kopciuszku, który poczuł wiosnę

Za górami, za lasami żyła sobie królewna, która lubiła dobry design, urządzanie wnętrz, fotografię i podróże. Miała dużo wolnego czasu, który chętnie spędzała na regularnym pisaniu na blogu o swoich pasjach... Cholera, znowu pomyliłam bajki :( 
To może inaczej.  

Zła wiedźma zmusiła Kopciuszka, żeby dzień w dzień harował na półtora etatu oddzielając groch od popiołu. Skutecznie wybiła mu z głowy marzenia o wolnym czasie na robienie zdjęć i pisanie bloga. Nie pojawił się żaden książę na białym rumaku, który chciałby uwolnić dziewczynę od tej niewdzięcznej roboty, dorzucając przy okazji w bonusie nowe pantofelki. Trwało to aż do wiosny, kiedy to Kopciuszek uporał się z większością grochu (teraz czas na fasolę) i odzyskał odrobinę prywatnego życia. Co prawda na bosaka, ale za to z nowym aparatem fotograficznym, może znowu podbijać wnętrzarską blogosferę.


środa, 30 listopada 2016

Na ostatnią chwilę, czyli jesień w salonie

Już tylko kilka godzin zostało do końca listopada. A ponieważ męża już mam (dobry z niego chłop więc wymieniać nie planuję) i omijają mnie dziś takie atrakcje jak lanie wosku, rzucanie obierkami jabłka i inne andrzejkowe pierdoły, to postanowiłam wykorzystać ten czas na  napisanie ostatniego w tym roku jesiennego wpisu. Ja wiem, że z każdej strony atakują już last christmasy, mikołaje i kiczowate bombki, ale ja się jeszcze nie daję. Od kilku lat mam postanowienie, że temat dekoracji świątecznych nie ma wstępu na blog do grudnia. Dlatego dziś jeszcze zapraszam do salonu w jesiennej odsłonie.


poniedziałek, 26 września 2016

Czy warto bielić drewno ługiem i jak je pielęgnować?

Od kogo najłatwiej nauczyć się brzydkich wyrazów? Od budowlańców oczywiście;) Pan Zdzisław, który wspomagał nas w generalnym remoncie mieszkania miał ich niezły zasób, ale prawdziwe wyżyny słowotwórczych wiązanek osiągnął, gdy męczył się z podłogą. Bo wymyśliła se taka jedna, że nie chce mieć pożółkłego lakieru na PRL-owskiej mozaice i kazała bielić. 
Ale najpierw cyklinowanie, szpachlowanie szpar, uzupełnianie deseczek w miejscach, gdzie wcześniej były ściany, itp. 
A potem trzeba się było dokształcić, co to ten cały ług i jak tym bielić. 
A potem jeszcze olejowanie białym olejem, żeby zabezpieczyć drewno i nadać mu gładkości. 
A potem marudzenie, że "szefowo tak biało to nawet w szpitalu nie mają". 

Czy warto było się tak męczyć? Zdecydowanie tak! Nie tylko nauczyłam się kilku wiązanek, od których uszy więdną (nigdy nie wiadomo, kiedy się przydadzą więc lepiej być przygotowanym), ale mam wymarzoną, jasną, drewnianą podłogę. Dzięki ługowaniu zyskała biały odcień, a jednocześnie widać słoje i strukturę drewna. Ma też tę przewagę nad podłogą malowaną farbą, że nie rysuje się i nie zdziera w trakcie codziennego użytkowania. Dziś podłoga w naszym mieszkaniu wygląda tak:

salon, stara szafa, stolik z palet, fotel, biała podłoga

piątek, 9 września 2016

Niezły Meksyk!

Łóżeczko niemowlęce - potraficie mnie zaskoczyć :) Napisałam ostatnio, że pozbyliśmy się z salonu poprzednich foteli i pokazałam, że miejsce jednego z nich zajął odrestaurowany staruszek. A w odpowiedzi na zagadkę, czym zastąpiliśmy drugi fotel, ktoś napisał właśnie o łóżeczku. Oficjalnie dementuję i przyznaję się jedynie do ciąży spożywczej :)
Choć myślę, że dzieciaki różnych krewnych i znajomych królika, które regularnie i w dużych ilościach odwiedzają nasz dom, będą zachwycone dobrą zmianą jaka nastąpiła w salonie. A wszystko dlatego, że zawisł w nim... kolorowy hamak!


wtorek, 6 września 2016

O medycynie estetycznej słów kilka, czyli metamorfoza fotela

W pewnym wieku niektóre kobiety zaczynają się zastanawiać, czy nie należałoby jakoś pomóc matce naturze i cofnąć nieco upływający czas. Zwłaszcza, że chirurdzy-celebryci kuszą z ekranu liftingami, botoxami i innymi cudami. Na szczęście ja od wielu już lat nie mam telewizora więc nie bardzo to do mnie dociera. Moje cycki póki co dzielnie wygrywają z grawitacją, a zmarszczka pomiędzy brwiami po prostu świadczy o tym, że intensywnie myślę nad istotą wszechświata ;) Nie muszę też inwestować w implanty pośladków - Jenifer Lopez na pewno zazdrościłaby mi ich rozmiaru. Mogłam więc ze spokojnym sercem zaoszczędzoną kasę zainwestować w odmłodzenie starego fotela. Jemu lifting był zdecydowanie bardziej potrzebny niż mi.

Fotel był w rodzinie Adama od lat. Nikt właściwie nie pamięta z jakiego pochodzi okresu, ale kształty art-deco i bebechy, które miał w środku sugerują okres raczej przedwojenny. Odkopaliśmy go spod sterty gratów w piwnicy naszej poprzedniej kawalerki i postanowiliśmy odratować. Ale od postanowienia do  metamorfozy upłynęło prawie tyle czasu, co od debiutu Dody na gorących krzesłach do jej burzliwego rozstania z Nergalem. W kwestii wyglądu Dodzie znacznie się przez te lata polepszyło i czułam, że nasz fotel nie może być gorszy. Myślałam więc długo i intensywnie nad kolorami, wzorami i splotami tkanin. Zastanawiałam się, czy dam radę sama rozprawić się z zardzewiałymi sprężynami. Oczami wyobraźni widziałam sterty pyłu ze szlifowania, itp. I co? I skończyło się jak zwykle pełnym spontanem. 


wtorek, 28 czerwca 2016

Remont w salonie: 3, 2, 1...

Pisałam niedawno o zmianach, jakie planuję w naszej sypialni. Ale to nie jedyne pomieszczenie, które już wkrótce odmieni swoje oblicze. Zaplanowaliśmy wymianę okien również w salonie, co zapewne pociągnie za sobą lawinę zdarzeń: wyburzanie kawałka ściany, wymianę parapetów, uzupełnianie podłogi na balkonie, malowanie całego pokoju... strach pomyśleć, co jeszcze przyjdzie nam do głowy. Nie ma to jak dobrze wykorzystać zaległy urlop ;) 

Niestety okna są do d... - nieszczelne i źle osadzone. Nie wytrzymamy już kolejnej zimy w ich towarzystwie, dlatego nadeszła pora, żeby się rozstać.  Ale zanim w dużym pokoju nastąpi totalna rozpierducha, zapraszam na kilka kadrów z tego pomieszczenia. Kto wie, kiedy znowu będzie okazja oglądać je w miarę schludnym stanie.


piątek, 11 marca 2016

Przedwiośnie w salonie

Właśnie sobie uświadomiłam, że mój salon doskonale odzwierciedla kolorystycznie obecną porę roku. 
Dziś za oknem ponuro i deszczowo. Szarość ścian i kanapy idealnie do tej aury pasują. Ale gdy wiatr przewieje ciemne chmury, pojawia się niebieskie niebo. Niebieskie jak moje krzesło przy biurku. A białe meble są jak leniwie sunące obłoczki, które często obserwuję wyglądając przez okno.
Drewniana szafa i stolik mogłyby być kolorystyczną metaforą pni drzew i krzewów, które ciągle jeszcze nie mają liści, a brązowo-bure dekoracje na półeczce to przecież barwy ziemi.

W moim salonie, dostrzeżecie w różnych miejscach zielone roślinki. Jestem pewna, że gdy się rozejrzycie podczas spaceru, to też już zobaczycie pierwsze przebiśniegi, pąki i zielone pędy rożnych rośli.  Jeśli dodać do tego obrazka kolor nieba podświetlanego przez zachodzące słońce, to i różowy fotel odnajdzie się nieźle w tej układance ;)


wtorek, 12 stycznia 2016

Nowości w salonie na nowy rok ;)

Gdy robiłam podsumowanie wpisów z 2015 roku, zdałam sobie sprawę, że minął rok, odkąd napisałam na blogu, że szukamy nowej kanapy. A prawda jest taka, że rozpoczęliśmy te poszukiwania jeszcze dużo wcześniej. Uznałam, że tak dłużej nie może być i tuż po Nowym Roku zrobiliśmy z Adamem objazd po sklepach z meblami (bo wizyta tydzień wcześniej w Ikea wykazała, że nie ma tam tego, co sobie wymarzyliśmy) z mocnym postanowieniem, że tym razem na coś się zdecydujemy.

Niestety, jest źle. Znowu obejrzeliśmy dziesiątki (a może setki) strasznie brzydkich mebli. Znalazłam dwa modele, które jako tako mi się podobały, ale okazały się strasznie niewygodne i raczej drogie. Zresztą niektóre sklepy ominęliśmy tym razem szerokim łukiem właśnie ze względu na ceny. Nie jestem gotowa zapłacić za kanapę 10 tys. złotych. Ponieważ my prowadzimy normalne życie, (a to oznacza, że zdarza nam się jeść na kanapie, trzymać na niej nogi i zapraszać tabuny dzieciaków, które bez litości po niej skaczą) potrzebujemy kanapy, której będziemy mogli bez stresu używać, a nie tylko na nią patrzeć i podziwiać ;)

I znowu skończyło się na tym, że po całym dniu zrezygnowani, zdegustowani i sfrustrowani pojechaliśmy do Ikea. Weszliśmy w część z kanapami i kupiliśmy pierwszą z brzegu. Dosłownie! Patrzymy, że stoi sobie taka szara, trzyosobowa i na dodatek rozkładana. Usiedliśmy, popatrzyłam na cenę i stwierdziłam, że bierzemy. Nie, nie jest to moja wymarzona kanapa. Ale jest wygodna, długa, z dość wysokim oparciem i pozwala nam zaprosić gości na imprezę z nocowaniem. Mam nadzieję, że będzie się dobrze sprawować, ale nie ustaję w poszukiwaniach kanapy idealnej. Jak znajdę, to tę bez żalu sprzedam.


środa, 23 grudnia 2015

Wesołych Świąt!

Święta tuż tuż, dlatego chciałabym Wam złożyć z tej okazji najlepsze życzenia. 
Niech Boże Narodzenie przyniesie radość, miłość i nadzieję.
Odpocznijcie, cieszcie się obecnością bliskich osób, znajdźcie czas na przyjemności. Śpiewajcie kolędy, jedzcie smakołyki i idźcie na świąteczny spacer. W końcu pogodę mamy tak piękną i wiosenną, że szkoda tego nie wykorzystać ;) 
Wesołych Świąt!


A teraz zapraszam Was jeszcze na kilka świątecznych kadrów z naszego mieszkania. Choinka do sufitu rozsiewa niesamowity aromat. Jemioła plącze się tu i tam. Do tego jakieś drobne stroiki, pierniki itp. Niewiele, ale wystarczy, żeby poczuć nastrój :)


poniedziałek, 7 września 2015

Regałowe reguły

No dobra, powiedzmy to sobie szczerze. Regały nie zostały stworzone tylko dla książek. Owszem, służą nam głównie do ich przechowywania, ale przecież często stawiamy na półkach również inne przedmioty, które chcemy wyeksponować. Jak to zrobić, żeby pogodzić potrzebę przechowywania zbiorów bibliotecznych z potrzebą pokazania światu pamiątki z wakacji, którą przywieźliśmy w piątej klasie podstawówki lub laurki od siostrzeńca? Jak sprawić, żeby zastawione książkami półki nie wydawały się zbyt przytłaczające? Jak ciekawie ustawiać dekoracje, żeby mieć ochotę zatrzymać na nich wzrok?

Nie przeczytałam żadnego poradnika o nauce urządzania wnętrz w weekend, ani nie mam wykształcenia w tym kierunku, ale lubię eksperymentować, stylizować, przestawiać... itd. więc podzielę się dzisiaj kilkoma moimi sprawdzonymi sposobami. Nie udzielę rad uniwersalnych, ale powiem wam co u mnie się dobrze sprawdziło. Ale zanim cokolwiek więcej napiszę, muszę zrobić zastrzeżenie, że książki są u mnie najważniejsze i musi się dla nich znaleźć miejsce na półce. Żadne, nawet najpiękniejsze dekoracje nie zmuszą mnie do schowania książek do kartonów i wyniesienia ich do piwnicy, aby w ich miejsce postawić jakieś pierdoły ;)

A teraz do sedna. Książki ustawione ciągiem na wszystkich półkach wyglądają trochę ciężko i przytłaczająco. Warto wprowadzić nieco oddechu na regale. Oto dziesięć pomysłów jak to zrobić oraz garść inspiracji zdjęciowych z pinterest:

1. Można przełamać ciąg stojących książek kładąc część z nich w poziomych stosikach. Dobrze, żeby stosiki nie były tej samej wysokości, co książki stojące pionowo. Gdy wszystko jest w jednej linii robi się nudno.

2. Aby regał nabrał lekkości wystarczy zostawić trochę pustej przestrzeni pomiędzy książkami.

3. Dobrze sprawdzają się "przerywniki" między książkami. Może to być np. sprzęt grający albo pudełka i koszyki, w których schowacie różne drobiazgi.

4. Warto zostawić całą półkę lub fragmenty kilku półek w różnych miejscach regału z przeznaczeniem na dekoracje. To również uatrakcyjni jego wygląd i wprowadzi nieco oddechu. Można tu wyeksponować jakieś kolekcje, postawić świecznik, obrazek lub kwiatek.

5. W roli obrazka może wystąpić również jakaś książka, np. szczególnie dla nas ważna lub z piękną okładką. Wystarczy ustawić ją tak, aby było widać front obwoluty.

6. Dobierając dekoracje dobrze jest zdecydować się na 2-3 kolory, które będą się powtarzały. Zwykle grzbiety książek same w sobie są dość kolorowe i zbyt pstrokate dekoracje mogą stwarzać wrażenie chaosu.

7. Nie wszystkie dekoracje nadają się do stawiania na regale pomiędzy  książkami.  Niektóre są zbyt małe, żeby je dostrzec i docenić. Również nagromadzenie obok siebie kilku niewielkich przedmiotów się nie sprawdza. Po prostu zlewają się w jedno i "nikną". 

8. Warto różnicować dekoracje pod względem wielkości i grupować je. Dzięki temu nie jest płasko i nudno, ale trzeba pamiętać, że uwagę przykuwają w pierwszej kolejności największe i najbardziej kolorowe przedmioty.

9. Aby szczególnie wyeksponować jakąś rzecz wystarczy zostawić dookoła niej puste miejsce. Wolna przestrzeń wokół sprawia, że nasz wzrok automatycznie skupia się na przedmiocie.

10. Dobrze jest pamiętać, że regał jest dla nas, a nie my dla regału, dlatego w pierwszej kolejności warto pomyśleć o wygodzie użytkowania, a dopiero potem o dekorowaniu. To między innymi z tego powodu w mojej biblioteczce książki nie są ułożone kolorami (przykład tęczowego regału pokazywałam tutaj).










Strasznie długi i przemądrzały post mi wyszedł, ale może te porady przydadzą się komuś jeszcze poza Dagmarą, która mnie o nie poprosiła ;)
A może macie jeszcze jakieś sprawdzone sposoby, które nie przyszły mi do głowy?

P.S. Jeśli chcecie zobaczyć jak wyglądają półki w różnych pokojach naszego mieszkania, to zajrzyjcie do zakładki MOJE WNĘTRZA.

Miłego dnia!
Marta

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Bezkonkurencyjna beza - o nowej lampie słów kilka

Jakiś czas temu pisałam o tym, że lampa robi wnętrze. Dziś siedzę sobie w fotelu, w swoim własnym salonie, zadzieram głowę do góry, patrzę na lampę i wiem, że się nie myliłam! Wreszcie, po czterech latach życia z "tymczasową" białą kulą za 5 zł, mam lampę, która idealnie pasuje do naszego mieszkania. Jest zwiewna i delikatna, ale jednocześnie ma pazur. Jedna z moich koleżanek powiedziała, że wygląda jak wielka beza :) Cały czas się nią zachwycam. Ma genialną w swojej prostocie konstrukcję i równie fajną cenę, a wygląda efektowniej niż niejedno dzieło znanych projektantów. A na dodatek nieźle się komponuje z lampkami w kąciku biurowym. Dzięki niej trochę bardziej polubiłam nasz salon. Ta dam, oto ona:





Lampę kupiłam w Ikea. Są dwa rozmiary - ja wybrałam ten większy. Na zdjęciach tego nie widać, ale lampa ma naprawdę spore gabaryty. Żałuję, że nie mam mieszkania z wysokimi sufitami, bo wydaje mi się, że gdy lampa zwisa na kablu, to wygląda jeszcze fajniej, jak chmurka ;)

Teraz pozostaje mi znaleźć równie fajną lampę podłogową, która mogłaby stanąć obok kanapy. Macie jakieś sugestie?

Miłego dnia!
Marta

piątek, 19 czerwca 2015

Książki we wnętrzach - element obowiązkowy!

Oglądam bardzo dużo zdjęć ładnych wnętrz. Bo lubię. Właściwie codziennie trafiam na jakieś ciekawie urządzone mieszkania, ale zauważyłam, że coraz częściej czegoś mi w nich brakuje. Niby piękne zdjęcia. Niby fajne meble. Niby ciekawe pomysły. A jednak coś jest nie tak. I nawet nie chodzi o to, że mieszkania często są tak niepraktycznie wystylizowane, że wręcz niemożliwym jest normalne, codzienne w nich funkcjonowanie. Rzecz w tym, że nie ma w nich książek! Czasem leżą na jakimś stoliku dwa smętne albumy, które służą do dekoracji, a nie do czytania. To się dla mnie nie liczy. Niby wiem, że ludzie coraz mniej czytają. Ale, żeby w ogóle nie mieć książek i miejsca przeznaczonego do ich przechowywania??? A może książki to zbędny, "nieładny" balast, który trzeba jakoś ukrywać?

U mnie książki zajmują całą ścianę w salonie, a i tak regularnie jakieś wydaję lub "puszczam w obieg", bo nie umiem się oprzeć kupowaniu kolejnych. Moją biblioteczkę już znacie - pokazywałam Wam ją m.in. TUTAJ i TUTAJ. A dziś chciałabym pokazać Wam zdjęcia innych, fajnych wnętrz, których właściciele nie wstydzą się książek. I wcale nie trzeba być posiadaczem hurtowych ilości. Rozumiem, że nie każdy jest takim molem książkowym jak my. Czasem wystarczy kilka półek i już jest inaczej. To, czy w domu są książki, czy nie, naprawdę wiele mówi o człowieku.









Dla ewentualnych nieprzekonanych chciałam jeszcze tylko dodać, że są ciekawe badania dotyczące czytelnictwa, które wskazują, że jeśli dziecko wychowuje się w domu, w którym były książki, to w dorosłym życiu chętniej po nie sięga. Taki wynik niby był łatwy do przewidzenia, ale to nie wszystko. 
Rzecz w tym, że nawet jeśli dziecko nigdy nie widziało, żeby rodzice czytali i książki stanowiły jedynie element "dekoracji" mieszkania, to i tak w późniejszym dorosłym życiu chętniej po nie sięga i częściej czyta. 

Miłego dnia!
Marta

czwartek, 19 marca 2015

Urodzinowe before and after - salon

Przyszedł czas na ostatni z serii postów podsumowujących dotychczasowe zmiany w naszym mieszkaniu. Dziś zapraszam was do największego pokoju, zwanego szumnie salonem. Zostawiłam to pomieszczenie na deser, ponieważ wymaga ono od nas jeszcze sporo pracy. Ale powoli, drobnymi kroczkami, ciągle coś tu poprawiamy. Wierzę, że kiedyś będzie fajnie i tak jak sobie wymarzyłam.

Najbardziej cieszę się z dużej biblioteki. Lubimy czytać i mamy dużo książek. I chociaż ciągle jakieś wydaję, to i tak ze sporą częścią nie zamierzam się rozstać. W związku z tym musieliśmy znaleźć książkom godne miejsce. Zdecydowaliśmy się na zabudowanie całej ściany, aż po sufit regałami. Szklane drzwiczki pomagają mi walczyć z kurzem i dodatkowo odbijają światło jeszcze bardziej rozświetlając pokój. Okna z salonu wychodzą na południe więc światła nam tu nie brakuje. Dlatego bez większych obaw przemalowaliśmy ścianę na przeciwko okien i ścianę w kąciku biurowym na szaro.
Mocnym akcentem dekoracyjnym jest drewniana, przedwojenna szafa i stare walizki. Żeby przełamać ich muzealny charakter postanowiliśmy zrobić stolik z palety i biurko z blatu zamontowanego na metalowych nogach. Do tego dobraliśmy krzesło Eames'ów (wciąż mnie zadziwia, że po ponad pół wieku od zaprojektowania ta forma nadal jest uznawana za nowoczesną).

W planach mamy: 
-kupienie nowej kanapy (pisałam o tym TUTAJ)
-wytapicerowanie starego fotela art deco i wstawienie go do pokoju (biedaczek czeka na zmiłowanie już kilka lat)
- uszycie pokrowców na poduchy foteli lub ich wymiana
- kupienie szafki pod biurko, do której moglibyśmy schować drukarkę i inne "przydasie"
- wymienienie lamp (sufitowej i podłogowej obok kanapy)
- zagospodarowanie ściany naprzeciwko wejścia do pokoju
 
Znając nasze tempo, robotę na kilka kolejnych lat mamy zapewnioną :)
Na zdjęciach zobaczycie stan na chwilę obecną. Dekoracje jeszcze trochę zimowe, ale powoli wiosna wkracza i tu.






Poprzedni właściciele mieli w tym pokoju swoją sypialnię. Jakoś łyso tu było i nieprzytulnie. Jak patrzę na poniższe zdjęcie, to nie mogę uwierzyć, że to łóżko było wygodne :P
Tak było, gdy kupowaliśmy mieszkanie:


Trzymajcie kciuki, żeby udało nam się zrealizować wszystkie plany zanim przejdziemy na emeryturę :)

Miłego dnia!
Marta

poniedziałek, 9 lutego 2015

O tym jak blogerki Tiguę urządziły

Lubię miłe niespodzianki, przygody i wyzwania. A jeśli dodatkowo mogę je przeżywać w miłym towarzystwie i jednocześnie uczyć się czegoś nowego, to jest naprawdę idealnie! Z pewnością do takich ciekawych wydarzeń mogę zaliczyć udział w przygotowaniu i realizacji profesjonalnej sesji zdjęciowej z firmą Paradyż. Wspólnie z Lu i Agutkiem zostałyśmy zaproszone do współpracy przy stylizowaniu wnętrza do sesji nowej kolekcji płytek Tigua by My Way.  
Zanim opowiem więcej o kafelkach, to na początek kilka słów o samej sesji. Bardzo miłym zaskoczeniem było dla mnie to, jak dużym zaufaniem obdarzyły nas dziewczyny z Paradyża. Konsultowały z nami wszystko. Plan wnętrza bazował na naszym pomyśle wypracowanym podczas warsztatów moodboardowych w Łodzi. Dodatki do sesji wybrałyśmy podczas rajdu po sklepach. A na samym planie zdjęciowym mocno się rządziłyśmy ;) Wymyślanie, ustawianie, przeganianie panów z drabiną w tę i z powrotem, ponowne przestawianie, ustawianie kadru, ustawianie światła, długie dyskusje w babskim gronie (aż dziw bierze, że byłyśmy takie zgodne). A na koniec mycie podłogi i dłuuuugie oczekiwanie, aż kafle wyschną. I w końcu pstryk - jest zdjęcie. I tak trzy razy w ciągu dnia. Oj nie jest lekko w tej robocie ;) Długie przygotowania, tłum zaangażowanych ludzi, a na końcu dnia, jako efekt pracy, trzy zdjęcia:))) Ale za to jakie! 

Ale zanim pokażę Wam, co udało nam się wspólnie zrobić, to zapraszam na migawki z planu. Agnieszka, ze względu na zaawansowaną ciążę i pilną naukę do obrony magisterki była z nami jedynie w łączności elektronicznej, ale możecie zobaczyć jak wspólnie z Ludmiłą debatujemy i podziwiamy efekty naszej pracy. W roli paparazzi robiącego nam zdjęcia z ukrycia wystąpił Kalbar (znany również jako mąż Uli). Oczywiście same też napstrykałyśmy sporo zdjęć i częścią chciałabym przy okazji się z Wami podzielić. 








To teraz najwyższa pora napisać coś o głównych bohaterkach całego zamieszania, czyli nowej kolekcji płytek Tigua marki My Way. Nazwa Tigua została zaczerpnięta od nazwy kameralnej wioski położonej na wyspie Lanzarote, będącej częścią archipelagu Wysp Kanaryjskich. Inspiracją dla stworzenia płytek była egzotyczna uroda wulkanicznych krajobrazów tego miejsca. Utworzona przez lawę powierzchnia wyspy mieni się całą skalą barw ziemi i takie też są kolory płytek. Kolekcja składa się z surowych kafli w odcieniach beżu, bieli, szarości i brązów. Nie brakuje też płytek z geometrycznymi wzorami nawiązującymi formą do tradycyjnej hiszpańsko-afrykańskiej majoliki. Majoliczna dekoracja w kolekcji Tigua jest jak wyspa Lanzarote, nie hiszpańska choć należy do Hiszpanii, nie marokańska choć z archipelagu Wysp Kanaryjskich blisko do Maroka. Kolekcja jest bardzo bogata i myślę, że każdy może wybrać z niej coś dla siebie. Mnie zachwyciły duże, proste, białe i szare płytki, ale to akurat nie trudno było przewidzieć :)

Zdjęcia kolekcji znajdziecie na stronie Paradyż, (przewijają się na pasku na górze strony), a wśród nich m.in. te oficjalne z "naszego wnętrza".





Na ostatnim zdjęciu widzicie inne aranżacje z płytkami z kolekcji Tigua. Ciekawa jestem, które wnętrze najbardziej Wam się podoba? Jaka kolorystyka jest Wam najbliższa?

Miłego dnia!
Marta
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...