Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oliwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oliwa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 października 2017

NA POCZĄTKU BYŁ SEKATOR

Wczoraj pokazałam na Facebooku fotografię z prośbą o rozszyfrowanie, co przedstawia. W ostatniej chwili dodałam, że Włosi nie mają prawa do zabawy, bo dla nich ta zagadka była za łatwa, zwłaszcza dla mieszkańców Tobbiany.
Rozwiązania przeszły moje oczekiwania, chociaż wiedziałam, że na wyobraźnię rodaków można liczyć.
Doszukano się tu budowy basenu na plebanii, przygotowania pasztetu, szparagów w piasku, boa w terrarium, innego mało określonego zwierza, owsianki, kłącza, bazyliszka, opuncji, ogórka wężowego, ciasta na placki ziemniaczane, żółwia, popiołu z pieca, a nawet własnego kota grzebiącego w kuwecie.
 

 A to bure, byle jakie, to ... pulpa ze zmiażdżonych oliwek.

Marzenie zaoliwiło się na zielono.
Właściwie to nie marzenie, a mrzonka. Nawet nie śmiałam marzyć, by zamieszkać w domu z gajem oliwnym, chyba dlatego w zeszłym roku łatwo mi przyszło przejście do porządku dziennego na faktem, że nie będzie zbiorów, bo wszystko było zaatakowane przez niszczącą oliwki muszkę. Zresztą, kto by w zeszłym roku miał głowę do tego? Byliśmy w głębokich czeluściach przeprowadzki.
Potem, powoli, powoli, gaj oliwny zyskiwał należną sobie uwagę. Moją fotograficzną, ale Krzysztof chciał się wszystkiego nauczyć praktycznie. Zaczął więc od opanowania sztuki przycinania drzew.
 

 

Nasz zakrystianin (wspaniały człowiek) od lat pilnował, by gaj zawsze był porządnie wykoszony. Latem jest to istotne, by nie zaprószyć ognia w wyschniętej trawie, a podczas zbiorów łatwiej rozłożyć siatki, gdy żadne badyle jej nie przeszkadzają.
Część odciętych gałęzi została zużyta w Niedzielę Palmową, reszta pójdzie do przyszłego warzywnika, a te, które zostały na pniu w końcu zakwitły delikatnym zapachem.



Oliwki pokonały nawet straszliwą suszę, ludzie zaczynali tracić nadzieję na jakiekolwiek zbiory, ale udało się, jedynie dużo wcześniej owoce zaczęły się czernić.
Ostatnie dni przed zbiorami poranki spowite były mgłą. Robiło się bardzo romantycznie i tajemniczo.



 

Słońce za dnia pozwoliło mieć nadzieję na równie dobrą pogodę podczas zbiorów. I tak było.


Normalnie to mogłabym nawet pomóc przy zbiorach, ale kręgosłup orzekł, że mogę jedynie robić zdjęcia. Na drzewa i tak bym nie wchodziła, ale i  na ziemi jest co robić, przejrzeć owoce, wyrzucić liście, itp.
Wszystko cieszyło obiektyw: rozciąganie siatek, klamerki je spinające, młynek do strzepywania owoców, proboszcz na drzewie.





 

 Jeszcze pilniejszą kontrolę przeprowadzał Druso - miłośnik oliwek.









 W ogrodzie pomarańczowiły się kaki, można już je zrywać, by dojrzały w skrzynce, w ten sposób wyprzedzi się szpaki. Ja ciągle nie wiem, co robić z tymi owocami, więc żal było, by się zmarnowały. Na ostatniej Mszy proboszcz ogłosił, że kto chce, może przyjść sobie ich nazrywać. Podczas zrywania oliwek łatwo było o otwarty ogród. Przyszli, nazrywali :) Mnie na razie fascynują swoim kolorem.





I w końcu one, częściowo jeszcze niedojrzałe, z trzech gatunków (frantoio, moraiolo i leccino) trafiły do skrzynek.

    
 Najlepszym czasem do zrywania oliwek jest moment, gdy ciemnieją. Owszem, trudniej się je zrywa, bo mocniej trzymają się drzewa, ale oliwa z nich wyciśnęta ma najlepsze właściwości, za to wychodzi jej mniej, niż z dojrzałych owoców.
W koszach owoce powinny leżeć nie dłużej niż 48 godzin, by nie pogorszyć właściwości drogocennego płynu.
A jest on bardzo drogocenny i absolutnie ... nieopłacalny, gdy się zatrudnia pracowników do ręcznego zbioru. Po przeliczeniu godzin rwania oliwek, ceny za godzinę potencjalnego robotnika, opłaty za wyciśnięcie, wyszło mi, że przy cenie 10 euro za litr trzeba by dopłacać do oliwy.
Oczywiście, inaczej rzecz ma się w przypadku pomocy bezpłatnej, a tak często robią rodziny, że się skrzykują. Inaczej wychodzi też to w przypadku wielkich upraw, gdzie można pokusić się o zbiory mechaniczne. Takiej maszyny trzęsącej oliwkami nie da się wprowadzić do tarasowych gajów w Tobbianie. Nie dziwi mnie więc, że część gajów została porzucona, bo właściciele, nie mogąc samodzielnie zerwać oliwek, odpuścili sobie ich uprawę.
Jak zobaczycie na filmie, potwierdza się to, czego dowiedziałam wizytując tłocznię (frantoio) a opisałam w artykule "Olio".  Nie ma czegoś takiego, jak drugie, czy następne tłoczenie. Wszystko pozyskuje się w jednym procesie poniżej zaprezentowanym.

 Przypomnę, tylko, że oliwki idą najpierw do sortownika, w którym myje się je i oddziela liście.

Następnie wędrują do pojemnika miażdżącego, który niszczy struktury zamykające w sobie cenną oliwę. Cała pulpa jest zasysana do olbrzymiej wirówy, która wykorzystując ciężar właściwy poszczególnych składników rozdziela oliwę od reszty.


 Zielony już w tym momencie płyn idzie do następnej wirówki, która ostatecznie oczyszcza produkt.
   

 Flitr z takiej wirówki jest cały zapełniony brunatną mazią.


 Kto jednak będzie się zajmował mazią, gdy nos odwraca się za zniewalającym zapachem lekko ciepłej (od wirowania) oliwy? Biorę kubeczek i nalewam sobie pierwsze krople toskańskiego złota.


 O świeżej oliwie nie świadczy jedynie smak i zapach, spójrzcie, jak różni się barwą od tej sprzed roku. Świeża jest zielona.


 Ostatnim etapem jest przelanie do stalowego pojemnika z kurkiem, który trafił do spiżarki.


 Żebyście mieli wyobrażenie, jak się ma liczba kilogramów zebranych oliwek do samej oliwy, sfotografowałam opis z wagą - 450 kg (z około 50 drzew), umieszczonych w 21 skrzynkach.
 

Z tego powstało 50 kg oliwy. Dobra proporcja. Przy bardziej dojrzałych oliwkach byłaby dużo większa, ale ze stratą jakości.
Nasze frantoio jest położone w miejscu bardzo symbolicznym. Na Rocca di Montemurlo.

   
Przechodziliśmy koło niego dokładnie na dzień przed informacją o przeniesieniu Krzysztofa do Tobbiany (patrz artykuł "Za miedzą").  Nawet poszłam powspominać na plac, by zobaczyć Florencję.



 

W życiu bym wtedy nie wymyśliła, że po kilkunastu miesiącach przejdę przez bramę koło kościoła i będę obserwować cały proces tłoczenia oliwy z parafialnego gaju; że zostanę poczęstowana chlebem upieczonym przez właścicieli tłoczni, nawet nieopieczonym w kominku (na który zazdrośnie spoglądałam), ale i tak pysznym, a wraz z oliwą wręcz doskonałym.






Z tej radości usiadłam zaraz by przygotować etykietki na butelki, które pójdą w świat.

czwartek, 9 czerwca 2016

POZA PISANIEM

Tydzień w San Martino był prawdziwie wakacyjny. Zajęcia - sama przyjemność, a wolny, wspólny czas to radość nieśpieszności, rozmów, zwiedzania bez zacięcia, że wszystko trzeba zobaczyć. Znając niemal całą grupę, wiedziałam, że bez sensu byłoby wracać na noc do domu. I nie chodzi o to, że nie daliby sobie rady beze mnie - wręcz przeciwnie!

Właściwie to, w pierwszej reakcji na widok klasztoru i widoków wokół niego, wszyscy chcieli pozostać na miejscu przez cały tydzień. Trochę się byczyliśmy, ale ...



Toskania kusi.

Niedziela była z założenia piesza. Po dwóch dniach podróży z Polski nikt nie miał ochoty na ponowne wsiadanie do auta.
Kościół przy klasztorze nadal służy jako świątynia, więc poprosiłam Krzysztofa, by przyjechał do nas i odprawił nam Mszę św. Akurat cała ekipa była chętna na udział w liturgii.

Potem wybraliśmy się na spacer do niedalekiego Artimino.
Po drodze minęliśmy samotnie stojącą kapliczkę cmentarną. Wokół już nie było grobów, tylko cyprysy wyznaczały dawny teren pochówków, a na nim pozostała ta jedyna biedaczyna, smutna, zaniedbana, z pięknym freskiem w środku i dwoma grobami.

Pod samym Artimino stoi romański kościół, ale rzadko można go zobaczyć wewnątrz (pokazałam go we wpisie z 2009 roku)
Na życzenie niektórych pryncypał wziął ze sobą psy, w większości znane grupie. Pod koniec trasy staruszek Boguś odmówił dalszego spaceru, chętnych na niesienie go nie zabrakło.

U celu wszyscy ochłodzili się pysznymi lodami, wśród których przebojem był smak nespolo, czyli nieśplika japońskiego.

Wiedzieli, że smak powinien być dobry, bo pod klasztorem właśnie dojrzewają owoce nieśplika i nie omieszkali ich spróbować. Mniam!
Do Willi Artimino nie doszliśmy, wystarczyło okrążenie samego miasteczka. 

Poniedziałek był jedynym dniem z porządnymi deszczami i burzami.



Fartem udało nam się dotrzeć o suchej nitce do Vinci. Część osób nie widziała muzeum, więc poszła je zwiedzić.
Głównie wszystkie uczestniczki chciały zajrzeć do sklepiku z papierami i właśnie materiałami do kaligrafii. Wariuję w tego typu miejscach, przygarnęłabym cały asortyment. Z rozsądkiem ograniczyłam się do zakupu obsadki  z pięknym okuciem w kształcie florenckiego giglio

Wtorek był dniem wolnym od zajęć, bo wyruszyliśmy w toskańskie góry na całodniową wycieczkę, podczas której zobaczyliśmy manuskrypty.
Ale nie tylko kaligrafią człowiek żyje. Ksiądz Adam polecił nam pizzę w pobliskim barze. Jejka! Co to była za uczta! Świeżutkie i chrupiące pyszności.


Najedzeni ruszyliśmy najpierw do Ponte Sospeso. Wszystkim bardzo się spodobał most, nie dziwota - sielskie widoki, wokół szalona zieleń, cisza przerywana jedynie lękiem tych, którzy mają problemy z wysokością.

Ale jestem dumna, bo dałam radę i towarzyszyłam ekipie na rozbujanej metalowej konstrukcji. Zrobiłam nawet zdjęcie sferyczne, stojąc na samym środku Ponte Sospeso.

Aż wierzyć się nie chce, że są straceńcy, którzy wykorzystują wysokość niemal 40  metrów, by ją pokonać ostatni  raz w życiu.
W naszej grupie, oczywiście, takich nie było.
Wspięliśmy się jeszcze wyżej, do Lucchio, spokojniejszego, niż je widziałam pierwszy raz, jeszcze mało wakacyjnego. Odpuściłam sobie wejście na sam szczyt (nie chciałam ryzykować ponownego popisu histerii).

Musieliśmy jeszcze wdepnąć na Diabelski Most, Joanna z rodziną go nie widziała. A przecież można ta wstępować wielokrotnie :)

W środę wolny czas zagospodarowałyśmy spacerem po Prato (wyjątkowo część ekipy wybrała się samodzielnie do Florencji, bo jeszcze nigdy jej nie widziała). Długo nam schodziło ruszenie się do miasta i już nie mogłyśmy zajrzeć do prezbiterium z freskami Lippiego, ale katedra jeszcze była otwarta, więc zobaczyłyśmy chociaż wnętrze.

Omal bym zapomniała, że tego dnia odwiedził nas Dino. Starszy pan, który ma wokół gaje oliwne i winnicę. Rolnik pełną gębą. Na przywitanie przyniósł nam wino z winniczki, którą cały czas widzieliśmy spod magnolii przy klasztorze.

Wino bez żadnych dodatków (genuino), jak na "chłopską" produkcję, zaskakiwało dobrym smakiem. Gdy tak rozmawiałam sobie ze starszym panem, okazało się, że to od niego kiedyś Krzysztof kupił wiejską produkcję szynek i kiełbas.

Zagadnęłam, czy ma coś na sprzedaż. 
Si!
Zaprosił nas do szopki, w której ubawiliśmy się "ozdobami" ścian. Zwróćcie, proszę uwagę na zestaw "Ojciec Pio i ponętna panienka".

Skoro Dino okazał się producentem oliwy, kupiliśmy u niego na próbę dwa litry, co skończyło się na koniec większymi zakupami do Polski. 

Czwartek - kierunek Chianti i winiarnia Mazza. Trzeba wykorzystać, że się przyjechało autami i zaopatrzyć się w bardzo dobre vino sfuso.

A przy okazji co niektórzy nabyli zgrabne i niedrogie karafki z logo winnicy.


Turystycznym akcentem tego dnia było Monteriggioni, spokojne, idealne o zachodzie słońca.

A zachód był tak piękny, że już podczas jazdy spowodowaliśmy powstanie sznura pojazdów. Jechałam w pierwszym aucie i nikt z nas nie mógł się opanować, by nie uwiecznić świetlistych miękkości kładących są na horyzoncie. Ania (kierowca) nie miała problemu z wolną jazdą, za to kilka aut dalej słychać już było podirytowane klaksony. Nie widzieli, że pięknie? Nie rozumieli?







Wolny piątkowy czas wykorzystaliśmy na przyjrzenie się Poggio a Caiano. Najpierw ogród i Willa Medycejska.

Z wielką radością zobaczyłam wnętrza na nowo, byłam tam w czasie, gdy nie wolno było robić zdjęć, więc ze zdziwienie odkrywałam, jak niewiele zapamiętałam (odsyłam do wpisu z 2010 roku).

Łapki zacierałam, że w końcu sfotografuję sobie wielkie martwe natury z owocami, więc wyobraźcie sobie mój jęk zawodu, gdy okazało się, że teraz trzeba się osobno umawiać na zobaczenie galerii z obrazami.
A potem dotarliśmy na wypatrzone przez Joasię wzgórze z dwiema kościelnymi wieżami. Pani w informacji turystcznej podpowiedziała nam, że to San Francesco in Bonistallo. Nowszy kościół jest do obejrzenia wewnątrz, starszy zastaliśmy zamknięty na cztery spusty.

Trzeba do następnych warsztatów podpytać tamtejszego proboszcza o możliwość zobaczenia wnętrza, to ten sam ksiądz, który nam wynajął San Martino.
Warto wjechać na wzgórze także dla widoku.


W końcu wypatrzyliśmy Florencję.

Spod klasztoru San Martino jej nie widać, bo zasłania ją wzgórze z Artimino. 

W sobotę pozostało się spakować i pożegnać - najtrudniejsze do wykonania. Planujemy już następny rok. Jeśli ktokolwiek z Was rozważałby udział w takich warsztatach, niech się nie obawia, wolny czas jest absolutnie fakultatywny w zagospodarowaniu. Nam akurat mijał wspaniale wspólnie, co wcale nie musi być takie oczywiste, każdy przyjeżdża z własnym doświadczeniem Toskanii i może jechać, dokąd go tylko oczy poniosą. 

Wspomniałam, że kupiliśmy oliwę na próbę. Przydała się, bo ta przywieziona przeze mnie, właśnie nam się skończyła, a wszystkie niemal obiady gotowałyśmy samodzielnie. Stąd późne wyjazdy turystyczne. Gotowanie szło nam wielce sprawnie, ale potem te posiedzenia przy stole ... Oj! trudno było wstać. W ogóle to najpierw myślałyśmy, żeby jadać po knajpkach, lecz to by wymagało, albo bardzo wczesnej godziny rozpoczęcia zajęć, albo dzielenia ich na czas przed i po obiedzie, a wtedy to już chyba niewiele byśmy zobaczyli. Nie da się przeskoczyć pory włoskiego obiadu. Tylko w obleganych przez turystów miejscowościach zjecie coś w miarę sensownego po 15, lepiej jednak mieć wdrukowany w żołądek przedział od godziny 13 do 15. A poza tym zawsze można poznać nowe przepisy, poradzić się bardziej doświadczonych kucharek, i zjeść taniej, gdy się robi "żywienie zbiorowe".

Wieczorne posiłki przeradzały się w nocne obserwacje wschodów księżyca.



W podziękowaniu dla księdza, pod którego opieką leży niezwykłe San Martino, przygotowałam napis z nazwą miejsca i przekazałam przez Krzysztofa. Ponoć był bardzo zadowolony i od razu obiecał, że z chęcią jeszcze kiedyś ugości warsztatową grupę. 


I znowu dziękuję za dodatkowe zdjęcia: Kasi, Ani, Marylce i Oli.
SalvaSalva