Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chmurka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chmurka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 kwietnia 2019

Ladysheep

Wspomniałam Wam w ostatnim poście, że po powrocie ze Szkocji ogarnął mnie szał tworzenia... Wyspa Skye, na której dane nam było spędzić prawie tydzień zachwyca w każdym calu. Krajobrazy, mgły, góry, skały, wrzosowiska - to wszystko wywarło na mnie tak wielkie wrażenie, że wróciłam do domu pełna inspiracji! 
Od dłuższego czasu intensywnie myślałam nad paletą kolorystyczną dla nowej, Chmurkowej włóczki. Skye przyniosło rozwiązanie. Moje ręce dokładnie wiedziały jakie proporcje i jakie kolory wlać do wody i po zrobieniu kilku pierwszych próbek, miałam już całą paletę! Pomysły dosłownie wylewały się z mojej głowy, a to wszystko dzięki obrazom, które intensywnie chłonęły moje oczy pod koniec marca.

Zanim jednak Wam pokażę jak wygląda Szkocja moimi oczami, pragnę przedstawić Wam Chmurkową nowość. Od początku wiedziałam, że w moim sklepiku pojawi się taka włóczka, włóczka 1ply, tak zwany singiel, który nie ma sobie równych jeśli chodzi o farbowanie. Efekt, który da się osiągnąć na takiej bazie jest nie do opisania, hipnotyzuje i zachwyca swoją trójwymiarowością. Kolory przenikają się w sposób niezauważalny, nie wiemy gdzie kończy się jeden kolor, a zaczyna drugi. Kilka lat temu wpadłam w zachwyt nad singlem i nie zmalał on ani odrobinę.
Nie chciałam jednak decydować się na cokolwiek... wszak każda dziewiarka zasługuje na najcudowniejsze włókna :)

Pozwólcie, że przedstawię Wam Ladysheep, prawdziwą arystokratkę, która łączy w sobie delikatnego merynosa z mnóstwem jedwabiu!

I od razu przedstawię każdą z nich po imieniu i opowiem trochę czym inspirowałam się podczas tworzenia danego koloru. Zaczynając od lewej. Broch, czyli typowa szkocka budowla, z epoki żelaza - stare, chłodne kamienie, pokryte porostami. Mieliśmy przyjemność zwiedzać ruiny. Wśród mgieł, w ciszy i spokoju, miejsce to miało w sobie coś mistycznego... To trudny do określenia kolor, jest w nim chłodna szarość, oraz odrobina szałwii. Jeśli macie ochotę zobaczyć jak wygląda Broch to zapraszam o tu: klik! Następnie mszysta zieleń, delikatna, nienachalna i stylowa, o nazwie Glen. W Edynburgu zwiedziliśmy urokliwe ruiny opactwa. Stare kamienie piaskowca przybrały cudownych barw, a porosty i mech podkreślają jeszcze ich piękno. Ten motek nazywa się Abbey. Jednego dnia nogi poniosły nas na wyschnięte, targane wiatrem wrzosowiska, które przeplatały się tu z nadmorską, suchą trawą. Po wielu kilometrach dotarliśmy na miejsce, którego nie da się opisać słowami. Miejsce i czwarty motek nosi nazwę Rubha Hunish. Kolejny motek to Porridge, czyli danie, którym Brytyjczycy mnie zwyczajnie kupili. Jasny beż miesza się tu z odrobiną delikatnego różu i przydymionego ugru, a wszystko to nieznacznie obsypałam chłodnym brązem. Ten kolejny, uroczy motek, to Lamb! Trafiliśmy na początek okresu narodzin malutkich owieczek, barwa ta przypomina ich ich urocze noski czy uszka! Dalej mamy Tearoom, w którym przeplata się chłodny i ciepły, jasny i ciemny róż. Kolor jest delikatny i subtelny, bardzo przytulny. Obsypany jest nieznacznie piegami. Otter, bo tak nazywa się przedostatni kolor, jest wyjątkowo trudny do określenia. Ma w sobie coś z brązu i indyjskiego różu. W zależności od światła zmienia swój charakter. Takie lubię najbardziej! Na końcu jeden z moich ulubionych - Moorland, czyli szkockie wrzosowiska. Otaczały nas niemalże w każdym miejscu. Podmokłe, ciemne, wielobarwne... Jeszcze nie obudzone po zimie przybrały zgaszone, ciepłe odcienie. Trawa, mech i wrzosy przeplatały się tworząc cudowny melanż w przyrodzie.


Jak zwykle wszystkie kolory tworzą jeden, duży zestaw kolorystyczny, gdzie kolory tworzą delikatny gradient, ale dobrze im również w pojedynkę lub w połączeniu z jakimkolwiek kolorem z palety. 

Teraz odrobina o samej włóczce. Ladysheep posiada w swoim składzie aż 30% jedwabiu! Można to dostrzec okiem (posiada piękny, ale nienachalny połysk) i wyczuć pod palcami. Ale to nie wszystko. Ta duża zawartość jedwabiu sprawia, że ten singiel jest o wiele bardziej wytrzymały, lepiej trzyma formę i skręt. Włóczka mniej się puszy niż zazwyczaj w tego typu nitce, jest gładsza, trwalsza. 

Poza tym posiada wszystkie zalety singla! Powala miękkością, mieni się, tworzy delikatną "mgiełkę", puszek, który otula ciało. I tak jak w przypadku innych włóczek 1ply, istotne jest by przerabiać ją na ciut większych drutach (idealna próbka u mnie to 21 oczek), bo po praniu zwiększa swoją objętość. Jest to istotne do uzyskania lejącej, delikatnej i niemechacącej się bardzo dzianiny. Coś jest w tym singlu, że po prostu nie można przejść obok niego obojętnie! Oczka są cudownie obłe, kształtne, kolory... ech, już o tym mówiłam :) Tak, wielbię single!

No to jeszcze trochę zdjęć kolorów! Broch był jednym z pierwszych odcieni, które wykonałam. Ten nieoczywisty kolor ogromnie mi się podoba:

Nie mogło zabraknąć słodkości! Lamb:

Oraz delikatny, subtelny Porridge:


Już niedługo pokażę Wam kadry z tego inspirującego miejsca! A tymczasem zapraszam Was do Chmurki: klik! Znajdziecie tam więcej informacji o bazie i oczywiście mnóstwo motków:)

Trafiłam którymś kolorem w Wasz gust? :)
Pozdrawiam,
Marzena

wtorek, 26 lutego 2019

Chmurkowa pracownia

Pierwszy raz w życiu, albo pierwszy raz od bardzo dawna, jeśli liczyłabym dorywcze prace w okresie wakacyjnym, wychodzę do pracy! :) Chmurka ma już prawie pięć lat. Do stycznia bieżącego roku pracowałam w domu. Miało to swoje uroki, ale nic nie przebije posiadania przestronnej i funkcjonalnej pracowni! 

Pokażę Wam dziś moją farbiarnię! I opowiem trochę o tym jak udało się ją doprowadzić do obecnego stanu. Mimo że dotyczy to mnie, to różowo nie będzie :) Rzadko kiedy takie sprawy idą bezproblemowo, prawda?

Ciągle coś mi przeszkadzało w ostatecznym urządzeniu mojego nowego miejsca pracy. Najpierw okropnie przedłużający się remont, który przysporzył (a jakże) wiele nerwów i stresu. Potem musieliśmy zakasać rękawy i wziąć sprawę w swoje ręce - nie obyło się bez kucia, montowania, uszczelniania... Przydało się doświadczenie zdobyte podczas remontowania mieszkania.
Na tym etapie naprawdę przestałam lubić moje nowe miejsce, bo jak to podczas remontu, ciągle coś było nie tak, pojawiały się nowe problemy i kwestie do rozwiązania. Po pracy lądowaliśmy w lokalu i do późnej nocy robiliśmy co w naszej mocy bym mogła jak najszybciej się wprowadzić. Początek roku był więc dość męczący i pracowity, częściej byliśmy tam, niż w domu. Ale udało się, wszystko działało jak trzeba, stało gdzie stać miało - mogłam się wprowadzać.

Dokładnie 15 stycznia ufarbowałam pierwsze motki w nowej farbiarni! 

Porównanie pracy przed i po będzie poniżej. Teraz czas na kolejne dramaty :)

Po bardzo krótkim czasie pojawiły się problemy z rurami. Na szczęście obowiązek naprawy nie spadał na nas, ale to właśnie ja, jako jedyna z wynajmujących, doświadczyć musiałam skutków tej awarii. Nie mogłam pracować. Każda próba kończyła się zalaniem (nie tylko łzami:)). Pozostało czekać na ekipę ratunkową.

Po dwudniowej, bardzo brudzącej walce udało się sytuację opanować. Przy okazji miałam okazję poznać swoich sąsiadów! Zaraz obok mnie swoje twórcze pracownie mają bardzo zdolni ludzie, którzy na przykład tworzą industrialne meble, albo... przepiękne stalowe rzeźby i zdobienia w moim ulubionym dziewiętnastowiecznym stylu! Brakuje mi odpowiedniego słownictwa, ale rzeźby te, czy też zdobienia, można montować na dachach, gzymsach, czy okalać nimi okna/wejścia, nadając starym domostwom czy pałacykom niepowtarzalny charakter. Praca nad jedną z takich rzeźb, którą miałam okazję zobaczyć, zajęła ponad rok i jeszcze nie jest gotowa!
To akurat u tego Pana w pracowni toczyła się część walki z moimi rurami. Bez słowa skargi znosił przemeblowania i ten cały harmider. A ja bezczelnie stałam w progu i cieszyłam oczy :) Chociaż... 
Ludzie są tak różni! Ja, gdy tworzę, uwielbiam mieć ład i porządek. Nawet gdy podczas pracy nabrudzi się i nabałagani, powylewa i zachlapie, to zawsze potem sprzątam na wysoki połysk. A w tamtej pracowni panował absolutny chaos i nieład. Wszędzie były śrubki, narzędzia, deski, regały uginały się od nie wiadomo czego, było ciemno, każde okno było szczelnie zasłonięte. To co jednemu pomaga się twórczo wyszaleć, innemu podnosi ciśnienie. Grunt to czuć się dobrze w swoim świecie! :).

Wracając do tematu - rury wymienione, lokal na nowo uprzątnięty, w końcu nadszedł czas bezproblemowej pracy! Czy jest lepiej niż w domu? Niewyobrażalnie! Ciężko nawet mi sobie wyobrazić, że miałabym wrócić do poprzednich warunków. Tu po prostu mogę robić swoje nie martwiąc się (już:)) absolutnie niczym. 

Czas na prezentację! Pracownia składa się z trzech pokoi. Ze wspólnego korytarza wchodzi się do tego środkowego pomieszczenia, który docelowo będzie zapewne przedpokojem/pokojem socjalnym połączonym z magazynem. 

Po prawej znajduje się pokój, który już widzieliście na sesji zdjęciowej mojej własnoręcznie uszytej bluzki: klik! 

W przyszłości chcę przenieść cały biznes do pracowni, bo póki co wszystkie biurowe sprawy czy pakowanie paczek załatwiam nadal z domu, bo mam tu potrzebny sprzęt i warunki. Liczę na to, że już wiosną albo latem uda mi się urządzić w tym pokoju biuro, z pięknym, wielkim stołem na samym środku, gdzie pakować będę Wasze paczuchy, robić zdjęcia, i patrzeć na ścianę obwieszoną motkami :). 

Ale na razie najważniejsze.... czyli pokój, który mieści się po lewej od wejścia. Ten pokój jest największy, ma też najlepsze światło! I dlatego właśnie tam urządziłam sobie farbiarnię! No to zapraszam:

Widok z drzwi wejściowych na mój stół roboczy, centrum dowodzenia, panel sterowania! Mam dużą powierzchnię do przygotowywania barwników czy pracy nad próbkami nowych kolorów (wcześniej ten jeden stół służył mi do wszystkiego). Nawet gdy coś się wyleje to łatwo to uprzątnąć, bo na blacie nie stoi za wiele - wszystkie narzędzia znajdują się w pojemniczkach zawieszonych nad stołem. Łatwo utrzymać to miejsce w czystości i a podczas pracy wygodnie sięgać po potrzebne mi rzeczy. Barwniki i roztwory są dobrze widoczne i każdy z nich ma swoje stałe miejsce, przez co nie szukam ich wzrokiem, albo nie muszę się do żadnego z nich dokopywać. Jest wystarczająco miejsca na wszystko to co mam, i na to co jeszcze zapewne się pojawi.

Coś czuję, że powstanie tu wiele nowych kolorów! Pewna baza czeka już dłuższy czas na swoją kolej... wkrótce trafi na stół!

Stoły i narzędzia miały być przede wszystkim funkcjonalne. Stoły czy zlew ze stali są idealne do farbowania, bo łatwo je uprzątnąć i nie pozostaje na nich ślad. Może wygląda to surowo, mało przytulnie, ale nie to jest najważniejsze w produkcji - praca ma iść łatwo i szybko. I tak właśnie jest :)

Bezpieczeństwo przede wszystkim!


Po prawej mam bardzo duże okno, które po umyciu przepuściło jeszcze więcej światła! Byłam pewna, że okna ze starości stały się mleczne, mało przejrzyste. Podczas sprzątania okazało się, że nic z tych rzeczy! Wszystko zniknęło po kilkugodzinnym, całkiem skomplikowanym myciu. W trakcie pracy naszym oczom ukazał się całkiem wyraźny widok na sąsiedni budynek :)

Ta iście depresyjna aura w niczym nie pomagała. Zwłaszcza w myciu okien, ale na szczęście zaraz drzewa puszczą liście, a ptaki już urządzają mi koncert pod oknami! Będzie zielono! Czekam niecierpliwie na te promienie słońca przechodzące przez korony drzew i tworzące migotliwe plamy na ścianach.

Oprócz stołu roboczego mam oczywiście również stoły do farbowania! A na sąsiednich ścianach jest jeszcze sporo miejsca do rozwoju. Zmieści się tam drugie tyle blatu.


I na koniec bardzo ważne miejsce w mojej pracowni! Tego ogromnie brakowało mi w domu. Gigantyczny zlew! Tuż obok, wystarczy się odwrócić i można wrzucać brudne narzędzia, wylewać, nalewać, płukać i prać. I nie martwić się chlapaniem.


Chciałam poczekać ze zdjęciami, aż kupię to i owo, powieszę paletę kolorów (już naprawdę pokaźną!) postawię kwiatka lub dwa i tak dalej, ale pomyślałam, że zawsze coś będzie do zrobienia i poprawienia. Na start mogłam pozwolić sobie na urządzenie głównego pomieszczenia, czyli farbiarni. Cała reszta nie jest aż tak istotna, wyposażyłam się więc w wymagane minimum by móc działać, a całą resztą zajmę się gdy będę miała czas i możliwości. Dodatkowo jestem przekonana, że za miesiąc lub dwa, głównym kolorem wcale nie będzie biel, bo barwniki mają to do siebie, że się wylewają. Na stół, ścianę, podłogę. Na mnie. Tak że nie ma co czekać na idealny moment! Zrobiłam sobie krótką przerwę w pracy, zaraz po wymyciu, wypraniu i wysprzątaniu, i pstryknęłam dla Was kilka kadrów jeszcze świeżej pracowni. Zdjęcia wyszły średnio, ale kolejnych w najbliższym czasie nie wcisnę w grafik - dużo jest do zrobienia! :) Obiecuję jednak, że jak tylko wprowadzę jakieś większe zmiany, urządzę któryś z pokoi, lub stworzę ścianę kolorów, to pokażę Wam kilka zdjęć. O palecie próbek i tak mam plan zrobić osobnego posta. Póki co nie wymyśliłam jeszcze dokładnie gdzie chcę ją powiesić i jak chcę to zrobić. To ważna kwestia w mojej pracy. Te próbki bardzo mnie inspirują i pomagają w wymyślaniu palety kolorystycznej. W domu wyglądała tak:

A mam tego teraz jeszcze więcej! I ciągle powstają kolejne. Zastanawiam się nad korkową ścianą, gdzie łatwo będę mogła je przypinać, przemieszczać i dodawać nowe. Przed paletą musi znaleźć się też fotel! Myślenie nad kolorami zajmuje czasem dużo czasu, szkoda stać :).

W sumie mam 43 metry kwadratowe do zagospodarowania. Początkowo chciałam połączyć te trzy pokoje w jeden duży, ale nie było takiej możliwości i moim zdaniem dobrze się ostatecznie złożyło. Będę mogła stworzyć pokój dedykowany każdej części mojej pracy.

Uff. Nawet nie wiecie jak mi ulżyło gdy wyprowadziłam się z garami z domu i jak wiele w moim dniu pracy zmieniły te metry kwadratowe. Mam nadzieje, że teraz już będzie z górki i żadne niespodzianki (te nieprzyjemne oczywiście) nie zapukają do mojej farbiarni. Bardzo lubię swoje nowe miejsce.


Ruszyłam z produkcją, ruszyłam z nowymi kolorami, spodziewajcie się morza wełny! :)

Pozdrawiam Was,
Marzena

PS  Jeśli chcecie zobaczyć jak lokal wyglądał przed remontem zapraszam Was o tu: klik! 
Pytaliście mnie o możliwość odwiedzin. Nie będzie to niestety możliwe... To lokal typowo produkcyjny, tak jak i cały budynek, cały teren. Pracownia służy mi do farbowania wełny i pracy, nie przewiduję tu sklepu ani warsztatów. Przykro mi!
Ale kto wie co wydarzy się za rok lub dwa.

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Retro klimat

Mimo że blog jest miejscem gdzie jestem sobą, Marzeną, a nie właścicielką sklepu, to ciężko jest mi wyraźnie postawić granicę. Przecież Chmurka jest sporą częścią mojego życia! Nie jest to tylko praca, ale coś co stworzyłam od zera. Coś co mnie pasjonuje! Pochłania me myśli, pomaga się kreatywnie wyszaleć. I od samego początku mi w tym towarzyszycie. Wspieraliście mnie, trzymaliście kciuki!

Staram się ograniczać do minimum wszelkie posty reklamowe, bo doskonale wiem, że nie po to tu jesteście i doskonale to rozumiem! Lepiej niż by się mogło wydawać :) Blogi sklepowe rzadko mnie przyciągają, najczęściej umieszcza się tam posty, które mają zareklamować towar. A ja na blogu lubię pisać do Was. Od siebie. Jak dziewiarka do dziewiarki. Osoba twórcza, do drugiej twórczej osoby. 
Posty Chmurkowe się pojawiają, bo to bardzo ważna dla mnie sprawa. Zwłaszcza gdy coś stworzę... i po prostu pragnę się z Wami tym podzielić!

Każda nowa paleta kolorów, która wychodzi spod moich rąk, ma swoją historię. Nie chcę Wam tylko pokazywać kolorów, które tworzę. Ja chcę o nich opowiadać! Ja, jako Marzena, która ma świra na punkcie barw. Na punkcie wełny (jak każda z Was zapewne!), tworzenia, dziergania. Dla mnie jest to długi, skomplikowany proces. Czas intensywnej pracy, myślenia, szukania, inspirowania się, próbowania czegoś nowego, uczenia.

Lubię opowiadać o kolorach. O tym, co myślałam gdy powstawały, czym są, jakie budzą we mnie skojarzenia. To moja wielka pasja, duża część mojego artystycznego życia! No muszę się wygadać :)

Od kilku tygodni, na zmianę z codziennymi obowiązkami i organizacją nowego studia farbiarskiego, tworzyłam nową tematyczną paletę. Wpadłam po uszy w retro klimat, pełen nostalgicznych barw, ciepłych, zakurzonych, przywodzących na myśl antykwariat, strych w zabytkowym domu, salonik uroczej starszej Pani. Może to wpływ książki (Szczygieł), którą akurat czytam? :)
Mam nadzieję, że i Wy dostrzeżecie tu tę spokojną, klimatyczną atmosferę... wyobraźcie sobie zalany ciepłym światłem dom, drobinki kurzu w powietrzu, kwieciste tapety, miękkie poduszki, na ścianie obrazki w złotej oprawie, pozytywki, porcelanowe figurki i suszone kwiaty w wazonie! Schodami docieramy na dawno nieodwiedzany przez nikogo strych, pełen antycznych, zakurzonych mebli. W kąciku stoi wysłużona skrzynia z różanego drewna, skrywająca pamiątki z przeszłości! Czujecie ten zapach? Zapach przeszłości, starego drewna, perfumowanych bilecików, starych książek...


Z tych właśnie myśli i skojarzeń powstało sześć nowych kolorów. Patrząc od lewej: Attic, to ciepły odcień brązu, z nutą sepii. Old Letter, czyli stary list miłosny, troskliwie przechowywany od lat, kolor starego papieru. Sealing Wax, to odcień wyjątkowo trudny do nazwania i uchwycenia. Kojarzy mi się ze starym, spłowiałym lakiem, złamaną pieczęcią. Kolejne dwa odcienie to odpowiednio Mahogany i Rosewood, czyli szlachetne drewno, używane do produkcji wyjątkowych mebli. Na końcu zaś mamy Love Potion, kolor elegancki, delikatnie wypadający w eozynę.

Old Letter i Sealing Wax. Moje ulubione połączenie!
 



Love Potion kojarzy mi się z flakonem perfum, w stylu vintage. A Wam?

Ciekawa jestem Waszych odczuć i skojarzeń! Może całkiem inne obraz pojawiają się w Waszych głowach gdy zerkacie na te odcienie?

Oprócz kózki pojawiła się dziś w sklepiku nowa baza - Alpacino DK. Moje przemyślenia na temat tej bazy (i trzy nowe kolory!) znajdziecie na stronie sklepu: klik!

To były ostatnie prace farbiarskie w starej, domowej pracowni! :) Już za chwilę zacznę przeprowadzkę! Tam to dopiero będzie przyjemna praca! :) Obiecuję pochwalić się efektem końcowym. Trzymajcie kciuki, żeby przenoszenie poszło sprawnie i bezproblemowo.

Do napisania,
Marzena

piątek, 26 października 2018

Marzenia są po to... Część czwarta. Czyli kolejny, wielki krok!

Nie macie pojęcia jak bardzo chciałam w końcu móc napisać tego posta! Codziennie spełniają się malutkie, średnie lub większe marzenia, ale spełnienie TEGO doprawdy wiele zmienia w moim Chmurkowym życiu! Droga była wyboista i bardzo zniechęcająca, ale dziś (dokładnie dziś!) się udało! Przede mną jeszcze sporo pracy, ale ten najtrudniejszy etap za mną. No zgadujcie - co się narobiło?! :) Dobra, powiem Wam szybko, bo się doczekać nie mogę!

Od dziś Chmurka posiada lokal produkcyjny! Moje własne, idealne, jasne i wygodne 43 metry kwadratowe, gdzie w komfortowych warunkach będę mogła tworzyć, działać, pracować i się rozwijać! A do tego w bardzo inspirującym mnie miejscu, w cudownym loftowym klimacie, z wielkimi starymi oknami! Być może zdjęcia poniżej nie wydadzą Wam się jeszcze aż tak klimatyczne, ale w mojej wyobraźni pojawia się już obraz tego, jak te pomieszczenia pięknie wyglądać będą po remoncie, z białymi ścianami, jasną podłogą, wysprzątane i urządzone. 

Klucze odebrane!
 

Aaa! Będę mieć swoje studio farbiarskie! 

Nie macie pojęcia jak się cieszę i jak bardzo mi ulżyło :) To naprawdę wiele zmienia! Czym praca w studio będzie różniła się od pracy w domu? Pominę póki co względy estetyczne i skupię się na czysto praktycznych aspektach.

W domu posiadamy pokój, który na chwilę obecną do niczego nie jest nam potrzebny, więc wpakowałam tam swoją różową owcę, a następnie przemieniłam go w małą farbiarnię. Zaczynałam bardzo skromnie, ot mały stoliczek, brak mebli, kilka garnków i jedna kuchenka. Na start było w porządku, ale po niedługim czasie musiałam trochę je podrasować, by produkcja była w ogóle możliwa i wykonalna w sensownym czasie. I tak dziś wygląda moje domowe mini studio:

 Względnie ogarnięte, choć podczas pracy wcale tak czysto nie jest:)

To tu, niemalże każdego dnia pracuję. Nie cały pokój jest widoczny - po prawej ustawiam garnki z gotową już włóczką, by na spokojnie wystygły. Ale miejsce nie ma zbyt dużo. W zasadzie po wykonaniu danego dnia maksymalnej, na chwilę obecną, liczby pofarbowanych motków, w pokoju jest po prostu ciasno. Metraż więc był jednym z problemów. 

Pokój ten znajduje się na poddaszu, oznaczało to dla mnie codzienne wnoszenie i znoszenie kilkunastu garnków pełnych wody po schodach. Potem oczywiście następowało mycie (wełny jak i garnków). Jako że pracuję w domu, musiałam ciągle być bardzo ostrożna, by nie ufarbować sobie niczego po drodze z pokoiku na dół, oraz starać się niczego nie rozchlapać, nie uszkodzić podczas farbowania, mycia czy prania. Do małego metrażu należy doliczyć więc brak wody w pracowni, noszenie ciężkich przedmiotów po schodach oraz wyjątkowe skupianie uwagi na nieufarbowaniu sobie mieszkania :). 

Kolejnym dużym ograniczeniem rozwoju była nieodpowiednia do produkcji instalacja elektryczna. Ta domowa/mieszkalna jest w zupełności wystarczająca do życia, nawet tego intensywnego. Ale gdy chce się podłączyć więcej kuchenek w celu przyspieszenia pracy... no cóż :) Nie ma takiej opcji! 

Sporo rzeczy wpływa na to ile motków i w jakim czasie jestem w stanie wyprodukować. Żadnego z nich nie jestem już w stanie "przeskoczyć". Niestety każda próba farbowania ponad normę kończyła się wyjątkowym bólem pleców i koniecznością leżenia plackiem na kanapie. Ale co sobie zrobiłam bicka, to moje :)

Rzecz w tym, że nawet pracując sama jestem w stanie, przy dobrych warunkach, tworzyć więcej! Od dłuższego czasu szukałam więc lokalu, gdzie mogłabym urządzić sobie odpowiednie stanowisko pracy - takie z wodą, dużą mocą przyłączeniową, podłogą do zabrudzenia, światłem do tworzenia. I wiecie co? To wcale nie jest takie łatwe... zaczęłam szukać wiosną, a mamy już jesień! Po drodze był urlop, a potem przygotowania do Drutozlotu. Musiałam skupić się na innych sprawach, choć i tak regularnie przeglądałam ogłoszenia. Większość lokali, które oglądałam spełniały tylko część wymagań, a niestety w moim przypadku wszystko było kluczowe. Brak wody - brak farbowania. Brak miejsca czy odpowiedniej instalacji elektrycznej - brak rozwoju. Brak możliwości "bałaganienia" - brak komfortu. Brak światła - brak dobrej oceny kolorów, które przecież są najistotniejsze! A do tego wszystkiego doszedł budżet, który mogłam na to wszystko przeznaczyć. 

Znalezienie tego pomieszczenia, które w zasadzie jest trzema przejściowymi pokojami, było przełomowym momentem. Trzeba było oczywiście sprawdzić wiele rzeczy, znaleźć rozwiązanie dla kilku ważnych kwestii, ale udało się! Na pewno dużo zmienił fakt, że lokal jest umiejscowiony w starej fabryce (aaach jakie to romantyczne!), gdzie nikt nie mieszka, a wszędzie wokół prowadzą swoje mniejsze lub większe działalności inni rękodzielnicy. Prąd jest! Woda jest! Możliwość modyfikacji, chlapania i twórczego bałaganienia jest! Na dodatek całkiem mi do niego blisko z domu :)

I te okna! To miejsce! Na szarym końcu listy, (no wiecie, z przymusu), umiejscowiłam względy estetyczne. Jak się nie ma co się lubi... Więc to czy miejsce byłoby inspirujące nie grało większej roli, miało być przede wszystkim praktyczne. W końcu w mieszkaniu mam zwykły pokoik, bez większych szaleństw. 

A tu, proszę państwa, mam lokal moich marzeń. Kiedyś Wam wspominałam, że lubię XIX wieczne klimaty, stare fabryki, maszyny, czerwone mury, ogromne okna. I spójrzcie tylko:


To są dwa osobne pokoje, które łączy jeden, ciemniejszy pokój:


Zdjęcia wykonałam dziś na szybko, a jeszcze trwają tam małe prace remontowe. Ale to nawet dobrze! Będzie lepsze porównanie przed i po moich modyfikacjach :) A planuję głównie pomalowanie ścian na biało, zmianę podłogi, odświeżenie i oczywiście posprzątanie. Potem zacznę urządzanie. Pokój na środkowym zdjęciu będzie głównym punktem pracowni. Jest tam najwięcej miejsca i najpiękniejsze światło.

Co posiadanie lokalu oznacza dla mnie? Przede wszystkim, tak jak wspomniałam, naprawdę o wiele ułatwi mi pracę. Nie będzie dźwigania, nie będzie "chodzenia na palcach". Będę mogła całą energię i uwagę skupić wyłącznie na farbowaniu! Będę mogła robić więcej i szybciej, jednocześnie nie znęcając się na swoich biednych plecach :). Już samo posiadanie tego pomieszczenia napełnia mnie chęciami do działania, a co będzie gdy już tam wejdę? Aż chce się tworzyć!

Co posiadanie lokalu oznacza dla Chmurkowych klientów? O wiele więcej włóczek czy kolorów, oraz o zdecydowanie częstsze dostawy. Jednym słowem - same plusy!


A tak wygląda budynek, w którym już niedługo zamieszka Chmurka:
 Strasznie mnie kręcą takie klimaty :)

Na tym upływały mi ostatnie tygodnie. Oprócz standardowej pracy farbiarsko-sklepikowej miałam do zjechania i obejrzenia kilka lokali, należało wykonać miliony telefonów, wyszukać ekipę remontową, zaprojektować pracownię, a następnie zakupić wszystko to, co jest potrzebne. Dowiedzieć się kilku nowych rzeczy (nadal nie do końca czaję jak to jest z tym prądem), przeliczyć, zaplanować, trochę się postresować. Teraz już wiecie czemu ostatnio miałam taki kiepski dziewiarski czas. Ale donoszę, że nowy sweter rośnie jak szalony!

Wiele pracy przede mną, ale czuję, że biegnę już z górki. Jak tylko się urządzę pokażę Wam moją nową pracownię :)

Pozdrawiam Was serdecznie,
Marzena

niedziela, 23 września 2018

I smell snow

W połowie dziergania tego projektu człowiek zdaje sobie sprawę, że właśnie wydziergał całkiem dużą chustę, a mimo to jest się dopiero w połowie! 

"I smell snow" to prosty, ale uroczy projekt Melody Hoffmann, którą bardzo cenię za cudowny styl i klimat. Trzyma się go skrupulatnie i nie zmienia wraz z modą. Patrząc na jej fotografie człowiek niemalże zna jej charakter! I tak samo jest z projektami, które tworzy.

Pisałam Wam kiedyś, że gdy nie mam pomysłu co dziergać, zamiast na siłę kombinować i tworzyć milion próbek, sięgam po prostu po coś ładnego i praktycznego (potrzebnego!). Chust nie mam wiele, ale niemalże każda jest... różowa :). A że nawet jesienna kurtka jest w tym kolorze, potrzebowałam czegoś dla kontrastu. To był dobry moment by stworzyć dla siebie ten przytulny i uroczy projekt! Co prawda mój wybór kolorów czy sesja zdjęciowa wcale urocze nie są... ale przytulności wcale nie brakuje. Podwójna warstwa, ścieg francuski i te chwościki...
Trafiła nam się na sesję moja ulubiona pogoda - wiatr, chmury, wilgoć w powietrzu. Nie jest to może idealny zestaw do sesji w plenerze, ale dzięki temu powstały nietypowe jak na nas kadry, które wcale nie są dalekie od mojego gustu. Wszelkie mroczne, tajemnicze klimaty są mi bliskie, zwłaszcza pod murami starego, strawionego ogniem pałacyku... dla mnie to wielce romantyczne!
 


Chusta powstała z połączenia Fino od Julie Asselin w kolorze Biscotti i Goat on the Boat w nowym odcieniu Valadilene. Nowa mini paleta inspirowana była cudowną grą Syberia, a Valadilene to fikcyjne miasteczko - ciche, zamglone, pełne automatów i tajemnic. Grałam w tę grę jako nastolatka, ale uwielbienie do tych klimatów zostało mi do dziś!
 

Zużyłam około 1.5 motka każdego koloru. Postanowiłam zmniejszyć chustę, ale i tak wyszła sporych rozmiarów. Brzegi zdobi szesnaście małych chwostów:
 

Te dwie warstwy naprawdę są cudowne! Nie dość, że daje nam to ciekawy efekt i sporo możliwości kolorystycznych (dwie chusty w cenie jednej! ), to jeszcze szyja i ramiona są odpowiednio ocieplone. Tylko dzierga się dwa razy dłużej :)

Co do pałacyku. Znajduje się niedaleko naszego domu, w Gałowie. Stoi opuszczony, zniszczony, w środku doszczętnie strawiony przez pożar. Mi to jednak nie przeszkadza by z dreszczykiem emocji zaglądać przez zniszczone drzwi i marzyć, że mógłby należeć do mnie. Uwielbiam pałace, to z jakimi czasami się wiążą, kto w nich mieszkał, jak wyglądał, jak żył. Marzy mi się mój własny, stary, leżący wśród wysokich drzew. Szkoda tylko, że tak wiele z nich niszczeje na naszych oczach. W okolicy wypatrzyliśmy już ich całkiem sporo. Każdy zdewastowany, okradziony, w gruzach niemalże. Póki nikt ich nie kupi, żaden konserwator zabytków się nimi nie zainteresuje, co oczywiście zmienia się drastycznie w momencie próby ich renowacji przez nowych właścicieli.

Rok temu spędziliśmy kilka dni w uroczym pałacyku w Kamieńcu. W jednym z pomieszczeń przedstawiono historię budynku oraz opisano szczegółowo cały proces renowacji (i jego koszt). Chyba tylko wielka miłość do historii i konto bez dna uratowały ten projekt! Ale za to jest tam teraz pięknie! Gdyby tylko było więcej takich ludzi!

Pozdrawiam Was serdecznie,
Marzena

niedziela, 2 września 2018

Drutozlot 2018!

Przybywam do Was z relacją z wczorajszego cudownego dnia! Będzie zapewnie trochę bez składu i ładu, ale po takiej dawce emocji, nie idzie skupić myśli! A czekać nie będę! :)

Chmurka po raz kolejny miała przyjemność być jednym z Drutozlotowych wystawców, zapakowaliśmy więc w piątek cały samochód wełną, zostawiając miejsce dla siebie i Mateusza, i ruszyliśmy do Torunia! Zabrałam ze sobą efekt mojej dwumiesięcznej pracy oraz mnóstwo motków od Julie Asselin... niemożliwością było pomieścić wszystkiego na stoliczku, ale mieliśmy dość obfite zaplecze, które sukcesywnie pojawiało się przed Wami! Tak prezentowało się Chmurkowe stoisko zaraz przed wielkim otwarciem!
Po lewej możecie zauważyć Alpacino i Goat on the Boat. Do Chmurkowej stałe palety dołączą od jutra cztery nowe kolory Alpacino: Herbarium, Flower Pot, Sandstone i Phacelia. Kózka zaś zyskała aż sześć nowych odcieni: Seashell i Governess, które powstały z mojego uwielbienia do nieokreślonych, stonowanych barw, oraz z chęci stworzenia kolorów idealnie pasujących do znanych Wam już Petal i Flea Market:
A oprócz nich pojawiła się Patina, Foggy Night, Valadilene oraz Cogs. Zajrzyjcie w poniedziałek do Chmurki, będzie można się im przyjrzeć :)

Po prawej same cuda od Julie! W tym nowa baza, Leizu Fingering Simple, która godnie zastąpi Milisa - posiada jedwab, jest więc jeszcze milsza w dotyku :) Kolorów możecie nie rozpoznać, bo i tu są nowości!

Na dole możecie wypatrzyć moją nowość, włóczkę grubiutką i miękka jak baranek, a imię jej Ram Pam Pam! Jest idealna na zbliżającą się jesień i zimę! Aż się prosi o coś przytulnego! Niedługo pokażę Wam czapę, którą wydziergałam na dwa dni przed festiwalem.

Gdy o 9:00 otworzyły się drzwi... co ja Wam będę mówić! No szaleństwo, cudowne szaleństwo pełne uśmiechniętych twarzy, morze dziewiarek, z których radość i pasja po prostu się wylewała! Przez pierwsze kilka godzin udało mi się zamienić z każdym kto do mnie zajrzał tylko "kilka" słów, choć pragnęłabym przegadać godziny! Nie mam żadnego zdjęcia z początku - myślę, że mało kto o tym wtedy myślał! Upolowałam jednak kilka kadrów z toruńskiej gazety wyborczej. Tu i tak jest całkiem "luźno":
 
 
 
 

Kolejny raz poznałam wiele świetnych, niezwykle serdecznych osób! Mogłam zobaczyć oczywiście i tych, których znam lub obserwuję od lat :)
 Monika!
Kasia i Herbi!



Najlepszy pomocnik jakiego mogłabym mieć!
Z ogromnym podekscytowaniem wypatrywałam w tłumie Wasze wersje moich projektów... to niesamowite uczucie widzieć Wasze sweterki według mojego projektu na żywo! Aż chce się działać dalej! 
Każda z nich była wyjątkowo piękna... Zebrała się niezła grupa dziewczyn z Leą i Twill and Plain, nie mogłam więc postąpić inaczej i urządziłyśmy sobie mini sesję :) Lea w 9 wersjach kolorystycznych!

I jak tu ich nie lubić!?
 
 I Twill and Plain:

Popołudniu, gdy emocje ciuuuut opadły, znalazło się wiele chwil do rozmów:
 Piękny, prawda?

Ale jak widać nawet wtedy zdecydowanie wolałam chłonąć atmosferę i zaczepiać każdego, niż zajmować się aparatem! :) Wybaczcie! Liczę, że podrzucicie mi coś od siebie! Więcej zdjęć będziecie zapewne mogli niedługo zobaczyć na stronie Drutozlotu! 

Dziewczyny - dziękuję Wam ogromnie! Cieszę się, że mogłam Was zobaczyć, poznać, porozmawiać, że miałyście ochotę zajrzeć do mnie, choćby na chwilę, zagadać, pokazać swoje projekty, pośmiać się! To ogromnie miłe! Jeszcze mi się w głowie kręci :)

Do następnego razu!!!
Marzena