Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plany. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 lutego 2020

Positive Ease

Obecnie wszystko kręci się u mnie głównie wokół trzech kolorów: różu, mahoniu i wanilii. Nieważne czy chodzi o otoczenie, szycie czy dziewiarstwo, chcę mieć tych kolorów jak najwięcej. Przyjemnie mi się na nie patrzy, a jeszcze przyjemniej gdy mogę je na siebie założyć:)

Aktualnie pracuję nad swetrem w mocno przygaszonym brzoskwiniowym odcieniu (klik!), ale w tle czają się na mnie nowości! Gdy przekładam na drutach oczka jednego projektu, z tyłu głowy świtają mi nowe pomysły, a z koszyka bezczelnie kusi mnie nowa wełna... Wełna w tak pięknym waniliowym kolorze, że chętnie bym ją zjadła (ale słabo znoszę trawienie merynosa). Takie słodkości upichciła dla mnie Sue, którą znać możecie ze sklepiku Positive Ease - klik i klik! Sue nazwała ten kolor Biscuit i mimo że ja tu widzę swoją ukochaną wanilię, wcale nie minęła się z prawdą :) Oceńcie sami!

Ta słodka chałka to czysty merynos 1ply (uwielbiam!), z delikatnym połyskiem, mimo braku jedwabiu. Jak każdy singiel jest mięciutki i delikatny, a kolor trójwymiarowy. Nawet solidy wyglądają na nich niezwyczajnie!
 O bożątko, nie mogę się napatrzeć na ten odcień!

Otrzymałam od Sue trzy motki, z których powstanie sweterek do letnich i wiosennych sukienek. Prawda, że ładnie będzie pasować do mojej palety (klik!)? :)

Kolor jest tak równy, że nie planuje żadnego mieszania motków. Lubię taką jakość:) Podoba mi się też ten minimalistyczny styl etykiet! Można rzec, że to nic takiego, ale dla mnie każdy szczegół zasługuje na uwagę.

Współprace, które podejmuje są zawsze efektem mojego zafascynowania i podziwu. Pragnę pracować z ludźmi, których praca mnie zachwyca, które mają w sobie to wyjątkowe "coś", które mnie do nich ciągnie - piękne zdjęcia, styl, kolory, wyczucie, autentyczność!
Bardzo ważne jest dla mnie by takie współprace były zawsze oparte na wzajemnym wsparciu, zainteresowaniu, chęci poznania się. Chcę czuć, że obie strony są zaangażowane, że cenią pracę swoich rąk i pragną włożyć w to, coś więcej niż tylko pieniądze czy czas. Dlatego nie potrafiłabym "reklamować" produktów, robić coś za zniżki, prezenty, nowych obserwatorów. Jeśli więc otrzymuję taką zupełnie niespersonalizowaną, wypraną ze wszystkiego co cenię, ofertę (dam Ci wełnę, a Ty o mnie napisz coś fajnego) to od razu odmawiam. Nie znoszę reklam, szczerze, całym sercem! Dlatego między innymi nie wyskakuję Wam na Instagramie czy Fejsie, gdy sobie tego nie życzycie :) 

Tworzę więc z ludźmi, o których chcę pisać, o których pragnę Wam donieść czy szczerze polecić. Których produkty faktycznie mnie interesują! Nie zależy mi na gratisach, tylko na współpracy i tworzeniu z inspirującymi ludźmi!:)

Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze w lutym nabrać tę włóczkę na druty. Tak się składa, że będzie idealnie pasować na liliowe Knit Pro Zing w rozmiarze 3.75 mm, a jak widzicie wanilii dobrze z fioletem :) Mam bzika na punkcie dopasowywania kolorów! 

Wiosna zapowiada się pracowicie! Oby tak dalej :)

Pozdrawiam Was ciepło,
Marzena

czwartek, 19 września 2019

Jesienne projekty

Zaczynanie dnia pracy od kilku godzin dziergania jest zdecydowanie tym co chcę robić w życiu :) Oczywiście bycie pełnoetatową projektantką to nie tylko przyjemne przekładanie oczek (macie ochotę na taki szczegółowy post na ten temat? Dowiedzieć się jak to wygląda od kuchni?), ale nie ukrywam, że jest to wyjątkowo przyjemna sprawa. Jeszcze nie do końca się przestawiłam i niekiedy, zaczynając dzień od drutów, czuję jakbym się leniła :) Muszę sobie ciągle przypominać, że ta przyjemność to teraz moja praca, że mam terminy, zobowiązania i muszę dziergać. W Chmurce było inaczej - od rana noszenie garnków, skręcanie motków, zakładanie etykiet! Teraz to zdecydowanie mniej fizyczna praca, chociaż czasem palce i plecy potrafią dokuczyć, gdy przesadzę z dzierganiem. 

Obecnie pracuję nad projektem swetra, który powstaje przy współpracy Baah Yarns, o którym pisałam Wam o tu: klik! 
Będzie to oczywiście pulower, w mocno rustykalnym klimacie :) Sporo się będzie na nim działo - spodziewajcie się dużej ilości tekstury! Praca nad nim trochę mi zajmuje, właśnie przez ilość rzeczy, która się tam dzieje. Ale to nie oznacza, że wzór będzie trudny. To, co ja muszę "przeżyć" podczas dziergania pierwowzoru niekoniecznie ma znaczenie dla osób dziergających już z gotowego wzoru. 

Przyznam, że ciągle spotykam się z niedocenianiem pracy projektantów wzorów. Nic osobistego, absolutnie. Po prostu słyszę od czasu do czasu głosy, że "po co kupować wzór, kiedy on jest taki prosty!". Albo "zrób ze zdjęcie, sama wszystko przeliczysz". I te same głosy po miesiącu pytają jak ukształtować ładnie dekolt, jak zrobić niewidoczne taliowanie w tym ściegu, jak zakończyć oczka by wyglądało estetycznie... No właśnie. Tym się mniej więcej zajmuje projektant. Robi sweter, który Ci się spodoba. Sprawdza, testuje, pruje, poprawia, żebyś Ty nie musiała. Kombinuje jak zrobić coś dobrze, dzieli się wiedzą i doświadczeniem i na końcu daje Ci gotowy wzór, gdzie wszystko jest już przygotowane i przetestowane. Dekolt, niewidoczne taliowanie, ujmowanie oczek w skomplikowanym ściegu. Wszystko tam działa, a przynajmniej powinno. A gdy jednak coś nie idzie, służy pomocą i radą. Wszak ta praca nie kończy się na opublikowaniu wzoru.

Wcale nie planowałam tej małej dygresji, tak przy okazji przyszła mi do głowy gdy pisałam o "przeżyciach" podczas projektowania :) 
Sweterek posiada już prawie cały korpus. Wiele rzeczy jest tam od siebie zależnych, więc ciągle mam przy sobie notes, który zabazgrałam w połowie obliczeniami i obrazkami do tego jednego projektu. Po skończeniu moim celem będzie te wszystkie zależności zapisać w sposób jasny i przejrzysty, tak by dziewiarka nawet ich nie zauważyła. Inaczej być nie może!

W międzyczasie powstała czapka! Nie chciałam zabierać swetra do Torunia, na Drutozlot - nie było po prostu najmniejszej szansy bym mogła myśleć nad nim podczas imprezy. A że akurat do głowy wpadł mi pomysł na czapę... Szybko naszkicowałam co trzeba, zrobiłam próbkę i nabrałam oczka. Zdecydowanie pewniej czuję się w temacie swetrów - zrobiłam ich już tyle, że wiem ile oczek nabrać, jaką długość zrobić, jak kształtować dekolt, linię ramion. Nabierając oczka na czapkę nigdy nie jestem pewna czy wybrałam dobrą ich liczbę. I dopóki nie zrobię przynajmniej 10 cm, to nie wiem czy trafiłam z rozmiarem.

I cóż się okazało? Wyszło idealnie! Pierwszy raz nie musiałam pruć i zmieniać szerokości czapy. Leży idealnie na głowie, nie opina, nie odstaje. Gdy robiłam początkowe obliczenia, podeszłam ciut inaczej do tematu i chyba poszłam w dobrą stronę. Mimo że czapka to raczej niewielka robótka i jej prucie wcale nie jest takie bolesne, to cieszę się, że tym razem się obeszło bez unicestwiania. 

Efekt końcowy bardzo mi się podoba, najchętniej już bym ją nosiła. Jest przyjemnie grubiutka, puszysta i wygodna!

Nie pokażę Wam jej jeszcze w całości - test rusza lada dzień, premiera wzoru na początku października! 
Jeśli chcielibyście dostawać maile z informacją o teście, to wyślijcie mi proszę zgłoszenie przez ten formularz: klik!

W koszyku czekają na mnie motki od Lainamouree (klik!). Gdzieś w sierpniu udało mi się w aucie zrobić próbkę i od tego czasu jeszcze trudniej mi się powstrzymać przed dzierganiem z nich :)

W planach na ten rok mam jeszcze męski komplet zimowy. Pamiętacie tę czapę - klik? Oczywiście została zapodziana! Jak to się dzieje?!
Chcę zrobić czapkę i komin/kołnierz. Mateusz nosi szalik tylko pod kurtką, tworząc coś na kształt tuby, która nie mieści się w kołnierzu kurtki. Ułatwię mu sprawę i zrobię po prostu zakładany ciepły golf, który dobrze będzie przylegał do szyi i układał pod zimową kurtką. Na lewej stronie wyszyję numer telefonu i wysokość nagrody dla znalazcy.

Czy Wasi mężowie/partnerzy też ciągle gubią czapy? :D

Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena

piątek, 23 sierpnia 2019

Lain'amouree

Naprawdę długo myślałam nad odpowiednim wstępem do tego posta, ale żadne, nawet najbardziej wymyślne słowa, nie oddadzą mojej ekscytacji bardziej niż "O rany! Patrzcie co trafiło w moje ręce!".

O rany! Patrzcie co trafiło w moje ręce! 

Dwa dni temu zapukał do moich drzwi kurier, tym razem o dziwo nie przekazując mi zamówionych produktów do remontu, który obecnie przeprowadzamy na poddaszu, ale papierową torbę z przeuroczym logo przedstawiającym puchatą owcę! Taki obrazek może oznaczać tylko jedno... 

Wiedziałam, że taka paczucha do mnie zmierza. Zajęta swoimi sprawami starałam się nie myśleć o niej zbyt często, bo wtedy (jak same dobrze wiecie) dłuży się niesamowicie. I nagle jest! Przyznam, że nie otworzyłam jej od razu :) Lubię usiąść na spokojnie, mieć dobre światło i odpowiednio dużo czasu by niespiesznie cieszyć się każdym detalem! Zwłaszcza, że ta paczka była naprawdę wyjątkowa.

Gdzieś tam na zachód od Polski, w pięknej Francji, znajduje się sklepik prosto z moich marzeń! Prowadzi go przemiła farbiarka, która zdecydowanie jest moją dziewiarską bratnią duszą - jej wełniany świat składa się ze wszystkiego co puchate, słodkie i romantyczne :) Od kolorów, przez bazy i projekty, które dzierga. Więc gdy zobaczyłam, że w "skrzynce" mam nieprzeczytaną wiadomość od Lain'amouree (klik!) to odrobinę zwariowałam! 
Obserwuję profil Pauline (klik!) od długiego czasu, regularnie ciesząc oczy i moją różową duszę jej zdjęciami czy produktami, i przyznam się, że sama planowałam (nieśmiało) odezwać się do niej z pytaniem o współpracę... Naprawdę czuję się zaszczycona!

Ale dobra, już pokazuję! Zawartość jest absolutnie cudowna! Myślę, że moje własne wnętrze wygląda mniej więcej tak samo:

Oficjalnie ten woreczek na robótkę staje się moim ulubieńcem! Leśne zwierzęta w otoczeniu kwiatów i motków? A to wszystko w moich ulubionych kolorach. No proszę Was! Co za słodycz!

 

Wybrałam dwie bazy, które połączę w jednym projekcie. Pauline zaproponowała mi jej nową, bardzo puchatą bazę - to połączenie wełny z alpaki Suri oraz jedwabiu (25%). Póki co tylko dwie bazy z włoskiem są tolerowane przez moją skórę - do ukochanej Anatolii dołącza właśnie Néphélées! Ma zupełnie inną inny rodzaj włoska, jest on dłuższy i bardziej wyczuwalny. Włóczka posiada delikatne "pętelki", co jest efektem specyficznego skręcenia nitek, całość jest bardzo kudłata i puszysta. 

Druga baza to Aphrodite, która składem niewiele różni się od Chmurkowego Alpacino (czyli jest to obłędnie miękki, luksusowy precel!). Oba motki są w tym samym kolorze, który nazywa się De la tendresse en boutons.
 

Myślę, że to zdjęcie idealnie oddaje moje zdanie na ich temat:D

Mniej więcej to cały czas robię z tymi motkami... noszę, oglądam, rozwijam, miziam i tulę. 

Czyż z takiej współpracy (i takich motków!) nie powinien powstać najbardziej przytulny i słodki sweter ever?

Wybór koloru był trudny i łatwy jednocześnie... wiedziałam, że od Lain'amouree muszę mieć coś różowego. Rzecz w tym, że w palecie było kilka pudrowych odcieni i zajęło mi kilka dni by się upewnić, który z nich umili mi życie.

Na drutach rośnie projekt z włóczki od Baah Yarns - na facebooku czy instagramie możecie zobaczyć postępy - więc mam odpowiednio dużo czasu by na spokojnie zaplanować ten projekt, zrobić próbki i zwyczajnie nacieszyć się motkami w preclach. 

Myślę, że zafundowałam Wam dziś tyle cukru, że powinniście nie słodzić dziś herbaty. Tak dla równowagi!

Miłego wieczoru!

czwartek, 11 lipca 2019

Baah Yarns

Chwilę po podjęciu decyzji o zamknięciu sklepiku nawiedziła mnie pewna, wyjątkowo przyjemna, myśl... 

Póki miałam Chmurkę i farbowałam włóczki nie czułam w ogóle potrzeby nabywania włóczek z innych miejsc - mój minimalizm bardzo mi w tym pomagał. Wszak motków potrzebuję dopiero wtedy gdy w planach mam konkretny projekt, a gdy mogłam pofarbować sobie wybraną bazę na idealnie dobrany do mnie kolor to już w ogóle nie zajmowałam się zakupami. 
Ale to nie oznacza, że nie podziwiałam... połowa kont, które obserwuje na Instagramie, to właśnie profile farbiarek. Wiele z nich ma swój cudowny, niepowtarzalny styl, gust, sposób, filozofię... Uwielbiam cieszyć oczy ładnymi rzeczami, podziwiać pracę utalentowanych ludzi, inspirować się!

Zapewne już się domyślacie jaka myśl mnie nawiedziła! "Nadchodzą czasy poznawania i podziwiania cudowności wełnianego świata!". Absolutnie nie mogę się tego doczekać! Tego zachwycenia się produktem, marką, kolorem, kupowania i czekania na kuriera z wymarzoną paczuchą. A później rozpakowywania i... ach, no wiecie :)
I chociaż poprzedni sposób "nabywania" włóczek był wyjątkowo satysfakcjonujący, to jest w tym "nowym" coś wyjątkowo ekscytującego...

I niemalże od razu, gdy tylko ogłosiłam swoją wielką zmianę, mogłam tego doświadczyć! Otrzymałam przemiłą wiadomość, od równie przemiłej i utalentowanej osoby, z propozycją współpracy!
W tym bardzo stresującym momencie, gdzie czułam się dość niepewnie zamykając jeden, bardzo ważny, rozdział i decydując się poświęcić projektowaniu wzorów (wątpliwości w takich momentach jest naprawdę wiele, nawet wtedy gdy czujesz, że robisz dobrze, i nie będziesz żałować..), ta propozycja dodała mi skrzydeł! To przemiłe uczucie wiedzieć, że ktoś z wielką chęcią chce oddać w Twoje ręce swoje ukochane, wełniane dzieci i pokłada pełne zaufanie w Twojej wyobraźni i doświadczeniu!:)

Baah Yarns zyskało moją uwagę na początku tego roku - wtedy właśnie trafiłam na zdjęcie ich produktów i szybko dodałam ten profil do obserwowanych (klik!). Włóczki te posiadają wiele cech, które bardzo cenię i które były ważne dla mnie w czasie prowadzenia sklepiku. Piękne zdjęcia, nietuzinkowe kolory, chociaż w przeciwieństwie do Chmurkowych Natasha (bo tak ma na imię właścicielka i autorka kolorów) więcej uwagi poświęca wielokolorowym barwieniom. Niemniej w jej palecie znajduje się sporo obłędnych solidów, a wszystkie z tą charakterystyczną dla niej egzotyczną i rustykalną nutą! Nie może być inaczej gdy włóczki pochodzą z południa Afryki :)

Wiecie, że wiele znaczy dla mnie etyczne pozyskiwanie wełny, więc cieszę się, że co raz więcej farbiarzy oferuje wyłącznie wełnę ze sprawdzonych, wolnych od okrucieństwa hodowli. Baah Yarns oferuje dodatkowo włókna lokalnego pochodzenia. Wełna z RPA! Brzmi kusząco! :)
Nie zdziwi więc was, że gdy tylko przeczytałam wiadomość, z szaleństwem w oczach i szybko bijącym sercem, wpadłam do sklepiku i oddałam bezgranicznie poszukiwaniu tej jednej, jedynej włóczki!

Kolory Natashy podobają mi się szczególnie na singlach, więc wybrałam bazę Lano (100% wełna merino). Jeśli chodzi o kolor to zastanawiałam się kilka dni nad trzema odcieniami. Ugh, to było trudne, ale czym dłużej patrzyłam na jeden z nich, tym bardziej czułam, że to właśnie on powinien zasilić moją szafę. I nie jest to wcale róż. Ani złoto. Nie, zieleń to też nie jest!

To odcień wyjątkowo trudny do określania znanymi nam powszechnie nazwami kolorów. Ale Natasha nadała mu idealne imię. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. To jest Rooibos! Czyli kolejny akcent z RPA.


Dwa dni temu, po dość długiej walce z DHL i celnikami, kurier dostarczył mi cztery mięciutkie motki! Ta radość po odpakowaniu... na nowo odkrywam tę przyjemność :)

Zanim wybrałam kolor i bazę wstępnie zaplanowałam i naszkicowałam projekt. Będzie to oczywiście sweter.

Zdziwieni wyborem koloru? :) Ja już nie! Tak jak pisałam Wam kiedyś w poście o garderobie, odkrywam powoli nowe kolory, w których czuję się dobrze i chcę na stałe wprowadzić do mojego życia. Zanim otrzymałam motki, wiedziała że ten nietypowy przydymiony brunatny kolor, z nutą złota, rdzy i nie wiem czego jeszcze, będzie mi pasował i zostanie przyjęty z otwartymi rękoma. Skąd? A bo kupiłam sobie piękną sukienkę. W takim odcieniu właśnie. Początkowo byłam lekko zdziwiona kolorem na żywo (zamawiałam z internetu), miałam chwilowe opory przed założeniem, ale okazało się, że to jest to! Nie stanie na podium z różem, z nim nie wygra żaden kolor, ale zdecydowanie jest na równi ze złotem! 

Ej, ale czemu ja kupiłam sukienkę? Już Wam mówię! Tak długo zastanawiałam się nad pewnym lnem i wzorem na sukienkę, że jak już podjęłam decyzję, to sprzątnęli mi go sprzed nosa. A żaden inny kolor nie wchodził w grę. Postanowiłam poczekać na uzupełnienie magazynu. Ale wybieramy się za kilka dni na urlop i brakowało mi jeszcze tylko lekkiej, krótkiej i zwiewnej sukienki... przypadkiem zajrzałam do sklepiku MLE i obecna kolekcja bardzo przypadła mi do gustu (jest tam nawet sukienka niemalże identyczna jak ta, którą chciałam uszyć!). Zamówiłam dwie, jedną zwróciłam, a Santana (klik!) została ze mną. I tak moja szafa powiększyła się o kolejny kolor, z czego bardzo się cieszę. Świetnie się w nim czuję!

Właśnie zamykam oczka mojego nowego projektu, który pokazywałam Wam kilka postów temu, więc mogę z czystym sumieniem przewijać motki! Rooibos nie pojedzie ze mną na urlop, bo nie będę miała tam głowy do projektowania, ale łapię za nie od razu po powrocie! :)

Jak Wam się podoba ten odcień? 

Pozdrawiam ciepło,
Marzena

piątek, 15 marca 2019

Wiosenno-letnia garderoba - plan

Dostanie w prezencie maszyny do szycia wszystko mi pozmieniało w głowie! Już nie oglądam się za pięknymi sukienkami w sklepie, nie przeszukuje internetu w celu poznania nowych odzieżowych marek, nie planuję wielkich wypraw do sklepu. W zasadzie nigdy jakoś szczególnie intensywnie tego nie robiłam, ale gdy po corocznych porządkach w szafach (które miały akurat całkiem niedawno miejsce), okazywało się, że brakuje kilku ubrań na zbliżający się sezon czy też wyjazd, robiłam dokładną listę i zaczynałam ten cały zakupowy cyrk. Gdy udało się coś wyszukać w sieci lub nabyć w sklepie to było całkiem przyjemnie i miło, ale równie często zdarzało się zupełne niepowodzenie, które oznaczało tylko jedno - kolejne wyprawy do sklepu, mierzenie, szukanie, zastanawianie... grrr.

Maszyna namieszała mi w głowie, bo już nie chcę kupować sobie ładnych topów czy sukienek na wiosnę i lato. Ja chcę je sobie wszystkie zrobić samemu. I zamiast siedzieć na stronach odzieżowych, przeglądam sklepy z tkaninami. Rzecz w tym, że to drugie jest nieporównywalnie przyjemniejsze! I jak nie kusiło mnie nigdy zamawianie ubrań z zagranicy, tak oporów przed kupnem materiałów z innych państw nie mam wcale - przy zamawianiu sukienki, nawet z wysokiej jakości materiału, zawsze istnieje ryzyko, że nie trafimy z rozmiarem lub krojem. Gdy przesyłka idzie kilkanaście dni, albo czasem nawet miesiąc, to odechciewa mi się kombinować i nie chcę ryzykować zwrotów. Ale z tkaninami jest inaczej - bo przecież jak już mam próbkę to wiem doskonale co dostanę. I będę mogła uszyć sobie idealnie pasującą na mnie rzecz! 

Postanowiłam więc zaplanować i wykonać wiosenno-letnią garderobę, która w 100% będzie spełniała moje oczekiwania pod względem materiałów, kolorów i krojów. Zależy mi na tym by wszystko to, co stworzę tworzyło spójną, pasującą do siebie całość, by każde ubranie było noszone często i z wielką chęcią, oraz sprawdzało się w letnich temperaturach. 

Wiecie, że odkąd zrobiłam Maya Top, moją pierwszą bluzkę, nie uszyłam nic więcej? I to z pełną premedytacją? :) Pośpiech i robienie "byle robić" to dla mnie idealny przepis na ubrania wiszące w szafie i nigdy nie oglądające światła dziennego. Oprócz dziergania czy szycia robię mnóstwo innych przyjemnych rzeczy, szkoda mi czasu na zapychacze. Szkoda pieniędzy na kupowane pod wpływem chwili.
Od kupienia ładnego materiału i szybkiego uszycia pięknej sukienki przyjemniejsze jest spokojne, przemyślane kupienie ładnego materiału, zorganizowanie sobie wolnego czasu i rozkoszowanie się długimi, niczym niezmąconymi, chwilami tworzenia! Gdy nasza głowa nie jest zajęta innymi rzeczami, mamy odpowiednie narzędzia, miejsce, porządek i czas, a na stoliczku obok stoi pyszna kawa to jest po prostu o niebo lepiej! Nie potrafię zrezygnować z tej przyjemności, więc nigdy nie działam na gorąco.

Zanim więc zabrałam się za szycie kolejnej rzeczy, zaczęłam planować. Najpierw zebrałam inspiracje. Póki co nie będę szaleć z własnymi pomysłami, więc przeszukiwałam sieć (głównie instagram) i wybrałam mnóstwo odpowiadających mi gotowych, sprawdzonych wzorów. Jako że było tego sporo, skupiłam się najpierw na sukienkach. Potem przyjdzie czas na topy i szorty :) Wszystko po kolei. 
W tym samym czasie kompletowałam próbki! Zamówiłam ich mnóstwo, z kilku sklepów, z różnych zakątków świata. Czekam jeszcze na przesyłkę ze świetnego polskiego sklepu i zaczną się "hurtowe zakupy"! :)

Brak doświadczenia i bardzo mała wiedza na temat rodzajów materiałów, ich gramatur czy splotów, nie pozwala mi dobrze (albo nawet wcale) ocenić tego jak dana tkanina będzie wyglądać na żywo - czy będzie miękka, prześwitująca, lejąca, śliska, chłodna? Wiem niewiele na ten temat i opisy też za dużo mi nie pomagają. Jako początkująca muszę po prostu pomacać i zobaczyć, póki co "double gaze" lub "kreszowana" nic mi nie mówią. 
I otrzymując próbki byłam kilka razy totalnie zaskoczona tym jak wygląda tkanina! Ale czym więcej ich oglądam i macam, tym większa jest moja wiedza i już co nieco się w głowie kształtuje.

Kolory na letnią szafę zostały wstępnie wytypowane. Albo raczej paleta. Nikogo nie zdziwi, że będzie to róż (i różopodobne), głównie te nieoczywiste, jasne i przygaszone, wszelkie jasne kremy i beże, biel, zieleń i słoneczne odcienie. W przypadku szortów i topów wybór odpowiednich kolorów jest kluczowy, ponieważ będę je przecież nosić w zestawach (szorty+top) i chciałabym móc tworzyć jak najwięcej zestawów. Byłoby dobrze gdyby jedne szorty pasowały przynajmniej to 3-4 topów i tak samo top do kilku par szortów.

Możliwe, że skuszę się też na inne odcienie, zwłaszcza w przypadku szortów. Zastanawiam się nad ceglanymi odcieniami, spranym jeansem czy szarością. Jeśli tylko jakaś próbka mnie oczaruje i kolor ten będzie dobrze pasował do całości, to czemu nie?


Latem najczęściej chodzę w sukienkach, szortach i lekkich topach, więc to na nich się głownie planuję skupić. Mam oczywiście kilka jeszcze dobrych ubrań z poprzednich lat. Zapewne zdziwicie się, że wcale nie są to róże, zielenie czy miody. W zasadzie mam aż cztery niebieskopodobne sukienki, jedną w kolorze lila i dwie białe (w tym jedną w botaniczne wzory). Latem przyswajam zdecydowanie więcej odcieni:) Lekkie tkaniny akceptuję w wielu kolorach, o ile oczywiście krój i odcień/nasycenie/wzór mi się podoba. Czemu nie mam więcej w swoich ulubionych różach? Szczerze tego nie wiem. Zapewne nie mogłam nigdy znaleźć nic ładnego i niezbyt dziecięcego. Plus jest taki, że mogę teraz popaść w różowe szaleństwo i uszyć kilka słodkości!

Jako że latem ubrania zmieniam dość często to mam ich po prostu więcej niż na przykład tych jesiennych, ale zajmują też o wiele mniej miejsca w szafie.
W planach mam więc przynajmniej cztery sukienki (lato bez sukienek nie ma sensu!), dwie pary szortów i całkiem sporo topów. Niestety te kupuje mi się najciężej. Zużywają się dość szybko, część z nich noszę nie tylko latem, ale również w ciągu roku, pod sweter. Lubię konkretne kroje, więc nie łatwo dorwać mi je w sklepie, a jak już są to często w kolorze czy wzorze nieakceptowalnym:). 

Żeby nie oszaleć skupiłam się najpierw na sukienkach i po zebraniu morza inspiracji wytypowałam te najbardziej mi odpowiadające. Nie ma lepszego sposobu na podjęcie decyzji, niż zrobienie kolażu i spojrzenie na nie wszystkie w tym samym czasie! Łatwo wybrać wtedy pomiędzy dwoma podobnymi krojami, a przy okazji, korzystając ze schematów dostępnych na stronach wzorów, sprawdzić jak będą wyglądać w wybranym kolorze:

Linki do zdjęć (zaczynając od lewej strony): 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10.

Można w ten sposób zmniejszyć prawdopodobieństwo niepowodzenia, czyli uszycia czegoś, co ostatecznie nie będzie nam się podobało. Wybranie wzorów i stosowne odczekanie pozwala wyeliminować te, które podobały się wyłącznie pod wpływem chwili. Jeśli po 2-3 tygodniach nadal chcę coś uszyć, to znaczy, że to jest dobry wybór. Reszta, która przestała już robić wrażenie, po prostu odpada i nie tracę na nie czasu i środków. Bardzo nie lubię mieć niepotrzebnych czy nieużywanych rzeczy :)


Pierwsza sukienka z listy już powstała! Zaczęłam w weekend i wczoraj zrobiłam ostatni szew. No dobra, pozostał jeszcze paseczek do przeszycia i wywrócenia na prawą stronę. Jestem bardzo zadowolonego z tego co mi wyszło i czego przy okazji się nauczyłam! Wybór padł na pierwszą sukienkę z lewej, w drugim rzędzie - Montavilla Muumuu. Będzie oczywiście o niej osobny post, ale na razie ciężko w tym zimnie zrobić zdjęcia letniej sukienki. Pokażę więc tylko odrobinę:


Teraz czas wybrać kolejny wzór i wziąć się do pracy! Muszę zdążyć do lata :) Będę na bieżąco informować Was o efektach i mam nadzieję, że w czerwcu pochwalę się już całością.

Na koniec zostawiam Wam trochę inspiracji - taka spójna garderoba ogromnie mi się podoba! Klik! Klik!

Pozdrawiam,
Marzena

piątek, 26 października 2018

Marzenia są po to... Część czwarta. Czyli kolejny, wielki krok!

Nie macie pojęcia jak bardzo chciałam w końcu móc napisać tego posta! Codziennie spełniają się malutkie, średnie lub większe marzenia, ale spełnienie TEGO doprawdy wiele zmienia w moim Chmurkowym życiu! Droga była wyboista i bardzo zniechęcająca, ale dziś (dokładnie dziś!) się udało! Przede mną jeszcze sporo pracy, ale ten najtrudniejszy etap za mną. No zgadujcie - co się narobiło?! :) Dobra, powiem Wam szybko, bo się doczekać nie mogę!

Od dziś Chmurka posiada lokal produkcyjny! Moje własne, idealne, jasne i wygodne 43 metry kwadratowe, gdzie w komfortowych warunkach będę mogła tworzyć, działać, pracować i się rozwijać! A do tego w bardzo inspirującym mnie miejscu, w cudownym loftowym klimacie, z wielkimi starymi oknami! Być może zdjęcia poniżej nie wydadzą Wam się jeszcze aż tak klimatyczne, ale w mojej wyobraźni pojawia się już obraz tego, jak te pomieszczenia pięknie wyglądać będą po remoncie, z białymi ścianami, jasną podłogą, wysprzątane i urządzone. 

Klucze odebrane!
 

Aaa! Będę mieć swoje studio farbiarskie! 

Nie macie pojęcia jak się cieszę i jak bardzo mi ulżyło :) To naprawdę wiele zmienia! Czym praca w studio będzie różniła się od pracy w domu? Pominę póki co względy estetyczne i skupię się na czysto praktycznych aspektach.

W domu posiadamy pokój, który na chwilę obecną do niczego nie jest nam potrzebny, więc wpakowałam tam swoją różową owcę, a następnie przemieniłam go w małą farbiarnię. Zaczynałam bardzo skromnie, ot mały stoliczek, brak mebli, kilka garnków i jedna kuchenka. Na start było w porządku, ale po niedługim czasie musiałam trochę je podrasować, by produkcja była w ogóle możliwa i wykonalna w sensownym czasie. I tak dziś wygląda moje domowe mini studio:

 Względnie ogarnięte, choć podczas pracy wcale tak czysto nie jest:)

To tu, niemalże każdego dnia pracuję. Nie cały pokój jest widoczny - po prawej ustawiam garnki z gotową już włóczką, by na spokojnie wystygły. Ale miejsce nie ma zbyt dużo. W zasadzie po wykonaniu danego dnia maksymalnej, na chwilę obecną, liczby pofarbowanych motków, w pokoju jest po prostu ciasno. Metraż więc był jednym z problemów. 

Pokój ten znajduje się na poddaszu, oznaczało to dla mnie codzienne wnoszenie i znoszenie kilkunastu garnków pełnych wody po schodach. Potem oczywiście następowało mycie (wełny jak i garnków). Jako że pracuję w domu, musiałam ciągle być bardzo ostrożna, by nie ufarbować sobie niczego po drodze z pokoiku na dół, oraz starać się niczego nie rozchlapać, nie uszkodzić podczas farbowania, mycia czy prania. Do małego metrażu należy doliczyć więc brak wody w pracowni, noszenie ciężkich przedmiotów po schodach oraz wyjątkowe skupianie uwagi na nieufarbowaniu sobie mieszkania :). 

Kolejnym dużym ograniczeniem rozwoju była nieodpowiednia do produkcji instalacja elektryczna. Ta domowa/mieszkalna jest w zupełności wystarczająca do życia, nawet tego intensywnego. Ale gdy chce się podłączyć więcej kuchenek w celu przyspieszenia pracy... no cóż :) Nie ma takiej opcji! 

Sporo rzeczy wpływa na to ile motków i w jakim czasie jestem w stanie wyprodukować. Żadnego z nich nie jestem już w stanie "przeskoczyć". Niestety każda próba farbowania ponad normę kończyła się wyjątkowym bólem pleców i koniecznością leżenia plackiem na kanapie. Ale co sobie zrobiłam bicka, to moje :)

Rzecz w tym, że nawet pracując sama jestem w stanie, przy dobrych warunkach, tworzyć więcej! Od dłuższego czasu szukałam więc lokalu, gdzie mogłabym urządzić sobie odpowiednie stanowisko pracy - takie z wodą, dużą mocą przyłączeniową, podłogą do zabrudzenia, światłem do tworzenia. I wiecie co? To wcale nie jest takie łatwe... zaczęłam szukać wiosną, a mamy już jesień! Po drodze był urlop, a potem przygotowania do Drutozlotu. Musiałam skupić się na innych sprawach, choć i tak regularnie przeglądałam ogłoszenia. Większość lokali, które oglądałam spełniały tylko część wymagań, a niestety w moim przypadku wszystko było kluczowe. Brak wody - brak farbowania. Brak miejsca czy odpowiedniej instalacji elektrycznej - brak rozwoju. Brak możliwości "bałaganienia" - brak komfortu. Brak światła - brak dobrej oceny kolorów, które przecież są najistotniejsze! A do tego wszystkiego doszedł budżet, który mogłam na to wszystko przeznaczyć. 

Znalezienie tego pomieszczenia, które w zasadzie jest trzema przejściowymi pokojami, było przełomowym momentem. Trzeba było oczywiście sprawdzić wiele rzeczy, znaleźć rozwiązanie dla kilku ważnych kwestii, ale udało się! Na pewno dużo zmienił fakt, że lokal jest umiejscowiony w starej fabryce (aaach jakie to romantyczne!), gdzie nikt nie mieszka, a wszędzie wokół prowadzą swoje mniejsze lub większe działalności inni rękodzielnicy. Prąd jest! Woda jest! Możliwość modyfikacji, chlapania i twórczego bałaganienia jest! Na dodatek całkiem mi do niego blisko z domu :)

I te okna! To miejsce! Na szarym końcu listy, (no wiecie, z przymusu), umiejscowiłam względy estetyczne. Jak się nie ma co się lubi... Więc to czy miejsce byłoby inspirujące nie grało większej roli, miało być przede wszystkim praktyczne. W końcu w mieszkaniu mam zwykły pokoik, bez większych szaleństw. 

A tu, proszę państwa, mam lokal moich marzeń. Kiedyś Wam wspominałam, że lubię XIX wieczne klimaty, stare fabryki, maszyny, czerwone mury, ogromne okna. I spójrzcie tylko:


To są dwa osobne pokoje, które łączy jeden, ciemniejszy pokój:


Zdjęcia wykonałam dziś na szybko, a jeszcze trwają tam małe prace remontowe. Ale to nawet dobrze! Będzie lepsze porównanie przed i po moich modyfikacjach :) A planuję głównie pomalowanie ścian na biało, zmianę podłogi, odświeżenie i oczywiście posprzątanie. Potem zacznę urządzanie. Pokój na środkowym zdjęciu będzie głównym punktem pracowni. Jest tam najwięcej miejsca i najpiękniejsze światło.

Co posiadanie lokalu oznacza dla mnie? Przede wszystkim, tak jak wspomniałam, naprawdę o wiele ułatwi mi pracę. Nie będzie dźwigania, nie będzie "chodzenia na palcach". Będę mogła całą energię i uwagę skupić wyłącznie na farbowaniu! Będę mogła robić więcej i szybciej, jednocześnie nie znęcając się na swoich biednych plecach :). Już samo posiadanie tego pomieszczenia napełnia mnie chęciami do działania, a co będzie gdy już tam wejdę? Aż chce się tworzyć!

Co posiadanie lokalu oznacza dla Chmurkowych klientów? O wiele więcej włóczek czy kolorów, oraz o zdecydowanie częstsze dostawy. Jednym słowem - same plusy!


A tak wygląda budynek, w którym już niedługo zamieszka Chmurka:
 Strasznie mnie kręcą takie klimaty :)

Na tym upływały mi ostatnie tygodnie. Oprócz standardowej pracy farbiarsko-sklepikowej miałam do zjechania i obejrzenia kilka lokali, należało wykonać miliony telefonów, wyszukać ekipę remontową, zaprojektować pracownię, a następnie zakupić wszystko to, co jest potrzebne. Dowiedzieć się kilku nowych rzeczy (nadal nie do końca czaję jak to jest z tym prądem), przeliczyć, zaplanować, trochę się postresować. Teraz już wiecie czemu ostatnio miałam taki kiepski dziewiarski czas. Ale donoszę, że nowy sweter rośnie jak szalony!

Wiele pracy przede mną, ale czuję, że biegnę już z górki. Jak tylko się urządzę pokażę Wam moją nową pracownię :)

Pozdrawiam Was serdecznie,
Marzena

czwartek, 12 kwietnia 2018

Niedobry sweter, pracowita wiosna i spotkanie robótkowe

Ależ ostatnio jestem zabiegana! Nie chodzi mi tylko o pracę czy obowiązki - mój napięty grafik zawiera również wiele przyjemnych spraw. Niemniej czas mam zajęty od rana do wieczora, na szczęście w "obowiązki" wliczam zawsze zasłużony odpoczynek z książką, filmem czy Mateuszem na kanapie :).
Dzieje się u mnie wiele - od pracy na pełnych obrotach, przez domowe, remontowe sprawy, planowanie podróży życia, po szukanie nowego miejsca do farbowania, basen, ćwiczenia czy spotkania towarzyskie. I to nawet nie jest połowa. Uff!

Zaniedbałam odrobinę druty i bloga, dziergam niewiele i chyba dość wolno. Pamiętacie różowy sweterek z początku roku? 
 
Dłubałam i dłubałam, zmieniałam, prułam, poprawiałam, aż postanowiłam dać sobie spokój. Odłożyłam by spruć, ale postanowiłam najpierw ochłonąć. Sweterek był prawie gotowy, brakowało mu tylko rękawków i dekoltu, więc po kilku tygodniach leżakowania zamiast go spruć postanowiłam zrobić z niego klasycznego zwyklaka. Już prawie skończyłam, nie jest on niczym więcej niż kwadratem z rękawami, ale i takie mają swoje zastosowanie - są wygodne, klasyczne, codzienne. Jestem pewna, że będę w nim chodzić, bo po prostu takie lubię. A że nie ma w nim nic szałowego (choć taki był plan)? Cóż z tego! Jest mięciutki i różowy, to musi wystarczyć. 

Dziś pewnie zamknę oczka i będę musiała się zmierzyć z problemem "co dalej?". Jest plan na męski sweter, całkiem nowy projekt, ale póki co brak mi potrzebnego do kreatywnego myślenia czasu i lenistwa :) Nie lubię projektować na siłę, więc poczekam na odpowiedni moment, odpowiednią myśl i chęci. Wybiorę coś z listy ulubieńców na Ravelry i oddam się bezmyślnemu dzierganiu. Brzmi jak dobry plan, prawda? 

Całe to szaleństwo, które obecnie uprawiam wynika po części z faktu, że... uciekamy na koniec świata na ponad miesiąc! :) Do pracy (uzależnionej teraz bardzo mocno od daty wyjazdu), chęci rozwoju i codzienności doszło więc planowanie, załatwianie i organizacja wycieczek, noclegów, szykowanie, zakupy, szczepienia... W skrócie wszystko to co należy zrobić gdy jedzie się w tropiki na 35 dni i chce zwiedzić w tym czasie ze cztery kraje. Absolutnie nie mogę się już doczekać!
A gdzie lecimy? Chyba większość z Was wie z pewnego bloga (klik!), że rodzice mojego męża wyprowadzili się do Malezji (taka tam normalna sprawa:)). Jedziemy więc do nich, do Kuala Lumpur, które będzie stanowić naszą bazę wypadową. A w planach mamy podróż na Borneo, do Tajlandii, Singapuru i Indonezji (Jawa i Bali). O ludzie, ależ jestem podekscytowana. Nawet ten kilkunastogodzinny lot mnie nie przeraża tak bardzo jak sądziłam!

Zanim jednak ruszymy w daleki świat, w majówkę odwiedzimy rodzinną Ustkę, a w drodze powrotnej pojawimy się w Gdańsku, gdzie razem z dziewczynami z bloga Powłóczmy się organizujemy spotkanie robótkowe! Co Wy na to? Widzimy się? No powiedzcie, że tak! :) 

Spotkanie odbędzie się 6 maja w niedzielę, a wszystkie szczegóły - czas i miejsce - zostaną wkrótce ustalone i ogłoszone na facebooku, na stronie wydarzenia - klik! Śledźcie wydarzenie i dajcie znać czy będziecie. Liczymy na Was! Jak to jest zawsze na Chmurkowych spotkaniach, obecność jest obowiązkowa i każdy mile widziany. Jeśli nie macie facebooka, dajcie znać proszę tu, pod postem czy planujecie się z nami zobaczyć (tak, tak, planujecie). Mam nadzieję, że będę mogła się z Wami zobaczyć i wspólnie podziergać przy kawie!

Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Czasem trzeba zwolnić

Grudzień, a zwłaszcza jego początki były bardzo intensywne - przyjemne, kreatywne, kolorowe, ale mimo wszystko bardzo pracowite! Skończyłam również sweter, który dziergałam z mojej kózki w kolorze Flea Market i pełna entuzjazmu szykowałam sesję zdjęciową. Ale organizm się zbuntował i przyniósł nam ni to osłabienie ni to przeziębienie, zaczął domagać się wolniejszych obrotów! Mój umysł buntuje się na to słowo - zwolnić? Ale po co to komu? Sesja czeka, chcę już Wam pokazać to co wydziergałam, zrobić mnóstwo innych rzeczy, napisać kilka postów, zacząć nowy projekt... Ale czasem trzeba zwolnić, posiedzieć, wyciszyć się, zająć innymi sprawami, sobą, bez pośpiechu, bez presji zrobić coś, albo nic.
Odpoczywam więc, nie zmuszam do niczego, powoli wracając do zdrowia, szykując się na wyjazd do Ustki i niespiesznie snując przyszłe dziewiarskie plany.

Postanowiłam na chwilę odpocząć od dużych form i wyposażyć siebie i Mateusza w nowe, ciepłe czapy. Nie dziergam nic od kilku dni, ale to jeszcze nie koniec świata. Wzór wybrany, wełna pofarbowana, nabiorę oczka jak będę gotowa :)

Wybór kolorystyczny był prosty. Jako posiadacz czterech tylko chust, trzech różowych i jednej zielonej, nie mogę poszaleć z kolorami, więc stanęło na kolor neutralny. A że przy okazji pasuje idealnie Mateuszowi, i co więcej, podoba mu się ogromnie, ufarbowałam nam dwa, mięciutkie jak króliczek, puchate motki na kolor Truflowy.

Włóczka to mieszanka najmilszej na świecie baby alpaki, kaszmiru i jedwabiu. Dla męża tylko to co najlepsze :) Włóczka jest grupa, milutka i posiada włosek, który sprawdził się w Mateuszowych czapach - puszek wypełnia przestrzeń między oczkami i idealnie izoluje od zimna i wiatru.

Po długich, powolnych poszukiwaniach wybraliśmy wzory. Mateusz otrzyma Autumnal autorstwa Mellisy Schaschwary (klik!), a ja wydziergam sobie Thunderstorm Toque zaprojektowany przez AbbyeKnits (klik!). Będę musiała coś pokombinować z próbką, bo czapki są na różne grubości włóczki, ale co mi tam. Wszystko się da zrobić :). Zdjęcia ze stron projektów:


Wychodzi na to, że po świętach będę mieć dla Was kilka nowości do pokazania, a do tego czasu idę cieszyć się nierobieniem niczego! :)

Ach! I zajrzyjcie na Chmurkowy instagram: klik!

Wszystkiego dobrego Wam życzę!
Marzena

piątek, 27 stycznia 2017

Neutralnie

Chusta gotowa, schnie posłusznie na poddaszu. Ja od dwóch dni nie miałam drutów w ręku. Nie dlatego, że nie chciałam, czy nie miałam czasu. Nie miałam po prostu pomysłu! Jak mam coś dziergać to musi to być co naprawdę mi się podoba, na co naprawdę mam ochotę. Ale mi od dawna nic ciekawego nie wpadło w oko, nic nie zachwyciło, na swój pomysł nie mam chwilowo siły, dwa projekty z rzędu i dwa testy zajmą mi trochę czasu, chcę odpocząć, bezmyślnie przekładać mięciutkie oczka.
Wczoraj razem z Mateuszem przekopaliśmy Ravelry. Zawsze pomaga mi wybrać kiedy mam ten "gorszy" dzień, gdy nie mogę na nic się zdecydować. Zawęziliśmy grono do kilku ładnych swetrów, które w sumie przydadzą mi się na nadchodzącą wiosnę. Nadal nie mogłam się zdecydować żaden konkretny, więc jako że miałam już swoje małe grono "do wyboru" poszliśmy poszukać natchnienia wśród merynosów i kaszmirów. Wytypowaliśmy faworytów. Miałam już kilka wzorów i kilka kolorów, teraz trzeba było iść spać, by na drugi dzień, wypoczęta wiedzieć już co powinnam wybrać! Zawsze muszę poczuć to coś - taki dreszczyk, podekscytowanie, nie móc się już doczekać! Jeśli tego nie ma, nie ma swetra. 

Tym razem nie będzie mocnych kolorów, czy oryginalnych połączeń. Będzie spokojnie i romantycznie, subtelnie wręcz:

Ten stonowany, delikatny beż to Fino Parchemin. Nie ma w nim niepotrzebnej żółci, która potrafi zepsuć ten kolor. Jest lekko poszarzały, jak stary pergamin. Drugi motek to Fino Echo, czyli chłodna srebrzysta szarość.

Wybór padł na Old Romance od Joji (klik!) - zachwycił mnie się ten sweter w dniu publikacji. Z czasem o nim zapomniałam, ale na szczęście nadal mi się podoba! Poza tym nie mam takiego lekkiego otwartego sweterka. A mieć muszę wszystkie :)

To ciężki wzór i wcale nie chodzi mi o dzierganie, tylko o dobór kolorów. Myślę, że łatwo popełnić błąd w doborze odcieni. Trzeba tę kwestię dobrze przemyśleć, by koronka zdobiła, a nie psuła cały efekt. Mam nadzieję, że uda mi się to pierwsze :).

Co sądzicie o kolorach i wzorze? Może macie już swój?

Pozdrawiam i lecę zwijać motki! 
Marzena

czwartek, 12 stycznia 2017

Tajemnicza zawartość i coś jeszcze

Jeśli macie ochotę zerknąć na zawartość tajemniczego pudełka, jeśli ciekawi Was co w sobie kryło, to zapraszam poniżej :) Jola prezent już otrzymała, mogę więc bezpiecznie pokazać moje podarunki. 

Czerwone pudełko kryło w sobie kilka rzeczy, a każda, mam nadzieję, bardzo dziewiarce potrzebna!
Nie mogło więc przede wszystkim zabraknąć mięciutkich precli... Misy, chmurkowej misy, która by te precle, przewinięte w motki, pięknie przechowywała. A podczas dziergania, by jeszcze bardziej umilić ten proces (da się w ogóle?:)), morze oczek ozdabiać będą koraliki, z sową na czele. I wszystko to osłodzone zostało małym co nie co.

Wełna to Leizu Fingering Nuances w kolorze Surprise Gradient, czyli piękne miodowe odcienie, zielenie, przełamane szarobłękitnym. Markery dostępne są u chmurki i nazywają się Pani Sowa, a misa nosi słodką nazwę Lukrowane kłosy. Nie widać kłosów na zdjęciu, ale ozdabiają one całą misę - możecie zobaczyć tu: klik!

Joli, jak już wiem, bardzo przypadła do gustu ta tajemnicza zawartość. Bardzo mnie to cieszy! Niech się pięknie dzierga i cieszy oko jak najdłużej :)

Wspomnę jeszcze, że... skończyłam dwa dni temu mój tajemniczy sweter!!! Ależ mnie to cieszy! Dziś go odszpiliłam i ubrałam - jest taki jak być powinien! Planuję pokazać go dopiero po testach, nie mam najmniejszego pojęcia jak ja to wytrzymam, ale chcę spróbować. Będę też potrzebować testerek... :)

A już w głowie mam plan na następny sweter, ale zanim go zrobię... (proszę się nie bać, to może zabrzmieć groźnie) projektuję swoją własną chustę! Wiecie, że nie jestem (nie byłam?) fanką chust, ale coś mnie zaczyna do nich ciągnąć. Mam też pomysł, który bardzo mi się podoba, muszę się tylko w końcu zdecydować na kolory. Proszę wysłać mi trochę zdecydowania.

Pozdrawiam,
Marzena

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Ciepło!

Ciepła czapka jest fajna, bo jest ciepła i fajna, prawda? Jakoś wyjątkowo dużo czapek zrobiłam w tym roku. Całe trzy! W tym dwie dla mnie. A jakby mi było mało już planuję kolejne dwie - bardzo ciepłe!

W listopadzie mieliśmy z Mateuszem krótką podróż do Niemiec, w celach odpoczynkowo-służbowych. Podczas zwiedzania Drezna trafiliśmy na wełniany sklep, którego po prostu nie mogłam minąć. Sklep właśnie miał być zamykany, ale miła Pani zaprosiła nas do środka i wykazała się nie małym zrozumieniem dla mojego niezdecydowania. Nigdy nie kupuję niczego jeśli rzeczywiście nie jest mi w tym momencie potrzebne, jestem chorobliwie oszczędna, ale to były "wakacje", pamiątkę przywieźć należało. Długo oglądałam i macałam, wiecie jest to jest przecież! Aż trafiłam na półeczkę z nowością od Malabrigo. Bardzo mnie intrygowała ta włóczka jak tylko ujrzałam ją u Joji na Instagramie. No to wzięłam ten jeden, grubaśny, mięciutki motek, zwany Caracol (ślimak!:)), w kosmicznym różowo-fioletowo-zielonym kolorze Aniversario i wydziergałam czapkę w jeden, króciutki wieczór. Wzór tak prosty jak to tylko możliwe, każdy ścieg zginąłby w tym szaleństwie.

Zdjęć jak na lekarstwo, zimno było, średnio było, ale efekt chyba widać:

 

Jest w niej ciepło, jak to w merynosie, jest mięciutka, mechaci się jak to singiel, ale ja się golenia nie boję :) Nitka jest gruba, nierównomierna, opleciona czarnym sznurkiem. Może nie widać tego dobrze na fotografiach, ale przerobiona wygląda jak kolorowy witraż! 

Jestem nadal w trakcie dziergania tego JEDYNEGO swetra, być może będę musiała poczekać na dodatkowy motek, bo nie jestem pewna, czy wystarczy mi to co mam. Planuję więc już czapki dla siebie i Mateusza. Być może wbrew sobie wydziergam je zaraz, jak tylko dostanę w końcu zamówione druty (grrr, tydzień to chyba dość, by wysłać paczkę prawda?), bo najprawdopodobniej zrobię to w jeden wieczór. Przy filmie najprawdopodobniej :) Więc nie ma co czekać.

Włoczka to Ankara od Julie Asselin, która niestety zostaje już wycofywana. Nitka jest gruba (bulky) i miękka, to merino połączone z moherem, ale włosek jest tak malutki, że ciężko uwierzyć w tę kozę :). Nie miałam do tej pory okazji dziergać z niej i pewnie to moja ostatnia szansa. Cieszę się, że się udało, bo bardzo chcę zrobić Bailę od Pauli Wiśniewskiej! Moja czapka będzie oczywiście różowa, w kolorze I'm Blushing, bardzo, ale to bardzo lubię ten odcień. Mam jeden sweterek w tym kolorze, chcę więcej! 

Piękna czapa prawda?:)

Mateusz dostanie zaś czapkę w takim samym kolorze jak ostatni szalik Dunaway, czyli Cailloux. Wzór jeszcze nie wybrany, ale na pewno będzie to coś klasycznego, z prostym wzorem. A może nie. Nie wiem jeszcze :) Do napisania!

Pozdrawiam Was ciepło!
Marzena

środa, 20 lipca 2016

Wełniane myśli

Tak sobie myślę, że Mateusz nieźle wymyślił mi nazwę bloga. Tak, to nie był mój pomysł! Siedzieliśmy i robiliśmy burzę mózgów. Mateusz ma to do siebie, że rzuca hasłami, robiąc sobie przy tym żarty, wymyśla największe suchary na świecie, ale przy okazji udaje mu się trafić w samo sedno. Bo nie dość, że wiecznie jestem zamyślona i rozmarzona, to jeszcze mam mocno wełniście w głowie:). 

Po dłuższym okresie kompletnego niedziergania (!) mam ochotę w końcu się za coś wziąć. Już mam pomysły i plany, oczywiście czekają cierpliwie w kolejce, tak to już u mnie jest. Najpierw muszę skończyć Nightscape z Fino Cailloux. Szło całkiem całkiem, ale w Ustce kompletnie nie miałam głowy do drutów, wyleciałam z rytmu, dwa tygodnie sweter czekał cierpliwie, teraz staram się znowu z nim zakolegować. Warkoczyki co każdy szósty rząd nie pomagają, ale prę do przodu. Miałam już nawet kawałek rękawa, ale musiałam spruć. Za dużo oczek nabrałam, za luźno było.

Nadal mam niewiele, ale to tylko kwestia czasu:)

Mam już plany na dwa kolejne projekty. Następny w kolejce będzie sweter na specjalne życzenie Julie! Przy okazji Wam wspomnę, że Julie to naprawdę świetna babka! :) Utalentowana, to raz, ale jaka sympatyczna! Jak kiedyś wpadnie do Polski, co planuje w przyszłości, zrobię co mogę by zorganizować jakieś większe spotkanie byście i Wy mogli ją poznać:).

Otrzymałam w raz z dostawą paczkę specjalnie dla mnie. Słodką, delikatną, mięciutką. Będzie sweter bardzo przytulaśny, mówię Wam! Ale jak na razie milczę, nic więcej nie mówię! No może tylko tyle, że zrobiony będzie z wełny, która jeszcze nie jest dostępna, jesienią będzie mieć swoją premierę.

No i na koniec, projekt numer trzy, który planuję zabrać ze sobą w podróż. Niezwykły to projekt jak dla mnie - chusta:) Jak wiecie niekoniecznie lubię je nosić, ale co raz bardziej się przekonuję do tych większych, prostych w formie, do narzucenia na ramiona w chłodne dni. I patrzcie jakie szalone połączenie kolorów wybrałam:

Pinata połączona z Nakabemi. Planuję z nich zrobić Crescendo

Jeśli macie gdzieś w ulubionych taką prostą chustę na ciapkowaną wełnę, przygarnę linki:)

No, to do roboty! Sweter sam się nie wydzierga!
Pozdrawiam,
Marzena