Charakterystyka Królika

Moje zdjęcie
Elbląg, Warmińsko-Mazurskie, Poland
Jestem Żoną i Matką. Kolekcjonerem i Czytaczem. Budowniczym swojej małej rodziny. Mój MałżOn to odważny, lecz nico leniwy lew. Mój Syn to Mały leśny troll o najmądrzejszych oczach świata. Ja to Chaotyczny Królik, kobieta o wielkim sercu i duszy wielkości lalki Barbie. Sprzątam, gotuję i piszę, a przede wszystkim żyję! Oj, tak- żyję pełnią życia!!!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Basic. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Basic. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 grudnia 2012

Kulki, dupa i lalka

Mój tata był (i jest nadal) wspaniałym gawędziarzem. Godzinami opowiadał mi historie ze swojego dzieciństwa, a ja chłonęłam te opowieści z szeroko otwartymi oczami. Najbardziej lubiłam te o jego dziecięcych zabawach i zabawkach, ale nic tak nie utkwiło mi w pamięci jak szklane kulki.
Im więcej tatkowych opowieści słyszałam, tym bardziej pragnęłam je mieć. Pamiętam, że chodziliśmy po sklepach z zabawkami, drogeriach i kwiaciarniach. Pusto...
W pewnym momencie mego dzieciństwa cała rodzina stała na głowie w poszukiwaniu kulisto- szklanego przedmiotu pożądania, ale trudno było, w końcu lata 80te!
Kiedyś cud się stał i na podwórku znalazłam jedną kulę. Tata zachodził w głowę jak mi się to udało i tą pierwszą mam do dziś. Ona zapoczątkowała kolekcję. Chyba zdjęła ze mnie klątwę "bezkulkowości" bo krótko po tym zdarzeniu udało mi się wymienić plik obrazków z gumy "Turbo", na dwie następne kulki.
Mozolnie i w ciągu kilku lat udało mi się uzbierać kolekcję około 50 okazów.
Łojoj! Jakie one były piękne! I kolorowe i jednobarwne! Błyszczące i matowe! I tak pięknie stukały o siebie! I ten ich miły ciężar!
Oczywiście jako dziecię, które doktor przy porodzie klepnął zamiast w dupkę, to w głowę, nie mogłam się bawić kulkami jak inne dzieci, czyli np.: grać nimi lub strzelać z procy.
O nie! Moje kulki były bardzo dobrze wychowane. Chodziły do specjalnej szkoły dla kulek, gdzie ja, jako nauczycielka, uczyłam je jak być dobrą kulką i co każda kulka wiedzieć powinna. Każda kulka miała swój charakter i swoje skomplikowane imię (różowa kulka nazywała się Różowa, a jej "sympatia" w kolorze zielonym- Zielony) i nie potrafiłam zacząć zabawy, jeśli choć jedna z nich nie była na swoim miejscu, czyli w grupie. Choć od dzieciństwa nie przepadam za porządkami, to za "zagubioną owieczką" potrafiłam przewrócić pokój do góry nogami i z powrotem, aby tyko zgubę odnaleźć.

Zdjęcia te nie są moje, ale mniej więcej tak wyglądały moje ssskarby:




Wraz z moim dorastaniem i pewną zmianą zainteresowań (też kulki, ale bardziej męskie), szklane poszły na emeryturę. Najpierw odpoczywały złożone w kartoniku, po to by w końcu wylądować w karafce po "Nalewce Babuni" jako niebanalna ozdoba.
I tak sobie ta flaszka stała na półce i nie wadziła nikomu, dopóki nie wypatrzyło jej wszystkowidzące oko Maślaka.
Już dawno zauważyłam, że wszystkie kuliste kształty mają magnetyczną zdolność przyciągania uwagi mojego Pacholęcia. Nie ważne, czy to pomidory, pomarańcze czy bombki na choince- wszystko jest "bam"- piłka!
Największą miłością Rycha, jak do tej pory, były twarde kulki wykonane z modeliny, których wbrew obawom babć nie dało się zjeść, za to świetnie można je wciskać w szparę pomiędzy szafką a kaloryferem.
No i któregoś dnia, gdy wszystkie "modelinki" już wylądowały w ciemnej dziurze, Maślak z wielkim przejęciem ciągnie mnie do pokoju i pokazuje na karafkę. Gęba mu się śmieje, paluch wskazuje na kulki, a Synu wygląda mniej więcej tak:


Jeszcze miałam nadzieję...
- Chcesz lalkę?
- Nie.
- Żabę?
- Nie.
- Komiks z Czarodziejką z Księżyca?
- Nie.
- A co chcesz? (proszproszprosz... nie kulki!)
- BAM!
nosz kur...

Zdjęłam, odkorkowałam i wysypałam na podłogę.
Radość, jaka malowała się na maślakowym pychu, zrekompensowała ból w sercu.
No i jeszcze wtedy miałam nadzieję, że to będzie jednorazowa przysługa.
Pobawi się i zapomni.
A gdzież tam!
Obecnie karafka już stoi pusta, a kulki walają się po całym domu. I uwierzcie mi, że stąpnięcie bosą stopą na klocek lego, to mały Pikuś w porównaniu ze szklaną kulką pod podeszwą.
Początkowo strasznie ciężko mi było dzielić się ssskarbem z potomstwem, ale im dłużej patrzę jak się nim pięknie bawi, tym bardziej kamień z serca spada.
I tylko ostatnio coś mnie zakuło w środku, gdy już podniosłam się z podłogi, po dość bolesnym upadku spowodowanym przez pośliźnięcie, gdy zdałam sobie sprawę, że jego przyczyną była moja Różowa!
Żal mi się zrobiło.
W mojej szkole kulek była gwiazdą. Najlepsza uczennica! I tak się stoczyła. Zaczepia ludzi w ciemnej kuchni. Pewnie moje nauki wyrzuciła do kosza...
Żal, ale jak się ma miękkie serce, to trzeba mieć twardą dupę!
I oważ dupa przydała się gdy przyszło mi wymienić jedną z lalek na inną.

Oto Bianka:


Bianka cierpi na wielkogłowie, gupikomoldyzm i zeza.
Bianka jest cierniem w oku moim, bo choć na zdjęciach wygląda zacnie, to w "realu" patrzenie na nią boli.
Serce pękło na pół, ale dupsko pozostało twarde. Bianka została wymieniona na inną Biankę:











Przestanie mi być źle jak znajdę dobry dom dla "starej" Bianki.

Nowa "Bianka" w poprzednim wcieleniu była Barbie Basic Model No. 14

I choć o tym moldzie napisano już wiele ciepłych słów, to ja dorzucę jedno do interpretacji: NOS! Ludzie, ten NOS!
Co nie zmienia faktu, że od pierwszego spotkania lalka jest dla mnie ulalkowieniem ulubionej aktorki:


Tak, Tilda Swinton wygląda jak nieatrakcyjny facet. "Nowa" Bianka trochę też!

czwartek, 23 sierpnia 2012

Umarł Król, niech żyje Królowa!

Ciężko jest być kotem w domu Rudego Królika.
Kot ma szereg obowiązków, którym musi podołać, aby zadowolić tak wymagającą właścicielkę jak Królica.
Kot musi, na przykład, włazić do każdej reklamówki, a potem z godnością dyndać na klamce, gdy Królica reklamówkę wypełnioną kotem tam powiesi.
Kot musi dać się ubrać w polarowy kostium pszczółki, a potem ze stoickim spokojem, znosić sesję fotograficzną.
Kot musi brać udział w wyścigu rydwanów organizowanym przez Maślaka. Jeśli rydwan zderzy się ze ścianą i kot wypadnie, to musi natychmiast wleźć z powrotem do rydwanu. Inaczej może się okazać, że zostanie tam wciągnięty siłą.
Kot musi kochać Pańcię i Maślaka, a w zamian będzie wielbiony na klęczkach. Na przykład gdy zrzyga się pod łóżko, to Pańcia na klęczkach posprząta i nawet mokrą szmatą nie zdzieli.
Kot musi być koci.
Spać na świeżo pościelonym łóżku.
Włazić w każdą dziurę.
Żrąc rozsypywać karmę po całym mieszkaniu i notorycznie wrzucać ją sobie do wody.
Uwalać się na książkach i laptopie.
Włazić na kolana podczas jedzenia zupy i zaglądać do talerza.
W mej Norce kota zabrakło.
Myśka jest najbardziej niekocim Kotem na świecie. Jest tak bardzo niekocia jak tylko można sobie wyobrazić.
Cicha...
Szara...
Elegancka...
Przemyka chyłkiem jak niekoci duch.
Miauczy tylko gdy chce do łazienki napić się wody.
Drapie drapak a nie moją nogę, w drodze szczególnego wyjątku kanapę.
Nie ładuje się z dupskiem na biurko tylko grzecznie prosi, by wziąć ją na kolanka. Pogłaskana rozpoczyna koncert mruczenia.
Ale nie jest Bublem...
Nie przychodzi do mnie gdy mam migrenę i nie tuli się do mojej obolałej głowy. Nie chodzi za Maślakiem i nie bierze czynnego udziału w jego zabawach. Nie daje buzi i nie godzi skłóconych małżonków. Nie angażuje się do bycia w króliczej rodzinie. To taki kot- roślina domowa. Jest, bo jest. Cieszy wzrok i dzięki niej mogę powiedzieć- "Mam kota!"
Małż niedawno "złamał się" i wyraził zgodę na drugiego sierściucha. Migusiem znalazłam kandydata. Małe toto i rude było. Miauo się pojawić w trybie ekspresowym. Miauo mieć na imię Diablo. Miauo a nie ma...
W środę było święto.
W czwartek właścicielka wyjechała.
W piątek Małż miał urodziny
W sobotę koordynatorka adopcji (a jak! Bardzo poważna persona- moja koleżanka ze studiów ;)) zapomniała o nas i poszła na aerobik..
W niedzielę...
W nocy z soboty na niedzielę śpię jak zabita. Małż nie lunatykuje. Maślak śpi w środku i się ślini, a ja czulę tulę się d chłodnej ściany. Zaczynam śnić o chomikach. W moim śnie chomiki są wielkości pekińczyków, mają wielkie oczy, skaczą jak żabki, są mięciutkie, mają ostre pazurki i tak uroczo mruczą gdy się do mnie tulą. We śnie największy chomiczek wdrapał mi się na ręce i wciska w moją twarz swój pyszczek i smyra mnie noskiem. Jego sierść łaskocze mnie w policzek, a jego mordka lekko trąci suchą, kocią karmą...
Mruczy?
Ma pazurki?
Żre tekturę?
Jasna cholera!
Jak ja poskoczyłam na łóżku! Obudziłam się w trymiga i usiadłam, a ta Zaraza nawet nie drgnęła, tylko w ciemności widziałam jej żółte oczyska.
"Pańcia się obudziła, pańcia pomizia".
I po łebku, i pod bródką, i za uchem, a kotek porobi "mrrrrr" z takim natężeniem, że ściany zadrżą.
Poczochrałam Myśkę chyba z pięć minut, a ta zwinęła się w kłębek przy Maślaku i zasnęła. Wylazła z wyrka dopiero rano i wróciła jak już skończyła "poranne czynności".
Jakoś rano temat Diablo umarł śmiercią naturalną, podczas gdy Maślak karmił Myśkę zielonym groszkiem. Potem Małż zdejmował ją z kuchennego stołu, a ja przeganiałam z lalkowej półki i też nie mieliśmy kiedy jechać po kociaka.
Potem znienacka dowiedzieliśmy się, że Diablo poszło do innego domu.
Temat "drugi kot" wisi i kurzem porasta.
Myśka tryumfuje, a ja się zastanawiam co ona knuje. Bo to szczwana sztuka.



"Że niby ja knuję?!? A idź mi z tym aparatem kobieto, ja spać chcę!"



"Co ja paczę?"



"A tak wyglądałam zanim postanowiłam posiąść twoją duszę."

Choć Myśce daleko jeszcze do pozostania Królową Króliczego serca, to nowa lalka koronę nosi od urodzenia!
Przed Wami Barbie Queen of Hearts z 2007 roku:



Jak widać jest ona nieco inna niż jej siostra urodzona w roku 1994:



UWAGA!!! Przysięgam, że nie mówię tego złośliwie, a jedynie uzewnętrzniam potrzebę, ale dla mnie ta lalka wygląda jak facet przebrany za kobietę!!!





Lalka jest barbiowym odzwierciedleniem Czerwonej Królowej z Alicji w Kraine Czarów. Niestety (choć wstyd przyznać) opowieści nie znam zbyt dobrze, więc nie wiem ile w niej Królowej, a ile DragQueen....

Mamy tu więc flaminga do gry w krykieta:


Jak również ZwieżoJerza w charakterze piłki:




Trochę spamu zdjęciowego:











Teraz fajne rzeczy:

Pazurki pomalowane w serduszka:


Ciasteczko?


A tu oko jest:


A tu zdjęcie nie moje, ale pokazuje Waldemara (czyli lalkę faceta) z rozpuszczonymi włosami:


Pomimo, że Waldek jest dla mnie mało kobiecy, to dostrzegłam jego podobieństwo do jednej z moich najbardziej HOT lalek. Okazało się, że to bliźnięta rozdzielone na taśmie produkcyjnej.
Oto Waldek i Ola cuzamen:





Ola nazywa się Olą, bo i lalkę i jej sukienkę mam dzięki dwóm, cudownym lalko maniaczko-zbieraczkom, o tym właśnie imieniu.

Ola bez Waldka:






Oczywiście Waldemara kupiłam w stanie NRFB. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie gdy odkryłam, że pudła nie da się otworzyć inaczej niż poprzez jego totalną demolkę! Nie było to znane nam kartonowe pudło, a coś na kształt plastikowej zgrzewki.
Mam to "obfocone" ale... sami zobaczcie:













Moi drodzy Zbieracze! Jak mawiał mój fizyk Pan Krzysio: "albo rybki, albo akwarium". Czyli, albo pudło, albo lalka!

poniedziałek, 16 lipca 2012

Biały Kruk

Właściwie to nie wiem jak zacząć...
Popełniłam OOAKA.
Jestem z niej zadowolona :)
Jednak coś we mnie siedzi. To taki "dźg", który dźga mnie gdzieś w środku i mówi: "zue, to, co zrobiłaś lalce jest zueee". "Dźg" może ma i rację, bo ja po raz pierwszy w karierze wzięłam na warsztat lalkę nową i kolekcjonerską.
Do tej pory z wielką przyjemnością męczyłam trupki. Wstawiałam nowe włosy i prostowałam łapki. Czasem podmalowałam ubytek farby tu i tam. Zawsze jednak uważałam, że kupowanie nowej lalki, tylko po to, by zmienić jej wygląd mnie nie dotyczy. Po prostu nie umiem malować ;)
Mojej zOOAKczonej lalce generalnie zrobiłam tylko nową fryzurę i "letki" makijaż.

Zacznę jednak od początku:
W lalkach Mattel nie lubię trzech rzeczy:
- Kenów (zasadniczo pod każdą postacią),
- moldu Teresa (szczękę toto ma szeroką i wygląda jak chomik),
- Murzynek.
Niestety przy tym ostatnim nie mam za wiele na swoje usprawiedliwienie. Nie jestem rasistką, nie mam nic przeciwko ciemnoskórym, ale lalki w kolorze czekolady są mi bardziej niż obojętne.
Pierwszy "dźg" zmian odczułam gdy pewien mój kolega (oczywiście nie powiem, kto by nie być oskarżoną o kumoterstwo) pokazał na swoim blogu pewną czarnoskórą piękność. Na początku spodobała mi się jej skóra w kolorze gorzkiej czekolady. Pierwszy raz widziałam tak czarną lalkę. Zainteresowała mnie, bo jakoś ta jej czerń nie pasowała mi do lalki sygnowanej, bądź co bądź, logiem Barbie.
Z wyglądu lalka też do końca do mnie nie przemówiła. Te krótkie włosy... Ten mold, nie pasujący mi do Murzynki, choć nazywający się "Goddes of the Africa".
Już wiemy, o kim mowa?
Tak!- to Barbie Basic nr 4!



Aaaa... zdjęcie buchnęłam od jakiegoś Marka, tyle ma tych zdjęć, że pewnie nie zauważy, że to jego...

Łaziłam wokół tej lalki jak pies wokół kota. No przecież Murzynka! No przecież nieładna! No, nie taka! No taka inna. "Dźg" jednak gdzieś tak był. I walnął mnie w łeb jak łopatą gdy zobaczyłam to zdjęcie:



(Taaa... zdjęcie z tego samego źródła. Też pewnie nie zauważy...)

Biel! To był ten "dźg", którego mi brakowało. Lalka o wdzięku i duszy czarnej pantery, w mojej głowie potrzebowała białego futra, by być doskonałą.

Długo rozmawiałam z owym kolegą (którego imienia nadal nie przytoczę) na temat nowego wyglądu lalki. On miał jedną wizję, ja drugą. Zgadzaliśmy się jedynie co do koloru opierzenia głowy lalki i padło na platynowy blond.
Oczywiście w tak zwanym "międzyczasie" lalkę wymiotło ze sklepów i aukcji. Mare... to znaczy Kolega nie był skory, by rozstać się ze swoim egzemplarzem. Kiedy przyszło mi ostudzić moje niszczycielskie zapędy i chwilowo poddać się, to lalka znalazła się na Forum Doll Plaza.
Wyczekana Czarnula przybyła do Króliczej Nory i tak narodziła się moja jedyna w swoim rodzaju- Raven White!!!!



Ale zanim przejdę do prezentacji mała przeszłość Raven:

Tutaj pozujemy do National Geografic



A tutaj dla Hustlera:



A tutaj już spam zdjęciowy:































A "dźg" kuje pod żebro i mruczy: "Zdemolowałaś kolekcjonerską lalkę. Komuś się to na pewno nie spodoba i będzie ci smutno".

Bardzo dziękuje dla Pani ze sklepu Kreatywny Świat za to, że otworzyła dla mnie drzwi pomimo urlopu.

A Amelia dziękuje tej samej Pani za konewkę i wiaderko. Jest teraz bardzo szczęśliwa, bo teraz bardziej niż kiedykolwiek, wygląda jak wiedźma od wody.





(Królico ociulałaś do reszty? Wiaderko i konewka? A kto mi za tipsy zapłaci? Sama podlewaj swoje kaktusy! Dżizas...)

A tutaj króliczy buziak:


Za bycie fajnym kumplem, który nie gniewa się za pożyczkę zdjęć.

A jakby ktoś nie załapał ironii, to zdjęcia ciemnogłowej Alek vel Basic nr 4 należą do Marka.