Zaczęło się od tego, że Młode poszło na dwór.
Samo w sobie- nic dziwnego, ale na podwórku bawiły się dwie jego koleżanki, obie starsze od niego i obie troskliwie "opiekowane" przez mamy i babcie. W sumie- trzy baby, na dwoje dzieci, na totalnie pustym i bezpiecznym, ogrodzonym podwórku.
Co prawda miałam pilną robotę, bo level w Diablo sam się nie wbije, ale jakoś tak poczułam się, jak najgorsza matka świata, gdy tak sobie pomyślałam, że tam, matki "kwoki" pilnują swych pisklątek, a moje "kurczę" biega samopas. Poczucie przyzwoitości zwyciężyło i postanowiłam, dla spokoju ducha i pokazania jaka jestem dobra rodzicielka, zleźć na dół i...
I co? No co ja mam robić z innymi matkami, skoro nie lubię dzieci, nie interesują mnie zajęcia dodatkowe w postaci esperanto i jazdy na konikach? I totalnie nie umiem wchodzić w interakcje międzysąsiedzkie?
Musiałam więc udawać, że jestem czymś zajęta. Wzięłam aparat, wzięłam lalki i poszłam.
Na dole poruszenie i to ogromne. Elvis, gigantyczny pies sąsiadki, namierzył mysie truchło leżące w trawie i całym swym, ogromnym jestestwem pragnął stać się jednością z wonnym gryzoniem.
Elvis, pies na medal!
Pies zaczepno-obronny!
Pies którego nie boją się nawet gołębie!
Okazało się, że wlazłam w sam środek pandemonium, gdzie szpic płakał bo koniecznie chciał do myszy, "Mama" szpica ujadała, że "dzieciątko" się usmaruje, a druga matka i babcia, perorowały, że skandal i granda, że ta mysz tam w ogóle leży, że dzieci patrzą, że obrzydliwe, że ktoś powinien coś zrobić!
Trochę mną zatrząsło. Leży, bo leży. Leży, bo nie żyje!- chciało mi się krzyczeć. Kot przyciągnął i zapomniał. Dżizas... krąg życia, świat tak działa!
W końcu nie wytrzymałam. Podeszłam do trupka, wzięłam za ogon i wyniosłam poza zasięg wzroku dzieci, psa i mamusiek.
Szok i niedowierzanie! Jak wróciłam, to patrzyły na mnie, jakby miała zaraz trupem paść na śmiertelną chorobę. Wszak mysz była MARTWA! A zdechłe rzeczy, tak instant, stają się skażone! Bosz, przecież ja nie zjadłam tej myszy, ani nie schowałam jej do kieszeni! Przez chwilę kusiło mnie nawet, opowiedzieć im o tym, jak kiedyś mój pies przyniósł mi kota w prezencie. Tylko po to, żeby zobaczyć ich miny, jak powiedziałabym, że kota była jedynie ćwierć, a konkretnie tylna noga z pazurami i, do teg, idealnie płaska i zmumifikowana. Misiek był dumny ze swej zdobyczy i wcale nie chciał się z nią rozstać. Wydarłam mu ją z pyska pazurami, a miałam je wtedy długie jak szpony. Cóż, po odebraniu psu tego znaleziska, to już nie miałam paznokci. Długo nie miałam. Za każdym razem, jak choć trochę je zapuściłam, to miałam wrażenie, że mam za nimi kawałki kota...
Tak, czy inaczej, mysz wyniesiona, Elvis się uspokoił, a ja wiedziałam, że i tak pierwsze wrażenie zrobiłam tak piorunujące, że mogę wyciągnąć lalkę.
Tylko, że lalka, to też nie była eteryczna Barbie, a mój najnowszy OOAK, który w swym zamyśle miał być "brudny" i "niechlujny".
Żadna tam zabawka dla małej księżniczki:
Efekt wyciągnięcia lalki na podwórku był taki, że zdjęć nie zrobiłam. Obie mamuśki, obie dziewczynki, babcia i pies, wylądowały u mnie w domu, by naocznie się przekonać, że nie kłamałam, iż lalek mam więcej. I było bardzo miło i miałyśmy o czym rozmawiać przez resztę popołudnia. A sesja odbyła się później, u mnie w pracy!
Lalka jest drugą z serii, którą sobie zrobiłam i marzę o trzeciej, ale brakuje mi lalki "bazy", czyli Dalii:
Kurcze, mam na nią super pomysł, a nie mogę jej upolować!
Może ktoś, coś, wspomoże Królika?
Dzisiejsza "Paskuda" powstała z Fairytopia Dandelion Doll.
Czyli polwitajcie "Mleczyka"
A pierwsza w serii, z Azury:
Dla przypomnienia:
Kocham wróżki Mattelowskie! A jeszcze bardziej kocham, jak która trafi do mnie w stanie "zabawionym" na śmierć, bo mogę się na nich wyżyć twórczo! Dajcie mi więcej wróżek!!!
A żeby jeszcze bardziej pognębić moją szczątkową kobiecość, to kupiłam sobie "chomiczą" koszulkę. O taką:
Moje cycki sprawiają, że chomik ma puce w czy-de ;)