wtorek, 3 marca 2026

100 lat starsza, ale w sweterku w serek

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Aż bloga wstecz czytałam, żeby ustalić, kiedy zaczął się mój zjazd. Pierwsze o nim wzmianki znalazłam szóstego grudnia. Święta przyszły i minęły, minął Sylwester i Trzech Króli, a ja się z każdym dniem robiłam bardziej zmęczona, zmurszała, głupia i zapominalska. Na przełomie stycznia i lutego śmignęliśmy na tydzień do zupełnie bajkowej Lanckorony. Było przepięknie, tylko poza gapieniem się nie bardzo miałam siłę gdziekolwiek pójść. I pomimo drakońskich dawek leków przestałam do kompletu spać. Bezsenna noc to niemiłe zdarzenie. W pensjonacie, gdzie nie ma gdzie w nocy się schować przed bezsennością to koszmar. Ale i tak było przepięknie.
 


 To na drzewach to szadź i lód. Jadąc z Warszawy widzieliśmy, gdzie pasma mgły zamarzły na drzewach. Las w Lanckoronie był koronkowo - lodowo biały. A obok tej bieli zdarzało się kilka zielonych świerków. Nie miałam siły i odwagi obejrzeć tych cudów w lesie. Po pierwsze czułam się jak studwudziestolatka, a po drugie ten lód z drzew spadał na ziemię. W ostrym mrozie drzewa obciążone tonami zamarzniętej wody łamały się, strach wchodzić w taki las. Dałam radę jedynie dotrzeć do Arki i to w raczkach na butach. Zeszłoroczne złamanie nogi nauczyło mnie moresu. pan Mąż też dostał raczki, choć początkowo nie chciał. Dostawszy używał.
 
Oto oblodzony iglak. Z drugiej strony był całkiem zielony!
 
Arka cudna jak zwykle

 Siedząc przy piecu w salonie dłubałam sobie kolejny sweterek w serek z kupionej przed wiekami Mirelli od Włóczek Warmii w kolorze kobalt. Wełna jest tak śliczna, że powoli stawała się zapasem trumiennym i pora ją była przerobić. Zwłaszcza że coś świergocą wróble, że ten kolor wraca do łask.
 

 Tu akurat czytam, ale w innych chwilach dziergałam. 
Wracaliśmy do domu we mgle i bardzo powoli. około 1/10 pojazdów widzianych z tyłu nie miało tylnych świateł. 1/10 innych kierowców, widzianych z przodu miała tylko jeden sprawny reflektor. dwuślady udają jednoślady. We mgle to naprawdę niebezpieczne.
A w domu jeszcze na cito wykonałam dla przyjaciółki rękawiczki z podwójnej Luny sfilcowane na kość, żeby naprawdę chroniły przed zimnem. Proponowałam to opornej babie nie wiem ile razy, ale "ona nie lubi rękawiczek". Dopiero jak fest przymroziło, to polubiła.
 

  I skończyłam tego w serek na podstawie wzoru Idril, ale nie do końca. Darowałam sobie warkocze w talii dookoła człowieka. Wyszedł tak:
 




 Kilka uwag do stylizacji: szerokie, miękkie, sztruksowe spodnie Pan Mąż kupił na Allegro sobie. To on kocha oranże, ja nie przepadam. On nosi spodnie w rozmiarze 32/34. Ja używam 34/32. I mu się pomyliło. Zyskałam niechciane porcięta, ale przynajmniej mam je z czym nosić. Ten kobalt w towarzystwie niebieskich dżinsów traci nieco dzikość, z oranżem daje czadu. Co do mojej figury, w firmie five sisters można sobie sprawić gorset w którym można oddychać i jeść i nie epatować brzuszyskiem. Na ostatnim zaś zdjęciu modelka Bajka prezentuje jedwabny szal, który to wszystko, łącznie z moimi paznokciami zbiera do kupy. Szal zachwycał mnie kiedyś jedynie surowcem, ale używany jest często bo umie godzić takie różne szalone kolory.
Co do starości to  cofnęła się bardzo prędko po sprawdzeniu TSH i skorygowaniu dawki hormonu tarczycy. Już po pierwszej tabletce zasnęłam jak kamień na pełne 8 godzin.  

wtorek, 27 stycznia 2026

Szukając świętego Graala

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

O jakiego Graala chodzi? O zupełnie zwykły sweterek w serek. O sweterek, w którym okrągłe panie z krótką szyją wyglądają najkorzystniej. Nic nadzwyczajnego a nawet wręcz przeciwnie. Bez ozdóbek, bez koralików, bez ażurków, bez warkoczy, bez dziwacznych pomysłów konstrukcyjnych no i najważniejsze bez akrylu, bez poliestru, bez wiskozy, bawełny, modalu i innych takich zamienników porządnego sweterkowego surowca. Na zimowy sweterek nadaje się bowiem albo merino, albo wełna jagnięca albo kaszmir. I jeszcze żeby ten sweterek był granatowy. Może niekoniecznie w kolorze majtek gimnastycznych z mojego dzieciństwa ani gatek atramentek, jakie były na wyposażeniu Wojska Polskiego za PRL, ale piękny, ciemny granat... ach.

Jeden, nawet z prawdziwego, mięsistego kaszmiru zrobiłam sobie sama. Tyle, że nie umiałam w nim zrobić klasycznych ściągaczy. Ma tunele z gumkami i szczyt elegancji to nie jest. Zatem szukałam tego Graala dalej. Internet rozwiązania nie przyniósł. W sieciówkach sweterki są bawełniane albo jeszcze gorzej. A jak surowiec jest OK, to cena kosmiczna. Benetton coś takiego ma w ofercie ale tylko w odległych krainach. Na wyprzedaży nawet cena OK, tyle, że czeka się nie wiadomo ile na wyrób, bo zainteresowanie ofertą duże. W Wólczance sweterki w serek są. Dużo nawet, tyle że zielone, czerwone i brązowe. Dla ciepłolubnych w kolorystyce. W Outlecie w Piasecznie żadnych serków w moim rozmiarze nie było. Jedynie crew neck bardzo teraz modne, w których pulchna kobieta z krótką szyją wygląda najgorzej jak się da. No i w końcu trafiłam tego Graala w Uniqlo. I w wersji merynosowej i kaszmirowej. I w cenie do przełknięcia za taki surowiec. No ale tam projektuje te sweterki Ines de la Fressange, a ona się na dobrym wyglądaniu zna. Niemal się ze szczęścia po ulicy turlać chciałam. (I okazało się, że chwilowo w Zarze też się ten Graal pojawił, wełniany, szorstki i droższy niż w Uniqlo). Teraz, mając w szafie zapas bazowy, mogę sobie sweterki w serek robić sama: z kobaltowej Mirelli z Włóczek Warmi na bazie wzoru Idril. Warkocze w talii sobie daruję. Z Holsta Supersoft połączonego z prutym szetlandem, bo sam Holst jest bardzo nietrwały, temu to nawet może cekiny dołożę. Z wełny islandzkiej, no i z pozostałych granatowych na ogół zbiorów. To się doskonale nosi. W tym mi dobrze, co tu kombinować.

I tak się dzieje z każdym dosłownie podstawowym elementem garderoby. Wełnianej spódnicy ołówkowej próżno szukać (jak się chce i podszewki i kieszeni). Jedynie lnianych koszul jest pod dostatkiem.

Z frontu malarskiego: w Akademii Golor ćwiczę różne umiejętności: zakomponowanie martwej natury, żeby się zmieściła na kartonie, owale, odbicia, cienie rdzeniowe i rzucane, światło odbite i jego kolor, jak malować szkło i takie tam. Może na ścianę się to nie nadaje, ale o ileż jestem po takim paskudnym obrazie mądrzejsza!


Po drugiej i po czwartej sesji. But był najłatwiejszy. Za każdym razem zmieniało się troszkę ustawienie i światło.

Oprócz malowania mamy też coś, co się nazywa zajęcia konceptualne. Znaczy samemu trzeba z podanych materiałów coś wymyślać. Nie wiem o co tu konkretnie chodziło, był i rysunek martwej, i wykonanie elementów do kolażu i sklejenie tego w całość. Wyszło takie:

Paskudztwo znalazło natychmiast chętną, która to przygarnęła. Nie wiem po co jej to, może zeszyt tym obłoży. Dla własnej radochy już w domu namalowałam sobie nasz park w śniegu. Miałam tu parę technik do przećwiczenia.


 Specjalnie dla Iksińskiej od mojej groomerki:

Pies, który zawsze był na dworze wypuszcza podszerstek, żeby w zimie nie zamarznąć. Jeśli go teraz, w mrozy zabrać do domu, to się zacznie rozbierać z podszerstka. Gwałtowne linienie trwa ok dwóch tygodni i jest oczywiste. Proces nieco przyspieszy wyczesywanie. Furminator pracę ułatwi. Gromer w pracy robi to tak: zaczyna od czesania, czesze, czesze ile się da. Potem pies idzie do kąpieli w ciepłej wodzie. Masuje się go z szamponem, płucze, nakłada odżywkę o pH 7, (ludzkie 5,5 się nie nadaje), cały czas się masuje skórę w cieple. Pory się rozszerzają, włos się rozluźnia. Przy płukaniu wyłazi masa włosa. Zaczyna się suszenie i czesanie w podmuchach suszarki i teraz wyłazi znów masa podszerstka. Taka procedura nieco ograniczy linienie w domu, ale go nie zatrzyma. Pies musi zrzucić co wyhodował, bo się w domu w tym upiecze. Teraz trzeba się zdecydować, czy trzymamy psa w mieszkaniu aż do temperatury +5 oC, czy jednak on mieszka na dworze i futro ma cały czas grube, aż do wiosny. Inaczej być nie chce. Zwierzęta mieszkające w nieogrzewanych pomieszczeniach muszą mieć futro. I konie i krowy obrastają na zimę, bo muszą.

czwartek, 22 stycznia 2026

Krwiożercza Kopa

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

 


Oto Kopa Cwila, najwyższy punkt Warszawy. Kiedy w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku budowano Ursynów, ziemię (a w przypadku Mazowsza ziemia to  piach wymieszany z gliną) z wykopów pod bloki zwieziono w jedno miejsce i usypano sporą górkę. Poza skarpami wiślanymi na lewym brzegu rzeki nie ma w Warszawie wielu miejsc, gdzie można by w zimie jeździć na sankach, toteż górka od początku stanowiła na Ursynowie centrum zimowych sportów. Planowano nawet na niej wyciąg narciarski wybudować, ale się jakoś nie złożyło. Górka ma dwa szczyty przedzielone przełęczą, a stok północny jest długi i łagodny, prowadzi wprost do parku powstałego po likwidacji działek, parku pełnego starych, grubych drzew owocowych i masy krzewów. Stok południowy jest bardziej stromy i nawet ktoś wykonał na nim dwa progi, na których można się wybić w powietrze.
Ostatnie lata w śnieg nie obfitowały, coś tam prószyło, nawet kilka centymetrów śniegu powodowało zawsze najazd saneczkarzy na Kopę. Z psami wtedy lepiej było się tam nie pojawiać. Ten śnieg ostatnio po kilku dniach topniał i tyle było zabawy. Mimo tego zawsze przed prognozowanymi opadami służby miejskie ustawiały przed ławkami, latarniami i grubszymi drzewami zapory ochronne ze słomy. Aby chronić saneczkarzy przed rozbiciem się na ławce, koszu na śmiecie czy latarni. No i żeby drzew tak zanadto nie poobijać.
 



 Śnieg spadł dobrze przed feriami i natychmiast górka została wzięta w posiadanie przez saneczkarzy. Wyjeździli ją na gładko. Potem przyszło krótkie ocieplenie i ponownie mróz. Nasza dość niewinna górka stała się lodowym krwiożerczym sankojadem. 
 

Po weekendowych szaleństwach wokół górkowych śmietników pozostawały połamane sanki i inny sprzęt do rozpędzania się na lodzie w ilościach hurtowych. Wprost oczom nie wierzyłam, na czym można zjeżdżać z lodowych tras. Do niedawna królowały plastikowe jabłuszka, zwane przez niektórych dupcokami. Takie jabłuszko zupełnie nie chroni dzieciaka, nie można nim sterować i nie chcę wiedzieć jak się czuje dziecko jadące na tym na lodowej wyrzutni albo na muldach. Jabłuszka są tanie i kolorowe stąd wzięcie. Producent na pewno na tym nie jeździ.

 Płaskie plastikowe sanki z maleńkimi plastikowymi grabkami po bokach w roli hamulców (ha ha!!) to dziś najczęstszy śmieć. Korytkom pęka dno, czasem odpada, czasem kruszy się  na ostre kawałki. Można w tym ciągnąć dzieciaka po śniegu, ale zjeżdżać po lodowym, nierównym torze?

 Rodzice pamiętają chyba na czym się powinno jechać, bo dla siebie wybierają sprzęt porządniejszy, dzieciom zostawiając materac na sznurku. Albo dmuchane, ceratowe koło do pływania. 

 Widziałam dzieciaki zjeżdżające na foliowym worku na śmiecie pełnym słomy wyjętej z ochraniaczy śmietników i ławek.  Plastikowa torba z Biedronki też się nadała. Sanki drewniane też jakieś nietrwałe są, widziałam wiele rozbitych sztuk. Co ciekawe obecne sanki metalowe są jeszcze marniejsze, rozłażą się bardzo łatwo, bo to wprawdzie metal, ale cieniusieńki, taki jak chińskiej produkcji kije do szczotki, słaba kobieta łamie to w dłoniach bez trudu.
Gdyby ta Kopa pożerała tylko sanki... Niestety jest krwiożercza. Karetka pogotowia przyjeżdża tu kilka razy dziennie, wypadkom ulegają i dorośli i dzieci. Pan z Zieleni Miejskiej, codziennie dokładający słomę wokół ławek i latarni nie może się nadziwić gdzie ci rodzice mają rozum. Jak można puścić pięciolatka w plastikowym, kruchym korytku po lodowym torze kończącym się w krzakach a samemu stać na górce i palić? I ryczeć na innych bo przeszkadzają? Ponoć dzisiejsi rodzice tacy opiekuńczy są, ale czy ja wiem? Czy naprawdę nie można dzieciakowi kupić porządnych sanek?
 

niedziela, 18 stycznia 2026

Czas to tajemnicza sprawa

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Czas to rzecz bardzo tajemnicza. Dawniej był nieskończony, leniwie płynął a na niektóre zdarzenia nie można się było doczekać. Było raz jasno, raz ciemno, zimę od lata oddzielała nieskończona wręcz rzeka czasu. Wakacje trwały długo, czas na wszystko był i niekiedy bywało go wręcz za dużo. Z niedowierzaniem słuchałam starszych skarżących się na jego pęd. Pewien pan ujął to lapidarnie: Kiedyś bywało ciemno, jasno, ciemno, jasno. A teraz biało, zielono, biało zielono.
I fajnie, tylko od trzynastu lat nie bywało biało. Tak naprawdę biało i zimno. Jakiś niemrawy śnieżek się przytrafiał, ale żeby aż tak jak teraz, to nie. Pławię się w tej zimie. Cieszę się nią. Napawam.
Do karmnika przybywają najmilsi goście, sypię tam porządne żarcie, nie żadną tam kaszę z kukurydzą, a słonecznik, orzechy, łój, ziarno w tłuszczu i jest na to branie.
Jery nie pojawiały się, gdy nie było solidnego mrozu. teraz są codziennie.


Rudziki rozrabiają na całego. Przepędzają z karmnika sikorki i panoszą się że hej. 


A to gróbodziub, przyszedł z małżonką. Ma tu typowo zimowe, jasne, ubarwienie dzioba. Zdjęcie z rozpostartymi skrzydłami pokazuje wzór na piórach i krótki ogonek. W połączeniu z grubą szyją  i mocarnym dziobem daje to efekt ptaka-buldoga. Nacisk dzioba tego ptaka dochodzi do 50 kg, gdzieś te mięśnie muszą siedzieć, stąd gruba szyja. Kaszę z kukurydzą bez tłuszczu to tylko gołębie lubią. Nawet mazurki i wróble wolą słonecznik. A sójka nie przyjdzie, jeśli w karmniku nie ma orzechów. No i tak sobie regularnie do Action chodzimy po tę karmę. Przy okazji się żarówki kupiło. I czekoladę.
Lata temu, naprawdę dawno, kupiłam w lumpeksie futro. Takie do ziemi, bez ociepliny nijakiej. Tylko gruba sierść mocno siedząca w skórze i podszewka. Cena była bardziej niż przystępna. No w każdym razie za 150 zł futra nigdy nie widziałam. Tyle, że nie wiedziałam jakież to jest futro, kto dał na nie skóry. Kuśnierz mnie uświadomił, że to szopy. Odtłuszczone, przyzwoicie rozszyte szopy. Jako że wtedy byłam gruba i nieforemna, w futrze wyglądałam jak stóg słomy. Używałam go owszem, na zimowe pogrzeby. Drewniany kościół na Bródnie nie jest ogrzewany, trudno w nim 30 min w poliestrze wytrzymać. Teraz szopy wyszły na światło dzienne i wcale w nim źle nie wyglądam. I mimo -12 ciepło mi od stóp do głów.

 Spotkałam jakąś panią w kurtce z lisów. Bardzo niepewną, czy ktoś jej nie ofuknie. Stanęłam przed nią i powiedziałam tonem jak z pochodu pierwszomajowego za komuny: szopy pozdrawiają lisy. Uśmiała się. Ponieważ w naprawdę duży mróz prawdziwe futro nie ma zamiennika, przyjęłam z wdzięcznością radę innej przechodzącej pani. Odchyliła połę wełnianego płaszcza, a w środku, schowana, futrem do właścicielki siedziała koza. Pani sobie peliskę zrobiła samodzielnie. Nie widać futra na wierzchu to nikt się nie czepia. Tak chyba skończą norki mojej mamy kupione we wczesnych latach osiemdziesiątych zeszłego wieku, które już wtedy były z drugiej albo trzeciej ręki a teraz obciach je nosić; od pięciu lat śpią na nich w zimie psy, ale futro wciąż wygląda dobrze.
Ponieważ wojna w Ukrainie wciąż ma się dobrze ponownie przetrzepałam zapasy włóczkowe i ponad trzy kilo ciepłego surowca przekazałam  do przerobienia na skarpety dla szpitala frontowego.

 
Sama skończyłam projekt skarpetkowy na uprzedni rok, ostatnia para poszła do szefowej sklepu z materiałami plastycznymi dla upamiętnienia dwudziestopięciolecia znajomości. Obdarowana się wzruszyła. Teraz ruszam z ambitniejszymi projektami, jak zrobię to pokażę. 
I jeszcze jedno. Jedwabne apaszki z Temu w większości są jedwabne. Jedwabna włoczka z Temu jest na bank jedwabiem sztucznym z wiskozy. Jest to tanie, nosić się powinno dobrze, choć pewnie będzie się mechacić. Jedwab ma bardzo długie włókna, wiskoza bambusowa nie. Będą knoty. Za to było tanie, nawet jak na wiskozę. Tylko trzeba tę cieniznę w dwie lub nawet trzy nitki brać bo inaczej to druty 1,5. Nie grubsze.
Zima jest, cieszmy się nią.



Nasza mizerna górka, Kopa Cwila, potrafi przy odpowiedniej pogodzie Himalaje udawać!
 





 


sobota, 3 stycznia 2026

Let it snow

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Moja osierocona koleżanka szlochała gorzko tydzień, ale gdy i dziecko i były mąż, lekarz zresztą, kazali jej natychmiast brać kolejnego psa, nieco oprzytomniała i zaczęła się rozglądać. O mało nie pognała mojego Pana Męża hen za Wrocław, bo tam na OLX ktoś trzyletniego Westa oddawał za darmo. Na szczęście ten ktoś się rozmyślił i koleżanka nieco przytomniej spojrzała na mapę i na siebie. Schronisko na Paluchu odpadało, nie dają tam psów pod opiekę starym ludziom. Kilka fundacji też moją koleżankę pognało po pytaniu o wiek. Pozostało kombinować i nie wybrzydzać. I rozszerzyć promień poszukiwań poza Warszawę. W rodzinnym mieście koleżanki też jest schronisko, sądząc po stronie i opisie psów jest to dobre schronisko. Miasto jest niewielkie i ludzie się znają. Koleżanka dostała rekomendacje od znajomych dla kierowniczki azylu. Zadzwoniła, powiedziała co i jak i rozsądnie zapytała, jakiego towarzysza życia jej zaproponują. I przystała na propozycję. W najbliższy weekend pojechały z córką po Zulę. Po burą sukę nie mającą nic wspólnego z rasowymi psami, jakie mojej koleżance towarzyszyły przez całe życie. Nigdy nie miała suki. I nigdy nie miała burka, genetycznie przystosowanego, żeby sobie radzić w każdej sytuacji na własną łapę. Ot choćby sprawnie chodząc po pionowym ogrodzeniu z siatki. 15 grudnia Zula zadebiutowała na wspólnym spacerze na Górce.


Co chwila spoglądała na moją koleżankę i na nikogo innego. To w końcu ta kobieta zabrała ją z psiego pierdla i gadała do niej słodko całą drogę. I najwyraźniej dała dom. W łóżku wolno i na kanapie wolno, ale wciąż pewności nie ma...


Z szelek wystraszona Zula wyłazi w sekundę, z obroży też, nie zna otoczenia. Musi być na smyczy przez jakiś czas. Ale od tych nóg nigdzie nie ucieka.


Ogon na smutno, uszy na niepewnie. Co mnie tu czeka? Dotknąć się nikomu nie dawała, przysmaków nie chciała, siusiu robi raz a dobrze na każdym spacerze. Koleżanka jeszcze płacze po Baronie, ale ręce psie futro tulą i doceniają.
Przez ostatnie dwa tygodnie wiele się w świecie Zuli zmieniło. Umeblowała sobie dom. Zagospodarowała wszystkie zabawki po Baronie. Ma schowek na smaczki. Bierze smakołyki z ręki i czasem da się posmyrać pod brodą. Z psami mówią sobie przy spotkaniu dzień dobry. Tylko mówimy do niej Zulus a nie Zula, bo jakoś to lepiej pasuje. 

Powoli ogon zaczął się podnosić do góry, zaczęła swobodnie węszyć i rozglądać się po okolicy. I zaczęła znaczyć teren. Co oznacza, że jest już u siebie!


Spadł śnieg i wszystkie psy i dzieciaki mają masę radości.


A dziś Zula hasała już bez smyczy. W cichym i odległym od ludzi i ruchu miejscu. Gdy się zagęściło bez mruknięcia poszła na smycz. Wygląda na to, że będzie pieskiem grzecznie chodzącym luzem, ale najpierw musi przejść szkolenie miejskie, dowiedzieć się co nieco o ruchu ulicznym, szklanych drzwiach i o metrze. Trzymajmy palce za burą Zulus.
A ja się ze szczęścia nie posiadam bo pada śnieg. Nie jakaś mokra ciapa, ale porządny, biały, czysty śnieg. I leży. Trzynaście lat tego nie było. Na cierpienia kierowców jestem niewrażliwa. Niejaka pani Natalia, która się Tvn24 skarżyła, że siedzi w korku czwartą godzinę jadąc z Gdańska do Warszawy z dziećmi i nie ma nic do jedzenia i picia i boi się, że paliwa też nie starczy powinna moim zdaniem dostać kolegium za zaniedbanie wobec dzieci, a nie wsparcie. Alert RCB rozsyłają na wszystkie komórki.  Trzeba wcale nie mieć szarych komórek, żeby się w taką pogodę bez zapasów z dziećmi wybierać i to S7. Kary finansowe powodują cudowne odrastanie rozumu. 

Robię orły na śniegu, chodzę w nocy na Dolinę, jest jasno, cicho i pięknie. Pan Mąż nie cierpi zimna i wolałby nigdzie nie wychodzić, ale mam to w nosie. Tak rzadko jest śnieg, mogę się nim nacieszyć.





Cztery pary skarpet skończyłam, pora na jakiś płodozmian.

sobota, 6 grudnia 2025

Mikołajki!

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Dostałam prezent na Mikołaja od tajemniczego X. A właściwie od tajemniczej X, najpewniej od Iksińskiej!


Nikt ze znajomych blogowych ani naziemnych, okolicznych nie robi takich gwiazdek, jedynie Iksińska tak się w szydełkowaniu zakochała, że nie bacząc na ból rąk szydełkuje wytrwale. Na kopercie nie było śladu podpisu ale po pierwsze są stemple pocztowe na znaczkach a po drugie użyto mojego blogowego nicka. Jestem  Iksińskiej bardzo, bardzo wdzięczna.
Sama robótkami zajmuję się jakby bardziej opieszale. Zaczęłam St. Brigid dla siebie i... leży. Sweterek w serek, bardzo skądinąd potrzebny zaczęłam i... leży. Nie mam chwilowo serca do takich robót, skupić się na tym nie mogę, nie mogę wykrzesać ani zapału ani nawet zainteresowania. Szafa zapchana odzieżą mimo rozdawania nadmiarów zmarzniętym i potrzebującym też nie zachęca do produkcji. Bąknęłam coś o granatowym swetrze i już Pan Mąż biegnie z naręczem tychże. Zapomniałam już ile ja tego zrobiłam! Zamiast dziergać nowy zapakowałam się w jego granatowy kardigan z gotlandzkiej wełny. Muszę przyszyć ponownie zamek błyskawiczny bo się tu i tam nadpruł, ale poza tym nic mu nie dolega. Łagodne podgryzanie mi nie przeszkadza.
Jednak jako niezbędne towarzystwo do oglądania filmu wieczorem występują skarpetki. Stale są w robocie:


Zwykle po wykonaniu nie wyglądają aż tak skarpetkowo, ale te dwie pary zblokowałam. I od razu wyglądają. Formę do blokowania skarpetek zrobiłam sobie z pianki kładzionej pod panele: zmierzyłam stopę, narysowałam na piance i wycięłam nożyczkami. Sprawdza się doskonale, kosztowała nic, bo pianka w rolce leżała przy śmietniku, ktoś kupił za dużo i resztę wyrzucił. Tych skarpetek powstało całkiem sporo, ale już od dawna ich nie fotografuję bo to sensu nie ma.
Co do fotografowania to oddałam dziecku Leicę. Mój ostatni iPhone ma wszystko co mi potrzebne w aparacie i potrafi naprawdę dużo. Będąc w Lanckoronie, gdzie w nocy jest naprawdę ciemno sfotografowałam nim Drogę Mleczną i trójkąt letniego nieba, żadna lustrzanka tego nie potrafiła. Sfotografowałam z ręki, bez statywu.


Najlepszy aparat fotograficzny to ten, który się ma przy sobie, zawsze gotowy do pracy. Zdjęć do druku od dawna nie robię a ten notatnik jest bezkonkurencyjny. 
Z wiadomości smutnych to pożegnałyśmy na naszej Górce Baronka, uroczego Westa. Zawsze był stateczny i nieskory do sprintów ale ostatnio zwolnił coś za bardzo. Lekarka tylko przyłożyła do niego stetoskop i wiedziała, Baron cierpiał na idiopatyczne zwłóknienie płuc West Highland White terierów. Biedak przeżył pierwszą wizytę u lekarza o dziewięć dni. Mimo leczenia, koncentratora tlenu i wózeczka dusił się nieubłaganie. Biegnij za tęczę Baronku i poczekaj


Chyba powoli dopada mnie wiek. Gdzieś czytałam, ze starzenie przyspiesza po 64 urodzinach. Faktycznie przyspiesza. Nie mam energii. Jeszcze ranek i przedpołudnie są do wykorzystania, ale po obiedzie posypiam, nie mam siły na nic. Masę czasu i niemal całą głowę zabiera przygotowywanie posiłków. Nie dla cukrzyków oferta gotowców w większości pełna mąki i cukru. Zdobycie nieprzetworzonego jedzenia wcale nie jest takie proste, zagęszczająca się sieć Żabek pełna produktów w folii, ciastek i parówek zaczyna tworzyć powoli pustynię żywieniową. Zdobycie świeżych produktów bywa już problematyczne. W Bogaczewie gdzie spędziliśmy tydzień w jedynym sklepie nie było nic świeżego do jedzenia. Restauracjom nie można zaufać, niestety. Mamy kilka lokali, gdzie nie strach zjeść, ale codziennie się nie da. A jak się zje coś nie takiego to glukometr powie prawdę. Co ciekawe czekolada w umiarkowanych ilościach może być.
Walcząc z marazmem zapisałam się na kurs plastyczny dla dorosłych. Po drugiej stronie ulicy, nie trzeba majdanu wlec nie wiadomo dokąd, fachowo rozkminiane są takie sprawy jak temperatura barwowa, rodzaje perspektywy, odbicia w szkle i metalu. Bo w dziedzinie malarskiej od pandemii wiele nie robię. No to sobie chodzę i studjuję takie zagadnienia:


Nie jest to może specjalnie dekoracyjne, zwłaszcza rysowane ołówkiem, ale ileż tu jest do nauczenia się. Odbicia, zbieżności, elipsy, cienie, faktury. Nie jest nudno. A pan prowadzący ma sokole oko i palcem pokazuje, co jest nie tak. O to mi właśnie chodziło. Swawolnie mazać w szkicowniku można sobie w domu.
Jesienią wyskoczyłam na kilka dni do Lanckorony. Moje panienki zapracowały na przywilej bywania w całym pensjonacie w dowolnym czasie. Od razu po przyjeździe zostały poproszone o pomoc: do spiżarni wprowadził się szkodnik i pozostawił charakterystyczne ślady. Panienki pocwałowały do spiżarni i wywąchały biegiem o co chodzi. Bajka wraz z Gospodynią poszły zwalczać szkodnika, Gospodyni wsadziła Bajkę na wskazaną półkę i pilnowała , by kompoty, grzybki i ogórki w słojach nie pospadały na ziemię, a Bajka błyskawicznie się rozprawiła z niechcianym gościem. I w spiżarni nie trzeba było rozkładać trutki na gryzonie.



Teraz nikt już nie mówi, że w jadalni pies ma nie bywać. Zwłaszcza, że za piecem chyba też ktoś pomieszkuje.
Jesień to zdecydowanie pora terierowej pracy. Przez kilka tygodni I Frania i Bajka były bardzo zajęte tępieniem gryzoni. Oka z nich nie mogłam spuścić, a w parku poznałam chyba wszystkie szczurze nory.


Poza tym jest coraz więcej wiewiórek! Ta akurat mieszka w Łazienkach Królewskich, ale na naszej Górce też jest ich sporo, czasem nawet widzę jak rudas zagląda do naszego karmnika.