Bo że idzie wiosna nie ma wątpliwości. Amarylis kwitnie jak oszalały i już nie jak megafon, ale jak bukiet megafonów wygląda. Azalia nie chce przestać kwitnąć, pierwiosnki wymusiły na mnie rozszczelnienie okien, hiacynty pchają się z kwiatami a wokół oczka w ogródku najwyraźniej widać pędzelki krokusowych liści. I zasadzone w ziemi zeszłoroczne cebule hiacyntów też zaraz zakwitną.
Nie mówiąc o ciemiernikach z Biedronki, co jeszcze w doniczkach stoją na tarasie i kwitną jak zwariowane.
Zatem pora była przejrzeć garderobę, poczytać o trendach i chwilę pomyśleć nad jednym i drugim.
Jak wspomniałam mam na moje ciuchy jeden jedyny metr patyka do wieszaków Na tym metrze mieszczą się moje wszystkie spodnie, sukienki, spódnice, bluzki, gorsety, marynarki, płaszcze, futra, paski i apaszki (na specjalnych wieszakach). Pan Mąż taki sam metr, znajdujący się dokładnie nad moim metrem, wykorzystuje jedynie na marynarki. W szafie obok ma 1.30 metra bieżącego upchanych na ścisk koszul, w sypialni 2.4 metra kurtek skórzanych i spodni. Samo porównanie ilości posiadanej przez nas garderoby pokazuje, kto do spraw mody przywiązuje większą wagę i kto po sprowadzeniu się do tego mieszkania wywojował dla siebie więcej miejsca w szafach. Naturalnie mamy jeszcze trochę ubrań. On ponad sto par skarpet, ja niewielkie ich pudełko. On ma dwie szuflady krawatów, ja sporo szali i rękawiczek. Butów mamy chyba podobne ilości, z tym że ja nie powielam kolorowych trampek, a on nie ma nic na szpilce. On nie nosi staników ani pończoch, za to podkoszulków i bluz ma znacznie ode mnie więcej. Swetrów też. Te zapasy zdywersyfikował w różnych miejscach, zatem ich ilości nie sposób ocenić na jeden rzut oka.
Mimo to nie czuję się niedoubrana. Wręcz przeciwnie. Dawniej miałam poczucie, że jak mam tego mniej niż on, to jestem gorsza, ale z biegiem lat całkiem mi to przeszło. A przeszło dlatego, że co sezon całą garderobę, od A do Z, przeglądam , czyszczę z archiwaliów i uzupełniam o kilka brakujących sztuk. Najczęściej są to dżinsy, staniki i kolorowe koszulki, bo jako używane najczęściej najszybciej kończą żywot. A Pan Mąż wie co jest modne, dokupuje co trzeba, ale nie bardzo umie wyrzucić starocie.
Nie czekam aż moda wróci (jak wróci za 20 lat to jaka będę już innego rozmiaru, albo wróci w innych kolorach), nie czekam aż schudnę, nie czekam aż coś zniszczonego samo się w szafie naprawi.
Lekcje Trinny i Susannah dały mi błogosławioną pewność, co się dla mnie nadaje, a czego mam nie dotykać, choćby najpiękniejsze mi się w sklepie wydawało. Oszczędza mi to masę czasu, masę myśli i sporo pieniędzy.
Wzruszają mnie ponadto rozważania różnych doradców i stylistów, którzy co sezon dają nam całkiem nowe wskazówki co do odzieży odpowiedniej dla naszej konkretnej figury. Jakimś cudem spodnie, które dawniej dodawały nam centymetrów dziś nas wyszczuplą, bo dziś są w sprzedaży w każdym sklepie. To samo z bluzkami i marynarkami. Na szczęście żaden z tych mędrców nie dyskutuje z koniecznością używania dekoltu w serek przez panie bujnie obdarzone z przodu i o krótkiej szyi.
Zdarzają się wciąż niemądre uwagi o dżinsach: a to że niewygodne, a to że piją itd. Niech sobie gadają, co chcą. Żadne inne spodnie nie wytrzymują tyle kucania, siadania na wszystkim, bawienia się z dziećmi i psami bez wygniecenia się na amen. I żadne nie przetrzymują bezboleśnie tylu prań w pralce.