czwartek, 19 października 2023

Kulinarna Odyseja 2

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Pishinger: paczka wafli suchych, 250 g masła (żadnej margaryny!) żółtko, filiżanka drobnego cukru, cukier waniliowy lub kilka kropli esencji waniliowej, dwie łyżki kakao, 100 g orzechów włoskich zmielonych. Masło z żółtkiem i cukrem utrzeć na puchatą masę. Ręcznie trwa to pół godziny, w malakserze chwilkę. Dodać cukier waniliowy, kakao i orzechy, dobrze wymieszać. Smarować wafle tak, by starczyło na wszystkie, złożyć razem, przykryć papierem do pieczenia lub folią, obciążyć grubymi książkami i zostawić na kilka godzin. Nie robić tego w upały. Pociąć ostrym nożem na ładne kawałki i jeść.

Pimposhce bardzo się podobał niegdyś mój post o Głowiźnie. Jeśli ktoś ciekaw, niech kliknie i przeczyta. Ten stary post ujawnia kolejny aspekt domowego gotowania, czyli robienie zakupów i koszty jedzenia. 
Gdy zaczynałam, zakupy przypominały raczej łapankę towarów niż jakieś przemyślane, zaplanowane zatowarowanie. Nigdy nie było wiadomo co będzie w sklepie, co przywiozą, czego starczy dla mnie i z czym wrócę do domu. No i ile czasu te zakupy potrwają. Początkowo dziadek, bez jednej ręki za to z legitymacją inwalidy wojennego obsługiwał sprawy mięsno najważniejsze, potem spadło na mnie.
Takie kupowanie powodowało, że się człowiek szybko uczył. Nie było to tamto, trzeba było przyrządzić i zjeść to, co akurat było dostępne. I to tak przyrządzić, żeby wybrzydzacze milczeli.
Dość szybko opracowałam krótki katalog potraw do ugotowania szybko, na pamięć, bez sprawdzania w grubych książkach co i jak. Restauracji by się z tym repertuarem nie założyło, ale jedli i nie marudzili. Latem repertuar powiększał się o matczyne plony z działeczki. Pamiętam pewien krzaczek sałaty, który jedliśmy całe lato. Roślina nie wystrzeliła w kwiat, codziennie mama obrywała nową rozetkę strzępiastych, czerwonych, jakby już smakujących musztardą liści. Któregoś lata nagle pojawiła się cukinia, której jeszcze nie było w handlu. Matka hodowała ją, aby była jak największa, a przecież najsmaczniejsza jest malutka! Zimą był mniejszy wybór.
Do dziś mi zostało, że pomysły na potrawy najskuteczniej wpadają mi do głowy w mięsnym i warzywniaku. `Muszę surowiec widzieć ze wszystkich stron, żeby wiedzieć co z niego będzie. Niestety ta umiejętność ginie przy zakupach przez internet. Pewnie kiedyś do tego dojdzie, ale póki co trzymam się dzielnie i aprowizuję nas podczas codziennych psich spacerów. Raz na jakiś długi czas odwiedzam bez entuzjazmu supermarket i hurtem kupuję żelazne zapasy: olej, kasze, makarony, bakalie jadalne dla cukrzyków i to wszystko. Marketowe mięso i warzywa to raczej pasza niż jedzenie, niestety. Nie mam żadnego doświadczenia z gotowcami poza pyzami i kluskami śląskimi, które teraz i tak wypadły nam z repertuaru. 
Paradoksalnie robienie zakupów w osiedlowych sklepach koło domu i na okolicznym bazarku zabiera najmniej czasu i daje najlepsze, najświeższe produkty. Za ten komfort jestem gotowa zapłacić te kilka złotych więcej.
Kolejna pułapka domowego gotowania to osobiste preferencje stołowników. Przekleństwem mojego dzieciństwa było uwielbiane przez dziadka mięso z rosołu, takie trzęsące się, z fąflami i tłuszczem; też to musiałam jeść, choć owo mięso koniecznie chciało wrócić na talerz. Rozumiem, co to znaczy "nie lubię".
Ustalenie wspólnych dla wszystkich jadalnych produktów w obrębie jednej kultury kulinarnej bywa trudne, a co dopiero międzykulturowo, uch... Pan Mąż ponoć nie cierpiał czosnku, chili i krewetek. Czosnek i chili grzecznie je, krewetek odmawia, ale gdy ich nie widzi to nie narzeka. Bywają zatem czasem posiekane i niewidoczne. Bo ja je bardzo lubię.                                                                            Jeszcze inna historia to dzieci niejadki. Tu bywa trudno i grubo. Z moją córką były trzy światy jak chodzi o jedzenie. Jako dziecko głodne była nieznośna, płaczliwa, upierdliwa i straszna. Jako dziecko najedzone była przeurocza, łatwa w obcowaniu i zgodna. Przestawienie jej ze stanu "głodna" do stanu "najedzona" wymagało kunsztu kulinarnego, sprytnego doboru składników i morza cierpliwości. Ludziom, którzy mówią żeby bachora przegłodzić to zje, zalecam a) pozajmowanie się czas jakiś głodnym dzieckiem, b) próbę wybrnięcia z anoreksji, gdy się już w nią zabrnie. Był czas, gdy Misia spożywała Nutridrinki i pestki słonecznika solo. W pewnym momencie się poddałam i dziecko jadło tłuczone ziemniaki i kiszoną kapustę. Do dziś te produkty stanowią podstawę jej diety. Co zrobisz jak nic nie zrobisz? Z głodu nie umarła.
CDN


środa, 11 października 2023

Kulinarna Odyseja 1

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Nie może mi wyjść z głowy ostatni post Pimposhki. Ogarnięta zazwyczaj aż za bardzo Pimposhka skarży się na swoje kuchenne  może nie tyle porażki, ale nie do końca sukcesy. Na brak satysfakcji z działalności w kuchni. Pisze wprost, że gotować nie lubi, a pod wyszczególnionymi punktami precyzyjnie pokazującymi w czym problem mogłabym się obiema rękami podpisać. Ja też lubię dobrze jeść. I ja, jak każda niemal z nas stanęłam kiedyś w kuchni przed kuchenką i nad garnkami bo trzeba było rodzinę nakarmić. A inni się z tego sprytnie wymiksowali.
Ci co się wymiksowali byli regularnie co do minuty głodni i bardzo wybredni, wzrastałam bowiem wśród Aspergerów. Ich szczególny stosunek do urozmaiconego jedzenia jest jednym z kryteriów diagnostycznych zaburzenia. Dobrze, że gotowane kartofle wszyscy lubili. Ten komfort się skończył wraz ze zmianą mężów. Pan Mąż aktualny kartofli gotowanych nie jada. 
Gotuję rodzinie odkąd skończyłam 15 lat, bo nie było innego chętnego na to stanowisko. Babcia wspierała robiąc paskudne zupki i lepiąc pierogi, ale babcia nie lubiła jeść i nie umiała gotować. Robiła to z obowiązku i bez szczególnych sukcesów. Mama wybrzydzała. Była mistrzem wybrzydzania. Od teściowej nr 1 dostałam kiedyś dzieło Kuchnia Oszczędnej Gospodyni. Wydana we wczesnych latach osiemdziesiątych książka kucharska z propozycjami potraw z dostępnych wówczas składników czyli z mielonego mięsa w kostce (chyba z psa pomielonego razem z budą), zapakowanego jak smalec w niebieski papierek, parówek, kapusty, cebuli i marchwi. Mama wzięła to dzieło w ręce, przejrzała, z obrzydzeniem na twarzy odczytała jak zrobić potrawę Gar Kapuściany (!) i... o mało się przy tym wszyscy nie porzygaliśmy. Łatwo nie było, książka poszła do śmietnika.
W bólach i znoju poznawałam podstawy niekochanego, uprzykrzonego i nieuniknionego zajęcia. Jednakoż zawsze wyznawałam zasadę, że wiedza nie szkodzi. Nawet wiedza kulinarna. Książki wydawały się być niezłym źródłem wiedzy ale... Są książki i książki. Kuchnia Polska, która była w każdym polskim domu okazała się tak samo pożyteczna jak ta Kuchnia oszczędnej Gospodyni. To się może dla jakichś szalonych wielbicieli nadawało, dla mnie było bezużyteczne. Za to Książka Kucharska dla Samotnych i Zakochanych Marii Lemnis i Henryka Vitry to było to. Tam napisano jak usmażyć kiełbasę, befsztyk i jak zrobić najpyszniejszego Pischingera na świecie. Do dziś tort waflowy robię tylko z tego przepisu.
No bo z książkami kucharskimi jest tak, że jest to produkt, który ma przede wszystkim przynieść zysk. Autorowi i wydawnictwu ma to przynieść zysk. I obeznany z tą zasadą czytelnik/kucharka powinien kupując książkę kucharską mieć to na względzie. Są też uwarunkowania że tak powiem geograficzno kulturowe. Niemieccy autorzy mają tendencję do kilometrowych list składników. Nie nadaje się to do odtworzenia w domu. Jak się ma pracę, studia, dzieci, hobby i jeszcze jakieś zainteresowania, to to się nie nadaje.
Mając maleńką dziecinę gotowałam słynne zupki. Codziennie taką zupkę trzeba było zrobić od obrania warzyw do miksowania. Tak to znienawidziłam, że zup konsekwentnie nie robię do dziś. Raz próbowałam wykonać bulion wołowy. Śmierdziało to niedomytym pracownikiem naukowym przyodzianym w anilanowy sweter. Nigdy więcej bulionu wołowego.
Przełomowym dla mnie dziełem okazała się The Good Housekeeping Step by Step COOK BOOK. Ilustrowana bardzo dokładnie, z tabelami, z indeksem ilustrowanym fotografiami bardzo porządna książka z której dało się czegoś nauczyć. Przepisów w niej nie za dużo, ale wszystkie standardowe potrawy, które europejczyk w roku pańskim 1980 znać powinien były. I listy zakupów krótkie! Książkę dostałam na 25 urodziny, zaczęłam jej używać ledwo znając angielski, ale się nauczyłam i używam do dziś. Rozszerzyło mi to dzieło horyzonty zdecydowanie. Kolejna była Kuchnia Polska Marka Łebkowskiego. No cud po prostu nie książka kucharska. Masz produkt. Znajdujesz go w indeksie. I masz kilka stron przepisów co z tego zrobić. Kolejna była Julia Child i Marcella Hazan z jej kuchnią włoską. Owszem, trzeba się naczytać, ale wiedza osiągnięta jest nieoceniona. Kto raz zrobił sos pomidorowy Marcelli, składający si e z pomidorów, masła i soli, nie zje nigdy podróbki ze słoika. Za drugim razem już czytać tyle nie trzeba!
Niestety, książki same nic nie ugotują. Dość szybko dotarło do mnie, że gotowanie w domu to nie jest gotowanie restauracyjne. A na trzy ciepłe posiłki dziennie to ja przepraszam nie mam mocy przerobowych. Śniadanie szybkie choć do pełna, obiadowi mogę do 45 minut poświęcić, a kolacje są zimne i pełnoletni obsługują się sami. Bo inne opcje to po prostu jest działalność na pełen etat i jeśli zatrudniona jest jedna osoba, to nawet kawy się przez 12 godzin ciężkiej orki nie da rady napić. Nie mówiąc o pracy, dziecku, hobby czy ciepłej kąpieli wieczorem.
Teraz, gdy covid i cukrzyca dały nam po głowie, a wybredne dziecko od dawna z nami nie mieszka studiuję kuchnię azjatycką i z niskim IG. Kolejne klasy tej szkoły przerabia się dużo sprawniej niż dawniej.
CDN