Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obserwacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obserwacje. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 lipca 2026

I kolejna kołdra

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Lata temu opisałam jeszcze na platformie blox jak kupowałam kołdrę, bo poprzednią Pan Mąż zachomikował na lato w piwnicy obok cieknącego kranu i nasza kochana wełniana cieplutka kołdra spleśniała na amen. Wtedy to kupiłam wełniaka w JYSK, wiozłam ją metrem na plecach i służyła nam wiernie przez co najmniej piętnaście lat. Owszem prałam ją. W wannie, w Perwolu, co rok lub dwa. Pranie bywało konieczne, wychowała dwa nowe pieski w tym Bajkę od szczeniaka, przeszła z nami kilka gryp, covid, wchłaniała maści na różne choroby  i coś ostatnio nie dawałam rady odplamić poszycia. Nie to żebym była jakąś wariatką sprzątającą od rana do nocy, ale jak o tekstylia domowe chodzi, to Państwo wybaczą, kołdra ma być czysta, nie zasiusiana, nie przepocona, nie śmierdząca apteką, przyobleczona w bawełnianą, wykrochmaloną poszwę i ciepła zimą a znośna latem. I nie ma to tamto. To samo dotyczy poduszek. Jak coś nie spełnia warunków to wypad z baru. I tak dumałam nad starą kołdrą i w końcu ją zmierzyłam. Ha, po latach prania zwyczajnie się skuliła! z 2 metrów długości zostało marne 170 cm, szerokość też dramatycznie zmalała. I jasne się stało, czemu Panu Mężowi nogi spod niej wyłażą, a ja mam czasem za okrycie brzeg powłoczki. Zaczęłam tropić zastępcę na ulubionym portalu sprzedażowym. Niestety, zgównowacenie świata objęło także kołdry. Owszem, są wełniane, pikowane, na zdjęciu przepiękne. Ale zwykle wełniane wnętrze przyobleczone jest w poszycie z mikrowłókna. Nie, nie i nie. Ma być bawełniane. W międzyczasie wyciągnęłam letnią kołderkę puchową, którą podarowano nam lata temu z komentarzem, że to bardzo droga rzecz. Nie znoszę jej. Może i była strasznie droga, ale szeleści, w poszwie się ślizga i pocimy się pod nią jak myszy. Wełniana, nawet gruba kołdra nie da się śpiącemu spocić. W tropikalne noce można spać na niej i przykryć się flanelowym prześcieradłem i nie czuje się człowiek jak na niestabilnym lodzie. W końcu upolowałam, trwało to naprawdę długo. Mając kołdrę mogłam spokojnie zmniejszyć do jej rozmiaru przepiękne perkalowe powłoki upolowane jakiś czas temu na Limango. Przed porównaniem rozmiarów mogło to być problematyczne. Gdzie te czasy, gdzie kupowało się pościel na wymiar i wszystko pasowało. Teraz strach kupić powleczenia, bo szansa że wcale nie będzie bawełniana jest większa niż duża. Tu uznałam że wpadka nie będzie przynajmniej kosztowna, 80 pln za komplet 200 x 220 cm wydawało się ceną bardzo umiarkowaną. Kłopot tylko w tym, że owo 200x220 okazało się być 220 x 240 i to 240cm to była długość kołdry od głowy do nóg, trzeba było skrócić, bo znowu byłabym przykryta poszewką. Puchowy szelest zapakowany do worka poszedł do piwnicy na kolejne wieloletnie nieużywanie. Jak się zestarzejemy tak, że ktoś będzie musiał z nami zamieszkać będzie akurat.

Biedna Bajka miała paskudną przygodę zdrowotną. Od jakiegoś czasu zdarzało się jej kuleć. Dostawała Cartrophen już dobre pięć razy a mimo to od czasu do czasu ból kładł ją na ziemię. I akurat w czasie takiego epizodu miała randkę z ulubionym, doświadczonym ortopedą. Ortopeda postanowił prześwietlić Bajkę, bo nie podobała mu się jej wrażliwość na dotyk. Widząc kulawiznę prześwietlił poza całym kręgosłupem i łapkę. Kręgosłup okazał się zdrowy, Bajka ma straszny odruch skórny bo ma, za to łapka okazała się nie całkiem OK. Dawno temu Bajka musiała złamać lub zwichnąć kolejny palec. Tym razem nie przyznała się od razu i wyhodowała paskudne zwyrodnienie, bardziej bolące niż złamanie. Ulubiony ortopeda orzekł, że amputacja palca bardziej pomoże niż ciągłe trucie niesteroidowymi lekami przeciwzapalnymi. W końcu otrułam nimi i Kretkę i Muszkę... Zabieg odbył się 9. czerwca i w dwa tygodnie później po nim pojechaliśmy do Hotelu Las Woda w Wildze. Musiałam tam sama zdjąć kilka szwów z tej łapiny. Nie jest to fizyka kwantowa. Bardzo przydał się nam psi wózeczek, w którym Bajka podróżowała w czasie rekonwalescencji i na spacery i do lekarza i w ośrodku


Teraz łapka wygląda dziwnie, ale po sześciu tygodniach od zabiegu pies już niemal nie kuleje. Ponoć psu do skutecznego chodzenia potrzebne są jedynie dwa palce, a ona ma do dyspozycji trzy. Tyle tylko, że palec trzeci wygląda mi na porażony, mimo  że ponoć czucie głębokie ma. Jeszcze nie dostaliśmy wyników histo-pat, na wykonanie którego nalegał chirurg. Grunt, ze do Jastarni pojedziemy bez wózeczka. I będzie rehabilitacja w wodzie. Za to na codzienne spacery dowożę psiaki autobusem. Trochę ten wysiłek i ruch trzeba dawkować rozsądnie - jedno kulawe, drugie stare. Zresztą spacery po rozgrzanym asfalcie żadnemu psu nie służą.

Jedwabne bluzki zrobiłam i leżą. Jakoś nie mam ich z czym nosić. Kolorowa z rękawami 3/4 jest łatwiejsza do noszenia niż koszulka z krótkim rękawem. Mam problem z dzianinami w lecie. Nie rozumiem konceptu produkowania takich rzeczy z wełny czy moheru na lato. Nawet z bawełny, mechaci się to biegiem, schnie po praniu tydzień i zwykle jest grube.

W zeszłym roku zrobiłam Panu Mężowi czerwonego Arana pełnego warkoczy i planowałam że powtórzę sobie St.Brigid. Po tym czerwonym potworze miałam tak dosyć warkoczy, że minął rok, nim zabrałam się za mój sweter. Coś się chyba pani Starmore pomyliło z ilością potrzebnej włóczki. Wedle książki i na czerwony sweter i na St. Brigid potrzeba tyle samo surowca. Tyle że tamten ma 60 cm długości, a pełnowymiarowa Brygida prawie 80. To tunika. Motki Karismy zaczęły schodzić w takim tempie, że po wykonaniu kawałka kontynuuję w mniejszym rozmiarze. Minęłam połowę pleców więc teraz powinno już pójść szybciej. Zrobię ją krótszą, żeby nic nie dokupować do posiadanych pierwotnie 18 motków.

Do ubiegłego roku dziergałam wieczorami w towarzystwie telewizora i ... przestałam go już zupełnie tolerować. Nie jestem targetem TV, Netflixa, HBO Max też ma mi niewiele do zaoferowania. Czasem obejrzę sobie jakiegoś starocia na CDA, ale też nieczęsto. Niełatwo zmienić nawyki, jednak coraz częściej dziergam ze słuchawkami na uszach słuchając książek. A dzięki nowym okularom znów mogę czytać. Okuliści mnie od jakiegoś czasu spławiali twierdząc, że sobie radzę. Optometrysty z Lux Medu nie chcę więcej widzieć, mimo że jest bardzo przystojny. Osiedlowy optyk poradził sobie doskonale bez niego, do skutecznego czytania brakowało mi ponad dioptrię, nie pomagały już coraz mocniejsze żarówki. Teraz mogę hulać! Przede mną dzieło Roberta Plomina Matryca. Jak DNA programuje nasze życie. 

I jeszcze trochę kiczu: oglądając w Las Woda pewną fontannę postanowiłam kilka nokturnów pastelami popełnić. Rezultaty są obiecujące.




 Nie upieram się przy dużej wartości artystycznej tych wyrobów, ale zabawę miałam świetną. Ostatni obrazek przedstawia Księżyc nad Zatoką Pucką.

niedziela, 18 stycznia 2026

Czas to tajemnicza sprawa

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Czas to rzecz bardzo tajemnicza. Dawniej był nieskończony, leniwie płynął a na niektóre zdarzenia nie można się było doczekać. Było raz jasno, raz ciemno, zimę od lata oddzielała nieskończona wręcz rzeka czasu. Wakacje trwały długo, czas na wszystko był i niekiedy bywało go wręcz za dużo. Z niedowierzaniem słuchałam starszych skarżących się na jego pęd. Pewien pan ujął to lapidarnie: Kiedyś bywało ciemno, jasno, ciemno, jasno. A teraz biało, zielono, biało zielono.
I fajnie, tylko od trzynastu lat nie bywało biało. Tak naprawdę biało i zimno. Jakiś niemrawy śnieżek się przytrafiał, ale żeby aż tak jak teraz, to nie. Pławię się w tej zimie. Cieszę się nią. Napawam.
Do karmnika przybywają najmilsi goście, sypię tam porządne żarcie, nie żadną tam kaszę z kukurydzą, a słonecznik, orzechy, łój, ziarno w tłuszczu i jest na to branie.
Jery nie pojawiały się, gdy nie było solidnego mrozu. teraz są codziennie.


Rudziki rozrabiają na całego. Przepędzają z karmnika sikorki i panoszą się że hej. 


A to gróbodziub, przyszedł z małżonką. Ma tu typowo zimowe, jasne, ubarwienie dzioba. Zdjęcie z rozpostartymi skrzydłami pokazuje wzór na piórach i krótki ogonek. W połączeniu z grubą szyją  i mocarnym dziobem daje to efekt ptaka-buldoga. Nacisk dzioba tego ptaka dochodzi do 50 kg, gdzieś te mięśnie muszą siedzieć, stąd gruba szyja. Kaszę z kukurydzą bez tłuszczu to tylko gołębie lubią. Nawet mazurki i wróble wolą słonecznik. A sójka nie przyjdzie, jeśli w karmniku nie ma orzechów. No i tak sobie regularnie do Action chodzimy po tę karmę. Przy okazji się żarówki kupiło. I czekoladę.
Lata temu, naprawdę dawno, kupiłam w lumpeksie futro. Takie do ziemi, bez ociepliny nijakiej. Tylko gruba sierść mocno siedząca w skórze i podszewka. Cena była bardziej niż przystępna. No w każdym razie za 150 zł futra nigdy nie widziałam. Tyle, że nie wiedziałam jakież to jest futro, kto dał na nie skóry. Kuśnierz mnie uświadomił, że to szopy. Odtłuszczone, przyzwoicie rozszyte szopy. Jako że wtedy byłam gruba i nieforemna, w futrze wyglądałam jak stóg słomy. Używałam go owszem, na zimowe pogrzeby. Drewniany kościół na Bródnie nie jest ogrzewany, trudno w nim 30 min w poliestrze wytrzymać. Teraz szopy wyszły na światło dzienne i wcale w nim źle nie wyglądam. I mimo -12 ciepło mi od stóp do głów.

 Spotkałam jakąś panią w kurtce z lisów. Bardzo niepewną, czy ktoś jej nie ofuknie. Stanęłam przed nią i powiedziałam tonem jak z pochodu pierwszomajowego za komuny: szopy pozdrawiają lisy. Uśmiała się. Ponieważ w naprawdę duży mróz prawdziwe futro nie ma zamiennika, przyjęłam z wdzięcznością radę innej przechodzącej pani. Odchyliła połę wełnianego płaszcza, a w środku, schowana, futrem do właścicielki siedziała koza. Pani sobie peliskę zrobiła samodzielnie. Nie widać futra na wierzchu to nikt się nie czepia. Tak chyba skończą norki mojej mamy kupione we wczesnych latach osiemdziesiątych zeszłego wieku, które już wtedy były z drugiej albo trzeciej ręki a teraz obciach je nosić; od pięciu lat śpią na nich w zimie psy, ale futro wciąż wygląda dobrze.
Ponieważ wojna w Ukrainie wciąż ma się dobrze ponownie przetrzepałam zapasy włóczkowe i ponad trzy kilo ciepłego surowca przekazałam  do przerobienia na skarpety dla szpitala frontowego.

 
Sama skończyłam projekt skarpetkowy na uprzedni rok, ostatnia para poszła do szefowej sklepu z materiałami plastycznymi dla upamiętnienia dwudziestopięciolecia znajomości. Obdarowana się wzruszyła. Teraz ruszam z ambitniejszymi projektami, jak zrobię to pokażę. 
I jeszcze jedno. Jedwabne apaszki z Temu w większości są jedwabne. Jedwabna włoczka z Temu jest na bank jedwabiem sztucznym z wiskozy. Jest to tanie, nosić się powinno dobrze, choć pewnie będzie się mechacić. Jedwab ma bardzo długie włókna, wiskoza bambusowa nie. Będą knoty. Za to było tanie, nawet jak na wiskozę. Tylko trzeba tę cieniznę w dwie lub nawet trzy nitki brać bo inaczej to druty 1,5. Nie grubsze.
Zima jest, cieszmy się nią.



Nasza mizerna górka, Kopa Cwila, potrafi przy odpowiedniej pogodzie Himalaje udawać!
 





 


środa, 6 grudnia 2023

Cicer cum caule

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Kulinarnych rozważań nie skończyłam, więc dorzucę tu kilka słów o jeszcze jednym aspekcie gotowania, mianowicie o wyposażeniu kuchni. Sądzę, że osiągnęłam w tej sprawie stan nasycenia i zadowolenia, bez przeładowania sprzętem i przydasiami.
Nigdy nie byłam szczególnie wrażliwa na reklamę i nie mam potrzeby kupowania maszynowni kuchennej, gotuję dla dwóch osób, sporadycznie dla kogoś jeszcze, nie robię zup z zasady i nie wydaję przyjęć. Fachowcy w restauracjach sprawiają się ode mnie lepiej.
Pierwsza konieczność to garnki. Stalowe kocham za trwałość. Jeśli nie mają plastikowych rączek i uszu, można je wkładać do pieca. Tyle, że potrzebne do nich łapki chroniące przed oparzeniami. Noże mają być ostre, mogą za to być stare i niekoniecznie stanowić komplet. Osełka od kosy i profesjonalna ostrzałka leżą obok noży. Zawsze. Obieraczka od Victorinox, mandolina japońska i porządna tarka Zester Microplane dopełniają sprzęt, a jeszcze tasak, stary, po babci, sprzed wojny i kuchenne nożyczki. Do pozostałych celów tnąco siekających służy malakser - dawniej Braun z dwiema misami, dziś wszystkomajacy Multitalent od Boscha. Malakser stoi na wierzchu na blacie zawsze gotów do czynu, a jego oprzyrządowanie leży w szafce w zasięgu ręki - żadnych pudeł pod sufitem. Piec w słupku na wysokości talii a nie nad podłogą robi różnicę. Ma szyny, na których można w trakcie roboty bez poparzenia się wyciągnąć to co się piecze z gorących czeluści i zrobić z tym co trzeba: polać, sprawdzić, wypędzlować masłem.
Absolutnym przełomem i hitem wyposażenia kuchennego okazała się granitowa, polerowana płyta na blat kuchenny, dostałam ją w prezencie od pana, który remontował nam taras. Na granicie można wszystko postawić niezależnie od temperatury i ph, można też na tym wszystko pokroić i nic w niego nie wsiąknie czyści się biegiem i jak ja mogłam żyć bez tego kamienia? Deski do krojenia, duże, małe i malutkie poszły do śmietnika. Są potrzebne najwyżej do przybijania napów i cięcia tasakiem kości jak ktoś to lubi.


 A, szuflady są o niebo poręczniejsze niż szafki z drzwiczkami. Żadnego pełzania po podłodze i nurkowania w poszukiwaniu garnka czy przyprawy. To tyle. Zmywarka oczywiście obowiązkowa i mikrofalówka też. Natomiast elektryczny multicooker od Tefala stoi i się starzeje. Gaz jest tańszy niż prąd i jakoś fantazji mi ten gar nie daje rozwinąć. Może kiedyś na wakacjach się przyda. Albo jak gaz wysiądzie.

Dostałam od wieloletniej blogowej przyjaciółki Lucy prezent życia. Absolutnie najważniejszą i najlepszą książkę, jaką mi przyszło czytać. Nie jest to książka dla mnie nowa, bo Czarodziejską Górę Manna czytałam w tłumaczeniu kilka razy, ale bez zachwytu. Lucy podarowała mi Zauberberg w oryginale. I to jest zupełnie inna książka. Zupełnie. Zarys treści owszem jest taki sam. Ale jak to jest napisane! Czytam sobie powolutku, po 2, 3 strony dziennie, ze słownikiem Ponsa w telefonie pod ręką (Pons okazał się bystrzejszy od Dudena i szybciej się z niego korzysta). Zdołałam od czerwca przeczytać 3/4 tomiszcza najpierw z rosnącym, a później z niegasnącym zachwytem. Niemiecki jest moim językiem wyuczonym, nie mam wyczucia przestarzałości słów, to pomaga. Nie boję się zdań długości stronicy, choć nie zabierałabym się za ich tłumaczenie. Zauberberg wysłał mnie w świat, którego w polskiej historii nie było, w świat bogatego mieszczaństwa, światowej elity bez kompleksów, za to ze znajomością języków obcych.W świat ludzi dobrze wykształconych, dobrze wychowanych i dobrze ubranych. W polskim tłumaczeniu kompletnie ginie humor Manna a na niektóre przedmioty i pojęcia nie ma wcale słów, tłumacz plącze się w powtórzeniach bo nie ma nic innego do dyspozycji. Przede mną najtrudniejsza część, spór ideologiczny Naphty i Settembriniego. Pan Mąż już czeka, żeby mi to objaśniać. Nie wiem czy sprostam zadaniu. Ale w zanadrzu są jeszcze Buddenbrockowie, na których także bardzo się cieszę. No i Śmierć w Wenecji dostępna na Kindla.
Proza Manna jest bardzo wysokiej jakości. To książka książek. Niestety nie da się po niej czytać wyrobów książkopodobnych napisanych tylko dla pieniędzy według wskazówek dzieła Jak Napisać bestseller.
Niestety, cudownie upierzona watermanem ręka codziennie się nie przytrafia. Lu, dzięki stokrotne.

Robótkowo się nie nudzę. Uznałam że schudłam akurat do rozmiaru L planowanego od lat pasowanego żakietu robionego żakardem, haftowanego i bardzo pociągającego. Zaczęłam go dłubać pod koniec października i dziś skończyłam przody tułowia. Jutro pewnie skończę tył i nabiorę na drut rękawy. Myślałam że to zajmie ze dwa lata, a tu cyk cyk i zrobione. Na zasadzie Zauberbergu, 3 czy 4 rządki dziennie. Zdjęcie zrobione jakieś dwa tygodnie temu, albo i dawniej:


Ponieważ monokultura to nie moja specjalność powstała również filcowa torba dla koleżanki. W szufladzie z dundagą jest masę resztek w przepięknych kolorach. 4 nitki dundagi na drutach 10 dały dzianinę akurat do sfilcowania. Dwa cykle w pralce w towarzystwie mydła (cykl na 40 stopni) spowodowały śliczne sfilcowanie. Obdarowana torbą jest nią zachwycona.


Tak torba wyglądała po udzierganiu




A tak po ufilcowaniu. I wiadomo co robić z resztkami wełny non superwash!
A jutro mam się szczepić na nowy covid. Drugiego covida sobie nie życzę, jeden wystarczy.

piątek, 18 sierpnia 2023

Przeważnie różowo

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Kiedy ogłoszono magentę kolorem roku, bardzo, bardzo się ucieszyłam.We wściekłym różu mi do twarzy. Ponadto w tapczanie, gdzie mieszka siedmiogłowy smok wełniany (którego sama wyhodowałam i którego się trochę boję i którego nie chcę już zdecydowanie rozmnażać), w worku na wełniane kołdry, antymolowym i wielkim leżały motki niesamowicie różowej Teksreny od Liloppi. Wykupiłam ten olor w całości bawiąc się pomysłem jakiegoś żakardu różowo szarego ale wyszło jak zwykle. Rok magenty był w połowie, gdy w Knitterze znalazłam niejakiego Boscobel. Decyzja zapadła w sekundę. Przez caluśki lipiec a może i chwilkę dłużej dłubałam, dłubałam i jest. Wieki całe nie robiłam swetra w kawałkach (poza tym poprzednim (-;) i urobiłam się przy zeszywaniu okropnie. Opisany jest ten Boscobel po amerykańsku, żadnych schematów, rząd po rzędzie trzeba skróty rozszyfrowywać, wykonanie plisy bardziej jak z podręcznika szycie dla lalek niż dziewiarstwa, ale jest. jest różowiuśki, magentowy aż oczy bolą a zęby dzwonią. I ponieważ mnie jest poniżej biustu znacznie mniej to i lezy właściwie.





Pierwsze zdjęcie akuratnie oddaje kolor! W praniu ciut to puszcza, nie wszystkie motki miały to samo farbowanie, rękawy są ciut inne, ale nic to. Zostało ok 20 deko, fałszywy golf, gruby i pod same uszy już powstał, będzie jeszcze czapka i mitenki w sam raz żeby nadać życia szaremu płaszczowi. Jest to konieczne, albowiem turkusowy płaszcz z parzonej wełny został - o zgrozo - nadgryziony przez mole. Owszem widywałam je od czasu do czasu, owszem, zabezpieczyłam siedmogłowego smoka  w tapczanie i wszystkie swetry metodami i fizycznymi (worki bez powietrza, regularne wietrzenie na tarasie) i chemicznymi, (papierki, spraye z permetryną), ale drzwi mamy nieszczelne i cosik od sąsiadów musiało przyfrunąć. Kieszenie z resztkami psich bobków były pewnie bardzo odżywcze. Albo te kieszenie wyreperuję, albo nie. Płaszcz z parzonej, przewiewnej wełny bez podszewki nie jest skuteczniejszy w ogrzewaniu człowieka niż sweter, także nie mam parcia na tę naprawę.

Jeden sweter w takim kolorze to za mało. Jest jeszcze lniana koszula. Tu koszula pozuje w Szczytnie!


Pojechaliśmydo Szczytna na trzy dni, bo Pan Mąż miał obrony. W szczytnie Pan Mąż jest tylko Panem Profesorem i miał tam masę magistrantów w WSPOL. Od sierpnia WSPOL zmieniła nazwę na (ha ha) Akademię Policji w Szczytnie i wszystkich, wszyściutkich studentów trzeba było zegzaminować przed tym terminem, żeby w papierach zamieszania nie było. Pochodziłam sobie po szczytnie. Jest tam gdzie chodzić.

Dookoła jeziora Domowego Dużego prowadzi taka droga. A na tej drodze nikt nikomu nie przeszkadza! Są rowerzyści, ludzie z pieskami, matki z dziećmi a nawet patrol Policji. I cud! Nikt na nikogo nie krzyczy, nie złorzeczy, nie zabrania, nie wie lepiej... Może by tak do Szczytna wyemigrować?


Jezioro Domowe Małe. Obejść można w 20 minut.



Klenczon. Obok Klenczona malutka sadzawka na pieniążki. Akurat, zeby wypłukać ubłocone psie nogi. Też nikomu nie przeszkadzało.

Bo w Warszawie to wszystko przeszkadza. Jakby w ludzi diabeł wstąpił. Przez całą zimę trwały roboty ogrodnicze i hydrologiczne pod Kopą Cwila. Przerabiano wyschniętą nieckę zwaną wielorybem na park fontann, turkusową sadzawkę z filtrem i wytworne miejsce do siedzenia wśród kwiecia. Ładnie to wygląda, ławki i fotele wygodne, pszczółki w kwiatkach pracują, tylko ludziom to coś w głowach zepsuło. Po pierwsze przez kilka pierwszych dni po otwarciu, kiedy jeszcze fontanny działały, najechało masę ludzi z dziećmi. I mieli pretensje do lokalsów, że tu są i że mają psy. Fontanny się popsuły, naprawy były niemrawe i nieskuteczne, dzieci ubyło, za to codziennie objawiał się nowy, samozwańczy dozorca sadzawki. Tego nie wolno, tamtego nie wolno, nie chodz, psa na smycz, niech nie pije, nie oddycha, zniknie. Uf. Nie jestem pewna czy chodzi naprawdę o troskę o dobro wspólne, czy raczej o pokazanie ostatniej istocie w porzadku dziobania, czyli starszej pani, kto tu rządzi. Zatem zrobiwszy kilka zdjęć wyniosłam się na starą trasę nad Smródkę. Tam nikogo nie drażnimy


Turkusowa woda to ponoć skutek użycia pylistego wapienia do wysypania dna sadzawki. Wapienny pył niestety zatkał dysze fontannom.


A ja sobie to tak namalowałam. Amerykański papier Strathmore to nie jest to.

Za to szorstki Arches to poza ceną jest to. Na Arches akwarela pracuje ile sił. Nie jest to mój oryginalny artwork tylko tutek z You Tube, ale widać różnicę w papierze.

 

A, jeszcze byliśmy na wystawie obrazów Fridy Kahlo w Łazienkach i na innej wystawie, w Koneserze, gdzie z rozkoszą obejrzeliśmy masę prac Jerzego Dudy-Gracza. I nawet kupiłam katalog. WYSTAWA FRIDY TO CZYSTE OSZUSTWO NA WADZE. Za 30 pln można zobaczyć trzy, powtarzam TRZY obrazki, z czego jeden porządny, fridowy, symboliczny, ciekawy i znaczący. Pozostałe dwa to liche martwe natury malowane w łóżku tuż przed śmiercią. Za to Duda Gracz fantastyczny.


 


Z Polecenia Brahdelt (i Czajki) Kupiłam sobie album Życie z ilustracjami Lisy Aisato. Koleżanki już się nad nim popłakały, Pan Mąż też stwierdził, że świetny. Ja też tak twierdzą, dzięki stokrotne, Dziewczyny.

Jest na co popatrzeć i co ważne, każdy tam coś ciekawego znajdzie. 

W przyszłym tygodniu Oppenheimer, a później nareszcie Jastarnia.




wtorek, 24 stycznia 2023

Nie wiem, czy wracam, ale żyję

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Dochodzą do mnie głosy, że trzeba by tu coś napisać. Z coś napisaniem jest teraz niełatwo. Do pandemii (i Alicji) (i Marcina) notki same spływały z palców na klawiaturę, zastanawiałam się najwyżej nad koniecznością postawienia przecinka. Teraz tak nie jest. Mam o czym pisać, jasne że mam, ale sama czuję, że coś nie gra, że się nie da, nie składa. Ostatnie notki, pisane z kartką i z punktami do odhaczenia są drewniane i nie moje. Ot takie sprawozdania z wykonania tego czy owego. Wciąż wykonuję to i owo, właśnie skończyłam trzecią z kolei strzałkę, ta konkretnie jest dziękczynna i jeszcze nie została wręczona, poprzednia nawet nie obfotografowana poszła do pani, której jak sądzę życie zawdzięczam, a jeszcze poprzednia grzeje Gośkę, której to po prostu było potrzebne. 

Modelki Frania i Bajka pokazują rozmiar udziergu



Kolory w świetle dziennym.

Te trzy strzałki nauczyły mnie, że nawet najdziwniejsze kłębki wełny z Dundagi znajdą zachwyconych nosicieli. Mam nadzieję, że ta też się spodoba, bo moja wdzięczność dla obdarowanej in spe jest przeogromna.

Zdarzyło się bowiem, że kiedy jeszcze Alicja była u nas, czyli półtora roku temu, spotkałam na mej spacerowej drodze kogoś, kto całkiem nieformalnie wysłuchał moich bied i bolączek i po prostu znalazł mi bardzo porządną psychoterapię. (To jest właśnie cud Ursynowa - nigdy nie wiesz kim jest i co może ktoś, z kim wyprowadzasz na spacer pieski. Możesz trafić na profesora filozofii, emerytowaną kardiolożkę, architektkę, weterynarza albo główną księgową z uprawnieniami budżetowymi lub dziennikarza, nigdy nie wiadomo) Byłam wtedy w takim stanie, że stosowne tabletki miałam już odliczone i wiele nie trzeba było żebym ich użyła. Złapałam się tej terapii jak tonący brzytwy i bardzo uczciwie pracowałam nad sobą (a nie nad wszystkimi dookoła), co przyniosło wymierne rezultaty i odcięcie się od całej masy rzeczy zakłócających zdrowe funkcjonowanie. Na pierwszy ogień poszła Alicja. Poszła do Senior Medu i wciąż tam jest. Problem stał się mniej bolesny, co nie znaczy że znikł. Na drugi ogień poszły wszystkie komunikatory z mojego telefonu. Wyłączyłam na jakiś czas wszystkie powiadomienia poza dzwonkiem telefonu. Po kilku tygodniach włączyłam SMSy, reszta dalej jest wyłączona. I nareszcie czynności przy których trzeba się skupić nie przerywają pikania, gwizdki i melodyjki. I tak zostanie. W zamian mogę czytać nawet długie i mądre książki. Nie cierpię na syndrom odstawienia od komunikatorów wcale. Może dlatego, że mam w końcu prawdziwe, realne z krwi i kości koleżanki z którymi się codziennie widuję? Emerycka banda z Kopy Cwila jest grupą wsparcia w bardzo wielu dziedzinach i każdemu życzę takich koleżanek. Oto obrazek akwarelowy przedstawiający nasze ludzko psie stado.


Na obrazku namalowałam również Wronię, z którą gada Frania. Wronia spotyka się ze mną codziennie i zajada z ręki psie chrupki. Wronia ma partnera/partnerkę Meluzynę, nie wiadomo kto z nich jest jakiej płci, bo u wron nie ma dymorfizmu płciowego, Wronia jest mniejsza i odważniejsza więc sądzę że to samica. Oba ptaki czekają na mnie codziennie pod umówioną robinią. Zdumiewające jak podnoszący na duchu jest kontakt z takim dzikim zwierzakiem, wszystkie koleżanki i psy czekają zawsze aż wrony dostaną swoje żarcie. Psy próbują je gonić, wrony się specjalnie nie boją i nie dają się złapać.


Na Fb jest filmik na którym Wronia je mi z ręki. O filmowanie musiałam poprosić koleżankę, nie sposób robić tego samemu. Wronia nie bardzo lubi obiektyw i gapienie się na nią wprost.

Wspomniałam na początku o Marcinie. Miałam brata.


To jedno z niewielu zdjęć, na których jesteśmy razem. Zawsze było tak, że jedno z nas trzymało aparat. I mój młodszy braciszek zmarł we wrześniu po chorobie strasznej i polskiej. Jego śmierć była przerażająca, jak z horroru i nie będziemy się tu wdawać w żadne szczegóły. Rodzina, którą pozostawił, ze mną włącznie,  długo będzie się zbierać do kupy i zdrowieć.

I tak to jest. Nie wiem czy dam radę pisać tak jak dawniej wesoło i z przymrużeniem oka, bo wesoło to mi specjalnie nie jest. Maluję ostatnio trochę


Zabrałam się za ćwiczenia kaligraficzne bo to bardzo zen. I na dodatek mozna poznać te świetne literki ze średniowiecznych kodeksów, które zawsze mi się bardzo podobały a nie umiałam ich napisać. Kaligrafia jest zabawą tanią, wiele nie trzeba do tego przydasiów a zajmuje ciało i umysł. Czytam, dziergam, nie pokazuję tych udziergów na Ravelry bo... kogo to obchodzi.

Idę w garnku pomieszać, jedno co się nie zmieniło to cukrzyca, która coraz mocniej trzyma nas oboje w pazurach. 




 

niedziela, 12 grudnia 2021

Na to trzeba żelaznych nerwów

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Prognozuję ożycie wielu zapomnianych blogów. Prognozuję wręcz zmartwychwstanie blogowego życia. Kto jest na FB, a jeszcze po wprowadzeniu wersji Meta nie reinstalował systemu, nie zmieniał komputera albo nie zignorował informacji o próbie logowania na konto z nieznanej przeglądarki i z miejsca gdzie nas na pewno nie ma ten nie wie co to są emocje. Wcale nie wie. Wczoraj zniszczyłam sobie cztery godziny z coraz krótszej dostępnej mi puli czasu bo nie zignorowałam takiego powiadomienia i korzystając z podanego przez FB linka zresetowałam hasło.

O ja głupia, już lepiej było tego nie dotykać. Jakoś jestem zalogowana na laptopie i telefonie, ale nie wiem jakie mam hasło, bo za każdym urządzeniem trzeba było wymyślić nowe i potwierdzić kodem. Na tablecie mogę tam wejść przez google a dalszych urządzeń wolę z Fejsikiem w obecnej wersji nie zapoznawać. W tych procedurach pomagali mi: młodsza ode mnie koleżanka z Jaworzna i jej córka, Pan Mąż, koleżanka z Fb  i jakieś forum internetowe. Zaskoczyło mnie że w menu Fb łatwiej teraz znaleźć opcję "Co ma się stać z moim kontem po mojej śmierci" niż "usuń konto". Cierpliwa koleżanka od psich spacerów znalazła tę opcję i jej użyła. Niestety, jej konto nie znikło. Tyle, że straciła do niego dostęp. Inna koleżanka po reinstalacji systemu nigdy już się do swojego FB nie dostała. Za jaki czas dolegliwości dotkną tyle osób, że Zukerberg sam będzie oglądał swoje reklamy i coś z tym zrobi. Ale na razie nie wiem, jakie mam hasło.

Cóż , dowiedziałam się wiele o sobie, że na przykład potrafię się rozpłakać ze złości i przeklinać jak furman, z ruska, brzydko.

Dziś Goodreads zaproponował mi zalogowanie się za pomocą Fejsbuczka, wyniośle to zignorowałam i jak jakiś prostak wybrałam opcję "zapomniałam hasła". I zresetowałam i już. Tyle tylko, że niebawem zamiast książek będę miała na półkach szwadrony notesów z hasłami do rozmaitych stron. Dzięki Bogu podsłuchałam kiedyś w berlińskim metrze dwóch informatyków, którzy dyskutowali o tworzeniu haseł i stosuję ich sposób, jest wydajny, nie ma ograniczeń i nie trzeba być poetą aby działał. Tyle, że od dawna nie jestem w stanie tych haseł zapamiętać, więc zapisuję jak jakiś sklerotyczny leszcz. Nie przyklejam kartki z hasłem na laptopie, bo się nie da, to się robią grube książki powoli.

Zatem wracamy do blogów przynajmniej do czasu gdy inni giganci nie wprowadzą wersji Meta i nigdzie się nie będzie można zalogować.

środa, 24 listopada 2021

Sale

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Odkąd w Empiku książki przestały do mnie gadać a półka z własnoręcznie robionymi swetrami zaspokaja mnie odzieżowo, odkąd Covid zniechęca do wędrówek wśród ludzi, nie bywam w galeriach handlowych. Jednakowoż Pan Mąż, człowiek modny, śledzący trendy, czasem się tam uda. Tym razem mieliśmy wpaść do Tchibo po nocną koszulę (tylko oni mają rozmiar i styl na jakim mi zależy) i zaraz wypaść, ale Pan Mąż dostrzegł Peek & Cloppenburg na końcu alejki i tyle go widziałam. Poszłam za nim. Jakoś tak się dzieje, że dwa razy do roku w czasie wyprzedaży jednak do tego sklepu trafiam. Latem znajdowałam tu gładkie granatowe podkoszulki. Zimą leżały na stolikach z wyprzedażą miłe, kolorowe, wełniane swetry. W dziale męskim było ich znacznie więcej niż w damskim. Tym razem nastąpił jakiś zwrot akcji, przekroczony został jakiś Rubikon absurdu - w całym ogromnym sklepie  na wyprzedaży jesienno zimowej znalazłam jeden jedyny przedmiot zrobiony z wełny: szafirowy damski beret. I nic więcej. Wszystkie kolorowe swetry były jedynie bawełniane. Wszystkie szare i beżowe, niby grube, prążkowane dzianiny były zrobione z akrylu i poliestru. W naszej strefie klimatycznej, w zimie, przy galopujących cenach ogrzewania.

Owszem, były jeszcze stoliki pełne swetrów z kaszmiru, kolorowych jak trzeba i w podejrzanych cenach. Bo porządny sweter z mongolskiego kaszmiru musi kosztować około 600 zł. A te tutaj z 400 na 200 z hakiem przecenili. Znaczy kaszmir kaszmirowy, ale krótkowłosy. Cieniutki, będzie się kulkował i biegiem przetrze się na brzuchu, na łokciach i na brzegach. Kto produkuje taki kaszmir? No wiadomo, Chińczycy. Można go nabyć na Ali Express w całkiem miłej cenie. A kto produkuje całą tę dziwną odzież? No też Chińczycy. No to oni nie będą produkować z australijskich merynosów przecież. 

Ponoć ludzie nie chcą wełny bo ją trzeba PRAĆ. No trzeba kilka razy w roku, ale nie po każdym użyciu jak te bawełniane i akrylowe "swetry" dla lubiących zimno. Ech...

Po koszulę flanelową poszłam do działu męskiego. Tak lubię flanelowe, mięciutkie koszule, że przełknę prosty fakt, że rozmiar, który dopnie się na moim korpusie będzie miał rękawy do kolan i nie dopnie się w biodrach, ale damskich porządnych, flanelowych koszul nie ma wcale. Flanelowe koszule produkowane są jedynie na dość wiotkich mężczyzn o wzroście 182 cm. Jeśli ktoś jest niższy albo wyższy, to musi sobie uszyć koszulę u krawca. O ile uwzględniono rozmaite szerokości wyrażające się enigmatycznym S, M, L, XL, XXL itd, rozmaitym dla każdej firmy szyjącej odzież, to niestety długość jest stała.

W poprzednich latach w tym sklepie widywałam wieszaki pełne porządnie skrojonych i dobrze uszytych spodni, czasami z wyjątkowo fajnych tkanin. Tym razem wszędzie leżały spodnie dresowe na sznurek w talii o zaskakujących cenach i bardzo brzydkich barwach, za to z krzykliwymi napisami.

Cóż, Peek & Cloppenburg nie jest sklepem z odzieżą a sklepem z wizerunkiem. Trzeba spełnić wiele warunków, żeby sobie tam coś kupić. Mieć 170 cm wzrostu będąc kobietą i 182 cm wzrostu będąc mężczyzną. Mieć dużo pieniędzy. Akceptować śmierdzący, zimny poliakryl i nylon, nie pocić się w takim ubraniu. Zgadzać się na dziwne napisy na ubraniu. 

To chyba była moja ostatnia tam wizyta. A na biurku mam rozłożone wykroje na spodnie dresowe dla ludzi, którzy nie dorośli do standardów tego sklepu i są niższego wzrostu. Nie kupię sobie tam wizerunku. Kolorowy wizerunek bez napisów sobie uszyję albo udziergam. A reszta świata niech się martwi o siebie sama.


czwartek, 13 sierpnia 2020

Smutne Żarty

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Udręczeni siedzeniem w domu i w samotności poszliśmy na wystawę Żarty Żartami w Pałacu Ujazdowskim. Trochę przypadkiem akurat dziś, w czwartek wstęp był bezpłatny. I bardzo dobrze, bo gdyby jeszcze za oglądanie tych paskudztw miałabym płacić, to chyba bym ich tam opitoliła.

Czytaliśmy o tej wystawie recenzje. Miał być i Linke (był jeden rysunek, pazerna ręka Wall Street) i Berezowska (też jeden typowy dla niej rysunek) i jakieś żarty polityczne. Coś tam było w starych gazetach. W tym upale i bez klimatyzacji trudno się było na tym skupić. 

Prace współczesne to naprawdę żart z widza. Brzydkie instalacje, żywiczne kałuże , obfitość lepiej i gorzej narysowanych lub z czegoś ulepionych kutasów.  Wymioty z gąbki i plastikowych oczu. Jestem dość biegła w odczytywaniu metafor ale tym razem wysiadłam. Chyba największym dziełem sztuki jest tu broszurka opisująca wystawę. Taki fikołek: Marie Mul pochyla się nad toksycznością nostalgii. Jej prace dotykają miękkiego podbrzusza naszych przyzwyczajeń(!). I w ten zrozumiały deseń 51 stroniczek katalogu z wystawy.

Zachwyt mój wzbudziły jedynie homoerotyczne wycinanki Xiyadie. Tu naprawdę było na co popatrzeć i obfitość ukrytych w nich kutasów zachwytu wcale nie zmniejszała. 

Naprawdę zabawne scenki Manna i Materny z serii Profesor doktór Jerzy Klemens Werner radzi -Czy prać skarpety? i -Czy myć ciało? można było tylko zobaczyć bo już nie usłyszeć.

Niczego wesołego w tej wystawie żartów nie znalazłam. Jestem konserwatywną dziczą nie znającą się na sztuce. Dziś przyjmuję to z pokorą do wiadomości. I więcej do Muzeów Sztuki Współczesnej się nie wybieram.

 

czwartek, 16 lipca 2020

Wściekli, wkurzeni, ponurzy

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Co robi ten pan? Ten pan robi mi zdjęcie dowodowe pewnie żeby je pokazać władzom. Ja mu też zrobiłam bo to kuriozum. Aparat fotograficzny w telefonie służy emerytom jako "straszak" na bliźnich, którzy coś naprawdę albo na niby przeskrobali. Takie robienie zdjęcia jest formą groźby, ma pokazać, że on ma dowód przestępstwa. 
Jakie to przestępstwo? 
Ano takie, że ktoś nie zamknął drzwi do widocznej na zdjęciu drucianej zagrody i Bajka tam wbiegła i ją calutką spenetrowała.
W zagrodzie było puste zupełnie boisko do jakiejś gry a ja robiłam zdjęcia kwitnącej łące i nie zauważyłam.
Zwróciłam Bajce uwagę, że nie umie czytać, bo tam jest zakaz wchodzenia psom. Bajka nie usłuchała i chwilę trwało nim ją stamtąd wywabiłam. Piłeczką, bo mam pieska na pilota. Moja uwaga o umiejętności czytania zamiast ludzi rozśmieszyć, najwyraźniej ich rozzłościła. Poszłam sobie stamtąd i żegnało mnie wrogie milczenie emerytów ćwiczących na siłowni pod chmurką.

Kilka dni temu widziałam na kampusie taką scenkę: ojciec bawił się dość niemrawo ze starszym dzieckiem, a ze sto metrów dalej matka lulała niemowlaka, który za nic nie chciał spać. Lulała go tak, że niechybnie doznał zespołu dziecka wstrząsanego, mało mu się głowa nie urwała, a kołysanka brzmiała tak: Kurwa śpij!!!
Matka była czerwona na twarzy i wściekła, co rozumiem, i ugryzłam się w język aby nie uronić ani słówka o możliwości uszkodzeń jej potomka i niestosowności tekstu kołysanki. I dobrze zrobiłam, bo to ona na mnie nawarczała, że tu z psami nie wolno.

Wczoraj na najbliższym skrzyżowaniu duży szary Juke powoli skręcał w prawo. Zakręt jest bardzo ostry z przejściem dla pieszych, którego nie widać z jezdni, póki się przy nim nie stanie. Pieszych i nieprzytomnych rowerzystów jest tu dużo. Czarny, niski, sportowy samochód za tym Juke zaczął trąbić jak oszalały. Jakby kierowca zasłabł i upadł ciałem na klakson. Kobieta w Juke stanęła, wyszła z auta i spytała co się stało. Młody kierowca czarnego auta wrzasnął: Jedź ku...o w chu.. bo pas zastawiasz. Obecny emeryt zrobił mu zdjęcie na wszelki wypadek.

Niestety, w mieście trudno o okolicę zupełnie bezludną. Gdzie ja mam się podziać? Wszędzie tułają się znudzeni, rozdrażnieni, wściekli ludzie i sieją tą swoją złością po okolicy, strach wyjść z domu.

wtorek, 12 maja 2020

Pandemicznie

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Dwa miesiące zamknięcia w domu dają się ludziom w kość. Mężczyźni wyglądają lepiej. Co niektórzy utyli, inni zapuścili włosy, przybyło ogolonych na zero kupioną z potrzeby chwili maszynką. Przez chwilę łysy był również mój zięć, ale po 2 dniach już łysy nie był bo odrosło.
Kobiety mają się znacznie gorzej. Regularnie widuję na Dolinie panią z różowym kokiem na ciemno brązowym odroście. Nawet o tym pogadałyśmy. No nie ma siły, żeby zrobić sobie w domy słodko różowe włosy mając naturalne takie jak ja. Nie da się. Pani woli mieć odrost niż zlikwidować domowym farbowaniem dwa lata pracy fryzjera. Bo ten słodki róż to się osiąga powoli i w mękach. Siwa, dziarska emetytka przywiązana do wygolonych skroni i wściekle niebieskiego irokeza od dawna robi to sama farbą z Rossmana i maszynką do golenia; po niej pandemii nie widać. Ale ogólnie jest słabo.  
Obecnie najwierniejszą przyjaciółką kobiet jest gumka do włosów, jak ktoś ma tak długie, że gumka ogarnia. Nowa moda zaleca robienie kucyka na czubku głowy, kucyki wyglądają jak szczypiorek u cebuli. Taki kucyk, złamany na pól i złapany tą samą gumką wygląda cudnie na bardzo bujnych włosach u młodych dziewcząt. Na włosach mniej bujnych i u mniej młodych pań to sama żałość. Nie poszłam tą drogą. Od jakiegoś czasu oglądam sobie tutki z turbanami, chustami i takimi tam ratunkowymi sposobami dla mahometan, łysych i dla żon chasydów. No nie jest to bardzo trudne, ale wymaga czasem wprawy a zwykle uroku. Z urokiem nie pogadam, wprawy można nabrać. 
Chust chustek i szalików mam a mam. Okazało się w praktyce, że najlepiej głowy trzyma się bawełniany kreszowy szalik. Nie trzeba żadnych spinek ani gumek. Byle go nie wiązać po skosie. Zawiązany dookoła głowy po jakimś czasie lekko zsuwa się na miejsce w którym i jemu i mnie jest wygodnie i trwa tam do wieczora, byle tylko nie zdejmować przez głowę ciasnych koszulek i golfów.
I grzywka sięgająca brody nie fruwa mi w końcu po twarzy. Wcale nie wiem, czy nie zostanę z tym szalikiem na dłuzej. Nie okiełznałam jeszcze uzycia w tym celu jedwabiu. On żyje swoim życiem.

Jako postać zupełnie niepodobna do siebie mogę teraz rabować banki!
A co poza tym? A na szczęście moje koleżanki mają w nosie wirusy i regularnie wyprowadzają mnie na spacer.


W domu oddaję się produkcji coraz bardziej wyszukanych dań i dzierganiu. Otworzyli w końcu bibliotekę- dowiedziałam się o tym bo system biblioteczny przysłał mi histerycznego maila w tonie "oddawaj nasze płyty bo ci pokażemy gdzie raki zimują" więc im oddałam i nabrałam innych i jest czym paść głowę.
Dzierganie modularnego, z wełny której nikt nie chciał przebiega sprawnie; na fotce Frania dokonuje odbioru:



A tu bardzo zaspana Bajka. POdsiadła mnie na moim miejscu i udaje nieprzytomną i niekumatą. Bywam okrutna i siadam na niej. Ale jest wtedy oburzona!