Wyjęłam papier, kredki, zapaliłam szaleńczą lampę i narysowałam jeden z charakterystycznych bukiecików mojej mamy. Na jej działce było ponad 120 krzaków róż. Często dostawałam zatem bukiety, w których nie powtarzał się ani jeden kwiatek. Miały swój urok te bukieciki i nigdy, u nikogo nie widziałam nic podobnego. Dobrze, że fotografowałam te bukiety, bo już ani jeden więcej nie powstanie.
Nie upieram się, że jest to jakiś dobry szczególnie obrazek, bo nie jest. Kompozycja kuleje, kolory tez mogły by być lepsze. Ale jest jak jest, jutro też jest dzień, a humor zaraz lepszy się zrobił. I zrobiłam przy okazji kilka pożytecznych odkryć technicznych, które są już całkiem moje i szybko o nich nie zapomnę.
Na drutach przerabiam dropsową Limę w dropsowy wzór Celtica. Robi się to powoli, w jednym kawałku póki co i jest przy takim dzierganiu sporo czasu na myślenie.
Dość długo nie miałam wiele do czynienia z dziećmi. Niby jestem dyplomowaną nauczycielką (pedagogą???), ale w szkole nie bywam już 13 lat, własne dziecko jest wprawdzie dalej moje, ale już nie dziecko z niej. Zatem sprawy z dziećmi związane widzę z dużej czasowej perspektywy.
Nauczyciele, zwłaszcza długo pracujący w zawodzie zawsze narzekali, ze kolejne roczniki dzieci są coraz głupsze, albo coraz gorzej wychowane. Wydawało mi się to zawodowym zboczeniem. Aż trafiłam na niedający się przeoczyć dowód na to, że mieli rację.
Ot weźmy sprawę pieluch, nocników i naukę czystości.
W pradawnych, tetrowych czasach, gdy pieluchy trzeba było codziennie prać, a zamiast automatycznej pralki do dyspozycji rodzice mieli Franię lub własne ręce i tarę dzieci były dużo zdolniejsze i szybciej uczyły się korzystać z nocnika.
Możliwe, że to nie dzieci były zdolniejsze, tylko matki miały większą siłę przekonywania. Umęczone wiecznym smrodem moczących się w kuble, czekających na pranie pieluch, wieczną wilgocią od nieustannie schnących na sznurku w łazience a czasem i w salonie tetrowych płacht, koniecznością codziennego kombinowania (starczy pieluch, czy nie starczy?) i codziennego prania potrafiły przekazać potomstwu do czego służy nocnik. Dzieciaki też nie czuły się komfortowo z mokrym i śmierdzącym okładem na pupie. Zatem było normą, że w okolicy drugiego roku życia mali obywatele wiedzieli co to jest nocnik i do czego służy. Zdolniejsi w okolicach pierwszych urodzin byli wolni od pieluchy. W tych zamierzchłych czasach zasrana i zasikana bielizna nie była przez opiekunów traktowana z czułością, lecz z irytacją. Do przedszkola nie przyjmowano dzieci, które się moczyły. Matka takiego dziecka nie mogła wrócić do pracy. Dla wszystkich matek było zatem jasne, że trening czystości ma być przede wszystkim skuteczny, a niekoniecznie miły dla dzieciaka. Ten trening nie służył dobrej zabawie dziecka, ale suchym majtkom.
Pampersy uwolniły wszystkich od wspomnianych niedogodności, od smrodu, codziennego prania, suszenia mokrych pieluch na kaloryferach, piekących okładów z moczu na pośladkach. Dzieci srają pod siebie i sikają wcale o tym nie wiedząc coraz dłużej. Rodzice widać liczą w tym względzie na cud samokształcenia. Bo skoro ich potomek sam nauczył się siadać, raczkować, chodzić i mówić, to pewnie przyjdzie czas na to, że sam sobie zdejmie pieluchę i pobiegnie na sedes. A tu figa z makiem, nic podobnego samo nie następuje.
W pierwszym oddziale przedszkolnym niemal wszyscy występują w pampersie. Ponieważ mamy monitorują swoje pociechy przez telefony i mikrofony, wychodzi na jaw, że opiekunki nazywając jednego z drugim "obsrańcem" nazywają sprawę po imieniu. Takie opiekunki opisywane są w prasie jako dręczycielki małych dzieci nie respektujące ich godności, a sedno sprawy otacza wyniosłe milczenie. (O godnosci opiekunek zmagających się z zasranymi i zasikanymi majtkami jakoś się nie wspomina).
Można pomyśleć, że zmoczony trzylatek to nie tragedia, ale już dzieciak regularnie sikający w majtki w szkole, dziesięciolatek, który nie zauważa, że mu się chce kupę to inna bajka. A jak wspomniałam, dziecko samo się tego nie nauczy.
Przewiduję, że wielki majątek zrobi ten, kto wymyśli gadget przyklejany do dziecka i obwieszczający wyciem syreny i migającą lampką, że dzieciakowi chce się to lub owo. Można także robić pampersy dla coraz większych.
Moja wyobraźnia podsuwa mi podział społeczeństwa na elitę, która wie co, się robi na sedesie i w związku z tym może nosić wąsko krojone spodnie i na resztę, dożywotnio chodzących z pieluchą i w obszernych dresach. No bo w końcu ludzie równi są jedynie wobec prawa, czyż nie?
A może by w związku z rosnącymi kosztami utylizacji śmieci obciążyć rodziców, którzy nie nauczyli dzieci na czas korzystania z nocnika drakońskim podatkiem od utylizacji pieluch? To w końcu śmiecie najpaskudniejszego rodzaju.