Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty

07 marca 2026

"Nie przeszkadza mi życie w świecie mężczyzn, jeśli tylko mogę w nim być kobietą".

Witajcie! Dzisiaj pragnę celebrować Dzień Kobiet - święto, które bardzo lubię, bo czuję się stuprocentową kobietą. Oczywiście i jak zwykle, przy wsparciu poezji i sztuki!

naprzeciw obrazu

niech krzyczą o twojej urodzie
wargi mężczyzn przygryzione do krwi
niech brunatnieją ich pięści zaciśnięte

niech odkrywają wyspy na oceanie spokojnym
aby twoje uszy ubrać w perły

niech strzygą owce
i niech orzą palcami dna rzek
abyś mogła się ubrać
w suknię wyszytą złotem

niech wypłukują piasek
potąd
aż pozostanie im w dłoni
twarde i lśniące
pragnienie


Halina Poświatowska 

 

Przy okazji przypominam i polecam film w reżyserii Petera Webera z 2003 roku, zrealizowany na podstawie powieści Tracy Chevalier pod tym samym tytułem, z doskonałą rolą Scarlett Johansson, świetnym Cillianem Murphy i niezłym Colinem Firthem w roli Vermeera.

Powyżej AI zrobiła Dziewczynę z perłą z mojego zdjęcia. :)

Moje Drogie Kobietki, Kochane Dziewczyny!

Z miłej okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet, życzę Wam spokoju ducha, pewności siebie, radości z każdego dnia, dobra i życzliwości na co dzień. 

Zostawiam Wam do medytacji niezwykły obraz holenderskiego mistrza pędzla, który malował głównie kobiety, Johannesa Vermeera - Dziewczyna z perłą i wiersz polskiej poetki, zapewne zainspirowany tym dziełem.  

Bądźcie zdrowe, zadowolone, usatysfakcjonowane życiem! Bądźcie jak najpiękniejsze obrazy, jak największe, nieskazitelne dzieła sztuki!

Autorką cytatu w tytule postu jest ikona kobiecego piękna, Marilyn Monroe.  Inny jej cytat, który lubię:

Ostatecznie jestem kobietą. I bardzo mnie to cieszy. 

Chcę w tym miejscu również przypomnieć cytat, pod którym mogłabym się podpisać obiema rękoma, zwłaszcza, że umiem to zrobić. Przypominam, bo, niestety, wciąż dostrzegam zamiast wspierania się i siostrzeństwa, dziwną rywalizację między kobietami, zupełnie niepotrzebną:

Chyba nie ma nic bardziej wypalającego i niekonstruktywnego, niż podszyta jadem rywalizacja między kobietami.
Jeśli jej ulegamy, to znak, że trzeba nad sobą mocno popracować.
 
Agnieszka Dygant - polska aktorka
 

Posyłam Wam moc serdeczności i pozdrowień płynących prosto z serca! 

Niechaj każda Kobieta na tej pięknej planecie, na tej kuli o żeńskim imieniu, ma na co dzień wszystko, co najlepsze, co dobre, prawdziwe, piękne i szczere!

PS

Mój Ukochany zrozumiał, że różowy to obecnie mój kolor i w tym oto kolorku kupił mi iPhone oraz głośnik 🔊 żebym darła buzię, jak sobie śpiewam przy sprzątaniu lub gotowaniu BEAUTIFUL THINGS Bensonika Boone'a i inne tego typu pieśni, podobno żałobne (tak twierdzi moja córka), ale mnie się podobają i już. 🤣😂😭🤔  Zwłaszcza, gdy piekę serniczek makowy słony karmel z wiśniami, pyszota i... totalna improwizacja.

Sernik karmelowy

Składniki:

3 kostki sera białego, półtłustego z Biedronki Mleczna Dolina

2 serki wiejskie też z Biedronki

pół serka homogenizowanego Delikate z brzoskwiniami z Biedronki

3 budynie słony karmel Winiary

5 wiejskich jajek od gospodarza

3/4 szklanki cukru lub erytrytolu

1 cukier wanilinowy

2 dojrzałe, zmiksowane banany 

garść rodzynek

dwie czubate łyżki maku

dwie łyżki płatków migdałowych

olejek do ciasta śmietankowy lub waniliowy - ok. pół łyżeczki

wiśnie świeże albo mrożone lub inne owoce

Wykonanie:

Wszystkie składniki należy zmiksować na w miarę gładką masę, ale bez napinki; potem jeszcze dolać dwa zmiksowane banany, wsypać rodzynki i płatki, lekko wymieszać łyżką, wylać połowę do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia, ale chyba można też posmarować masłem i posypać bułką tartą lub kaszą manną; do pozostałej masy wsypać mak, wymieszać, wlać do środka ciasta; na wierzch ułożyć dowolne owoce; piec ile trzeba - u mnie ok. godziny w 150'C góra - dół. Sernik ma być złoty, można go zostawić w piekarniku po jego wyłączeniu jeszcze na parę minut, żeby nie opadł.

Jak chcecie zrobić sernik śmietankowy, dajcie śmietankowy budyń, jak malinowy, dajcie budyń o tym smaku. Ja po prostu nie miałam dzisiaj w domu innego budyniu tudzież trzech takich samych smaków. Spokojnie można też zrezygnować z maku, ja chciałam spróbować jak maczek będzie smakować w serniku.

Sernik wyszedł mi delikatny i przepyszny, nawet kocica podeszła lizać, a zrobiłam go spontanicznie, bez przepisu, z głowy, żeby mi się serki w lodówce nie popsuły, bo czasem kupię czegoś za dużo, zwłaszcza, gdy robię zakupy, kiedy jestem głodna, wtedy "jem" oczami (lubię się czasem przegłodzić dla zdrowia, ale dzisiaj mi nie wyszło).

Smacznego! 

Zdjęcia mojego autorstwa, grafika z internetu i nie znam Autorów. Życzę Wam pięknego nowego tygodnia!

01 marca 2026

"Poezja to echo proszące cień do tańca”.

,  

 JoAnna Idzikowska-Kęsik

płynność

"Ze wszystkich fizjologicznych substancji nieprawdziwa w teatrze jest tylko krew". - Sławomir Mrożek

chciałabym umieć kochać naprawdę
bezwarunkowo nieoczekująco
po prostu

nie kusić przypadku obejść
wszystkie kiepskie scenariusze

być z tobą bez względu na inne możliwości
ominąć rachunki (nie)prawdopodobieństwa

rozdrapać strupy myśli trzymanych na uwięzi
robić głupstwa pisać bzdury grzeszyć jak Maria z Magdali

w hołdzie pięknej Eunice wpompować siebie w ciebie
do ostatniej najmniejszej kropli

krew łzy pot ślina to przecież tylko woda z dodatkową
porcją zaczerwienionych rozgorączkowanych emocji

a one płyną swoim nurtem nad przepaścią czasu
którego tak mało
tak bardzo mało

dla nas

23 VII 16

*


Esej interpretacyjny do wiersza JoAnny Idzikowskiej-Kęsik „płynność”

Wiersz JoAnny Idzikowskiej-Kęsik „płynność” jest zapisem tęsknoty za miłością czystą, nieskomplikowaną, a jednocześnie całkowitą, taką, która nie podlega ani lękom, ani rachunkom prawdopodobieństwa, ani wewnętrznym autocenzurom. Podmiot liryczny pragnie kochać „naprawdę”, to znaczy: w sposób wolny od kalkulacji, bezwarunkowo, po prostu. Ten minimalistyczny, ale pełen ciężaru frazes otwiera cały wiersz i stanowi jego klucz: potrzeba miłości, która nie jest wymyślona, teatralna, ani podszyta strachem. Cytat z Mrożka o nieprawdziwej scenicznej krwi wyznacza ramę, świat emocji, choć fizjologiczny, cielesny, materialny, ma w sobie prawdę, której scena nie potrafi podrobić.

W kolejnych wersach poetka demaskuje mechanizmy obronne: unikanie „kiepskich scenariuszy”, kalkulowanie uczuć, wybieranie najbezpieczniejszych wariantów. Miłość w wierszu musi ominąć „rachunki (nie)prawdopodobieństwa”, bo każda próba analizy osłabia to, co w uczuciu najważniejsze, spontaniczne zawierzenie. Bohaterka chciałaby dotknąć miłości w sposób niecenzurowany, niemądry, ryzykowny. Dlatego zapisuje pragnienie „rozdrapania strupów myśli”, powrotu do niekontrolowanej żywiołowości, robienia „głupstw”, a nawet „grzeszenia jak Maria z Magdali”. To wyznanie nie ma w sobie prowokacji, jest raczej deklaracją: miłość prawdziwa wymaga odejścia od roli, od pozorów, od społecznie narzuconej powściągliwości.

Wzruszająca jest także metafora „wpompowania siebie w ciebie”, złożenie hołdu Eunice symbolicznej, pięknej, pełnej kobiecości, poprzez totalne przenikanie się dwojga ludzi. Miłość tu nie jest ideą: jest fizjologią, płynami ciała, tym, co najbardziej realne. Krew, łzy, pot i ślina, substancje, które w teatrze nie mogą być prawdziwe – w życiu kochających stanowią dowód autentyczności, materialne świadectwo emocji. Poetka pokazuje, że ciało jest nośnikiem prawdy; że uczucie nie istnieje w abstrakcji, lecz objawia się właśnie w tym, co fizyczne, płynne, „rozgorączkowane”.

Końcowe wersy unoszą wiersz na poziom egzystencjalny. Emocje „płyną swoim nurtem nad przepaścią czasu”, a świadomość kruchości, upływu, ograniczoności życia nadaje miłości tym większy ciężar. „Czasu tak mało, tak bardzo mało – dla nas” to przejmujące wyznanie, które zamyka całość i wydobywa z prostych słów tragizm ulotności. Podmiot nie marzy o miłości idealnej, lecz o miłości nielękającej się intensywności, takiej, która nie marnuje minut ani nie odkłada uczuć na później.

„płynność” jest więc wierszem o pragnieniu pełni miłości prawdziwej, cielesnej, danej bez oporu i bez asekuracji. To poetycki manifest życia, które nie chce być grane „na scenie”, lecz przeżyte w całej swojej cielesnej, emocjonalnej, niepowtarzalnej prawdzie.

*

TOMASZ WALCZAK
– poeta, pedagog teatru, animator kultury. Absolwent Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza w Warszawie (Wiedza o Teatrze). Przez wiele lat związany z Teatrem im. A. Sewruka w Elblągu jako kierownik Ośrodka Kultury Teatralnej, rzecznik prasowy i aktor. Debiutował w 1993 roku w antologii „I znów będziemy poetami". Autor tomików poezji: „Blizny", „Drzazgi w myśli", „Fantasmagorie". Laureat kilkudziesięciu ogólnopolskich konkursów poetyckich, częściej jurorem niż uczestnikiem. Odznaczony m.in. przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Nagrodą Prezydenta Elbląga. Inicjator i koordynator wielu działań literackich i festiwalowych, m.in. Drezdenki Międzymiastówki Poetyckiej. Obecnie pracuje i tworzy między Polską a Niemcami, przygotowując do druku tomy poezji polsko-niemieckiej. 

Tomasz Walczak to także wędrowiec słowa i emocji, który w wierszach szuka śladów ulotnych chwil. Jego poezja to przestrzeń, gdzie codzienność splata się z marzeniem, a samotność z tęsknotą za sensem. Tworzy obrazy z dźwięków i rytmów, w których każda fraza jest jak oddech. Inspiruje go przyroda, świat ludzi i nieuchwytne echo wspomnień. Jego teksty poruszają serce i umysł, prowokując do zatrzymania się w biegu życia. Tomasz eksperymentuje z językiem, szukając piękna w subtelnych niuansach słów. Publikuje w sieci i antologiach, dzieląc się poezją z szerokim światem. Każdy jego wiersz jest zaproszeniem do wędrówki po krainie uczuć i refleksji. W twórczości stara się łączyć światło z cieniem, radość z melancholią. Poezja Tomasza Walczaka jest mostem między tym, co przemija, a tym, co trwa w pamięci i sercu.

***

Jeszcze raz serdecznie dziękuję poecie Tomaszowi Walczakowi za tę wspaniałą interpretację mojego starego wiersza. Takie gesty motywują do pisania. Motywują do pracy nad sobą, swoim warsztatem. Sprawiają, że przestaję się czuć osobna, odosobniona, na poetyckim uboczu, żeby nie powiedzieć: wygnajewie. Trudna jest rola oudsiderki, bezpańskiej poetki, a takie eseje wzruszają i dodają skrzydeł i wiary w siebie, w sens pisania. 

Esej Tomasza wraz z moim wierszem opublikowany został w ramach akcji 100 wierszy o Miłości. Publikuję go również tutaj, na moim blogu, żeby został ze mną na dłużej, żeby mi przypominał, że warto pisać, że nie trzeba swoich zaczętych wierszy niszczyć, wyrzucać, ani chować do szuflady. Że nie wolno się poddawać, bo pisanie jest jak tlen, jak katharsis.

Piszę od dziecka i odkąd sięgam pamięcią, czytam wiersze. Jako pedagog teatru czytam je na głos - od zawsze. Dlatego są ze mną i we mnie po prostu od początku i będą do końca, dopóki będę miała siłę czytać. 

W liceum, jak się nudziłam na lekcjach, co wcale nie było rzadkością, pisałam wiersze w pamiętniku. Moi nauczyciele już w podstawówce, chwalili moje "lekkie pióro", podobnie było w liceum i na wszystkich studiach, a studiowałam długo, bo szukałam siebie i swojego miejsca w świecie. I pisałam. 

Był jednak moment, gdy spadła na mnie fala takiego hejtu, ze strony poetów i złośliwych czytelników, a także zwykłych, bardzo niekulturalnych ludzi, że zwątpiłam, załamałam się, bo nie umiałam pojąć tak bezinteresownej zawiści. To po prostu spadło na mnie jak grom i nie mieściło się w moim postrzeganiu ludzi, którzy piszą wiersze i jednocześnie są tak bezwzględnie krytyczni wobec innych poetów. 

Wtedy wpadłam w depresję i zablokowałam się na lata. Teraz wstaję. Budzę się i wiem, że chcę pisać. Nie chcę też pisać o sobie jako o autorce paru wierszy, chcę mówić o sobie jako poetce - bo nią jestem i będę. Nie chcę być cieniem, bo kocham słońce i chcę tańczyć w słońcu z poezją, dopóki żyję.

Wiem też, że wiele osób omija mnie w blogosferze, mój blog, moje posty i w ogóle, ucieka ode mnie w internecie, ale to nic. Nie będę już wchodzić na niektóre blogi i komentować tam, gdzie nie jestem mile widziana. Szkoda mojej energii i cennego czasu. Umiem odpuszczać i być niesamowicie konsekwentna w swoich postanowieniach, działaniach. Nikomu nie będę się narzucać ze swoją poezją, rozumieniem sztuki i komentarzami. Jak ktoś ma potrzebę ignorowania i czucia się lepszym, jego wola.

Jednak tutaj, u siebie będę pisać co chcę i jak chcę, choćbym miała znowu zostać sama ze sobą. To miejsce w sieci to nie jest mój kaprys, to mój azyl. Jeśli ktoś nie chce, bym odwiedzała jego blog, niech mi o tym po prostu, szczerze napisze. Zrozumiem bez oceniania. I sytuacja będzie jasna, jak słońce, które kocham. Kąśliwe uwagi, jakieś komentarze wynikające z braku zrozumienia tekstu, to też nie świadczy o mnie...

 Was, którzy zostaliście i tu jesteście i - mimo wszystko - do mnie zaglądacie, proszę - czytajcie poezję i bądźcie dla siebie życzliwi w tym poetyckim światku i nie tylko, bądźcie życzliwi na co dzień. Naprawdę czasem jedno okrutne, nieprzemyślane słowo, potrafi uczynić wiele złego. Po co umniejszać, jeśli można sprawić, że ktoś się uśmiechnie?

*

UWAGA SPOILER, czyli film dla nadwrażliwych 

Polecam również film, który obejrzałam w sobotę w kinie. Wiele razy już na tym blogu podkreślałam, że uwielbiam skandynawskie kino i literaturę i to jest prawda, rzadko się zawodzę. Lubię ich oszczędność w środkach wyrazu i klimat, który trudno jednoznacznie nazwać. 

Film dostał już wiele nagród na różnych festiwalach i wcale mnie to nie dziwi. Opowiada o relacjach międzyludzkich, emocjach, więzach i węzłach czy wręcz splotach rodzinnych, samotności, depresji i o sztuce, żałobie. Traktuje również o niedomówieniach, bardzo trudnych relacjach z nieobecnym ojcem artystą (nieco przypominającym Ingmara Bergmana). Jest świetnie zagrany. Jednym z ogromnych atutów tego dzieła jest wybitny szwedzki, światowej sławy aktor,  Stellan Skarsgård (jeden z moich bardzo ulubionych aktorów współczesnego kina), ale generalnie aktorstwo w tym filmie jest prima sort. I muszę tu wspomnieć o Elle Fanning, która chyba staje się lepszą lub raczej ciekawszą aktorką, niż jej starsza siostra, Dakota - jest to jednak moje subiektywne wrażenie, może dlatego, że teraz Elle wydaje mi się ładniejsza od Dakoty? 

W moim odczuciu ten film opowiada również o stracie, o tym, że kiedy latami tłumi się emocje, gdy się ich nie dostrzega, wracają do nas ze zdwojoną siłą w postaci stresu, ataków paniki, nawrotów depresji, bolesnych wspomnień. Jest w mim też motyw związków romantycznych, które nie zawsze są proste, a nasze oczekiwania wobec partnera, często mijają się z rzeczywistością. Pięknym, wspaniale i wzruszająco zagranym wątkiem jest tu także siostrzeństwo. 

Film, o którym mówię, to "Wartość sentymentalna" (tytuł angielski "Sentimental Value" ,2025) w reżyserii Joachima Triera, zrealizowany w koprodukcji międzynarodowej. Moja ocena 7,5/10, resztę oceńcie sami, idąc do kina.

Z innych, miłych rzeczy: wśród świąt nietypowych, o których pisałam w ostatnim poście, 1 marca przypada Dzień Przytulania Bibliotekarza. Wysłałam wirtualne tulaski naszej blogowej Jotce. Z tego, co pamiętam, studia bibliotekoznawcze skończyły również Kasia Dudziak i Iwona Zmyślona. Ja też jestem magistrem informacji naukowej i bibliotekoznawstwa, ale nie pracuję i nie chciałabym pracować w tym zawodzie, nawet na emeryturze. Nie współgra ze mną i moim charakterem, temperamentem. Skończyłam te studia dawno temu, jako drugi kierunek, gdy byłam jeszcze naiwna i wyobrażałam sobie, że na bibliotekoznawstwie poznam dogłębnie wszystkie literatury świata, że będę czytać wszystko, od popularnonaukowej po powieści afrykańskie, japońskie i nowozelandzkie, poznam poezje wszystkich krajów. Niestety, tak nie było, owszem, było sporo zajęć filologicznych, literaturoznawczych, kulturoznawczych, ale to nie było to, czego oczekiwałam, co chciałam poznawać. Z tym, że ja wtedy jeszcze miałam nawyk kończenia tego, co zaczęłam. I skończyłam te studia z bardzo dobrą oceną, z ocenioną na piątkę z plusem pracą magisterską, liczącą ponad 200 stron, którą napisałam w niecały miesiąc, żeby było śmieszniej. Bo ja mam tak, że najpierw układam sobie wszystko w głowie, widzę to w wyobraźni, a kwestia przelania tego na klawiaturę, to już tzw. pikuś zwłaszcza, że bardzo szybko piszę.

 No i napisałam o tym Małgosi, cudownej poetce, która opublikowała piękne zdjęcia swoich koleżanek pracujących w bibliotekach, życząc im wszelkiego dobra... I dzisiaj od niej dostałam takie moje fotki z istotami, które kocham (ostatnio coraz częściej widuję szopy pracze w parku):

Jeśli chcecie poczytać wiersze tej pięknej poetki i obejrzeć jej obrazy, to są na moim blogu TUTAJ

Dziękuję Małgosiu! 

NA KONIEC CYTAT, SŁOWA JEDNEGO Z MOICH UKOCHANYCH PISARZY, KURTA VONNEGUTA: 

„Uprawiajcie jakąkolwiek sztukę, muzykę, śpiew, taniec, teatr, rysunek, malarstwo, rzeźbę, poezję, literaturę, piszcie eseje, reportaże – nieważne, czy dobrze, czy źle, nie dla pieniędzy ani sławy, ale by doświadczać stawania się, by odkryć, co tam masz w środku, by twoja dusza rosła. Poważnie! Zacznijcie teraz, od razu, bierzcie się za sztukę i róbcie to przez resztę waszego życia”.
 

I to tyle na dzisiaj. 

I dziękuję Wam, że jesteście, czytacie, komentujecie! 

DZIĘKUJĘ. Cпасибо. MERCI. THANK YOU. DANKE. OBRIGADO. GRACIAS. GRAZIE. 

Cytat w tytule postu jest autorstwa Carla Sandburga

01 stycznia 2026

UWAGA KSIĄŻKI ukryte w opowiadaniu, czyli co przeczytałam w 2025 roku

 Witajcie moi Drodzy w Nowym Roku!

Dzisiaj spełniam obietnicę daną Małgosi - MaB z zaprzyjaźnionego blogu Okruchy i ziarenka i dzielę się z Wami opowiadaniem, w którym ukryłam Mickiewiczowskie 44 tytuły (o ile dobrze policzyłam) niektórych książek, przeczytanych w 2025 roku. Nie są to wszystkie książki, są to ważne książki, wiele z nich to tzw. cegły, z których kilka przeczytałam po raz drugi i zaznaczyłam te tytuły na zielono. Bo istnieją takie teksty, do których naprawdę lubię wracać i robię to z radością. Nie wyróżniałam również tytułów bezpośrednio w tekście, ponieważ uznałam, że to utrudnia czytanie, podałam listę książek, które zresztą szczerze polecam, na końcu postu, zajrzyjcie, może znajdziecie tam coś dla siebie, albo ujrzycie tytuły, które znacie? Preferuję stare, dobre papierowe książki, chociaż nie stronię od audiobooków, jeśli odpowiada mi głos lektora.

Opowiadanie nie jest doskonałe, pisałam je praktycznie na kolanie po wczorajszym, nocnym powrocie z Trójmiasta, za którym już tęsknię. Mam nadzieję, że się do tego tekstu po prostu uśmiechniecie. Taka była moja intencja. Ponarzekajmy zatem o książkach trochę na smutno, nieco na poważnie, częściej na wesoło i z dużym przymrużeniem oka.

Możecie również zajrzeć do mojego starego postu z tekstem, który ma już ćwierć wieku, w którym ukryłam mnóstwo tytułów książek dla dzieci i młodzieży, zwłaszcza tych, które sama czytałam w dzieciństwie lub czytałam mojej córce gdy była mała. Opowiadanie to pochodzi z czasów, gdy jeszcze nie byłam pedagogiem specjalnym (byłam jednak wolontariuszem i z dziećmi z niepełnosprawnościami bawiłam się w teatr), tylko oraczką na ugorze. Znajdziecie go TUTAJ - KLIK

Zapraszam wszystkich chętnych do pisania kreatywnego w imieniu MaB i swoim - jestem bardzo ciekawa Waszych opowiadań z ukrytymi tytułami książek, które w minionym roku przeczytaliście! 

Odnajdywanie balansu

Ciężko mi było na sercu, gdy zły, nieempatyczny Antyczłowiek, po niezwykle intensywnym, przytłaczającym lovebombingu i jeszcze intensywniejszej, okrutnej deprymacji i dewaluacji, z dziką i nieukrywaną satysfakcją zakochanego w fałszywym obrazku samego siebie, bezwzględnego egoisty, wygnał mnie z Edenu i z sadyzmem w pustych oczach zimnego gada, z całej siły wepchnął prosto do Ogrodu Rozpaczy Ziemskich, w którym czułam, że rozpadam się na milion małych kawałków i bałam się, że zanim wystygnie kawa, pogrążona w depresji, zmęczona po tym, jak wyssał ze mnie blask i całą energię - umrę. 

Było mi naprawdę źle, czułam się, jakbym miała wynaleźć samotność w pobliżu dzikiego serca, jakbym miała traumę spowodowaną manipulacją i gaslightingiem obficie serwowanymi przez psychopatę. Drżałam, łkałam i bałam się, miotana emocjami... 

Ale po dłuższym czasie postanowiłam, że będę silna i powiedziałam sobie: 

- Dość bezsensownej wegetacji w cieniu narcyza, nie wymiękaj, nie odpuszczaj! Bo chociaż jeszcze wczoraj byłaś zła na zielono, dzisiaj na pewno dasz radę, jesteś twarda, doskonale wiesz, że na zakrętach życia, szczęścia można się nauczyć i chociaż droga ku sobie bywa wyboista, chociaż łzy płyną szerokim strumieniem i doskwiera ci dojmujący #bodypain - życz sobie wszystkiego najlepszego i trwaj! Szukaj harmonii, ukojenia, równowagi, wyjdź samej sobie naprzeciw.

Trwałam zatem, tak po prostu, podobnie jak Witkacy trwał w swoich poglądach na sztukę i nawet zapisałam się na lekcje greki, które, chociaż bardzo ciekawe, wcale nie były łatwe, ale pozwoliły zrozumieć niektórych filozofów, a tym samym ludzi. Nie dostałam recepty na smutek i nie poznałam tajemnicy tajemnic - to jest chyba domena półbogów i pewnie potrzeba stu lat samotności, aby ją zrozumieć. Jednak to trwanie przy sobie, we własnych postanowieniach, dało początek czemuś naprawdę inspirującemu.

Pewnego dnia, kiedy poczułam się trochę lepiej, gnana porywem serca, poszłam na długi spacer po lesie. Pragnęłam pobyć ze sobą otoczona dostojną obecnością drzew. Ale zanim tam dotarłam, mijałam odpuszczone domy, stare, zdemolowane, niekochane, skrywające szepty dawnych zdarzeń i poczułam, że każdy człowiek ma cienkie ściany, które naprawdę wiele pamiętają: wyobrażałam sobie zmęczone codzienną harówką chłopki rozpalające ogień i miejscową wiedźmę - zielarkę biegnącą z wilkami prosto w jego objęcia... W myślach układałam białą elegię zasmucona spalaniem czarownic - wegetarianek, zdając sobie sprawę z tego, że biały to kolor żałoby, a one były niewinne, bez prawa głosu. Winni byli mężczyźni bez kobiet, skrywający swoje marzenia o piersiach i jajeczkach w okrutnie surowej Księdze Złudzeń. 

Uciekłam, poszłam dalej, przed siebie. Szukałam ukojenia, dobrej, pozytywnej energii, życiodajnej siły ze Źródła Wszechrzeczy.

W końcu, po długiej wędrówce, późnym wieczorem, weszłam w przepiękny, osobliwy starodrzew, pełen niesamowitych opowieści, czasem mrocznych jak noc szpilek, a czasem natchnionych, jak wszyscy zakochani nocą, niekiedy zaś jasnych, jak światło śmiało i odważnie przenikające przez bujne liście. Zmęczona, usiadłam pod wielkim starym dębem, uśmiechnęłam się do singla gapiącego się na mnie jednym czarnym oczkiem - czerwonego kwiatu maku i poczułam się jak w kolebce, w której śnią się najbardziej niesamowite sny, podobne do arcydzieł malowanych ręką mistrza...

Sen miałam dziwny, postrzępiony, adehadowy, ale jednocześnie ciekawy i barwny. Zobaczyłam wieszczkę, która miała śliczną, łagodną twarz Kasandry, patrzyła z zachwytem jak rodzi się ptak. Rajski, kolorowy, magiczny. Jego narodziny były zapowiedzią Święta Nieistotności - ważnego w tej nieistotnej Krainie Snów. Czułam też całą sobą, że skądś, jakby z mgły, wyłania się, nadchodzi chłopiec, który ma wiele do powiedzenia. Szedł wolno, dostojnie i niósł pod pachą notatniki. Wiedziałam, że zapisywał w nich losy światów równoległych, które potem przekazywał Kasandrze, a ona publikowała w Internecie różne fake newsy, dezorientacje w ilości hurtowej, gdzie tylko się dało. Owszem, był to oversharing, ale tylko nieliczni wiedzieli, że Kasandra robi to z pasji, troski oraz dla dobra ludzi, zwierząt i innych istot zamieszkujących wieloświaty, że troszczy się o wszystkich nadwrażliwych.

Podeszłam do niej i do chłopca - byli tacy piękni, mieli aurę w kolorze indygo. Kasandra znów uśmiechnęła się do mnie łagodnie. Spojrzała mi głęboko w oczy i przesłała mi w miejsce między brwiami zwane trzecim okiem, mentalną podpowiedź: 

- Jesteś tutaj, wahasz się, nie wiesz, co robić, trochę się pogubiłaś, a świat trwa, trwa i ma się dobrze. Idź, wracaj do siebie, do swojej wrażliwości, którą tylko źli ludzie mają za słabość i bądź silna! Nie mówię żegnaj, ale znikam! Jestem z tobą zawsze, pamiętaj o tym.

Zachwycona jej ciepłym, emanującym spokojem uśmiechem, pomyślałam i zanuciłam mentalnie stary szlagier "Killing me softly" i znowu odpłynęłam... 

Obudziłam się wypoczęta, zrelaksowana, pełna bezbrzeżnego współczucia dla Antyczłowieka, który zrobił mi ogromną przysługę wyganiając mnie z miejsca, które było jedynie ułudą, czarną dziurą i perfidnym kłamstwem. Poczułam ogromną wdzięczność za to doświadczenie, zaczęłam poszerzać swoją wiedzę na temat zaburzeń osobowości. Zrozumiałam, że nie wszyscy mają dobre intencje, że nie każda relacja czy znajomość jest przyjaźnią, że nie wolno być naiwnym, chociaż warto być dobrym człowiekiem, który głośno mówi o tym, co niewygodne, a nawet złe, choćby po to, by ostrzec innych.

Wzięłam się za czytanie, bo to najlepszy sposób na wszystkie smuteczki tego pięknego świata, na którym warto żyć, ćwicząc uważność i kultywując życzliwość oraz wdzięczność... 

Warto również, jak Osiecka bywać na zakrętach po to, aby potem pisać, kreować, tworzyć; jak Konopnicka opuścić związek, który nie funkcjonuje, jest bez przyszłości i perspektyw i jak Witkacy zostawić ten świat na własnych zasadach.

Książki zaś - to nie jest żadna terapia zastępcza - książki to coś, co jest i trwa przy nas jak dobry, sprawdzony, prawdziwy przyjaciel, do którego można zadzwonić o drugiej w nocy, a on wysłucha, przytuli, pocieszy i - przede wszystkim - zrozumie nie oceniając. Jest z nami zawsze, kiedy tylko zdecydujemy się sięgnąć na półkę i czytać strona po stronie, posłuchać audiobooka, zajrzeć do e-booka. W książkach można odnaleźć balans, ukojenie, spokój, a nawet samego siebie.

Prawdą jest również fakt, że niekiedy wyjście ze strefy komfortu, z wygodnego czy wręcz błogiego stanu psychiki i ciała, uczy nas znacznie więcej, niż nam się wydaje. Daje nam siłę do działania i wprowadzania pozytywnych zmian. Moc i energię, jakiej się nie spodziewaliśmy i jakiej nie poznaliśmy nawet w najciekawszych snach o lataniu i opowieściach fantasy!

Oto lista książek, które przeczytałam i zapamiętałam (to jest ważne, bo to znaczy, że we mnie zostały), pominęłam z różnych względów kilkanaście tomów poetyckich, których czytam naprawdę dużo, zapisałam i wyróżniłam te, które naprawdę mogę polecić, pominęłam też kilka audiobooków, bo ich słuchałam, a czytanie to trochę inna czynność:

PROZA
Stephen King - Ręka mistrza, Nie wymiękaj
Harlan Coben - Nie odpuszczaj
Haruki Murakami - Mężczyźni bez kobiet
Gabriel G. Marquez - Sto lat samotności 
Milan Kundera - Święto nieistotności
Katarzyna Wolwowicz - Zastępcza 
Han Kang - Lekcje greki, Nadchodzi chłopiec, Wegetarianka, Nie mówię żegnaj, Biała elegia
Clarice Linspector - W pobliżu dzikiego serca
James Frey - Milion małych kawałków 
Beatriz Serrano - Ogród rozpaczy ziemskich
Tashikazu Kawaguchi - Zanim wystygnie kawa
László Krasznahorkai - A świat trwa
Dan Brown - Tajemnica tajemnic, Początek
Santiago Roncagliolo - Noc szpilek
Mieko Kawakami - Wszyscy zakochani nocą, Piersi i jajeczka
Paul Auster - Wynaleźć samotność, Księga złudzeń
BIOGRAFIE
Przemysław Pawlak - Witkacy
Magdalena Grzebałkowska - Dezorientacje
Karolina Felberg - Osiecka. Rodzi się ptak
Albert Camus - Notatniki
Eliza Kącka - Wczoraj byłaś zła na zielono 
Joanna Kurek - Frydryszak - Chłopki
POEZJA
Elżbieta Adamiec - Łagodna twarz Kasandry
Ewelina Kuśka - Odpuszczone domy
Anna Musiał - #bodypain, Oversharing
Katarzyna Zając - Starodrzew, Kolebka
Radosław Kobierski - Człowiek ma cienkie ściany
PSYCHOLOGIA
Clasrissa Pinkola Estes - Biegnąca z wilkami 
Julie L. Hall - W cieniu narcyza 
Izabela Kopaniszyn - Antyczłowiek
Katarzyna Lorecka - Ku sobie
Ewa Woydyłło - Droga do siebie, Wszystkiego najlepszego, Szczęścia można się nauczyć, Zakręty życia
 
 
Życzę Wam i sobie raz jeszcze: cudownego, zdrowego, najlepszego z możliwych Nowego - 2026 - Roku!

26 grudnia 2025

Z czym wchodzę w Nowy Czas - małe podsumowanie 2025 roku


 "I tak docieramy do końca roku, co, jak sądzę, niesie jakieś pocieszenie. (...) Mam ochotę na miękki, szary spacer. Potem czytanie. Potem siedzenie przy kominku".

Virginia Woolf, Chwile wolności. Dziennik 1915 - 1941
 

Witajcie moi Drodzy! To jest pięćdziesiąty i zarazem ostatni mój post w roku 2025.

W zeszłym roku było ich dwa razy tyle czyli 💯, ale przerosła mnie ta intensywność, ponieważ zawsze staram się odpowiadać na Wasze komentarze, a niestety, nie zawsze pozwala mi na to czas, którego z reguły mam niewiele, chociaż staram się jak umiem, wykorzystać go na maksa. On jednak nie jest z gumy.


Muszę zatem i chcę nadrobić zaległości na Waszych blogach, więc nie będę na razie pisać tylko komentować.
 

Przerwy bywają zbawienne i oczyszczające.

Kończy się kolejny rok mojego życia (jeśli chodzi o standardowy kalendarz, bo mój osobisty Sylwester wypada 26 sierpnia), którego coraz mniej mi zostało, ponieważ coraz więcej ludzi z mojego rocznika odchodzi z tego świata.


C'est la vie! Jeśli się żyje, trzeba też umrzeć: prędzej czy później, ale jest to nieuniknione. 


Wspomnę ponad trzy miesiące starszą ode mnie Agnieszkę Maciąg, znaną modelkę która odeszła w listopadzie i autorkę książek o zakupoholiczce Sophie Kinsellę, która odeszła 10 grudnia - dwa dni przed swoimi 56 urodzinami. Obie przegrały walkę z chorobą naszych czasów - rakiem.

Cieszę się więc bardzo i doceniam, że żyję i jestem zdrowa (choć doskonale wiem, co znaczy chorować latami, gdyż mój stan zdrowia nie pozwolił mi po maturze podjąć studiów na wymarzonym kierunku, wiele lat osłabiała mnie nadczynność tarczycy, do dziś borykam się z bardzo niskim ciśnieniem i uczuciem zimna nawet wtedy, gdy inni się pocą, bo jest im za gorąco), że robię to, co lubię, mam swoje pasje, zainteresowania, że ciągle się rozwijam, nie stoję w miejscu, wciąż jestem ciekawa ludzi i świata, odnoszę sukcesy w pracy, gdzie wprowadzam ciekawe innowacje, realizuję różne projekty, organizuję wycieczki.


Mam też poukładane i udane życie osobiste, które jest stabilne, pełne miłości, szacunku, wzajemnego wsparcia. 
 
Fascynuje mnie jako osobowość i kobieta dr Ewa Woydyłło, którą czytam od wielu lat, jeszcze odkąd na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku pisała felietony do czasopisma Twój STYL.

  Staram się pozytywnie, ale nie naiwnie podchodzić do życia, ludzi, do wszystkiego, co mnie spotyka. Wiele rzeczy i wiele znajomości darowałam sobie i wciąż odpuszczam dla własnej higieny psychicznej. Odpuszczanie jest czymś niesamowicie oczyszczającym, dającym poczucie sprawczości i wolności. Jest też rzeczą niezbędną, jeśli chce się zachować siebie dla siebie. Uważam, że każdy powinien mieć jakiś swój sekret - coś, o czym nikomu nie mówi, nie opowiada, nie chwali się - coś małego dla siebie... Nie wolno nam oddawać swoich sekretów, powierzać się komuś w całości, bo to my jesteśmy całością, to z sobą jesteśmy od pierwszego do ostatniego oddechu. Brednie o połówkach schowajmy już do lamusa rodem ze średniowiecza.

W życiu, w codzienności spotyka mnie bardzo dużo dobrego, dużo życzliwości w realu i w sieci. Nie robię sztywnych planów na przyszły rok, nie dzielę się nimi z nikim, bo są moje. Chciałabym jedynie mieć więcej czasu na kino czy generalnie oglądanie filmów i na czytanie książek a także na pisanie wierszy, recenzji, również tutaj, na moim blogu. I chociaż w tym roku udało mi się przeczytać wiele świetnych książek, w tym także książek poetyckich, to - niestety - zabrakło mi czasu na napisanie o nich, podobnie było z filmami. Tego niepisania o sztuce troszkę żałuję, ale pochłonęły mnie podróże i praca zawodowa, zdobywanie nowej wiedzy na różnych kursach i szkoleniach. Chciałabym także promować więcej dobrej poezji, przybliżać Wam sylwetki godnych uwagi poetów. Mam nadzieję, że to się uda.

Generalnie jednak mija kolejny dobry, fascynujący rok, jaki udało mi się przeżyć i jestem bardzo szczęśliwa, spełniona, dogłębnie wdzięczna za wszystko, co mam. Byłabym hipokrytką, gdybym nazwała ten rok złym. Nie ma roku bez przeciwności losu, bo to jest w życiu po prostu niemożliwe, a jedyną stałą jest zmiana. W tym roku bardzo długo chorował mój psiak i to było ciężkie doświadczenie, bardzo się bałam, ale póki co jest dużo lepiej i to się liczy. Niczko jest tu ze mną w hotelu w Gdańsku, a łóżeczko zrobił sobie z mojej walizki. Balbiną, moją kicią, opiekuje się moja córcia. Zawsze też mogę liczyć na mojego brata Leszka, z którym się przyjaźnię.

Trochę, jak zwykle, chorowałam i ja (trudno, żeby było inaczej, ponieważ już w brzuchu mamy miałyśmy zapalenie płuc): miałam w styczniu ciężkie, obustronne zapalenie płuc, w kwietniu zapalenie oskrzeli, tchawicy i krtani, a w październiku złapałam covida, którego nigdy wcześniej nie miałam, ale wyzdrowiałam, zregenerowałam się, jestem. I to się liczy, to jest najważniejsze. 


W nowy czas, Nowy Rok, wchodzę pełna nadziei, pewna siebie i swoich umiejętności, wiem, że cokolwiek by się działo - poradzę sobie, a nawet będę w stanie wspierać tych, którzy tego wsparcia będą potrzebować.

Życzę Wam z całego serca, aby ten nowy, zbliżający się szybkimi krokami czas, przyniósł Wam wiele sukcesów i spełnienie najskrytszych marzeń, abyście pod jego koniec, za rok, czuli wielką satysfakcję, taką, jaką ja czuję dzisiaj, pisząc ten krótki post w czasie świątecznych ferii w ulubionym hotelu, w pięknym mieście, w którym za każdym razem odkrywam coś nowego.

Życzę Wam po prostu i zwyczajnie dobra, światła, radości i spełnienia i szczerze, ciepło pozdrawiam z ukochanego Miejsca Mocy - Trójmiasta, gdzie spędzam ten piękny, zimowy czas na własnych zasadach, ze swoimi marzeniami na kolejny rok, które zamierzam spełnić metodą drobnych kroczków.  

Moc dobrych myśli i ciepłych serdeczności, zostańcie zdrowi, bądźcie szczęśliwi, cieszcie się z małych rzeczy, bo w codziennym życiu one są ważne i wielkie! 


Szczęśliwego, zdrowego, spełnionego Nowego - 2026 - Roku.

Uściski i do zobaczenia w 2026 roku!

Wszystkie zdjęcia zamieszczone w tym poście są mojego autorstwa, wykonane pod koniec grudnia 2025.


Zrobione w Gdańsku, Gdańsku Brzeźnie, Gdyni, Gdyni Orłowie, Sopocie i w Kamiennym Potoku oraz w moim hotelu w Gdańsku.


Osoby na fotkach "weszły mi w kadr". Gdańsk żegna mnie śniegiem.❄️🌨️