Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomniki komunistyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomniki komunistyczne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 kwietnia 2026

Czy Ústí nad Labem jest fajnym miastem?

Ze stolic czeskich krajów Ústí nad Labem (Aussig an der Elbe) było jednym z dwóch, w którym jeszcze nie byłem. Zmieniłem to w grudniu 2025 roku, wybierając się tam na jarmark adwentowy, a przy okazji zwiedzając miasto.

Ústí posiada oczywiście polską nazwę, ale jest to jeden z tych przypadków, gdzie lepiej mi brzmi w uszach oryginał, dlatego nie będę tutaj używał Ujścia nad Łabą, lecz wersję czeską. Zatem Ústí... nie jest zbyt popularne wśród turystów, choć to jedno z najstarszych czeskich miast, gdyż prawa miejskie otrzymało w XIII wieku. Gdy siedzieliśmy w przytulnej, wypełnionej wesołymi miejscowymi knajpie, zagadała do nas zaciekawiona barmanka:
- Po co tutaj przyjechaliście?
- Bo to fajne miasto.
- Nie, to nie jest fajne miasto! - zareagowała gwałtownie. - Tu nie ma nic fajnego!
- Z turystycznego punktu widzenia wydaje się fajne.
- Nie, nawet dla turystów nie jest fajne! - kręciła głową. - Byliście na Severní Terasach? No właśnie...
Severní Terasa to jedno z licznych blokowisk ulokowanych na wzgórzach wokół centrum i ma dość dobre opinie w internecie. Nie da się jednak ukryć, że w Ústí wiele jest terenów zaniedbanych, wiele domów opuszczonych i zapewne nie jest to raj do życia na ziemi. Niektóre ulice zdominowane są przez grupy w ciemniejszym kolorze skóry - według statystyk Cyganów wcale nie ma zbyt dużo, jednak wydają się bardziej widoczni niż w innych dużych miastach, a na mapach wydziela się trzy lokalizacje zasiedlone przez "osoby wykluczone społecznie". W Republice Czeskiej najwięcej z nich jest właśnie w kraju usteckim i mieszka w nich ponad trzydzieści tysięcy osób.
- Jeśli chcecie zobaczyć fajne miasta, to musicie jechać gdzieś indziej - kontynuuje kobieta w knajpie i wymienia różne znane miejscowości, ale we wszystkich już byliśmy. - A może Karlovy Vary? - proponuje.
- Tam jest drogo i zawsze było dużo Ruskich - odpowiadam, na co kiwa ze zrozumieniem głową.
- No tak, ale lepsze to niż Ústí.


Negatywną opinię na temat Ústí może potęgować pogoda - jak często w czasie grudniowych wyjazdów niebo było zakryte ciężką kołdrą chmur, wiało i piździało. Miasto jest bardzo ciekawie położone nad Łabą, a śródmieście otaczają wzgórza i formacje skalne, ale dziś aura nie pozwala cieszyć się takim krajobrazem.


Historia Ústí nierozerwalnie związana jest z rzeką, więc zwiedzanie najlepiej zacząć od niej. Na zdjęciu Łaba na tle centrum, widać kilka charakterystycznych punktów zabudowy.


sobota, 21 marca 2026

Hřebečsko: Březová nad Svitavou, Moravská Třebová i Mohelnice

Jesienią ponownie ruszyliśmy na Hřebečsko, czyli dawną niemiecką wyspę językową położoną na północnej części granicy czesko-morawskiej. Do 1945 roku mieszkało w niej ponad sto dwadzieścia tysięcy osób, z których ponad osiemdziesiąt procent używało języka niemieckiego i nazywało tą krainę Schönhengstgau. Składało się na nią prawie sto pięćdziesiąt miejscowości; odwiedzenie wszystkich byłoby zapewne wykonalne, lecz mocno czasochłonne, ale z miastami nie ma takiego problemu, ponieważ było ich tylko sześć. Trzy odwiedziliśmy już wcześniej, w listopadzie przyszła pora na trzy kolejne.

Pierwszy nasz postój następuje jednak nie w mieście, choć nazwa może sugerować co innego: Městečko Trnávka (Markt Türnau) nie posiada praw miejskich. Nad wioską górują ruiny zamku, dobrze widoczne z głównego skrzyżowania.


W sobotnie południe panuje tu bardzo senna atmosfera, nawet knajpy są jeszcze zamknięte. Nie pozostaje nam nic innego, jak ruszenie w stronę ruin. Przechodzimy przez coś na kształt małego rynku, które pewnie kiedyś był centrum osady.


Na skraju lasu stoi skromny pomnik z przełomu XIX i XX wieku upamiętniający czterdziesto, a następnie pięćdziesięciolecie panowania księcia Jana Liechtensteina, właściciela tych ziem. W sumie książę pełnił swą funkcję przez siedemdziesiąt lat i zajmuje czwarte miejsce wśród najdłużej rządzących monarchów w historii.


Nie byłem pewien, czy chce mi się wchodzić na górkę zamkową, ale Teresa zarządziła wspinaczkę. Dosłownie, bo poszliśmy na pałę przed siebie i po chwili stanęliśmy przy ruinach zamku Cimburk. 


piątek, 27 lutego 2026

Ze słonego stepu przez Dunaj nad Balaton - węgierska prowincja w pigułce

Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, a może nawet po raz pierwszy w czasie wakacyjnych wojaży na południe, z pobytu na węgierskich basenach termalnych nie wracamy od razu na Śląsk. Tym razem zarezerwowałem jeszcze jeden nocleg po drodze, więc na spokojnie możemy sunąć przez madziarską prowincję.

Najpierw staję na granicy Parku Narodowego Małej Kumanii (Kiskunsági Nemzeti Park). To akurat nie jest pierwszy raz, choć nigdy nie zatrzymywałem się akurat w tym miejscu.


Park nie tworzy całości, składa się z dziewięciu odległych od siebie części. Przed nami jego fragment określany jako Miklapuszta. Są to dawne tereny zalewowe rzek, które po ich regulacji zmieniły się w słony step, największy na Węgrzech. Po silnych opadach czasem zalega na nim woda, przyciągająca wiele gatunków ptaków, a w porze suchej pasie się bydło.



A po drugiej stronie drogi zupełnie inny klimat, przypominający kraje afrykańskie. Plus jedna z niewielu rzeczy, którą można zazdrościć Madziarom: świetne ścieżki rowerowe.




piątek, 28 listopada 2025

Wojwodina: Kanjiža i Novi Kneževac

Jeżdżąc po Serbii zawsze staram się spędzić kilka nocy w jakieś miejscowości Wojwodiny. W 2025 roku wybrałem miejscowość Kanjiža (Кањижа, Magyarkanizsa). Jest to liczące około ośmiu tysięcy mieszkańców miasto położone w północnej części prowincji. Do granicy z Węgrami jest kilkanaście kilometrów, ale ma się wrażenie, że tak naprawdę jesteśmy już w kraju Orbána: na ulicach słychać prawie wyłącznie węgierski, z głośników leci węgierskie radio, z telewizorów dobiegają odgłosy węgierskich stacji, na budynkach łopoczą węgierskie flagi nie rzadziej niż serbskie. Według danych ze spisu powszechnego osiemdziesiąt pięć procent mieszkańców to Węgrzy, Serbów jest niecałych dziesięć procent. Węgrzy przeważają również we wszystkich, poza jedną, wioskach gminy, a są i takie osady, gdzie nie znajdziemy ani jednego Serba.


Wizytę rozpoczynamy od kalwarii: dwa rzędy ceglanych kapliczek drogi krzyżowej kończą się na niewielkim kopcu z trzema krzyżami. Ów kopiec to kurhan Scytów lub innego starożytnego ludu.




Potem udajemy się na miejsce noclegowe, które zwie się Hostel Bata. Z hostelem nie ma on jednak nic wspólnego: to dom, który w całości przerobiono na pokoje dla turystów. Właściciel, pan Bata, mieszka kilkadziesiąt metrów dalej. Ponieważ jesteśmy jedynymi gośćmi, więc możemy sobie wybrać, gdzie chcemy spać. Decydujemy się na pomieszczenia, które śmiało można nazwać apartamentem: pokój z pełni wyposażoną kuchnią, toaletą i łazienką z wanną, a także małym tarasem. Na stanie jest też klimatyzacja i telewizor. Co prawda meble to czasy późnej Jugosławii, ale wszystko bardzo nam się podoba, trzeba tylko patrzeć pod nogi, bo na ziemi położono różne kable i rurki, po czym obłożono je drewnianymi ściankami 😛.
Telewizja serbska ma słaby sygnał, ciągle śnieży, za to węgierska doskonały. Przełączam na różne kanały, a na każdym Orbán i Orbán na wiecach, strach otworzyć lodówkę.


czwartek, 20 listopada 2025

Wojwodina: Pančevo oraz spomeniki w drodze

Przekroczenie granicy rumuńsko-serbskiej zajmuje nam krócej niż pięć minut. Cieszę się, bo po cofnięciu zegarków mamy jeszcze całkiem młodą godzinę, ledwie szesnastą trzydzieści, więc jest szansa, że na nocleg dotrzemy dość wcześnie. Szybko okaże się jednak, że pogoda ma w tej kwestii inne zdanie.


W Rumunii przez ostatnie dwa dni męczyły upały z temperaturą powyżej czterdziestu stopni, na dziś w serbskiej Wojwodinie zapowiadano burze. I rzeczywiście godzinę temu niebo się zaciągnęło, ale nadal jest upalnie. Przemykamy przez pierwszą wioskę - Kaluđerovo (Калуђерово, Szőlőshegy, Rebenberg). Rok temu kręciłem się po niej na rowerze. Wtedy też zbierało się na burzę, ale w końcu przeszła bokiem.


Dziś raczej nie przejdzie. Niebo na horyzoncie jest ciemne jak serca polityków. Po wyjeździe na otwartą przestrzeń uderza w nas silny boczny wiatr.


Od południa, od strony rumuńskich gór, widzimy wielką szarą chmurę, która porusza się przy gruncie i połyka nadgraniczną wioskę. Szybko przesuwa się w naszą stronę. "Co to ma być"? - zastanawiamy się i dodaję gazu. Okazuje się, że to wiatr zabiera ze sobą wszystko, co leży na ziemi i niesie dalej, w tym wszystkie resztki, jakie zostały na polach. Nie wygląda to dobrze, jak nas rąbnie jakimś świństwem, to będzie nieciekawie!


wtorek, 12 sierpnia 2025

Nădlac i Timișoara na początek Rumunii

Po czterech latach stęskniliśmy się za Rumunią i postanowiliśmy znowu do niej zajrzeć. Jeśli dobrze liczę, będzie to szósta wizyta w tym państwie, a piętnasta wakacyjna wyprawa samochodowa w ogóle. Czyli jubileusz!

Przejazd tranzytowy przez Węgry często bywa męczący, ale tym razem męczył wyjątkowo. Na M1 tradycyjnie ogromny ruch, przy czym madziarscy kierowcy to mniejszość. Urojone roboty drogowe ze zwężeniami, potem urojony wypadek na obwodnicy Budapesztu i korek. Zazwyczaj za stolicą autostrady stawały się puste, lecz nie w tę lipcową niedzielę: M5 zatłoczone jak Krupówki podczas turniejów skoków narciarskich. Zapomniałem, że tędy suną do swojej drugiej (albo pierwszej) ojczyzny Europejczycy z krajów zachodnich. Każdy parking zawalony samochodami, krzyczący, biegający lub modlący się ludzie, walające się śmieci, a w damskich kiblach wręcz pływało. Dopiero przed Segedynem zaczęło robić się luźniej i spokojniej.

Przy niezbyt szybkim tempie jazdy pocieszałem się, że nie stracimy już czasu na granicach, bowiem niedawno Rumunia weszła do strefy Schengen. Potwierdzają to tablice z zaklejonymi symbolami cła.


Na ostatnim węźle przed granicą zjeżdżam do wioski Nagylak. Historycznie są to zachodnie przedmieścia miasta o takiej nazwie, które obecnie zwie się Nădlac i leży w Rumunii. W wyniku traktatu w Trianon w 1920 roku granica przecięła kilkadziesiąt dotychczas madziarskich miejscowości, ta była jedną z nich. Po spojrzeniu na mapę można odnieść wrażenie, że wytyczono ją tutaj prosto od linijki, w rzeczywistości powodem takiego przebiegu była linia kolejowa. To dość częsta sytuacja, że kwestie etniczne nie miały żadnego znaczenia, natomiast tory owszem. W tym przypadku pozostały one na Węgrzech, podobnie jak stacja kolejowa.
Problemem stała się inna kwestia: w Nagylaku od 1905 roku znajdowała się wielka fabryka konopi przemysłowych, eksportująca swe towary na całą Europę, a nawet do Ameryki Północnej. Zakład również pozostał pod kontrolą Budapesztu, ale tereny uprawy lnu znalazły się w Rumunii. Efekt był taki, że pracownicy poruszając się wewnątrz zakładu codziennie musieli przekraczać granicę, korzystając ze specjalnych przepustek. Ten ewidentny idiotyzm skorygowano w 1922 roku, przyłączając ziemie będącą własnością fabryki do Węgier, w zamian za co Rumunia otrzymała grunty w innym miejscu. 
Obiekt nadal istnieje i działa, jego komin widać z daleka. 


niedziela, 13 kwietnia 2025

Nowy Cmentarz w Belgradzie

Novo groblje to najbardziej znany cmentarz Belgradu. Wbrew swojej nazwie nie jest aż taki nowy, bo otwarto go w 1886 roku. Była to trzecia nekropolia chrześcijańska na obecnym terenie stolicy Serbii, ale biorąc pod uwagę, że jeden starszy cmentarz zlikwidowano, a drugi znajduje się w dzielnicy Zemun (która do 1920 roku należała do Węgier), więc w praktyce jest to najstarszy ściśle belgradzki obiekt tego typu 😏. Dodatkowo Novo groblje był pierwszym w Serbii zaprojektowanym jako cmentarz pod względem architektonicznym i urbanistycznym. W naturalny sposób stał się miejscem pochówku dla najbardziej znanych i zasłużonych obywateli, artystów, polityków i wojskowych. Szacuje się, że na 30 hektarach znajduje się prawie 50 tysięcy grobów, 1500 rzeźb i kilkadziesiąt grobowców. Co ciekawe, istnieje spory rozrzut pomiędzy potencjalną liczbą pochowanych: od 380 tysięcy do... 700 tysięcy! W latach 80. ubiegłego wieku został on uznany za zabytek o wielkim znaczeniu.


Choć bardzo lubię odwiedzać cmentarze, to pewnie bym go pominął, bo w Belgradzie jest tyle ciekawych miejsc do zobaczenia. Tak się jednak złożyło, że nocowałem tuż obok niego. To, co dla niektórych gości hostelu było minusem, dla mnie okazało się wielkim plusem 😊. Być tak blisko i nie zajrzeć? Niemożliwe. Niestety, miałem na wizytę zdecydowanie za mało czasu, bo jakieś półtorej godziny, momentami był to wręcz sprint!


Novo groblje w chwili swego otwarcia leżał na odległych peryferiach, więc mieszkańcy nie bardzo chcieli grzebać na nim bliskich. Wkrótce jednak nie mieli wyboru: dotychczasowy cmentarz na Tašmajdanie, w centrum miasta, zaczął ograniczać przyjęcia "lokatorów", aż w końcu całkowicie go zamknięto. Przez kilkadziesiąt lat przenoszono stamtąd groby do nowej lokalizacji, potem zamieniono go w park, ale wielu zmarłych nie zostało ekshumowanych. W XX wieku nowy cmentarz stał się europejskim w stylu: międzynarodowym i międzywyznaniowym. Tragiczne wydarzenia ubiegłego stulecia także odcisnęły na nim piętno, bowiem chowano na nim ofiary wszelkich wojen. I właśnie kwatery wojenne najbardziej mnie interesowały.


piątek, 28 marca 2025

Polskie Morawy: Kietrz

Morawy to jedna z trzech głównych krain historycznych wchodząca w skład Republiki Czeskiej. Mało kto jednak wie, że niewielkie ich fragmenty znajdują się również w Polsce! Jak do tego doszło? Aby odpowiedzieć na to pytanie należy cofnąć się do... średniowiecza 😏.

Ówczesne Margrabstwo Moraw w dużej mierze pokrywało się z granicami kościelnej diecezji ołomunieckiej. Na północy sięgało ono terenów dzisiejszego Śląska, m.in. należał do niego Prudnik i Głubczyce. W drugiej połowie XIII wieku czeski król wydzielił z jego ziem księstwo opawskie dla swojego nieślubnego syna. Syn, spłodzony z dwórką królowej, został oficjalnie uznany przez ojca a nawet papieża, lecz nie mógł dziedziczyć korony, więc otrzymał w ramach pocieszenia coś mniejszego. Księstwo to w wyniku układów, transakcji handlowych oraz koneksji rodzinnych w kolejnych stuleciach zaczęło być wiązane ze Śląskiem i traktowane jest jako część tej krainy. Żeby jednak nie było tak prosto: z terenów nowo utworzonego księstwa monarcha wykroił pewne obszary i przekazał je pod bezpośrednią władzę biskupów ołomunieckich. Było to podziękowanie za pomóc w krucjatach przeciwko Prusom. W ten sposób biskup sprawował w darowanych ziemiach nie tylko władzę kościelną, ale też świecką. Obszary te, będące enklawami otoczonymi Śląskiem, nadal traktowano jako Morawy, obowiązywały tam morawskie prawa, podatki płacono do morawskiego skarbu. 
Po wojnach austriacko-pruskich w XVIII wieku nie tylko Śląsk (również Opawski) został podzielony, ale także enklawy morawskie. Większość z nich pozostała przy Habsburgach, ale jedną przyłączono do Prus: było to miasto Kietrz (Katscher, Ketř) oraz kilka wiosek wokół niego. O ile w Austrii, a potem w Czechosłowacji, odrębność enklaw utrzymywała się aż do XX wieku, o tyle Niemcy potraktowali je jako normalną część Śląska, choć sporadycznie używano określenia "pruskie Morawy". W 1945 roku niemiecki Śląsk przypadł Polsce i w ten oto sposób skrawek historycznych, najprawdziwszych Moraw znalazł się pod rządami Warszawy. Oczywiście komuniści nie ustanowili żadnej odrębności administracyjnej dla enklawy, ale diecezja ołomuniecka nadal tutaj sięgała (obejmowała niemal cały dzisiejszy powiat głubczycki oraz południowo-zachodnią część raciborskiego; Prudnik już kilka wieków wcześniej włączono do diecezji wrocławskiej). Dopiero w 1972 roku Watykan utworzył oficjalnie diecezję opolską i formalnie dopiero wówczas administracja kościelna została wyjęta spod jurysdykcji biskupa ołomunieckiego.
Czasem, zwłaszcza polskie źródła, pod pojęciem "polskie Morawy" lub "Morawy polskie" uznają cały teren, który należał do diecezji ołomunieckiej. Uważam, że to nadinterpretacja, bowiem w ten sposób należałoby uznać za Morawy całą ziemię opawską, a przecież od stuleci nikt tak nie robi. Moje zdanie podzielają Czesi: dla nich Opawszczyzna to Śląsk pełną gębą, a Morawami są jedynie enklawy, czyli nie tyle dawna diecezja ołomuniecka, lecz posiadłości ołomunieckich biskupów. Zatem, podpierając się czeskim punktem widzenia, udajemy się na objazd po polskich Morawach, czyli do Kietrza i otaczających go wiosek. Biorąc pod uwagę obecny podział administracyjny, są to rubieże województwa opolskiego (większość) oraz śląskiego (jedna miejscowość).

Poniżej enklawa kietrzańska na przedwojennej mapie WIG z naniesionymi jej granicami (pochodzi z Wikimedia Commons).


Z oddali Kietrz wygląda jak wiekowe miasto: są wieże kościoła, starych budynków, jakiś komin. Swoje lata rzeczywiście ma: lokowali go w 14. stuleciu biskupi ołomunieccy, ale jako osada istniał już kilkaset lat wcześniej.


wtorek, 25 lutego 2025

Poruba - socrealistyczne serce Ostrawy

Poruba to jedna z dzielnic Ostrawy, położona na zachód od centrum. Jest drugą najludniejszą w mieście i drugą najbardziej gęsto zamieszkaną, lecz nie dlatego warto ją zobaczyć, ale z powodu socrealistycznej zabudowy.

W Polsce komuniści wznieśli Nową Hutę, a także m.in. nowe Tychy, w Czechosłowacji wymyślili Nową Ostrawę. Jako lokalizację wybrali puste tereny należące do wioski Poruba, przez Niemców zwanej Hannersdorf
Najpierw w 1948 roku pierwsze bloki zaczęły stawiać ostrawskie kopalnie, a trzy lata później rozpoczęła się budowa całkowicie nowego, socjalistycznego miasta. Powodów takiej lokalizacji było kilka: mnóstwo niezabudowanej ziemi (ukradzionej poprzednim właścicielom, hrabiom Wilczek oraz drobnym rolnikom), brak większych pokładów węgla (więc i brak konieczności przyszłego fedrowania), bliskość ostrawskiego przemysłu, a jednocześnie takie kierunki wiatrów, które nie przywiewałyby zanieczyszczeń. Wprowadzono zakaz budowy domów jednorodzinnych, wszyscy nowi obywatele mieli mieszkać w kupie. Tak skoszarowani robotnicy byli łatwiejsi do kontroli, lecz jednocześnie władzom zależało na podniesieniu poziomu życia grupy klasowej, która z założenia miała być awangardą komunizmu. Jeśli chciano uruchamiać nowe, wielkie zakłady, to pracownicy musieli gdzieś w pobliżu mieszkać i nie powinny to być zawilgocone nory. Warto dodać, że w owym czasie kanalizacja obejmowała zaledwie połowę tkanki miejskiej starych dzielnic Ostrawy, wodociągi jedną trzecią, gaz był w kilkunastu procentach domów, a centralne ogrzewanie zaledwie w kilku. Wszystkie te udogodnienia w Porubie miały być dostępne.


Plany architektów były niesamowicie ambitne: Poruba/Nowa Ostrawa, która początkowo miała być samodzielnym ośrodkiem miejskim, liczona była na sto pięćdziesiąt a nawet sto siedemdziesiąt tysięcy mieszkańców. Co ciekawe, komuniści chcieli wyburzyć historyczne centrum (Morawskiej) Ostrawy i na jego miejscu postawić zakłady przemysłowe oraz kopalnie, więc rolę wizytówki regionu przeznaczono dla Poruby. Główny bulwar miał się ciągnąć kilka kilometrów na wschód do stacji kolejowej Svinov. Ponieważ w najbliższej okolicy nie ma żadnej większej rzeki, a jedynie potok Porubka, wymyślono... kanał szeroki na czterdzieści metrów, łączący Dunaj z Odrą. Wszystko po to, aby było tak ładnie jak w Moskwie. Nie zapomniano o wielkim pomniku Stalina. Pod względem architektonicznym też wzorowano się na Związku Radzieckim, ale niekoniecznie tylko na realnym socjalizmie, także na wcześniejszych epokach. Najwyższym budynkiem miał być gmach krajowej rady narodowej mierzący sto pięćdziesiąt metrów, nawiązujący do moskiewskiego Pałacu Rad (ani jeden ani drugi nie powstał). Życie, jak zwykle, skorygowało te plany.


piątek, 7 lutego 2025

Zábřeh, Svitavy i Lanškroun, czyli z wizytą w Hřebečsku

Zanim nastał czas monoetnicznych państw w Europie Środkowej, mapa narodowościowa potrafiła wyglądać jak dziecięca kolorowanka: kleksy, kreski i poszarpane brzegi. Cechą charakterystyczną były tak zwane wyspy językowe. Na ziemiach czeskich istniało aż osiem wysp językowych, zamieszkanych przez ludność niemiecką. Największą z nich było Hřebečsko, położone na północnym odcinku granicy czesko-morawskiej. W tym przypadku określenie "wyspa" może być nieco mylące. Zazwyczaj takie wyspy językowe były mocno oddalone od macierzystych krain, natomiast tutaj od niemieckojęzycznych terenów Sudetów oddzielał szeroki na jedynie kilka kilometrów pas wiosek, w których mówiło się po czesku. Realnie była to zatem część zwartego obszaru niemieckiego, przeciętego czeską wkładką. Pozostaniemy jednak przy oficjalnej terminologii.
Czesi nazywali wyspę Hřebečsko od niewysokiego pasma Hřebečovský hřbet albo po prostu svitavský jazykový ostrov. Dla Niemców był to Schönhengstgau lub Schönhengster land, także od nazwy tych samych gór, które po niemiecku zwały się Schönhengster Rücken. Nigdy nie tworzył on samodzielnej jednostki administracyjnej, przynależał do różnych okręgów sądowych, a potem powiatów. Łączyła go wspólna kultura oraz pochodzenie od kolonistów przybyłych z zachodniej i południowej Rzeszy (głównie Bawaria i Nadrenia) po najazdach tatarskich. Składało się na niego sześć miast oraz ponad sto czterdzieści wiosek, w sumie tysiąc dwieście kilometrów kwadratowych. Przed II wojną światową żyło tam około sto dwadzieścia tysięcy osób, ponad osiemdziesiąt procent mówiło po niemiecku (na początku wieku ten procent był wyższy). Tylko w trzynastu wioskach przeważali Czesi. Ostatnio podczas dwóch wyjazdów odwiedziliśmy połowę miast Hřebečska, więc zebrało się trochę materiału zdjęciowego i tekstowego 😏.

W listopadzie na pierwszy rzut poszedł Zábřeh (Hohenstadt), który leżał na wschodnim skraju wyspy, na Morawach. Był on najmniej niemieckim miastem regionu, ostatnie austro-węgierskie spisy podawały siedemdziesiąt procent użytkowników tego języka wśród mieszkańców. Był też rzadkim przypadkiem, żenw wyniku napływu nowych rzesz ludności w okresie Czechosłowacji język czeski wysunął się na prowadzenie. Zapoznanie się z miastem rozpoczynamy od spojrzenia na niego z niewysokiej platformy widokowej w dzielnicy Rudolfov (Rudolphstal). Pod nami rozciąga się niewielkie centrum z dominującym nad resztą kościołem św. Bartłomieja, po bokach zaś przycupnęły bloki i stawy.


Dookoła wszędzie góry. Nad Jesionikami kłębi się i chmurzy.


piątek, 24 stycznia 2025

Park Pamięci (Memento Park) w Budapeszcie

Problem niechcianych pomników jest tak stary jak cała historia państwowości. Jak tylko dochodzi do zmiany władzy, ustroju lub pojawiają się jakieś inne czynniki pozwalające inaczej spojrzeć na przeszłość, to zawsze pojawia się pytanie, co uczynić z takimi kłopotliwymi pamiątkami. Metody są różne. Najbardziej prymitywne to całkowite burzenie. Najmniej ingerujące: pozostawienie bez zmian lub z odpowiednio skorygowanym opisem. Metoda pośrednia to przenoszenie do mniej eksponowanych miejsc lub do muzeów. Tę ostatnią Węgrzy twórczo rozwinęli i na obrzeżach Budapesztu powstał Memento Park (Szoborpark, Park Pamięci). Jest to muzeum na świeżym powietrzu, coś w rodzaju skansenu, w którym zgromadzono dziesiątki pomników z okresu komunistycznego.


Park ten powstał dość szybko po likwidacji Węgierskiej Republiki Ludowej. Wstępny pomysł narodził jeszcze pod koniec starej epoki, w czerwcu 1989 roku - miał to być park z samymi węgierskimi Leninami. W obecnej formie zaprojektowano go w 1991 roku, a otwarto w czerwcu dwa lata później, w drugą rocznicę wyjazdu ostatnich radzieckich żołnierzy. Zgromadzono tutaj pomniki i tablice jedynie z terenu węgierskiej stolicy, a nie z prowincji. Rada miejska Budapesztu oddała radom dzielnicowym decyzję, czy pokomunistyczne monumenty mają zostać przeniesione czy pozostać na miejscu: dzielnice zagłosowały za relokacją na teren muzeum. Odbyła się ona tak, jak cały upadek madziarskiego komunizmu: spokojnie i bez specjalnych emocji. W przeciwieństwie do podobnego parku na Litwie ten nigdy nie budził większych kontrowersji i nie zarzucano mu promowania komunizmu. Kompleks jest chwalony jako "realistyczne, a zarazem odległe podejście do nieprzyjemnej przeszłości" oraz ujęcie w interesującą formę przykładów socrealistycznej rzeźby, z których wiele jest intrygujących jako dzieła sztuki. Jak to opisał projektant muzeum: Ten park jest o dyktaturze. A jednocześnie, ponieważ można o nim mówić, opisywać go, budować, ten park jest o demokracji. W końcu tylko demokracja daje możliwość swobodnego myślenia o dyktaturze.


piątek, 17 stycznia 2025

Leniwe Węgry: piwnice winne, ciepłe wody i emerytowani nudyści w Kiskőrös

Wracając z Bałkanów zawsze traktuję Węgry jako etap odpoczynku i rozleniwienia. Zwiedzanie schodzi na dalszy plan, teraz trzeba w końcu wymoczyć tyłki w ciepłych wodach. Co nie znaczy, że tego zwiedzania w ogóle nie ma, ale nie jest ono na pierwszym miejscu.
Tak było i tym razem. Nieśpiesznie przejeżdżamy przez kolejne madziarskie miejscowości nieustannie dziwiąc się albo zachwycając nazwami po ugrofińsku. Bácsalmás ma też oficjalną nazwę chorwacką i niemiecką, natomiast Borota kojarzy się z pewnym diabłem... Przy okazji sprawdzania starych zdjęć odkryłem, że dziwna biała plama na pierwszej zielonej tablicy jest na niej już co najmniej dwa lata.



Zatrzymuję się w miasteczku Hajós (Hajosch), a właściwie w jego dzielnicy Pincefalu (Kellerdorf). Dzielnica ta w całości składa się z małych domków - piwnic winiarskich.  Przed II wojną światową było ich 1800, każda rodzina produkowała domowe wino. Dziś ich liczba spadła do 1200, ale ponoć to i tak największe ich nagromadzenie w Europie. Nawet przystanki wybudowano w stylu winiarskim.




piątek, 3 stycznia 2025

Przez Serbię: Preszewo, Nisz, Belgrad i Kovilj

Autostradowe przejście graniczne pomiędzy Macedonią a Serbią, które potrafi zatrzymać na wiele godzin, nas wciąga na jedyne dwadzieścia pięć minut. Znakomity rezultat! Nie wszyscy mieli tyle szczęścia: celnicy z wielkim zaangażowaniem trzepią samochód na francuskich blachach. Czyżby nie lubili szampana?
Zerkam w bok: Serbowie postawili płot, jak Węgrzy, Chorwaci i jeszcze kilka innych nacji. Dawniej, gdy zaczęły się szturmy europejskich granic, nie próbowali szczególnie powstrzymywać migrantów, a nawet podwozili ich autokarami pod unijne granice. Ba, niektórzy byli nawet tak naiwni, aby proponować osiedlać przybyszów z innych kontynentów w wyludnionych rejonach Serbii. Nie dość im problemów z własnymi muzułmanami? 


W Serbii spędzimy tym razem jedynie dobę. A zaczniemy od odwiedzenia... Albańczyków. Choć większość osób tej narodowości wyrwała się spod władzy Belgradu wraz z Kosowem, to nadal mieszka ich w tym kraju ponad sześćdziesiąt tysięcy. Zdecydowana większość z nich przebywa w trójkącie pomiędzy granicami Kosowa i Macedonii, w regionie zwanym doliną Preszewa (Preševska dolina, Lugina e Preshevës). Składają się na nie dwie gminy - Preszewo (Прешево, Preshevë) oraz Bujanovac (Бујановац, Bojanonoci), a także nie połączona z nimi gmina Medveđa (Медвеђа, Medvegja). W sumie Albańczycy stanowią w nich ponad siedemdziesiąt procent mieszkańców, a w Preszewie nawet dziewięćdziesiąt. Wyjątkiem jest Medveđa, tam dominują Serbowie, lecz pod względem politycznym traktuje się ją jako część doliny Preszewa.


środa, 25 grudnia 2024

Macedonia prawdziwa: Prilep, Gradsko i garść spomeników

Opuszczamy brzeg Jeziora Ochrydzkiego, które nieco obniżało temperaturę i zapewniało trochę wytchnienia. Wjeżdżamy w wysuszone i gorące tereny macedońskiego interioru. Od razu za Ochrydą zaczynamy się wspinać, bo przecież wszędzie są góry. Podjeżdżając pod przełęcz na wysokości 1200 metrów musimy się zmierzyć z kierowcami ciężarówek, którzy namiętnie wyprzedzają się na ciągłej i w nieoświetlonych tunelach. W pewnym momencie dogania mnie... śmieciarka i dziko trąbi, abym przyspieszył. Nic nowego na Bałkanach.


Gdy robi się spokojniej staję na poboczu, aby rozprostować kości. Nie dostrzegam żadnych budynków. Żółte trawy kontrastują z ciemną zielenią na zboczach. W tle, za moim samochodem, uchwyciłem nadajnik na wierzchu Pelisteru w paśmie Baba - jest to trzeci najwyższy szczyt Macedonii (2601 metrów).



Za Bitolą (Битола) okolica się spłaszcza, jedynie po lewej stronie przemykają żółtawe pagórki. Widać ślady po ogniu - albo samozapłony albo rolnicy znowu bawili się zapałkami. Najwięcej czarnych plam było na obrzeżach Bitoli, w cygańskiej dzielnicy: tam z dymem poszła nie tylko roślinność, ale i kilka skleconych z byle czego chałup. Dookoła tradycyjnie walały się całe góry śmieci, w tym masa szklanych butelek, więc w takich warunkach naprawdę nie jest trudno o pożar. Ogień był wybredny, potrafił pożreć trawę, drzewa do ich połowy, po czym w niewyjaśniony sposób minął wybrane domostwa.


piątek, 22 listopada 2024

Jestřebí hory: knajpy, bunkry i wieża widokowa

Jestřebí hory (Góry Jastrzębie, Habichtsgebirge) to pasmo w czeskich Sudetach, położone na zachód od Gór Stołowych. Nie są to góry wysokie (najwyższy szczyt mierzy ledwie 740 metrów), ani rozległe: ciągną się one co prawda na długość dwudziestu pięciu kilometrów, ale są wąskie - w najszerszym miejscu to ledwie trzy kilometry. Nie są również specjalnie popularne, zwłaszcza wśród turystów z zagranicy, choć szlaki są tu przeważnie łagodne, nadające się dla każdego piechura i rowerzysty. Do niedawna i dla mnie była to terra incognita, więc we wrześniu pojechaliśmy we dwójkę z Bastkiem, aby zmazać kolejną sudecką białą plamę.

Wycieczkę podzieliliśmy na dwa dni. W góry dotrzemy dopiero wieczorem, większość pierwszego dnia będziemy zaś przebywać na terenach klasyfikowanych już jako Krkonošské podhůří (Podgórze Karkonoskie, Riesengebirgs-Vorland). Ten etap będzie bardziej krajobrazowy.

Auto parkujemy w Červeným Kostelcu (Rothkosteletz) na blokowisku. Miasto jest nieduże, ale jak to w Czechach, całkiem sporo tu zabytków. Przy ulicy Komenského stoi kilka okazałych gmachów z okresu międzywojennego. Jest szkoła, siedziba Sokola i teatr. Ten ostatni otwarto w 1925 roku, rok później odwiedził go prezydent Masaryk, który wówczas objeżdżał tę część kraju. A dookoła rozkłada się czesko-polski cyrk.



Pomnik Poległych. Żołnierz wygląda jak góral, natomiast opłakującej poległych kobiecie ścięto głowę!


środa, 6 listopada 2024

Nad Jeziorem Ochrydzkim: Struga i Kaliszta

Młoda funkcjonariuszka macedońskiej straży granicznej pyta się, dokąd jedziemy.
- Nad Jezioro Ochrydzkie - odpowiadam.
- Aach, Ochrydzkie - rozmarzyła się. - Tam jest pięknie, udanego pobytu!
Na pewno będzie udany, choć wjeżdżamy do państwa, które niedawno wprowadziło stan wyjątkowy. Powodem są szalejące od pewnego czasu pożary. Pojawiają się one w Macedonii Północnej co roku, ale te w 2024 były wyjątkowo duże i władze nie radziły sobie z gaszeniem ich przy wykorzystaniu standardowych środków. Paradoksalnie temperatury tego lata były nieco niższe niż poprzedniego, lecz być może na taką skalę zniszczeń złożyło się kilka innych czynników: mieszkańcy opowiadali, że zbyt długo trwała susza, od bardzo dawna nie padało. Macedoński rząd bał się, że stan wyjątkowy wystraszy turystów, mimo, że pożary występowały głównie w środkowej i wschodniej części kraju, gdzie obcokrajowcy prawie nie zaglądają. Wystarczy jednak, że taki turysta z Polski przeczyta komunikat polskiego ministerstwa spraw zagranicznych, które z automatu zaczęło ostrzegać przed podróżami do Macedonii, a zacznie zastanawiać się nad odwołaniem wycieczki lub zmianą kierunku.

Kawałek za przejściem dostrzegam, że tablicę wjazdową wymieniono połowicznie: nazwa kraju jest aktualna, lecz kod samochodowy pozostał sprzed zmiany w 2019. Swoją drogą w trzech przypadkach podniesiono limit prędkości, co się praktycznie teraz już nie zdarza!


Dzisiejszy dzień to przede wszystkim dojazd na nocleg, nie zakładałem żadnego dłuższego zwiedzania, tylko naciskanie pedału gazu. A Macedonia to przecież góry. Trudno się dziwić, że w drugim najbardziej górzystym kraju Europy (a siódmym świata) widać je praktycznie wszędzie.