Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bałtyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bałtyk. Pokaż wszystkie posty

Wędrówki

Dlaczego nie pozwolą mi nigdy zachować moich wspomnień o wędrówkach tylko dla siebie? Czy nie mogą zrozumieć, że gadaniem niszczą wszystko? Jeśli im opowiadam, to potem nic nie zostaje. Pamiętam tylko swoje własne opowiadanie, kiedy staram się przypomnieć sobie, jak było.
Włóczykij [Tove Jansson, Opowiadania z Doliny Muminków]

Niezbyt lubię opowiadać o swoich wędrówkach. Nie myślę, co prawda, jak Włóczykij, ale... Dość trudno mi się ustosunkować do sugestii Ewy, zapisanej w komentarzu pod poprzednim postem. Jak tu podsumować tegoroczną marszrutę po kraju i policzyć kilometry, zrobione podczas wędrowania? I co ciekawego można na ten temat napisać? Nie byłam w tym roku ani najdalej, ani najdłużej, ani najwyżej. Kilku planów dotarcia w wymarzone miejsce nie udało mi się zrealizować. Jednak trochę, mimo wszystko, wędrowałam, np.:
  • pierwszy raz w życiu byłam w: Grudziądzu, a także w okolicach MuszynyWałbrzycha,
  • drugi raz w życiu pojechałam do Karpacza, by po raz kolejny z powodu trudnych zimowych warunków atmosferycznych nie wejść na Śnieżkę;
  • trzeci raz w życiu odwiedziłam Krynicę Górską i Wrocław (w tym roku byłam w nim dwa razy, ostatni wyjazd, bardzo szczególny, jeszcze czeka na opisanie),
  • siódmy raz w życiu ruszyłam w drogę mad morze w okolice Władysławowa, tym razem udało mi się "domknąć" spacer wybrzeżem na trasie Hel - Łeba i jeszcze trochę dalej na zachód;
  • dwunasty raz w życiu odbyłam podróż w Bieszczady (w tym roku wyjeżdżałam tam dwa razy);
  • dwudziesty szósty raz w życiu zawędrowałam w Tatry (czterokrotnie odwiedzając w tym roku Zakopane).
Od razu widać, które regiony Polski lubię najbardziej.

No i jeszcze te kilometry. Jeżeli założę, że spędziłam około 200 godzin w autobusach i pociągach oraz że średnia prędkość środka komunikacji publicznej wynosi 50 km/h, to przejechałam w tym roku około 10000 km. Z map drogowych wynika, iż pomiędzy moimi Kresami a miejscami, do których dotarłam, jest około 9300 km. Jakby na to nie patrzeć - dużo. A coraz mi trudniej się zebrać, zapakować i wyjechać.

Nie udało mi się zobaczyć prawdziwie jesiennych Bieszczadów, ani "zdobyć" żadnego z ośmiu szlaków, które mam jeszcze do przejścia w Tatrach. Z drugiej strony, cóż się dziwić - zostały mi szlaki najtrudniejsze, te w okolicach Orlej Perci. Żeby tam dotrzeć, potrzebna jest (...) selekcja ducha, ten specyficzny „mental spirit” – jakby powiedziała Anna Czerwińska – czyli właściwe, psychiczne przygotowanie ludzi do pójścia tam w górę, na grań. Cytat pochodzi z bardzo ciekawego artykułu Łukasza Kaźmierczaka pt. Widziałem Orlej cień. Szczerze polecam - warto go przeczytać, choćby ze względu na barwne opisy ludzi, chodzących po górach.

Ponad 25 lat temu, gdy ledwo wdrapywałam się nad Czarny Staw pod Rysami, doszłam do wniosku, że dalej nie dam rady i że góry nie są dla mnie. Patrzyłam wtedy z zazdrością i niedowierzaniem na "starszych" ludzi, schodzących ze szczytów. Pewien człowiek, stwierdziwszy, że ma 60 lat i właśnie był na Rysach, pocieszał mnie, mówiąc: "Co to jest taki szczyt dla młodej dziewczyny?" Ale wtedy nie byłam gotowa, aby pójść gdzieś wyżej. Teraz zaczynam coraz bardziej dojrzewać do myśli, że już mogę.

A jak jeszcze dołożę nowy sprzęt, który dostałam w prezencie pod choinkę od R., to całe góry moje. Najcenniejsze w tym prezencie nie jest to, że raki mają 12 zębów i że tyle kosztują, ale pewność, iż ja ten prezent wykorzystam. R., ta wiara we mnie jest bezcenna i bardzo Ci za nią dziękuję. Raki są świetne i nie zawaham się ich przy najbliższej okazji użyć.
Dodam jeszcze, że namawianie mnie na kupno nowego plecaka jest z góry skazane na niepowodzenie. Oczywiście, posiadam większy, pożyczony od K., który ma ponad 1,8 m wzrostu (ja - 1,5 m). Ot, taka fantazja.

Przy okazji bardzo dziękuję wszystkim, składającym mi życzenia świąteczne. Były wśród nich życzenia udanych podróży, ekscytujących wypraw, wspaniałych dalekich rejsów, a co!, pomyślnych wiatrów, realizacji pasji, a nawet wspólnego wędrowania po Bieszczadach. I spełnienia marzeń.

Na koniec jeszcze jeden cytat, tłumaczący po co to wszystko robię. Cieszył się wędrówką do nieznanych miejsc, oglądaniem nieznanych rzek, a trudy wynagradzała mu pasja poznania. [Owidiusz]

P.S. Jeszcze bardziej niż gadania o wędrówkach, nie lubię opowieści o przygotowaniach do nich.

Morskie fale pozwalają mi odnaleźć siebie



Bo nie ma nic piękniejszego od nieustającego uporu z jakim morze składa pocałunki linii brzegowej, nie zrażając się tym, że za każdym razem zostaje odepchnięte. - Sarah Kay






Dla mnie morze jest nieustającym cudem; pływające ryby – skały – ruch fal – statki z ich załogami. Czy istnieją niezwyklejsze cuda? - Walt Whitman







Rybacy wiedzą, że morze jest niebezpieczne, a sztorm straszliwy, jednak nigdy nie traktują tych niebezpieczeństw jako wystarczającego powodu do tego, by pozostać na brzegu. – Vincent Van Gogh






Stać na wybrzeżu, odczuwać wznoszenie i opadanie fal, wdychać mgłę przemierzającą wielkie słone moczary, obserwować lot nadbrzeżnego ptactwa, przeczesującego od tysięcy lat granice kontynentów, widzieć odpływanie w morze starych węgorzy i młodych aloz, to posiadać wiedzę o rzeczach niemal równie odwiecznych co samo życie na ziemi. – Rachel Carso








Bo cokolwiek zgubimy (jakieś ty, jakieś ja), zawsze morze nas samych odnaleźć nam da. – E.E. Cummings





Morze, gdy raz rzuci urok, na zawsze utrzyma cię w swej sieci cudów. – Jacques Yves Cousteau








Morze to uosobienie emocji. Ono kocha, nienawidzi, płacze. Umyka przed wszelkimi próbami ujęcia go w słowa i odrzuca wszelkie ograniczenia. Nieważne co o nim powiesz, zawsze pozostanie coś, czego wypowiedzieć nie zdołasz. – Christopher Paolini



Dla mnie morze jest jak osoba – jak dziecko, które znam od dawna. To brzmi jak szaleństwo, wiem, ale gdy pływam w morzu to z nim rozmawiam. Nigdy nie czuję się tam samotna. – Gertrude Ederle






Kiedy nawiedzają mnie niepokojące, trudne i złe myśli, jadę nad morze i ono je topi w swoich wspaniałych odgłosach, oczyszcza mnie swym hałasem i narzuca rytm mojemu rozedrganiu i zagubieniu. – Rainer Maria Rilke


Dzisiejszy wpis powstał pod wpływem inspiracji postem pt. Morskie lato, autorstwa Orszulki, której z przyjemnością dedykuję wszelkie "mądrości" tu zapisane.
Do ilustracji użyłam fotografii zrobionych podczas mojego ostatniego pobytu nad Bałtykiem w sierpniu 2014 r., tytuł to słowa Jill Davis, cytaty zaczerpnęłam ze strony [źródło].

Jakie morze swoim kształtem przypomina klęczącą kobietę?

Nie tak dawno w poście Hurrra!!! Wygrałam!!! opisywałam swój pierwszy w życiu wygrany rejs po morzu. Był on nagrodą w konkursie marynistycznym, organizowanym przez audycję Marka Szurawskiego "Razem bracia do lin". Jedno z pytań konkursowych brzmiało: "Jakie morze świata przypomina swym kształtem klęczącą kobietę i co o tym mówią mieszkańcy jego brzegów?" Odgrzebałam swoją odpowiedź sprzed lat, wzbogaciłam o dostępne mi teraz wiadomości z internetu, dodałam fotografie,  i... zapraszam do wakacyjnej lektury:)

Proszę spojrzeć na dowolną mapę, przedstawiającą znany wszystkim Bałtyk - na przykład tu (klik). Czyż kształt naszego morza nie odpowiada następującemu opisowi: kobieta klęcząca twarzą na wschód, jej głowa i szyja to Zatoka Botnicka, ręce - Zatoka Fińska i Zatoka Ryska,  kolana - Zatoka Gdańska, a stopy to Skagerrak. 


Oto kilka hipotez dotyczących tajemniczej kobiety:) Gall Anonim nazywał Bałtyk Morzem Amfitrionalnym. Może tajemnicza postać to grecka władczyni morza Amfitryta (gr. Ἀμφιτρίτη Amphitrítē, „Ta, która otacza świat”)? A może to postać nordyckiej bogini Hel, władczyni krainy zmarłych. W języku starogermańskim rdzeń hel wspólny był czasownikom kryć, ukrywać, chować, w tym też znaczeniu wszedł do mitologii germańskiej jako określenie bogini śmierci Hel - czyli tej, która ukrywa i chowa. [źródło]


Janina Soszyńska w książce pt. "W krainie słonych wiatrów", wydanej nakładem Wydawnictwa Morskiego (Gdańsk 1989), sugeruje, że tajemnicza kobieta to księżniczka Bałta, która pokutuje za wyrządzone ludziom krzywdy.
Oskar Kolberg w "Dziełach Wszystkich", w tomie o Litwie przytacza legendę o Jurze, bogini Bałtyku (w języku litewskim Morze Bałtyckie to Baltijos jūra, w łotewskim Baltijas jūra).

Zofia Drapella w "Mitach i legendach morskich" (Wydawnictwo Morskie Gdańsk 1972) przytacza legendę żmudzką, w której występuje Jurata, królowa Bałtyku. Legendę tę po raz pierwszy spisał w 1842 roku Ludwik Adam Jucewicz. Zgodnie z nią ... Jurata mieszkała na dnie Morza Bałtyckiego w bursztynowym pałacu. Pewnego dnia, usłyszawszy, że rybak Kastytis wyławia zbyt wiele ryb z morza, popłynęła do jego łodzi, by go ukarać. Zobaczywszy go, zakochała się. Razem spędzali wiele czasu w pałacu na dnie Bałtyku. Gdy o związku ze śmiertelnym dowiedział się bóg Perkun, z zazdrości zniszczył piorunem pałac na dnie morza, a Juratę przywiązał łańcuchami do skały na dnie morza. Bursztyn znajdowany na plażach pochodzi wedle legendy właśnie ze zniszczonego pałacu, a w grzmotach przetaczających się nad morzem można usłyszeć imię "Kastytis". Inna wersja legendy mówi, że bursztyn pochodzi z łez Juraty, opłakującej swojego ukochanego zabitego przez rozgniewanego boga. Według jeszcze innej, Juracie udało się uratować Kastytisa ze sztormu rozpętanego przez Perkuna. [źródło]


Znalazłam kilka wersji legend o Juracie, na przykład wersja I, wersja II, wersja III, wersja IV - wierszem i po litewsku:) 


A może tajemnicza postać nie jest kobietą tylko mężczyzną?


Jurata w legendzie żmudzkiej była córką boga morza Gorka. [źródło] Może to on klęczy i prosi  o wybaczenie? Z Juratą wiąże się też słowiański bóg morza - Trygłów (Bałt, Sztormboh, Trojan, Neptun, prawdopodobnie błędnie tak nazwany dzięki kontaktom z rzymskimi kupcami). Oto, co o nim wiadomo: ... bóg Pramorza, słonych wód, stworzeń wodnych, żeglarzy, rybaków, budowniczy pierwszej barki. To bóg, który wyniósł na powierzchnię prawody dwie garście ziemi. Stał się współbudowniczym świata. Był podobny do greckiego Posejdona. (...) Był to mężczyzna czterdziestoletni, o trzech twarzach: uśmiechniętej, poważnej i rozgniewanej. Do pasa miał normalne ciało, zaś od pasa posiadał długi, rybi ogon pokryty łuskami. Barwa ciała była seledynowa. Nosił koronę z bursztynu i posiadał dzidę o trzech grotach czy też wiosło. Mieszkał na dnie morza w bursztynowym grodzie. Jego imię tłumaczy się: trójgłowy, władający trzema aspektami. Za żonę miał Juratę (Nurta, Faluna), boginkę fal i królową słodkiej wody, córkę Pogody i Dadziboga. Poświęcone mu były: mewa; czarny koń; bursztyn. Jego święto obchodzono 20 lipca. [źródło]


W legendach kaszubskich występuje Gosk (...) jedyny władca Bałtyku, czyli bóg morza, kaszubski Neptun. Jedna z najważniejszych postaci miejscowej mitologii. Władał wiatrem, sztormem i falami z pałacu na dnie morza. Gdy odpoczywał, Bałtyk był spokojny i fale nie mąciły jego powierzchni. Kiedy obchodził swe włości, wiał lekki wiatr, który napełniał żagle rybackich łodzi. Lecz gdy bóg morza wpadał w złość, sztorm burzył morze, groźne fale z hukiem biły o brzeg, a śmiałkowie, którzy na czas nie zdążyli dopłynąć do domów, ginęli w morskich odmętach. Gosk, darzony wielką czcią, współczuł rybakom w ich niedoli i biedzie.[źródło] Poruszał się po powierzchni morza łodzią ciągnioną przez morskie rumaki. W swoim domostwie na dnie Bałtyku urządzał przyjęcia, zapraszając na nie różnorakie straszydła. Był otoczony nimfami, które podobnie do kaszubskich kobiet spacerowały po plażach, wypatrywały rybackich łodzi, naprawiały sieci bądź prały rybackie odzienia. [źródło] Gosk zasłużył sobie na bycie patronem jednej z ulic w Gdyni:)


Kolejne bóstwo, pojawiające się w kaszubskich legendach i przysłowiach, to Jaster (Jastrzebog). Miejscem jego kultu miała być m.in. Jastarnia, o której miejscowe legendy twierdzą, że w pogańskich czasach była miejscem obrzędów ku czci Jastara / Jastrzeboga / Jastery, któremu składali ofiary rybacy. [źródło] Oddawano mu cześć na początku wiosny, paląc ognie na wzniesieniach i tańcząc wokół jego posągu. [źródło]


Dzisiejszy post ilustrują fotografie robione podczas mojej wędrówki brzegiem Bałtyku pomiędzy Helem a Dębkami latem 2010 r. Nie mam pojęcia, dlaczego nie zrobiłam zdjęcia pomnika Juraty (wyrzeźbionego przez Stanisława Szwechowicza z Gdańska), który został odsłonięty w Juracie 22 lipca 2006 r. w 75. rocznicę powstania letniska. Trzeba to nadrobić, a okazja zdarzy się już ... niebawem:) Właśnie jestem nad morzem:)

Hurrra!!! Wygrałam!!!

Polskie Radio - Regionalna Rozgłośnia w Lublinie
Radio Lublin S.A. 
Zespół Radia Lublin z przyjemnością informuje, że został rozstrzygnięty konkurs żeglarski dla słuchaczy audycji "Razem bracia do lin", emitowanej przez naszą Rozgłośnię.
W ocenie Komisji Konkursowej odpowiedzi Pani zyskały najwyższe uznanie; oznacza to, iż przyznajemy Pani główną nagrodę w postaci rejsu żeglarskiego na jachcie "Roztocze" po Bałtyku w dn. 3 - 15.08.1996 r.
Zapraszamy na uroczyste wręczenie tej nagrody, a przy tym na spotkanie z członkami naszego Zespołu, autorem audycji, armatorem i kapitanem jachtu dn. 20.06.1996 r. o godz. 14 - tej w budynku Radia Lublin przy ul. Obrońców Pokoju 2 w Lublinie.
Gratulujemy i liczymy na niezawodną obecność
Prezes Zarządu
Naczelny Redaktor
Radia Lublin S. A.
Janusz Winiarski
Lublin, 1 czerwca 1996 r.
Proszę zwrócić uwagę na datę - ładny prezent dostałam z okazji Dnia Dziecka, prawda? Ale wszystko po kolei. Jak pisałam w poprzednim poście, w 1996 roku przygotowywałam się do egzaminu na sternika jachtowego. Przypadkiem T., natknąwszy się w "Dzienniku Wschodnim" (lokalnej gazecie) na ogłoszenie o konkursie marynistycznym, związanym z audycją "Razem bracia do lin", stwierdził: "Masz, coś dla ciebie". Zasady konkursu były proste, można o nich przeczytać w jednym z wycinków prasowych, który do tej pory posiadam:
... Radio Lublin SA oraz autorzy audycji "Razem bracia do lin", nadawanej w soboty o godzinie 11.30, ogłosili konkurs o nagrodę w postaci 2-tygodniowego rejsu po Bałtyku na jachcie pełnomorskim latem tego roku. Na pokładzie znajdą się osoby wyłonione spośród tych, którzy odpowiedzą prawidłowo na najwięcej z szesnastu pytań nadawanych pod koniec każdej audycji, a publikowanych także w każdą ostatnią sobotę miesiąca na łamach "Dziennika Wschodniego". Rozstrzygnięcie konkursu w maju. Odpowiedzi (...) nadsyłajcie w ciągu 4 tygodni od daty emisji (...).
Pytania w konkursie „Razem bracia do lin” były następujące:
  1. Co to są pływy i jakie pływy występują na Morzu Bałtyckim?
  2. Jakie jest zasolenie Bałtyku?
  3. Opisz jedną z wysp na Morzu Bałtyckim.
  4. Kim byli Bracia Witalijscy?
  5. Co to jest abrazja i gdzie jest największa na polskim wybrzeżu?
  6. Jakie jest najważniejsze wzniesienie na polskim wybrzeżu widziane z morza i jakie z tym miejscem wiążą się legendy?
  7. Jakie morze świata przypomina swym kształtem klęczącą kobietę i co o tym mówią mieszkańcy jego brzegów?
  8. Ile jest polskich latarni?
  9. W jakiej książce jest mowa o kapitanie Ahabie?
  10. Jaka książka opowiada o Wilku Larsenie?
  11. W której książce jest mowa o wieloletnim rozbitku i jego służącym Piętaszku?
  12. Jakie ryby wędrują z Bałtyku w górę polskich rzek?
  13. Jaka książka opowiada o lordzie Glenarvanie, Jakubie Paganelu, dwójce dzieci i jachcie Duncanie?
  14. Czym zapisał się w historii żeglowania Francis Chichester?
  15. Opisz pierwszy samotny rejs Polaka dookoła kuli ziemskiej.
  16. Jaką trasę przebył Joshua Slocum podczas swego rejsu dookoła świata? Przedstaw ją na mapce.
Nadmieniam, że w roku 1996 nawet mi się nie śniło o posiadaniu komputera, a tym bardziej o dostępie do internetu. Jedynymi książkami marynistycznymi, które posiadałam w swojej biblioteczce, były: "Dzieci kapitana Granta" Juliusza Verne'a, "Moby Dick" Hermana Melville'a i "Szaman Morski" Karola Borchardta. Z racji przygotowywania się do egzaminu na sternika miałam też, z trudem zdobytą, książkę Andrzeja Kolaszewskiego "Żeglarz i sternik jachtowy", ale akurat ona przy odpowiadaniu na pytania konkursowe nie przydała mi się wcale.
Z większością pytań poradziłam sobie w miarę sprawnie (szczególnie z tymi, które dotyczyły literatury marynistycznej, historii żeglugi czy też Bałtyku). Największą trudność przysporzyły mi dwa pytania: pyt. 4 i pyt. 8. Teraz wystarczy wpisać w wyszukiwarce Bracia Witalijscy i wyskakują tysiące odpowiedzi (podaję link dla osób zainteresowanych opowieściami o piratach klik). Nawiasem mówiąc (pisząc), niedawno ukazała się książka na ich temat pt. "Piraci północy", autorem której jest Dariusz Domagalski. Wtedy w dostępnych mi źródłach żadnej wzmianki na ich temat nie było. Pomogła mi, wspomniana w poprzednim poście, pani z LOZŻ-etu, której pragnę przy okazji kolejny raz gorąco podziękować za kilka kartek skserowanej książki zawierającej informację o piratach. Pytanie dotyczące latarni chyba przesądziło o zdobyciu przeze mnie głównej nagrody. Do latarni policzonych na wojskowej mapie (tak cichutko przyznam się, że mój kuzyn miał znajomości w Morskim Oddziale Straży Granicznej) dodałam jeszcze polską latarnię, ale nie na polskim wybrzeżu, tylko w  Polskiej Stacji Antarktycznej im. Henryka Arctowskiego na Antarktydzie.

Pamiątki po udziale w konkursie to: kilkanaście taśm magnetofonowych z nagranymi audycjami radiowymi, kilka kartek z odpowiedziami konkursowymi (pisanymi jeszcze na maszynie), kilka kserówek, o których wyżej wspominałam, żółciutki sztormiak z napisem Radio Lublin, koszulka z logo audycji, rysunki przedstawiające stare żaglowce, m. in. kartka pocztowa z rysunkiem Marka Szurawskiego.

O wynikach konkursu można przeczytać w jednej z notatek prasowych:
Cotygodniowe spotkanie z morzem na antenie przyciągnęło uwagę słuchaczy, którzy począwszy od stycznia odpowiadali na kolejno 16 pytań kończących każdą audycję. Radio Lublin ufundowało nagrodę w postaci żeglarskiego rejsu po Bałtyku. Laureatką konkursu została..., która wraz z ósemką słuchaczy z innych rozgłośni krajowych popłynie w sierpniu na jachcie "Roztocze" do Karlskrony, na Bornholm i do portów polskiego wybrzeża.

Na temat audycji i konkursu można przeczytać na stronie Fundacji Kultura Morska klik). Tu aż się prosi napisać coś na temat autora audycji, Marka Szurawskiego, ale osiemnastoletnia znajomość zobowiązuje do czegoś więcej niż kilka zdań - kiedyś napiszę o Nim osobny post.

Jak pisałam poprzednio, mój pierwszy rejs skończył się w Gdyni, ale ja nie opuściłam Roztocza. Zaczynałam swój kolejny dwutygodniowy rejs, który był nagrodą w konkursie. Tym razem załoga była mieszana. Oprócz mnie były jeszcze dwie dziewczyny, w tym wspomniana wcześniej Ania i dziewięciu kolegów żeglarzy (w tym A., A., K., M., T., W.). Kapitanem był Tadeusz Zawadzki, (na co dzień profesor doktor habilitowany, kierownik Zakładu Biofizyki UMCS), a I oficerem - Maciej Kwiatkowski (doktor inżynier, dyrektor Ogrodu Botanicznego w Lublinie).  Znów byłam w wieku równym średniej arytmetycznej lat załogi, ale to jakoś już tak nie rzucało się w oczy. Poza tym, z wyjątkiem kadry oficerskiej, pozostali członkowie załogi w większości byli również  zwycięzcami w konkursie - tak więc już było usprawiedliwienie dla mojej obecności na morzu.

II oficerem została Ania, a właściwie Anna Pięcińska, której nie tylko należy się oddzielny akapit, ale i oddzielny post. I będzie kiedyś taki post-pean napisany. Na razie nadmienię tylko, że jest to kolejna osoba, poznana osiemnaście lat temu, z którą przeżyłam od tamtego czasu niejedną przygodę i nadal mamy ochotę się spotkać i pogadać jak starzy Polacy. A na początku naszego wspólnego rejsu, gdy byłyśmy tylko we dwie na pokładzie (pewnie cała reszta załogi jadła kolację) zapytała mnie, czy nie czuję się nieswojo, że ona mi tak rozkazuje? Odparłam, że jest moim oficerem i dopóki wie więcej na temat żeglugi niż ja, to nie ma problemu. A zresztą, gdyby było coś nie tak, to po prostu jej (jako starsza o lat kilkanaście) o tym powiem. A teraz? A teraz Ania zaprosiła mnie właśnie na jeden ze swoich "Rejsów z Kulturą" (to stąd banerek na bocznym pasku).

Teraz czas na trochę informacji o rejsie. Mimo, że odbywał się na tym samym jachcie, w tym samym niemalże czasie, na tym samym akwenie, był zupełnie inny. I to nie tylko dlatego, że w kingstonie już nie było worków z ziemniakami (okazało się, że całkiem nieźle funkcjonuje) Po podziale na wachty (zostałam przydzielona do II, koję miałam tę samą) nastąpiło zaprowiantowanie, zrobiliśmy klar na pokładzie i... wypłynęliśmy z portu. Można by było pokusić się o sprawdzenie jaki to był dzień tygodnia, ale mogę się założyć, że sobota. Otóż jeden z przesądów żeglarskich mówi o tym, że nie wypływa się w piątek (z powodu śmierci Jezusa), nie wypływa się też w poniedziałek (gdyż wtedy Judasz się powiesił). Nie wszędzie tak jest, np. Hiszpanie większość rejsów rozpoczynają właśnie w piątek  (na pamiątkę wyprawy Krzysztofa Kolumba). Płynęliśmy w kierunku Gotlandii, oczywiście choroba morska znowu dała się mi we znaki, ale to już nie było tak uciążliwe. Poza tym do menu, oprócz skórki chleba, weszła kaszka "sztormowa" i kisiel - czyli coś, co smakuje w dwie strony tak samo - tak przynajmniej twierdziła Ania. 

W trakcie rejsu odwiedziliśmy (znane mi już z poprzedniego rejsu) Visby, zwane miastem róż i ruin (polecam ciekawą stronę i ciekawe zdjęcia). Oprócz spaceru wąskimi ulicami, przy których stały domki malowniczo oplecione różami, zwiedziliśmy piękny ogród botaniczny - jakby mogło być inaczej, kiedy miało się takiego I oficera. Kolejny port to Karlskrona z wieloma atrakcjami, wśród nich słynny drewniany Kościół Admiralicji, pomalowany na charakterystyczny w Szwecji czerwony kolor. Oczywiście prawie cała załoga ma pamiątkowe zdjęcie z figurą żebraka Rosenboma. Przypominam sobie, że w kościele zaskoczyła mnie możliwość wysłuchania opowieści przewodnika nagranej po polsku (trzeba było tylko wcisnąć odpowiedni guziczek).

W drodze powrotnej zahaczyliśmy o Bornholm, który od tamtej pory jest moją ulubioną wyspą na Bałtyku. Po zacumowaniu w porcie w Rønne (pamiętam łazienki, w których trzeba było wrzucić monety, aby popłynęła woda z prysznica, wszyscy popędzili zwiedzać miasteczko. Zostałam na pokładzie, aby pilnować jachtu. Po pewnym czasie zobaczyłam kapitana jak, ostrożnie idąc, niósł coś ze sobą. Co się okazało? Poszedł do jakieś wędzarni śledzi (w końcu to był Bornholm - wyspa z nich słynąca) i smutno mu się zrobiło, że ja tak sama na tym pokładzie siedzę. No i kupił mi te śledzie z jakąś sałatką. Sałatka była pyszna, śledzie pewnie też - dla kogoś, kto lubi śledzie i to w dodatku wędzone. A ja nie jadam śledzi - NIGDY W ŻYCIU - wtedy to był ten jeden jedyny wyjątek potwierdzający regułę. Następnego dnia zwiedziliśmy ruiny twierdzy Hammershus, największe w tej części Europy. Mam kilka bardzo ładnych fotografii z tej wycieczki, m. in. jakieś głazy, na których siedzę na tle morza i nieba, a w dali... samotny biały żagiel. Z Bornholmem mam też wspomnienia związane z przeszkodami nawigacyjnymi: albo nie taki wiatr, albo jakieś sieci rybackie, które trudno dostrzec w nocy, albo za blisko światła Christiansø - czyżby jakieś przekleństwo "Diabelskiej Wyspy"?

Ostatnim portem, do którego zapłynęliśmy, był Kołobrzeg ze słynną latarnią morską. Jak siebie znam, na pewno ją zwiedziłam (choć tego teraz nie pamiętam) - w końcu latarnie są mi bliskie (pytanie nr 8). Nooo, czasy się zmieniły. Teraz można kliknąć na stronę Latarnie morskie nad Bałtykiem i wszystko się wie. Wtedy, gdyby nie pogranicznicy, musiałabym chyba sama iść brzegiem morza i liczyć te latarnie. Pamiętam za to, że nagrano z nami audycję radiową w Radiu Kołobrzeg. Opowiadaliśmy o konkursie i rejsie.

W przeddzień zakończenia rejsu, przy kei w Świnoujściu, odbył się wieczór kapitański, a że II oficerem była Ania, która słynna jest z tego, że wspaniale i wymyślnie gotuje, wieczór był bardzo udany. Mój drugi w życiu rejs skończył się 15 sierpnia 1996 r. (trasa 670 Mm, na morzu 160 godz.). Żeglowanie po Bałtyku tak mi się spodobało, że wraz z zejściem na ląd zaczęłam planować już kolejną wyprawę, tym razem chciałam popłynąć na Morze Północne do Bergen.

Wśród rejsowych pamiątek są: fotografie (tym razem mam ich 21 sztuk, w tym część podarowanych przez Anię i A., kilka folderów ze Szwecji, zaświadczenie na starej, opalanej świeczką, mapie, które mówi, że jestem prawdziwym dzieckiem Neptuna i zasługuję na miano Starego Wilka Morskiego, kartkę wysłaną do rodzinnego domu z zapisem: 
Gdynia, 3.08.1996 r. ... jest b. dobrze. Podoba mi się tutaj, pogoda nadal dopisuje. Właśnie zaczynam drugi rejs - pierwszy był naprawdę udany. 


Mam również, podarowane przez Anię, pięknie oprawione zdjęcie Roztocza, robione koło Visby, ale Ania (po przeczytaniu poprzedniego postu) stwierdziła, że nie może patrzeć na te stare fotografie i przesłała mi zdjęcia bardziej współczesne. Dzięki temu można obok zobaczyć rufę jachtu, na którym trzy razy udało mi się pożeglować po Bałtyku. Wielkie dzięki, Aniu.
Gdyby ktoś chciał zobaczyć jak się pływa na Roztoczu, to polecam filmik znaleziony w internecie (klik).

P.S. Drodzy Czytelnicy, na ile konkursowych pytań odpowiedzielibyście, ale - żeby były równe szanse - bez pomocy "wujka Google"?

Z audycją "Razem bracia, do lin!" Marka Szurawskiego związana jest śmieszna historia. Jak już wspomniałam wyżej, była nadawana o godz. 11.30 w soboty (a mnie w tym czasie często nie było w domu - kurs żeglarski w Lublinie). Na szczęście była powtarzana - w niedzielę o godz. 5.00. Najlepszym rozwiązaniem wydawało się nagrywanie jej na taśmę magnetofonową. Moi ulubieni Sąsiedzi posiadali takie ustrojstwo, które można było zaprogramować na określony czas. Tak więc prosiłam sąsiedzkie dzieci o nagrywanie. Najmłodsze Dziecko, A., która wtedy miała ok. 6 lat, zapytała mnie kiedyś: "Ciociu, co to są te romboły?". Otóż w piosence, śpiewanej na początku audycji, występują takie słowa: "jeszcze tylko rumu łyk...". Wykonawcy śpiewali - jak śpiewali, doszły do tego trzaski radiowe, a Dziecko nie wiedziało, co to rum. No i zamiast "RU-MU-ŁYK" wyszło "ROM-BO-ŁY".

Mój pierwszy raz...

Miałem wtedy, ech!, szesnaście lat,
swoją drogą szedłem przez świat,
w sercu zawsze tkwiła uparta myśl,
by za głosem morza iść.


Miałam wtedy, ech, ciut więcej niż dwa razy więcej lat. Od dawna pływałam po Mazurach i na którymś z rejsów doszłam do wniosku, że może przyjść taki moment, kiedy to stwierdzę, że Mazury są za ciasne. Postanowiłam więc spróbować morskiego żeglowania. W Lubelskim Okręgowym Związku Żeglarstwa zapisałam się na kurs sternika jachtowego i przez prawie rok dojeżdżałam do Lublina na zajęcia teoretyczne. Uczyłam się m. in. teorii żeglowania i manewrowania, locji, nawigacji, meteorologii. Pływanie zaczęło się na wiosnę (trudno w to uwierzyć, ale pod koniec kwietnia na Zalewie Zemborzyckim była jeszcze przy brzegu zamarznięta woda. Pod okiem kilku świetnych instruktorów (m. in. kapitana Ziemowita Barańskiego) próbowałam opanować te wszystkie liny, żagle, manewry, węzły i chmury. Egzamin praktyczny zdałam z przygodami (w czasie jego trwania nad zalewem przeszła mała trąba powietrzna.
Żeby nie zapomnieć tego, czego nauczyłam się na kursie i połączyć wiedzę z praktyką, postanowiłam wziąć udział w pierwszym w moim życiu morskim rejsie. I tak 21 lipca 1996 r. zostałam "zaokrętowana" na pokład s/y Roztocze.

Fotografia obok pochodzi ze strony (klik) i przedstawia jacht z czasów dużo wcześniejszych niż mój pierwszy na nim rejs. Nie to, żebym nie miała własnych zdjęć. Ale spośród moich 27 (!) fotografii niezbyt coś się nadaje do pokazania na stronie (to były czasy, kiedy nie było aparatów cyfrowych, a klisze były drogie.
Do fotografii pasują słowa Josepha Conrada: "Kiedyś statki były z drewna, a ludzie z żelaza".

Do Gdyni, skąd zaczynał się rejs, jechałam z wielkimi obawami. Czy sobie poradzę? Co z chorobą morską? Jakie są warunki do mycia się? Co z gotowaniem? Jak wytrzymać na nocnej wachcie? Pytania mnożyły się wraz ze zbliżaniem się pociągu do Trójmiasta. Jedyną informacją, którą znałam, był fakt, że na dwanaście osób w załodze będzie jedenastu panów (i ani jednej kobiety oprócz mnie!!!). Jak potraktuje mnie reszta załogi? No i jeszcze ten przesąd!!! [źródło]
W czasach żaglowców uważano, iż kobiety na statku przynoszą statkowi i załodze nieszczęście. Niektórzy kapitanowie traktowali obecność kobiet na pokładzie statku jako "diabli balast". Marynarze skrobali zaś ślady stóp kobiecych na pokładzie. Tłumaczy się to tym, że marynarze personifikowali statek z kobietą. Sądzono, że statek mógłby być zazdrosny o kobietę znajdującą się na jego pokładzie, w związku z czym okazałby swój gniew i stałoby się nieszczęście.

Wiedziałam jeszcze jedno - gdyby zapytano mnie, którą koję wybieram, to mam pamiętać, że prawa górna w kubryku (przy wejściu) jest najwygodniejsza i nie przecieka.
Rysunek obok [źródło], wykonany co prawda w 1889 r., doskonale oddaje wnętrze, w którym miałam przebywać przez najbliższe tygodnie. Na Roztoczu nie było tylko krzesła i sztormdeski były wyższe (na szczęście).

Na miejscu okazało się, że nie dość, iż jestem jedyną kobietą, to jeszcze jestem panią w... średnim wieku (mój wiek był średnią arytmetyczną wieku najstarszego i najmłodszego członka załogi). W oczach kolegów żeglarzy kryło się pytanie: "Co ty tutaj robisz?" Wytłumaczeniem mógł być w ostateczności fakt, że jest to mój kolejny rejs, ale ten rejs był przecież dla mnie pierwszym w życiu. Trochę na moją korzyść działała chęć zdobycia umiejętności żeglowania po zrobieniu kursu sternika.
Dziewczyny z poprzedniego rejsu, które schodziły  na ląd, zazdrościły mi dwóch rzeczy: po pierwsze - że płynę na morze (a one właśnie z morza wróciły) i po drugie - że płynę z samymi chłopakami. Jedna z nich, Ania, o której kiedyś coś więcej napiszę, na moje pytanie: "Czy dam radę?", z rozbrajającą szczerością stwierdziła: "Dasz radę! A jeśli nie, to się słodko uśmiechniesz, zatrzepoczesz rzęsami i poprosisz o pomoc - wszak jesteś blondynką." Trochę mnie to pokrzepiło na duchu. Do czasu, gdy...

W trakcie spotkania organizacyjnego, podczas którego nastąpiło dzielenie załogi na wachty, omawianie specyfiki budowy jachtu, bezpieczeństwa podczas żeglugi, itp. spraw związanych z rejsem, kapitan Jacek Knajdowski rzekł: "Jeśli chodzi o kingston (tak nazywa się toaletę na żaglowcu), to nie będziemy z niej korzystać, bo często się zapycha, psuje, itd. A zresztą na tym jachcie służy jako magazyn ziemniaków." Panowie stwierdzili: "Dobra, nie ma sprawy". A ja? A ja nie wiedziałam czy śmiać się, czy płakać, czy wysiadać, póki jeszcze brzeg blisko.
Kingston na Roztoczu wyglądał podobnie jak na zdjęciu obok [źródło], tylko było w nim chyba mniej miejsca, no i wszędzie były worki z ziemniakami. 
Wyczytałam na podanej przed chwilą stronie, iż "Dosyć popularne jest stwierdzenie, że do kingstona nie wolno wrzucać niczego co nie przeszło przez usta. Wynika ono z częstego problemu zatykających się instalacji, które mają stosunkowo małe przekroje." Nic dodać, nic ująć...

Przydzielono mnie do wachty drugiej, niestety było to tak dawno, że nie pamiętam imion większości załogi. Pamiętam za to doskonale pierwsze godziny rejsu. Kapitan, po omówieniu manewru odejścia od kei i wyjścia z portu, przydzielił wszystkim zadania. "A ja? Co ja mam robić?" - spytałam nieśmiało. I w ten sposób zostałam obdarzona zaszczytną funkcją bycia "okiem". Wysłali mnie na dziób, każąc trzymać się dobrze wszystkiego, co pod  ręką. No i każąc meldować o wszystkim, co przed dziobem. Z początku bardzo mi się podobało, jacht na fali to wznosił się, to opadał - jak na huśtawce. Przed dziobem było bezpiecznie, a zresztą mój orli-sokoli wzrok dostrzegał ewentualne przeszkody z tak dużym wyprzedzeniem, że było dużo czasu na odpowiednie reakcje. "Ale frajda, dziób tak pięknie pruje fale." - pomyślałam. Niestety, mój zachwyt nie trwał długo. Wykolebana na dziobie dość szybko zaczęłam odczuwać skutki choroby morskiej. Jeszcze jak płynęliśmy po Zatoce Gdańskiej, to nie było tak źle. Ale po kilku godzinach wypłynęliśmy na pełne morze, brzeg przestał być widoczny i... Nooo, trudno, trzeba było oddać pokłon Neptunowi. I to nie raz... Nie ma na to sposobu, nie można się uodpornić. Najlepiej się czymś zająć. Znalazłam lekarstwo na chorobę - coś, co zajmuje mózg na tyle silnie, że przestaje mu się chcieć chorować. Moim sposobem na chorobę morską stało się sterowanie. Po jakimś czasie załoga nabrała do mnie zaufania. Potrafiłam trzymać kurs, mogłam stać przy sterze godzinami. Tylko co jakiś czas prosiłam kogoś, aby mnie zastąpił przy sterze na chwileczkę, kłaniałam się Neptunowi i z powrotem wracałam do steru.
Wszystko byłoby w porządku: i ciepła, nieprzeciekająca koja, której wszyscy z wyjątkiem kapitana mi zazdrościli, i skórka chleba (dobra na chorobę), i szklanka gorącej herbaty do ogrzania rąk. No i to sterowanie, które było tak absorbujące, że uszczęśliwiało człowieka. Tylko z jednym nie mogłam się przemóc. Zupełnie nie wiedziałam jak sobie poradzić. W końcu A. (wysokie, postawne chłopisko) podszedł do mnie  i rzekł. "Widzę, Kwiatuszku, że się męczysz. Chodź, pokażę ci, jak to się robi. I wysadził mnie za burtę tak, jak się wysadza małe dziecko. Pokazał czego się trzymać, żeby nie wypaść. Ej, nie będę opisywać technicznych szczegółów, zostawiam to wyobraźni czytelników. Dość powiedzieć, że jakoś dałam sobie radę, choć skrepowania nigdy się nie pozbyłam. Trudno mówić o jakiejkolwiek intymności, kiedy człowiek niemalże "na uszach" jedenastu załogantów załatwia swoje potrzeby fizjologiczne (zwyczajowo stawało się tyłem do osoby, która robiła TO na rufie.

A propos Kwiatuszka - z wyjątkiem przywileju wybrania koi (pierwsza z prawej u góry, w tym momencie pragnę gorąco podziękować pani z LOZŻ-etu, która mi o niej powiedziała - nie dość, że miałam suchą, wygodną, szeroką koję, to jeszcze pozostali członkowie załogi do końca rejsu zastanawiali się skąd takie wyczucie w wyborze koi u kobiety, która na niczym nie powinna się znać, koledzy żeglarze traktowali mnie zwyczajnie i bez żadnych ulg. Pełniłam wachty przy sterze i w kambuzie, myłam pokład i gary, glansowałam mosiądze. Może przy zmianie żagli mniej się przydawałam, bo sił poskąpiła natura. Ale za to przy sterze mogłam stać i stać. I wcale mi się nie nudziło. Podsumowywując, w nawiązaniu do fotografii obok, przedstawiającej księżną Daisy von Pless na pokładzie jachtu w lipcu 1911 r. [źródło], nie traktowano mnie jak księżniczkę, ale i źle nie miałam. Raz tylko zrobiło mi się przykro. Było to pod koniec rejsu - w powrotnej drodze zawinęliśmy do Ustki i moi koledzy chwilę po przycumowaniu popędzili na piwo, zostawiając mnie na pokładzie w celu pilnowania jachtu. Były to czasy, kiedy alkohol za granicą był dość drogi w porównaniu z polskim. Zapasy wzięte na jacht (celnicy) były ograniczone i szybko się skończyły. A oni byli tak spragnieni, że nic i nikt by ich nie zatrzymał. Zresztą - nie było dla mnie żadnego problemu w pozostaniu na jachcie. Po pierwsze - nie lubię piwa, po drugie - lubię być sama na pokładzie, po trzecie - obiecali za pół godziny wrócić. Wrócili po kilku godzinach, byli taaacy weseli, nawet kapitan, zwyczajowo smutny, uśmiechał się do świata. A ja, zgrzytając zębami, zrobiłam im awanturę: bo byli za długo i wrócili za późno, bo wszystkie sklepy już pozamykane, a nawet nie przynieśli mi drożdżówki. Cóż - każdy ma swoje potrzeby - jedni piwo, inni kawałek ciastka. Rano miałam na śniadanie, podane do koi, drożdżówkę.

Szkoda, że nie prowadziłam wtedy żadnego "pamiętnika z rejsu", można by było teraz coś więcej ciekawego napisać. Ale kto by pomyślał dwadzieścia lat temu, że będą blogi, na których ludzie będą dzielić się wspomnieniami.

Pamiętam, że po wypłynięciu z Gdyni żeglowaliśmy w kierunku Sztokholmu i dopiero po trzech dobach dopłynęliśmy do pierwszego portu - Visby na Gotlandii. Po zacumowaniu jachtu i kapitańskim pozwoleniu zejścia na ląd, pierwszą rzeczą, którą zrobiłam, było popędzenie do łazienki. Była to normalna łazienka  w cywilizowanej europejskiej marinie. Nachyliłam się nad zlewem i zrobiło mi się niedobrze. Ponoć niektórzy tak mają - do długim pływaniu na morzu stanięcie na stałym lądzie kończy się chorobą lądową. Ale wszystko się skończyło pomyślnie, był czas i na doprowadzenie się do ładu, i na zwiedzanie pięknego miasteczka. Przy okazji dodam (to dla czekających na opowieść o prawdziwych piratach, których spotkałam dopiero podczas swojego piątego rejsu), że Visby pod koniec XIV wieku było główną siedzibą Braci Witalijskich - największych piratów na Morzu Bałtyckim. Jak napisałam wyżej, płynęliśmy w kierunku Sztokholmu - i tu wspomnę o kolejnym żeglarskim przesądzie. Na morzu nie wpisuje się do dziennika pokładowego portu przeznaczenia, zanim się w nim nie zacumuje. Mogłoby to ściągnąć na żaglowiec nieszczęście - przesąd ponoć istnieje od czasu Odyseusza, który wpisał od razu po wypłynięciu port przeznaczenia, mało tego, podał nawet przybliżoną datę wpłynięcia do niego.

Pogoda był mało wietrzna, skutkiem czego na dopłynięcie do Sztokholmu zabrakło nam czasu. Odwiedziliśmy za to dwie maleńkie miejscowości w Szwecji: Arkösund i Oxelösund (można zobaczyć migawki z portów tu: klik, klik, klik). W powrotnej drodze zahaczyliśmy o Kalmar (z pięknym zamkiem i z jednym z najdłuższych mostów w Europie, łączącym wybrzeże z Olandią), wspomnianą wcześniej Ustkę i Władysławowo. Przy okazji nadmienię, że porty polskie mizernie się wtedy prezentowały na tle tych szwedzkich. Mam na myśli udogodnienia dla żeglarzy w postaci marin, a przede wszystkim toalet.

Mój pierwszy w życiu rejs po morzu skończył się 3 sierpnia w Gdyni (trasa 705,5 Mm, na morzu 175,5 godz.). Był jednym z najwspanialszych wydarzeń w moim życiu, pełnym zaskakujących zjawisk – już to, że byłam jedyną kobietą wśród jedenastu mężczyzn, w większości prawdziwych WILKÓW MORSKICH, mówi samo za siebie. I cały rejs przeżyłam z uśmiechem, mimo choroby morskiej. Początki były trudne, ale na koniec żegnaliśmy się jak starzy, dobrzy znajomi. Moi koledzy żeglarze zeszli na ląd, a ja zostałam na kolejny rejs - tym razem w zupełnie innym składzie i z zupełnie innej okazji (ale o tym w następnej opowieści - oczywiście o ile czytelnikom mojego bloga się to nie znudzi).

P.S. Egzamin teoretyczny zdałam jesienią. Dziś jeszcze pamiętam dokładnie jedno z pytań z historii żeglarstwa: Co to jest ożaglowanie typu "kleszcze kraba"?

Wspomniana na początku piosenka nosi tytuł "Green Horn" (do muzyki tradycyjnej słowa napisali Henryk "Szkot" Czekała i Damian Gaweł). Green Horn (Zielony Róg) oznacza w tym przypadku nazwę miejsca, ale greenhorn w języku angielskim to nomen omen nowicjusz, debiutant, początkujący, żółtodziób. Utworu w wykonaniu Mechaników Shanty można posłuchać tu (klik).

P.S.' Oprócz wspomnianych wcześniej fotografii, pamiątkami z rejsu są 3 foldery, które przywiozłam ze Szwecji. Mam też 2 kartki, wysłane do domu rodzinnego - poniżej fragmenty zapisków:
Gdynia, 22.07.1996 r.
Podróż mieliśmy dobrą. Jesteśmy teraz w Gdyni, przejęliśmy jacht, załoga jest w porządku (na razie). Robimy zakupy, pogoda się poprawiła. Jutro wypływamy. Jacht robi wrażenie.
Kalmar, 29.07.1996 r.
Jak na razie wszystko jest w porządku, już tydzień rejsu minął, przeżyłam chorobę morską, wieje dość łagodny wiatr, zaliczyliśmy już trzy porty. Od jutra zaczynamy poruszać się w kierunku Gdyni.
Kartkę z Fryderykiem Chopinem dostałam jakiś czas po rejsie od W.

P.S." Na pożegnalnym zdjęciu odkryłam imiona całej załogi: K., W., W., A., Kapitan, ja, T. (III oficer), Ł., A. (II oficer), G. (I oficer), J. i Z. I to jest dobra nauczka - trzeba podpisywać zdjęcia od razu, bo po 18 latach może się przydać.

Wędrówki brzegiem morza

Postanowiłam przejść polskie wybrzeże. Nie, nie za jednym razem, ale etapami. Już mam "w nogach" większość Mierzei Wiślanej i cały Hel. Ostatnio byłam w Słowińskim Parku Narodowym, około 13 km na zachód od Łeby. Niestety, muszę jeszcze raz pojechać w okolice Białogóry (zostało mi tam do przedreptania po plaży kilka kilometrów). A plaże w Polsce są przepiękne, szczególnie o zachodzie słońca...