Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieprz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieprz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 marca 2014

Papaja. Pieprz. Lody i urodziny.



PA-PA-JA
Trochę jak Maja i Kaja, a jednak to nie imię.
Choć właściwie czemu nie?
Brzmi ładnie. Jest w niej coś radosnego.


Rytm, tempo,  cmoknięcie ust przy dźwięcznym "p", jakby posyłała całusa. 
Tajemnicza, zmysłowa - tak, dziewczyna o imieniu Papaja byłaby właśnie egzotyczną pięknością. 
Taką jak na obrazach Gaugina, z pełnymi wargami i długimi kruczoczarnymi lokami. 
I koniecznie z kwiatem wetkniętym we włosy.
Inna. 


Zawsze mi się zdaje, że osoby o wyjątkowym imieniu niosą z sobą coś niezwykłego. 
Są jakby naznaczone czymś niespotykanym. 
Intrygują, wzbudzają zaciekawienie.
Choć bywa też odwrotnie - wyszukane imię staje się zbyt wysoko ustawioną poprzeczką. 


Czy dziewczyna o imieniu Papaja sprostałaby urokowi tego słowa?
Czy zdołałaby połączyć wrodzoną słodycz z ukrytą podskórnie pikanterią? 
Taka przecież jest prawdziwa papaja. 
Słodka. 


Ale ma jeszcze to wyjątkowe "coś".
Nasiona, maleńkie czarne kuleczki. 
Są jadalne, zdrowe i mają lekko ostry posmak pieprzu. 
Ideał. 


Słodko-ostro.
Kontrasty i zaskoczenia.
Trochę jak definicja kobiecości. 
Bardzo jak lody.
Kremowe, słodkie z niezwykłą ostrą nutą.
Z pieprzem z nasion papai. 


Odkąd je zobaczyłam (klik) , wiedziałam, że "muszę je mieć".
Trochę to trwało, ale to oczekiwanie dodatkowo wzmogło apetyt. 
Papaja.
Jest tu wszystko co uwielbiam - słodycz, delikatna ostrość pieprzu, lody i kolejne spełnione marzenie. 
I pomyśleć, że zamknięte było w tych malutkich, czarnych ziarenkach...


Warto poszukać owoców papai, gdy je znajdziecie, poczytajcie koniecznie o ich zdrowotnych właściwościach - na przykład tu - klik. A potem po prostu zróbcie lody - nie potrzeba do nich maszynki, za to niezbędny będzie "magiczny pieprz", to ona nadaje im wyjątkowy, intrygujący smak.

         Lodami witam się z wiosną i z małym poślizgiem świętują 4 urodziny Kucharni.
                   Obym kolejne także mogła odliczać spełnionymi marzeniami:)


PIEPRZ I LODY Z PAPAI
/bez użycia maszynki do lodów, inspiracja do przepisu pochodzi z tej strony - klik/

150 ml szklanki śmietany kremówki
100 ml mleka słodzonego skondensowanego
puree z 1-2 owoców papai
sok z cytryny - do smaku
*pieprz z nasion papai 

Owoce papai obrać ze skórki i usunąć nasiona. Nasion nie wyrzucać - posłużą do przygotowania "pieprzu". Miąższ zmiksować na puree i doprawić do smaku sokiem z cytryny. W misce ubić śmietanę aż zacznie nabierać objętości. Odstawić. W oddzielnym naczyniu zmieszać mleko skondensowane z owocowym puree i połączyć z ubitą śmietaną. Mieszać tak długo, aż całość dokładnie się połączy. Przełożyć do zamykanego pojemnika i chłodzić w zamrażarce przez min. 6 godzin lub najlepiej przez całą noc. 
W celu przygotowania pieprzu, nasiona wysuszyć "na pieprz" - można to zrobić w piekarniku, a następnie przełożyć do młynka i zmielić. 
Gotowe lody podawać posypane z wierzchu "pieprzem" z papai. Można także dodać zmielony "pieprz" do masy lodowej przed zamrożeniem. 


niedziela, 1 września 2013

You sexy thing! Figi, lody. Ostro i pieprznie. I kiedy przypada Piąta Pora Roku?




Jej oddech jest niczym miód przyprawiony goździkami.
Jej wargi - słodkie jak dojrzały owoc mango.
Całować jej skórę - to jak dotykać płatków lotosu.
Głębia jej pępka kryje w sobie aromat wszystkich przypraw. 
Jakież rozkosze kryją się dalej - wie tylko język,
ale nie potrafi tego opowiedzieć.
/Srngarakarika, Kumaradadatta, XII w./ 


Jedzenie i rozkosz.
Rozkosz podniebienia. 
Zmysłowość kształtów, woni, smaków.
Słuch, dotyk, węch. 
Jedzenie jest tańcem zmysłów. 


Kocham jeść. 
To dla mnie zmysłowa przyjemność.
Rozkosz, której nie potrafię i nie chcę sobie odmówić.
Już same dźwięki są afrodyzjakami.
"Synkopowy dźwięk noża przy krojeniu warzyw, cierpliwy śpiew moździerza ucierającego ziarenka, płynne nuty wina rozlewanego do kieliszków, brzdęk srebrnych sztućców, kryształów i porcelany, melodyjny szept rozmów przy stole, pomruki zadowolenia i niemal nieuchwytne skwierczenie świec oświetlających jadalnię."


Ktoś powiedział, że gotowanie jest dowodem miłości.
A więc ja kocham, kocham bardzo.
Kocham jeść, kocham gotować, kocham....

Ale nie znoszę nudy. Uwielbiam ryzyko, dreszcz emocji i podekscytowanie, jakie towarzyszy kolejnym eksperymentom. 


Tiramisu... Tak, lubię, ale znowu? 
Ten romans już przygasł, jest sentymentalny, ale już nie ekscytuje. 
W karcie deserów szukam czegoś bardziej podniecającego. 
I nie jest to kolejna szarlotka na ciepło z lodami ani tym bardziej porcja tortu, która pod fikuśnym makijażem kryje wszystkie niedoskonałości mało pociągającego wnętrza. 


Chcę tort bezowy. 
Chcę patrzeć na jego nieregularne, czasem ostre rysy. 
Wyobrażać sobie, że w środku ta kusząca kruchość topnieje i zamienia się w słodką, zniewalająco ciągnącą miękkość, która muśnięta językiem zaczyna powoli rozpływać się na podniebieniu. 


Chcę wsłuchiwać się, jak ostrze noża powoli, choć zdecydowanie przełamuje kruchość i ląduje między aksamitnymi warstwami kremu. Tam, gdzie kajmak otula orzechy i spływa powoli złączony dekadenckim uściskiem z czekoladowym ganache. 

Chcę koniuszkiem języka zlizać ostatni bezowy okruch wtulony w krągłości warg wraz ze słodką kroplą kajmaku.
Chcę....
A figa!


A figa, to prawdziwa kurtyzana.
Zmysłowa, uwodzicielska, kusząca, stworzona do tego, by grzeszyć w kuchni, eksperymentować. 
Na ostro, na słodko, solo, w duecie i w zmysłowym trójkącie z gorgonzolą i lodami. 
Gorgonzola - ostra.
Lody - pieprzne.
Figa - oblana sokami rozkoszy. 
Jakież rozkosze kryją się dalej - wie tylko język,
ale nie potrafi tego opowiedzieć. 

Zanurzam się w tym grzechu po uszy, bezkarnie, z apetytem na więcej.
I Wam też polecam. Rozkoszujcie się! 


TARTA TATIN Z FIGAMI I GORGONZOLĄ
/pomysł własny/ 

Słodkie figi i ostra gorgonzola to cudowne połączenie, ale osiąga prawdziwy ideał pod gęstymi kroplami kremu z octu balsamicznego i w towarzystwie absolutnie cudownych lodów z kolorowym pieprzem. Zwolennikom ostrej jazdy nie muszę nawet polecać, by lody dodatkowo oprószyli świeżo mielonym pieprzem - mrauuuu  


Na spód
płat gotowego ciasta francuskiego (do tarty tatain można używać ciasta kruchego, jak i francuskiego - w tym wypadku, ze względu na lekko słony posmak, wybieram właśnie to drugie)
80 g masła
80 g cukru

Na nadzienie
6 dojrzałych fig
kawałek gorgonzoli piccante
dodatkowo - krem z octu balsamicznego i świeżo mielony, gruboziarnisty kolorowy pieprz, świeży tymianek


W formie o średnicy 21 cm  ogrzewać masło z cukrem na średnim ogniu do momentu aż cukier się roztopi - można od czasu do czasu mieszać. Trzymać dalej na ogniu ok. 5-6 minut, aż masa nabierze lekko karmelowego odcienia. W tym momencie zdjąć z ognia. Figi przeciąć na pół i w środku każdej połówki zrobić łyżeczką zagłębienie. Układać w nich kawałki gorgonzoli. Nadziane połówki fig układać w formie nadzieniem do góry. Na wierzchu rozłożyć płat ciasta francuskiego, przycinając nadmiar i upychając brzegi do wnętrza tarty. Nakłuć widelcem w kilku miejscach i wstawić do piekarnika nagrzanego do temperatury 210 stopni przez ok. 15-20 minut lub do momentu aż wierzch ciasta ładnie się zrumieni. 
W trakcie pieczenia figi puszczają dużo soku - przed przełożeniem na talerz polecam lekko przechylić formę i do podstawionego naczynka odlać nadmiar płynu - będzie idealny do polania tarty z wierzchu przed podaniem. W przeciwnym wypadku spłynie pod spód i nawilży go, co moim zdaniem odbiera tarcie cały urok. 
Naczynie z tartą nakryć talerzem i sprawnym ruchem odwrócić formę do góry dnem - uwaga na gorące krople karmelu! 
Podawać na ciepło posypaną z wierzchu listkami tymianku, z pokruszonymi kawałkami gorgonzoli. Słodkie figi i ostra gorgonzola to cudowne połączenie, ale osiąga prawdziwy ideał pod gęstymi kroplami kremu z octu balsamicznego i w towarzystwie absolutnie cudownych lodów z kolorowym pieprzem. Zwolennikom ostrej jazdy nie muszę nawet polecać, by lody dodatkowo oprószyli świeżo mielonym pieprzem - mrauuuu


LODY Z KOLOROWYM PIEPRZEM
/trzyskładnikowe, bez użycia maszynki do lodów, przepis własny/

4 szklanki śmietany kremówki
420 ml mleka słodzonego skondensowanego
kolorowy pieprz – do smaku, gruboziarnisty

W misce ubić śmietanę aż zacznie nabierać objętości. Odstawić. W oddzielnym naczyniu zmieszać mleko skondensowane z kolorowym pieprzem i połączyć z ubitą śmietaną. Mieszać tak długo, aż całość dokładnie się połączy. Przełożyć do zamykanego pojemnika i chłodzić w zamrażarce przez min. 6 godzin lub najlepiej przez całą noc.


Postaram się, by jeszcze bardziej ekscytujące rozkosze czekały na uczestników kolejnych warsztatów kulinarnych, które pod nazwą PIĄTA PORA ROKU poprowadzę w Siedlisku w dniach 26-29 września.  

PIĄTA PORA ROKU

Kiedy się kończy, kiedy zaczyna?

Jak smakuje? Jak pachnie? Jaki ma kolor?

Odpowiedź jest tylko jedna – WARSZTATY KULINARNE  w Siedlisku

Tu poznacie smak, zapach i magię pory roku, której na próżno szukać w kalendarzach.

Zapraszamy na wyjątkowe, jedyne takie w Polsce

WARSZTATY KULINARNE - PIĄTA PORA ROKU

 W programie cztery dni pobytu, trzy sesje warsztatowe – dwie popołudniowe zakończone wspólną kolacją i jedna poranna kończąca się wspólnym brunchem.

 Na wszystkich uczestników codzienne rano czeka śniadanie. Każdy otrzymuje też w prezencie siedliskowy fartuch oraz smaczne upominki.

Spotykamy się i gotujemy w kameralnej atmosferze, dlatego ilość miejsc jest ograniczona.


Rezerwacja i zapisy do 20 września


Informacje i rezerwacje – warsztaty@siedliskoblanki.com  tel. 696 871 139

Więcej informacji na stronie Siedliska www.siedliskoblanki.com
Relacje z poprzednich warsztatów tu i tu (klik) 



* cytaty pochodzą z książki Isabel Allende, Afrodyta, wyd.Muza

sobota, 17 grudnia 2011

Cierpliwość i bakalie. Panpepato z Margot.



Jak u Was z cierpliwością? 
Jest bezpiecznie zapakowana w stoicki spokój?
Czy raczej bezczelnie naśmiewa się z silnej woli?
Wystawiacie ją na próbę?
Czy wolicie nie drażnić, by nie zbudzić lwa?


Cierpliwość. 
Czemu nie mogę pozbyć się przekonania, że to słowo pochodzi od cierpienia?
Mają ze sobą przecież tyle wspólnego. 


Pamiętam z dzieciństwa (no dobrze, przyznaję, że teraz też mi się to zdarza), jakie przeżywałam męczarnie patrząc od rana na ułożone pod choinką prezenty i wiedząc, że ten najcudowniejszy moment zrywania papieru oddalony jest o tyle godzin, ba, lat świetlnych!


Nie wytrzymywałam. 
Zaczynało się niewinnie. 
Takie tam muśnięcie palcem - twardy czy miękki pakunek?
Ale przecież nie zaszkodzi przesunąć kilku paczek, żeby je ładniej ułożyć (!), sprawdzając przy okazji czy w środku coś brzdęka, szeleści, a może kształtem wyśle sygnał do rozbudzonej jak nigdy wyobraźni. 


To za mało! Wciąż za dużo czekania. Co robić?
Tak! Bombki na najniższych gałęziach choinki zdecydowanie należy przewiesić! 
A żeby to zrobić, trzeba przesunąć prezenty - potrzymać dłużej w ręce, zerknąć - zupełnie przypadkowo przecież - pod papier, tylko po to, by się upewnić, czy jest dobrze sklejony....
Fatalnie! Sklejony, aż za dobrze!


Tak, tak,  z cierpliwością było u mnie na bakier. Napięcie przedświąteczne tak bardzo mi się udzielało, że notorycznie szperałam we wszystkich szafkach szukających kupionych wcześniej prezentów. Nieładnie, wiem, ale to było silniejsze ode mnie!  I jak się okazało, raz nawet bardzo pożyteczne! Przypomniałam bowiem Rodzicom o książce ukrytej za szalami w szafie, o której zapomnieli! 


Ale nie jest ze mną aż tak źle! Rzuciłam nałóg, choć właściwie powinnam powiedzieć, że przerzuciłam go na inny teren. Kuchnia!
Smakowanie. Podjadanie. Odrywanie gorącej piętki chleba. Parzenie palców gorącymi ciasteczkami. Podlizywanie masy. 
Tu nie jestem w stanie się opanować. Powtarzam sobie, że to kolejny etap procesu przygotowania potrawy i bardzo mi to podejście odpowiada;)


Jednak w myśl zasady, której generalnie nie przestrzegam, że z wiekiem człowiek statecznieje, postanowiłam zrobić wyjątek i wystawić moją cierpliwość na próbę, tym bardziej, że wiązało się, to z pewną zeszłoroczną obietnicą. 


Wszystko zaczęło   się rok temu wpisem Moniki (klik). Zakochałam się ( co w przypadku jej wpisów jest u mnie uczuciem stałym) w Panpepato. Bardzo, bardzo się starałam go zrobić, ale jednak wśród pieczenia setek ciasteczek nie starczyło czasu. Marzenie o panpepato jednak pozostało. Obiecałam sobie, że upiekę go za rok. 


Dwanaście miesięcy to rekordowe pokłady cierpliwości w moim wypadku. Świadomość, że będę go piekła razem z Margot bardzo pomogła przetrwać do końca i wniosła wiele radości - dziękuję Alu za cudowne popołudnie!  Choć i tak odezwała się wrodzona niecierpliwość. A może to raczej łapczywość?
Jak zwał tak zwał. Pocieszam się jedynie, że Margot zrobiła dokładnie tak samo. 


Obydwie zlekceważyłyśmy nakaz zapakowania i odstawienia panpepato na około 14 dni aż się przegryzie. 
Ale uwierzcie, to jest niewykonalne! Zapach jaki się unosi podczas pieczenia jest NIEZIEMSKI! Korzenie, bakalie, pieprz - wszystko razem cudownie gnębi zmysły do granic wytrzymałości. Nie można się uwolnić od myśli - jedynej, jaka wtedy panuje w głowie - zjeść, zjeść, choćby kawałek. 


Przeczuwając moją słabość, upiekłam dwa panpepato. Jedno malutkie (nazwijmy je "jednoosobowe"), drugie odpowiednio duże na Święta. Domyślacie się pewnie, jaki los spotkał to pierwsze maleństwo:) 


Jednak pękam z dumy, bo okrągłe panpepato czeka na Wigilię zawinięte w pergamin i obiecuję, że nie będę do niego za często zaglądać - choć czasem muszę się przecież upewnić czy papier jest nadal dobrze obwiązany;)


Przepis i historię panpepato pozwalam sobie cytować za Moniką. Wprowadziłam jedynie małe zmiany - za radą Moniki dodałam więcej pieprzu - nie wyobrażacie sobie jak ten pieprz cudownie tu pasuje! Zmieniłam też trochę skład bakalii. 


Jest jeszcze trochę czasu, więc zdążycie upiec i schować panpepato. Naprawdę warto poświęcić mu czas i trochę cierpliwości i poczekać aż dojrzeje. A skąd ja to wiem?! Hm, hm, przejdźmy już lepiej do przepisu;) 


Panpepato to bakalie zatopione w miodowym karmelu, z dużą ilością korzennych przypraw, z dużą ilością czarnego pieprzu przede wszytskim. Panpepato to smakołyk wyjątkowy, pieprzny a słodki, wspaniały od razu po upieczeniu, po kilku tygodniach leżakowania zaś po prostu doskonały. 


Panpepato można przygotować z mniejszą ilością korzeni i bez pieprzu, wówczas zwać się będzie panforte, można też w ogóle zrezygnować z przypraw, dodać marcepan i posypać cukrem pudrem - to panforte bianco - taką wersją ugoszczono podobno królową Małgorzatę Sabaudzką podczas jej wizyty w Sienie. Królewskiej wersji nie próbowałam, jestem jednak prawie pewna, że wersji z pieprzem nie dorówna - doprawdy, dziwne te królewskie gusta.. :-) * 


PANPEPATO

200 g orzechów (u mnie laskowe i migdały)
200 g suszonych lub kandyzowanych owoców (morele, żurawiny, figi, suszone śliwki)
100 g kandyzowanych skórek owocowych
1/2 szkl. cukru
1/2 szkl. miodu
1/2 szkl. mąki
2-3 łyżki kakao + 1 łyżka do oprószenia ciasta
30 ziaren pieprzu (dałam 40)
10 goździków
5 strączków kardamonu
1/2 łyżeczki ziaren kolendry
1/3 łyżeczki mielonego cynamonu
odrobinę startej gałki muszkatołowej


Orzechy obrać z łupek, z grubsza posiekać, posiekać też skórki i owoce (nie za drobno). Do owoców i orzechów dodać mąkę, kakao i przyprawy utarte w moździerzu (zostawić z pół łyżeczki przyprawy do posypania). Miód podgrzać z cukrem ( do rozpuszczenia cukru), dodać do bakalii, dobrze wymieszać, wyłożyć nie za grubą warstwą do tortownicy, piec ok. 25-30 min. w 180 C. UWAGA! Wiem, że parę osób piekło nieco dłużej i panpepato wyszedł bardzo twardy. Ważne jest, żeby nie przekraczać czasu pieczenia i piec optymalnie 25 minut, inaczej będzie za twardy. Jeśli Wasz piekarnik mocno grzeje, zmniejszcie temperaturę do 170 stopni. Po upieczeniu wyjąc z blachy, ostudzić i oprószyć kakao wymieszanym z resztą przypraw. Jak się ma silną wolę to odczekać te dwa-trzy tygodnie, a jak się nie ma to hmm.. smacznego? :-)


* opis i przepis cytuję za  Moniką ze Stoliczku nakryj się! (klik)  Monika! Dziękuję za cudowny przepis!

wtorek, 28 czerwca 2011

TU I TAM po raz 12! Urodzinowo, poziomkowo!


1 wspólne imię.
2 odległe miasta.
12 wspólnych gotowań. 
21 godzin pogawędek.
234 wysłane maile.
405 dni znajomości.
Niezliczona ilość myśli.
Niekończąca się chęć spotkania.
Niegasnące pragnienie na jeszcze więcej.
I jedna wielka niewiadoma - Jaka jesteś naprawdę? 


Amber i ja. 
Tak wyglądamy w liczbach. 
A jak naprawdę? 
Od roku wspólnie gotujemy w TU I TAM. Nigdy się nie spotkałyśmy, choć w czerwcu byłyśmy już bardzo blisko tego momentu. Wciąż pozostajemy dla siebie tajemnicą. Ale ktoś kiedyś powiedział, że przyjaciel to osoba, która na zawsze pozostanie dla nas zagadką.


Nieśmiało używam słowa przyjaciel, takich słów się nie nadużywa. A jednak pozwalam sobie na myśl, że nie jest to zwykła znajomość. Powierzchowna i czasami sztucznie uśmiechnięta. Wiele razy otrzymałam dowód ciepłych i troskliwych myśli, jakimi osnuła mnie Amber. Skierowane do niej pytania i wątpliwości nigdy nie pozostały bez odpowiedzi, nawet jeśli były zupełnie nieistotne i błahe.


Pisząc te słowa dochodzę do wniosku, że właściwie niewiele o sobie wiemy. Czy to możliwe? Po tylu godzinach rozmów? To prawda, rozmawiamy na wiele tematów, jednak tym, który najbardziej nas łączy jest pasja i miłość do jedzenia i gotowania. Całą resztę otacza mgiełka domysłów i niedopowiedzeń. Niezwykłe jest to, że dobrze mi z tą mgłą. Nie przeszkadza mi, nie gubię się w niej, bo to co najważniejsze jest jasne i wyraźne i na tym skupia się nasza uwaga.


Chyba nigdy o tym nie pisałam, ale nie lubię, gdy w kuchni panuje nadmierny tłok. Uwielbiam być z kuchnią sam na sam. Natłok słów i osób odbiera mi całą przyjemność, a gotowanie bez przyjemności nie ma dla mnie sensu. A jednak po zaledwie kilku niezobowiązujących mailach zaproponowałam Amber wspólne gotowanie.  Powiecie, że wirtualna kuchnia to nie to samo?!


Oczywiście, że nie. To znacznie więcej. To dwa domy, dwa ich serca, w których środku stajemy, by oddać się pasji i zrobić coś dla siebie. To smaki i zapachy, których się domyślamy, na które czekamy, które przez swą nieosiągalność w danej chwili stają się jeszcze bardziej kuszące.


Jest coś niezwykle magicznego i fascynującego w naszym wspólnym TU I TAM. Ta zagadka, tajemnica i wędrówka wyobraźni prowadzi nas coraz bliżej siebie, choć jeszcze nie przekroczyłyśmy progów naszych kuchni. Ale jesteśmy na to gotowe. Świadome swoich smaków, oczekiwań i miejsc, jakie chcemy zająć.


Ufam Amber we wszystkich kulinarnych wyborach. Jest dla mnie jedną z nielicznych osób, u których zjadłabym absolutnie wszystko, mimo, iż (tego jeszcze nie wiecie) od dzieciństwa strasznie grymaszę;)


I choć wiele nas różni i mamy odmienne spojrzenie na wiele spraw, te różnice wzbudzają wzajemny szacunek, bez którego nie mogłybyśmy tak pięknie się różnić i tak wiele wspólnie ugotować.


Jedną z pierwszych myśli, jakie przychodzą mi do głowy, gdy włączam komputer jest pytanie "Czy Amber jest teraz po drugiej stronie?". Dziś wiem, że jest, że czyta te słowa i mam nadzieję, że te nasze urodziny sprawią jej radość, podobną do tej, jaka towarzyszy nam zawsze, gdy wspólnie gotujemy. 


A czym uczciłyśmy nasze urodzinowe TU I TAM? Wybrałyśmy poziomki - bajeczne owoce, które przywodzą na myśl dziecięcą radość. Poziomki to słodycz, to delikatność, to czerwień dopieszczona słońcem, to ukryta pod liściem nagroda. Chyba niesłusznie pozostają w cieniu wciąż królujących truskawek. 

Amber! Mam dla Ciebie pudełko poziomkowych czekoladek oraz serce pełne poziomek i słów "Dziękuję!". 


POZIOMKOWE TRUFLE W BIAŁEJ CZEKOLADZIE Z RÓŻOWYM PIEPRZEM
/na ok. 20 sztuk/ 

100 g poziomek
35 g cukru
100 g śmietany kremówki
10 g różowego pieprzu, opcjonalnie szczypta sproszkowanego chilli (polecam)
370 g białej czekolady


Trufelki smakują niezwykle. Połączenie aromatycznych poziomek z białą czekoladą zapewnia słodką rozkosz, którą wspaniale przełamuje ostry smak pieprzu. Polecam mocne schłodzenie czekoladek przed podaniem, wtedy osiągają pełnię cudownego smaku!


Poziomki ugotować z cukrem na puree. Gotować ok. 10 minut tak, by zawartość rondelka zredukowała się do połowy. Przecisnąć przez gęste sito. Wstawić ponownie na średni ogień i dodać śmietanę oraz 5 g pieprzu. Gotować 2 minuty. Następnie dodać 180 g posiekanej białej czekolady i mieszać aż się rozpuści i połączy z całością. Zdjąć z ognia, delikatne przestudzić, a następnie wstawić do lodówki na ok. 2-3 godziny. Masa powinna zgęstnieć na tyle, by dało się z niej formować trufelki. 


Pozostałą ilość białej czekolady stopić w kąpieli wodnej (ja dodaję zawsze 2-3 łyżki śmietany kremówki, dzięki czemu czekolada łatwiej się topi i nabiera gładkości). Zanurzać w niej trufelki i posypać z wierzchu pozostałym pieprzem. Odstawić, by czekolada zastygła. Podawać schłodzone. Polecam!


POZIOMKOWE SERCE

porcja kruchego ciasta 
świeże poziomki
galaretka poziomkowa
foremka w kształcie serca 

Foremkę wylepić kruchy ciastem i upiec na złoty kolor. Wystudzić, a następnie wypełnić po brzegi dojrzałymi poziomkami. Zalać przygotowaną wcześniej galaretką poziomkową i odstawić do zastygnięcia. Wręczyć bliskiej osobie:)


* przepis na poziomkowe trufelki pochodzi z tej strony (klik), ja zmniejszyła proporcje o połowę.



Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails