Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tapas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tapas. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 lipca 2012

Jeśli spotkacie Kiwaczka.... Arbuz z patelni.


Pamiętacie bajkę o Kiwaczku?
Moje pokolenie, wychowane na niedzielnym pianiu telerankowego koguta, z pewnością tak.


Kiwaczek - malutkie stworzonko z nieproporcjonalnie dużą głową i uszami, zamknięte w skrzynce z pomarańczami, trafia w ręce radzieckiego straganiarza.
Wkrótce w życiu Kiwaczka, zwanego też Czeburaszkiem, pojawia się krokodyl Giena, prawdziwy przyjaciel. Kolejne odcinki pokazują nie łatwą i nie pozbawioną przygód adaptację Kiwaczka w radzieckich realiach.


Aparycja Kiwaczka należy do tych, które łapią za serce i rozczulają od pierwszego wejrzenia. A jego cieniutki, bezbronny głosik ma w tym zachwycie  swój niepodważalny udział. Ja zakochałam się w brązowej kuleczce jeszcze zanim zdążyła wypaść ze skrzynki pełnej cytrusów.  


Dziś, po latach, pamięć o bajkowym Kiwaczku montuje jeden, króciutki odcinek, w którym to Czeburaszek ukrywa się na straganie z arbuzami. Przychodzi mu to dość łatwo, bo sam jest właściwie jedną, wielką kulką, która wymyka się sprytnie z rąk wybierających arbuzy klientów.


Taki mały, niepozorny Kiwaczek, a jednak od tamtej pory szukam go za każdym razem, gdy staję przy straganie z arbuzami. Pamięć automatycznie podsuwa mi jego podobiznę, a ja stukając w twardą skorupę owocu niezmiennie mam nadzieję, że trafię na główkę z najpiękniejszymi, kiwaczkowymi oczami.


To właśnie dlatego, kupując arbuzy zawsze szeroko się uśmiecham. Część uśmiechu to porcja powitalna dla Kiwaczka, na wypadek, gdyby jednak się pojawił, a druga to śmiech z samej siebie - taka duża, a taka ... niemądra?!


A arbuz? Kojarzy mi się z ... watą cukrową.
Takie dziecięce obiekty pożądania.
Duże, słodkie (co w wypadku arbuza akurat nie zawsze jest regułą) i jednoskładnikowe.
Arbuz pęka od wody, wata lepi się cukrem.


I jeszcze jedno - zjadanie ich nie jest wcale takie łatwe.
Wata cukrowa, niesforna słodka chmura, ucieka przed ustami, a złapana mści się słodko lepiąc buzię i ręce. Kto z Was nie miał białych wąsów i zlepionych palców?
Ale za szklankę cukru owiniętą wokół drewnianego patyka gotowi byliśmy na takie "poświęcenie" - i pewnie część z nas nadal jest;)


Arbuz z kolei to twarda sztuka. Nie tylko dosłownie.
Trzeba wiedzieć jak stuknąć, gdzie i kiedy, żeby usłyszeć potwierdzenie - dojrzały!
Nie znam się zupełnie na arbuziej mowie, dlatego rzadko sama kupuję arbuzy, przynajmniej tu w Polsce.


Jednak na południu, tam gdzie są najsłodsze, gdy już upewnię się, że nie ma w pobliżu Kiwaczka, lubię, gdy owoc kroi dla mnie sprzedawca, a po pierwszym kęsie sok spływa mi już po brodzie.


I już wiem, że wkrótce rozpocznie się spektakl strzelania pestkami i tryskającego sokiem wgryzania się w grube plastry soczystej czerwieni.
Niektórzy będą obgryzać aż do białego, ja zatrzymam się jakieś 2 cm wcześniej; dalej się nie rozpędzam, bo smak już nie ten, jaki lubię najbardziej.


Wciąż nie umiem się zdecydować czy lubię arbuz taki prosto ze słońca czy zimny, schłodzony w lodówce.
Pewne jest, że uwielbiam "bawić się w doktora" i przy pomocy strzykawki nasączać go dobrym winem lub szampanem - kto próbował wie, jakie to pyszne i jak łatwo stracić przy tym głowę;)

Wersja w sałatce z fetą i miętą, wspaniałomyślnie rozpowszechniona przez Nigellę, to już klasyka w naszym letnim menu. 
Nie licząc drinków, koktajli i chłodnika, arbuz jawi się jako dość mało użyteczny w kuchni.
Wiem, wiem, że najchętniej wszyscy zjadają go "na golasa", ale przyszła mi ochota na jakąś nową, ciekawą kreację.


Sauteed watermelon brzmiało co najmniej tak kusząco jak zapowiedź nowej kolekcji Burberry.
Mając pod ręką wielki okaz wprost z południowego, sprawdzonego straganu, musiałam spróbować. 
Mięta, miód, ocet winny sherry, oliwa z oliwek  i rozgrzana patelnia - czy arbuzowi będzie w nich do twarzy? 


Uwierzcie, że tak! A najlepiej będzie, jeśli przekonacie się sami.
Jest słodko, soczyście, rześko i arbuzowo. Pysznie! Intrygująco! Inaczej!
Sauteed watermelon to nic innego jak arbuz z patelni i jako nowoczesna wersja tapas podawany jest w niemal we wszystkich dobrych restauracjach na Maladze, i nie tylko.
Myślę, że najwyższa pora, aby trafił także na nasze stoły!

A! Jeśli na straganie z arbuzami spotkacie jakimś cudem Kiwaczka, dajcie mi koniecznie znać!

SAUTEED WATERMELON
/składniki na 2 porcje/ 

2 grube plastry arbuza
1 łyżka miodu (dałam więcej)
2 łyżki octu winnego sherry
garść siekanych świeżych liści mięty
oliwa z oliwek


Ukroić dwa grube plastry dojrzałego arbuza. Odkroić skórkę i w miarę możliwość usunąć pestki. Ułożyć w płaskim naczyniu. 
Wymieszać miód z sherry. Dodać posiekane listki mięty.  Tak przygotowaną marynatą zalać plastry arbuza i odstawić przynajmniej na 15 minut. 
Rozgrzać patelnię, natłuścić ją delikatnie oliwą i ułożyć na niej zamarynowane wcześniej plastry arbuza. Trzymać po 3-4 minuty na każdej stronie. Arbuz tylko nieznacznie zmieni kolor. Przełożyć na talerz, polać resztką sosu z patelni. Pokroić na mniejsze kawałki.


* przepis na takie podanie arbuza pochodzi z tej strony - klik 
**zdjęcie straganu, na którym kupiony został pokazany tu arbuz autorstwa W.

wtorek, 8 lutego 2011

Czas na cebulki. Tapas.




Pożegnałam się z zimą. 
Nacieszyłam śniegiem, sankami, rozstałam z kilkoma bałwanami, ciepłą czapką i rękawicami.
Teraz czekam tylko, by pożegnać się z budzikiem.
Od dwóch dni budzi mnie słońce. Promienie delikatnie łaskoczą rzęsy, światło wślizguje się pod powieki i otwiera je na nowy świat. Wciąż szary i bezbarwny, ale już wypełniony ptasim śpiewem, rześkim powietrzem i radosnym szumem strumyka.  Ileż on ma do powiedzenia! Ukryty pod lodem drzemał cichutko, teraz jakby nadrabia stracony czas - płynie wartko, pieni się, wzburza, chlupocze i szumi, szumi, szumi...


Dni nareszcie coraz dłuższe. Każda minuta światła to jak zastrzyk energii. Jest mi potrzebna. Budzę się wcześniej i zaczynam planować wiosnę. Tęsknie za jej świeżością, zielenią, za jej soczystością. Wiem, że trzeba jeszcze trochę poczekać, ale jest coraz bliżej.  Już ją czuję! 


Hiacynty. Posłańcy wiosny. Bulwiaste cebule w małych doniczkach jak co roku są teraz namiastką ogrodu, miniaturową łąką, którą doglądam co dnia ciesząc się z każdego rozchylonego listka i kwiatu.  
Wiosna w marzeniach, w doniczkach, ale jeszcze nie w kuchni. Tu wciąż się rozgrzewam.  Skutecznie odpycham nowalijkowe pokusy i szukam smaków. Potraw prostych, ciepłych, pełnych energii i koloru. Cebulki w donicach, cebule na talerzu. Czas na wiosnę. Czas na tapas.  


Tapas, czyli małe przekąski serwowane zwykle do napojów, mają hiszpański rodowód. Wywodzą się z Andaluzji. Podawane w tamtejszych tawernach kieliszki z sherry przykrywano z wierzchu plasterkiem chorizo. Miało ono chronić alkohol przed muszkami "octówkami".  Dodatkowo, słone chorizo wzbudzało pragnienie, co skutkowało zamawianiem kolejnych trunków. Z czasem, chcąc sprzedawać jeszcze więcej sherry,  zaczęto urozmaicać przekąski do tego stopnia, że stały się równie ważne co popijany do nich alkohol. 


Legenda podaje, że tapas to zasługa króla Alfonsa X Mądrego, który w czasie choroby popijał wino przegryzając przy tym drobne posiłki. Gdy wyzdrowiał nakazał właścicielom tawern serwowanie alkoholu wyłącznie tym klientom, którzy zamówili do tego przekąskę, czyli tapa
Samo słowo tapa oznacza pokrywkę, wieczko i jednoznacznie wskazuje, że przekąski powstały pierwotnie jako odstraszacze łasych na alkohol muszek. To kolejny dowód na to, że potrzeba jest matką wynalazków!


Dziś tapas serwowane są w barach w całej Hiszpanii. Każdy szanujący się lokal ma przynajmniej 8-12 rodzajów tapas. W północnej Hiszpanii nazywane są często pinchos, od wykałaczki, na którą nadziane są przekąski. Do najpopularniejszych tapas należą oliwki nadziewane anchois lub czerwoną papryką; patatas bravas, czyli smażone cząstki ziemniaków podawane z ostrym sosem pomidorowym; chorizo al vino - kiełbasa chorizo gotowana w czerwonym winie; pierożki empanadillas (pokazywałam je w tym i tym poście - klik); krążki smażonych kalmarów, kostki sera Manchego, czy oreja - smażone ucho wołowe!  


Lubię tapas. Za prostotę. Za pomysł. Za smaki. Za wygląd. Za czas, jaki miło upływa, gdy sięga się po kolejne małe kęsy. 
Dziś bohaterami tapas będą czerwone cebule. O ich cudownych właściwościach pisałam przy okazji tartaletek z kozim serem (klik). Niedawno przeczytałam też, że  czerwona cebula uspokaja nerwy, powoduje, że włosy są piękne, a cera jedwabista. Czy zatem można odmówić sobie takiej przedwiosennej terapii?! 
Cebule nadziałam czosnkiem i rozmarynem. Są mięciutkie i delikatne. Wyjmowane ze środka płatki kładłam na świeżej bagietce, którą wcześniej zanurzałam w sosie, w którym cebule zostały upieczone. Popijane dobrym winem są wyśmienitą przekąską. Znajdźcie czas na cebulki. Znajdźcie czas na tapas. 

 
PIECZONE CEBULE
/na 4 porcje/ 

4 czerwone cebule
4 gałązki rozmarynu
3-4 ząbki czosnku

Na sos
30 ml oliwy z oliwek
1-2 łyżki octu balsamicznego
1 łyżka ciemnego cukru
2 łyżki czerwonego octu winnego
1 szklanka bulionu warzywnego
świeżo mielony pieprz


Cebule obrać ze skórki. Przy pomocy ostrego noża odciąć spodnią część cebuli tak, by można je było postawić. Ściąć także "czapeczki" z wierzchu i zrobić kilka nacięć, do których włożyć plasterki czosnku oraz gałązkę rozmarynu. 
Cebule przełożyć do lekko natłuszczonego naczynia do zapiekania.


Składniki sosu połączyć i wymieszać. Sosem zalać cebule i wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Piec ok. 1,5 godziny, do momentu aż będą bardzo miękkie. W trakcie pieczenia często je podlewać tworzącym się sosem. Podawać ze świeżą bagietką i dobrym winem! Smacznego!
Oryginalny przepis sugeruje dodatkowo solenie, ale nie uważam, aby było to konieczne. Polecam jednak dodanie odrobiny grubo mielonego pieprzu - pasuje i smakuje wybornie!

* przepis na pieczone cebule znalazłam w książce TAPAS, Inspiracje kulinarna, wyd. Elipsa, 2002 rok

Drukuj przepis

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails