Dzisiejszy wpis miał być pojedynczą kulturową notką, ale gdy usiadłam do pisania, okazało się, że się nie da - skończony tekst był zbyt długi, by zaprezentować go na raz, więc dzisiejszy wpis zapoczątkuje krótką serię na ten sam temat.
Krew pojawia się w filmach
często. Dotyczy to zarówno gatunków typowo „krwawych”, jak horrory czy filmy
katastroficzne, ale też produkcji sensacyjnych, kryminalnych czy
fantastycznych. Nie zawsze jednak należy patrzeć na nią w ten sam sposób.
Refleksja na ten temat chodziła za mną już jakiś czas i właśnie nadarza się
okazja, by nieco ją rozwinąć i wyjaśnić, bowiem byłam ostatnio w kinie na
trzech zupełnie różnych filmach, które łączyła duża dawka przemocy i krwi
właśnie. Produkcje, o których mowa, to „Nienawistna ósemka” Quentina Tarantino,
„Zjawa” Alejandro Gonzáleza Iñárritu oraz marvelowski „Deadpool” wyreżyserowany
przez Tima Millera (chociaż w tym przypadku od osoby reżysera istotniejsza moim
zdaniem jest przynależność postaci do uniwersum X-Menów).