
Pies mojej mamy (przebywający już na wiecznych łowach) dał się poznać jako śpiewak operowy, niezaniedbujący swoich obowiązków szczególnie gdy był sam w domu. Inaczej mówiąc: wyła ta kanalia przez cały czas, gdy siedziała sama w domu. Moja mama nie należy do obieżyświatów, więc większość czasu spędzała z psem i zabierała go ze sobą wszędzie, gdzie można było. W rzadkich przypadkach pies zostawał sam, co natychmiast obwieszczał wszystkim sąsiadom z tego samego budynku, z sąsiednich budynków, a nawet z sąsiedniej ulicy.
Pies zdechł z innych przyczyn niż wycie.
Mama żyła w błogiej ciszy aż do dnia, gdy wyrwała z bezdomności pewną kotkę syjamską. W internecie napisano całe szpalty o tym, że koty syjamskie często i głośno miauczą. I co? Internet nie kłamie! Kotka mojej mamy miauczy tak przeraźliwie, że mama obawia się o stan psychiczny sąsiadów. Nikt nie chce mieszkać obok mordercy, a kotka wydaje takie dźwięki, jakby była mordowana bezustannie. I to skutecznie. Mama czuje się winna tej sytuacji, próbuje kotkę udobruchać głaskaniem, jedzeniem, ale nic nie pomaga. Codziennie od siódmej wieczorem do północy kotka rozmiaukuje się na całe gardło.
Wnioski z powyższego są takie:
gdyby ktoś miał w domu zwierzę, które milczy jak zaklęte, polecam przekazanie go na szkolenie do mojej mamy. Przypuszczam, że pod jej opieką nawet żółw zacznie wydobywać z siebie dźwięki. Nie polecam szlifowania śpiewu u rybek, bo nie wiem, czy kot syjamski umiałby uczcić ich śmierć w kociej paszczy minutą ciszy...