| Modrzew grudniowy
Modrzewie piękne są. O każdej porze roku. Te wiosenne, z młodziutkimi, mięciutkimi kitkami zielonych igiełek, i te ośnieżone zimowe. Nawet teraz, w grudniu, kiedy igły już spadły, ale nie do końca, a zachodzące słońce przedziera się przez gałęzie, lubię patrzeć na to drzewo, które towarzyszy mi w życiu od zawsze. Oczywiście to nie to samo drzewo. Ale w każdym z miejsc mojego stałego zamieszkiwania, pod domem rósł modrzew. I tak już zostanie.
Drzewo ma się dobrze, w przeciwieństwie do mnie, zagrypionej od trzech tygodni. Chyba wszystkie zarazki świata mnie dopadły jednocześnie, więc leżę sobie i rozmyślam. Trochę czytam i trochę robótkuję. Nawet specjalnie nie zdenerwowałam się faktem, że 'siadła' zmywara, a drukarka po niemal dziesięciu latach, wcale nie intensywnego, raczej średniego użytkowania, uprzejmie zawiadomiła mnie, że jej 'wewnętrzne części się wyeksploatowały'. I chociaż człowiek ma skłonność do personifikowania rzeczy, a przynajmniej ja mam, i to sporą ('no zapal autko, zapal; przecież rozumiesz, że muszę jechać') to łatwo godzi się, że wszystko odchodzi. W niebyt. Nawet jeśli to jest rzecz ulubiona, niezbędna i nie do zastąpienia. Jak to mówią - tak świat jest urządzony:) Jasne, że siedzenie w łóżku ma też swoje dobre strony; można np. oddawać się bezstresowemu (bez obwiniania się o marnowanie czasu) buszowaniu w internecie, co przynosi zyski w postaci nabywania wiedzy, nierzadko bardzo przydatnej, a niekiedy wręcz zdumiewającej. Na przykład, dowiedziałam się, że woda, nawet mineralna, i to nawet pita litrami, wcale nie zaspakaja pragnienia naszych komórek, bo one, jak twierdzi chemik i wynalazca Stanisław Szczepaniak, i tak umierają z pragnienia. Dlaczego? Otóż woda, aby nas faktycznie nawadniała, musi być sześcioklastrowa (a nie wieloklastrowa). Jest prosty sposób, aby przywrócić jej odpowiednią strukturę: butelkę wkładamy do zamrażalnika, po zamrożeniu wyjmujemy, czekamy aż odmarznie, i już możemy wypić szklankę o właściwościach wody z lodowca. Zastosowałam się do tego sposobu zaraz po przeczytaniu:) Według prof. Iwana Nieumywakina, autora pracy 'Woda utleniona na straży zdrowia' powinniśmy przez kilka miesięcy codziennie wypijać szklankę wody wzbogaconej kilkoma kroplami (a po paru dniach 30-40 kroplami) zwykłej, trzyprocentowej wody utlenionej. Dotlenianie organizmu to rzecz znana, ale woda utleniona raczej kojarzy się z zewnętrznym, a nie wewnętrznym stosowaniem, a tu - proszę! Ale najbardziej ucieszyłam się ze znalezienia na stronie Marty Brzozy wywiadu z prof. Tadeuszem Trziszką, który dowodzi jak cenne dla naszego zdrowia jest jedzenie jaj i to w ilościach dowolnych, Okazuje się, że straszenie nas ilością odkładającego się w naczyniach cholesterolu można między bajki włożyć. Jest akurat odwrotnie; to jedzenie jaj, nawet 30, tak trzydziestu, tygodniowo, ratuje nasz układ krążenia przed złym cholesterolem. Momentalnie dałam artykuł do przeczytania temu panu, który naśmiewa się codziennie ze mnie, że tak lubię obżerać się jajkami, i to w każdej postaci, a najbardziej jako kogel-mogel:) I co? Widać, jaki mój organizm jest mądry. Co prawda zajęło mu to wiele lat, ale sam wpadł na to, że jajko to zdrowie! I jak tu mieć pretensje do wirusów? Gdyby nie one dalej żyłabym w przeświadczeniu, że szalenie szkodzę sobie tymi jajami. Oczywiście to muszą być jaja zniesione przez szczęśliwe kury! |
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modrzew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modrzew. Pokaż wszystkie posty
5 grudnia 2015
Modrzew i jaja od szczęśliwych kur
6 maja 2008
Trzy modrzewie
W ogrodzie mojego domu rodzinnego, obok innych drzew, rósł wspaniały modrzew, który zasadzony został najpewniej w okresie, kiedy murator ukończył budowę i wręczył właścicielom klucze od domu.
A był to ostatni rok wieku XIX.
Lubiłam to drzewo bardzo, za to, że było takie proste, smukłe, wysokie, za ptaki, które buszowały w jego gałęziach, za te delikatne igiełki, a nawet za te śliczne, malutkie szyszeczki, które najpierw służyły mi do zabawy, a później, gdy dorosłam, malowane na złoto i srebrno, były moimi ulubionymi dekoracjami bożonarodzeniowymi.
Kolejny, dorodny, stary modrzew rósł jakieś 2 metry od willi "Adaś", w której mieszkaliśmy przez długi czas.
Willa "Adaś" to był jeden z tych paskudnych bloków, które montowano według najlepszych radzieckich wzorców we wszystkich zdaje się, tzw. demoludach.
Miał 4 piętra, 24 mieszkania i przerażającą studnię-klatkę schodową, której bałam się do ostatniego dnia naszego tam zamieszkiwania.
Miano willi blok otrzymał od jednego ze znajomych, który również tam się wprowadzał, i jeszcze przed oddaniem domu do użytku chodził przypatrywać się postępowi robót. Któregoś dnia wrócił z tej inspekcji z wiadomością, że ktoś wymalował kulfonami na szybach drzwi wejściowych duży napis: ADAŚ.
- Więc wprowadzamy się do willi "Adaś" - oznajmił sarkastycznie. Śmialiśmy się serdecznie.
I chociaż nazwę naszej "willi" zmazano, zanim się wprowadziliśmy, zapamiętaliśmy to zabawne zdarzenie.
Wybraliśmy mieszkanie na 4 piętrze (mimo, że nie było windy), chyba głównie ze względu na to drzewo. Z naszych okien można było niemal sięgać gałęzi, a ptaki zaglądały nam do loggii.
Kiedy siedziało się na kanapie widać było tylko to drzewo i nic więcej, żadnych pięter, żadnych lokatorów.
Opuszczając "willę" najbardziej żałowałam tego modrzewia.
Kiedy znów zmieniliśmy adres, w pilnej kolejności postanowiliśmy posadzić kilka drzew w ogrodzie.
Zaraz pierwszej jesieni mąż zrobił mi niespodziankę: kupił modrzewik, ale drzewko miało z 50-60 cm wysokości.
- Boże, kiedy on wyrośnie?
- Potrwa lata, zanim stanie się dużym drzewem - mardziłam trochę.
W pewnym ogrodzie na tym terenie zobaczyliśmy śliczny modrzew, wysokości człowieka. Wypytaliśmy o drzewo właściciela, okazało się, że rośnie tam od 10 lat.
Wydało mi się to strasznie długo, ale cóż, czekać trzeba.
Tymczasem nasz modrzewik, posadzony w przedogródku, zamiast rabatek, doskonale się przyjął, choć gleba tu ciężka, gliniasta, i pędził w górę.
A kiedy nas przerósł zacząłam się martwić, żeby go wiatr nie złamał, żeby go szkodniki jakieś nie dopadły, wreszcie, żeby nie rozrósł się za bardzo, i o przewody elektryczne nie zahaczał.
Widzę to drzewo z prawie każdego miejsca w domu, lubię podziwiać latem krople deszczu na gałązkach i gałązki okryte szadzią późną jesienią.
Obserwuję ptaki, które przysiadają, żeby odpocząć, czasem zaśpiewać. Niektóre coś poskubują, inne energicznie wyszukują kąski dla siebie.
Co rok, gdy modrzew w zielone igły się stroi, to wiadomo, że już na pewno wiosna nastała, a gdy je, zrudziałe całkiem, tracić zaczyna, to znak nieomylny, że zima za pasem.
Z tych trzech modrzewi, ten właśnie jest najbardziej nasz, ulubiony, a wyższy jest od domu, którego progu strzeże jedenasty rok.
I chcę, aby rósł długo, aby stał tu także wtedy, gdy nas już nie będzie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)